„To skomplikowane. Odczuwam to jako największy sukces, a zarazem największą porażkę swojej wspinaczkowej kariery” – pisze Vitaliy Musiyenko po ostatniej wspinaczce w zespole z Augustem Franzenem i Ethanem Berkelandem. Do szczytu Baintha Brakk zabrakło zaledwie 50 metrów! I to – jak relacjonuje Musiyenko – po niemal perfekcyjnej akcji w stylu alpejskim, onsajtem i na jednej z najdzikszych (badass) linii na świecie. To musi boleć. Ale Musiyenko zwraca również uwagę na inny aspekt tej przygody.
***
Trójka alpinistów wybrała najciekawszą z ich perspektywę ścianę w rejonie lodowca Choktoi – południowo-wschodnią flankę góry Baintha Brakk, zwanej również Ogre I (około 7300 m).

Vitaliy Musiyenko:
W przeszłości drogę tę próbowali pokonać Japończycy. Wspinali się w ciężkim stylu bigwallowym, zostawiając liny na całej górze, aż w końcu zawrócił około cztery wyciągi przed szczytem. Chcieliśmy dokonać nie tylko pierwszego przejścia tej linii, ale zrobić to w stylu alpejskim. Przez kilka dni wszystko szło niemal idealnie.
Alpiniści przedarli się przez „ledwo możliwy do przejścia” lodowiec, wspięli się kuluarem Mousetrap, nawigowali w terenie na przemian absolutnie genialnym i totalnie kruchym, przeszli przewieszkę o trudnościach M7, zwieńczoną sypiącą się kurtyną lodową i spali w nieprawdopodobnych miejscach. Wspinanie szło świetnie – według relacji – niemal wszystko padało onsajtem!

Niestety, prognoza pogody, według której w dzień szczytowania miała być lampa, nawaliła. Zamiast okna – mleko. Musiyenko:
W pobliżu wierzchołka, podczas wspinaczki przez przedwierzchołek, oderwała się czapa śnieżna i poleciałem około 12 metrów na północną stronę góry. Niedługo później zapadła ciemność i zaczął padać śnieg. Wykopaliśmy jamę na wysokości około 7230 metrów i czekaliśmy do rana.
Rano przywitał ich szalejący wiatr i świadomość tego, czego najbardziej nie chcieli sobie uświadomić:
… jeśli spróbujemy iść wyżej, prawdopodobnie już nie zejdziemy. Zawróciliśmy. Tak cholernie blisko.

Vitaliy Musiyenko, August Franzen i Ethan Berkeland dotarli wyżej niż wcześniejsze zespoły na południowo-wschodniej flance Ogra I. Do szczytu pozostały tylko dwa wyciągi oryginalnej lini Bonington-Scott z 1977 roku (pierwsze wejście). Nie tylko musieli obejść się smakiem, ale wycof zamienił się w walkę o przetrwanie:
Śnieżyca. Lawiny pyłowe, około 45 zjazdów na linie, szczeliny, słaba widoczność, padające czołówki, podczas trzeciej nocy w górach bez snu, kolejna nieprzespana noc, kilka odmrożonych palców u stóp i długi marsz z powrotem do bazy.
Zdaje się, że Ogre I jest królem niepogody. Sąsiadujący z nim Baintha Kabata (w języku urdu “syn Ogra”) był celem zastępczym zarówno dla zespołu Haley-Turgeon w 2008 roku, jak i zespołu Bordella-Welfringer-Schüpbach w 2023 roku – właśnie ze względu na pogodę. A i w 1977 roku Boningtona i Scotta warunki na Ogrze nieźle przeciorały.
Alpiniści podkreślają, że w takich chwilach najważniejszy jest wzajemne wsparcie. Musiyenko cieszy się, że mógł dołączyć do tej wyprawy:
Jestem wdzięczny, że o mnie pomyśleli, po tym jak ich pierwotny partner Balin Miller tragicznie zmarł. Z wielu powodów nie była to wyprawa łatwa do zorganizowania. Śmierć Balina była oczywiście jednym z najważniejszych.
Ostatecznie zgraliśmy się bardzo dobrze. Bez bezsensownych kłótni, decyzje podejmowaliśmy wspólnie, ufaliśmy sobie, kiedy sytuacja robiła się naprawdę ciężka, a poza tym spędziliśmy absurdalnie dużo czasu śmiejąc się do rozpuku. I jedząc niewiarygodne ilości popcornu.
Z niewieloma ludźmi można spędzić kilka tygodni w obcym kraju, niemal codziennie mierząc się ze stresującymi sytuacjami, a mimo to nadal naprawdę cieszyć się ich towarzystwem! Wyjątkiem były chyba tylko ta noc spędzona w jamie na 7230 oraz godziny zjazdów na linie przez pyłówki podczas zejścia. Nie śmialiśmy się wtedy tak często jak zwykle.
I zwraca uwagę na istotny aspekt:
Góry są oczywiście głównym powodem, dla którego jeździmy na takie wyprawy, ale im jestem starszy, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że chodzi też o ludzi, z którymi dzielisz te doświadczenia. Zwykle to oni są najważniejsi. Bardzo jestem ciekaw, dokąd zaprowadzi nas ta droga, zwłaszcza teraz, gdy wiemy, jak dobrze sprawdzamy się nawet w tak koszmarnych warunkach.
Musiyenko najwyraźniej zakochał się również w rejonie lodowca Choktoi:
Latok I, II, III i IV. Ogre I i II. Niekończące się granie, filary, kuluary i ściany między nimi. Z czasem chcę wejść na wszystkie te szczyty, różnymi drogami, w różnych stylach, i poznać ten rejon tak, jak można go poznać tylko po latach powrotów.
Brzmi to dość psychotycznie, kiedy obecnie ledwo chodzę z powodu odmrożeń. Nie jestem nawet w stanie iść prosto. Ale cholera, Jim Donini miał stuprocentową rację, kiedy powiedział mi, że te góry są jeszcze bardziej niesamowite niż masywy Torre i Fitz Roy. Patrząc na zdjęcia, nigdy bym w to nie uwierzył. Teraz już wierzę. Ale przede wszystkim myślę, że Choktoi stało się jednym z tych miejsc, do których będę wracał tak długo, jak długo pozwoli mi na to ciało. Jest tam niemal za dużo wszystkiego. Za dużo absurdalnych pomysłów, które po wystarczająco długim czasie zaczynają wydawać się rozsądne.

Piękne i dzikie ściany, doskonałe towarzystwo, sprawny i zacięty zespół, wzajemne wsparcie. Drogi nie udało się ukończyć, choć niewiele zabrakło. Ta porażka wydaje się jednak jedynie dolewać oliwy do już i tak mocno rozgrzanego ognia ambicji Amerykanów, co dobrze oddaje jeszcze jeden komentarz Musiyenko:
Może jakaś mała część mojego mózgu umarła podczas tego biwaku w jamie, ale w jakiś chory i pokręcony sposób myślę, że to było jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu. A ponieważ alpiniści to „ludzie o niskim IQ”, już rozmawiamy o powrocie.
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA