W skałach i na froncie: Piotr Korczak o „wojnie” między szkołami – śląsko-łódzką a krakowską. Część 1
Spis treści
- Szkoły
- Garownicy i karne ekspedycje
- Pokonać wroga
- Wędki nie da się obronić
- Wspinanie „na Śląsku”
- Korespondencja
- Pożegnanie z wędką
- Spór o styl
- Pętla z lasu – pojedynki w sezonie 1984
- Niemiecka ksywka
- Krakus na Jurze
- W nieznane
- Szwajcar, baran i denaturat
- Prawdziwy wspin
- Ostatnie kawalerskie łojenie
- Słowniczek
Najciekawsze w historii są wojny i konflikty. Nie inaczej jest w przypadku historii polskiego free climbingu, który ewoluował konsekwentnie od połowy lat 80. Aktualny stan tej dyscypliny można krótko i węzłowato opisać jako „kwietyzm”. Jeśli chodzi o polemikę, która mogłaby naruszyć status quo, nie dzieje się nic istotnego. Nie zawsze jednak tak było. Jeśli chodzi o refleksję nad wspinaniem, lata 1983–1986 można określić jako najbardziej burzliwe, czytaj: twórcze. To okres burzy i naporu (Sturm und Drang), czyli przepychania się szkół śląsko-łódzkiej i krakowskiej. Był to konflikt i dyskurs nie tylko ideologiczny, lecz także personalny, pomiędzy Markiem Płonką i mną, i z tej perspektywy zamierzam go opisać, oczywiście z mojego punktu widzenia – co pragnę wyraźnie zaznaczyć. Marek Płonka w podcaście dla 8a.pl zaprezentował swoją perspektywę. Mam nadzieję, że moje spojrzenie okaże się komplementarne – niekoniecznie sprzeczne.
(Wybrane wspomnienia wspinaczkowe z lat 1982–1986. Okoliczności i pseudonimy zawarte w tekście nie służą niczemu innemu niż propagowaniu wspinania. Wspinanie może być niebezpieczne. Niektórzy kiedyś uważali, że nawet powinno).
Szkoły
Terminy„szkoła śląsko-łódzka” czy „szkoła krakowska” przywołują na myśl szkoły filozoficzne, czyli systemy poglądów i ich głównych reprezentantów. Zasadność tego porównania najlepiej ilustruje pierwszy z brzegu przykład, który wręcz się narzuca: tzw. szkoła frankfurcka przemaszerowała najpierw przez filozofię Zachodu, a później przez jego polityczne instytucje. Za pomocą niezliczonych oszustw intelektualnych, aberracji i miazmatów doprowadziła do politycznej detronizacji Zachodu na rzecz innych ośrodków wpływu, które trzymają się swoich cywilizacyjnych tradycji (vide Chiny). Szkoła ta miała taki właśnie cel, raczej nie bezinteresowny, a stricte polemiczny.
Podcast 8a.pl – rozmowa z Markiem Płonką:
Szkoła śląsko-łódzka miała zupełnie odmienne ambicje. Chciała wprowadzić do polskiego wspinania moralną i mentalną jakość poprzez implementację tradycjonalizmu, który powstał w Saskiej Szwajcarii.
Luminarze szkoły frankfurckiej krytykowali i dekonstruowali zastaną rzeczywistość polityczną, obficie korzystając z jej dobrodziejstw (swoboda wypowiedzi, mamona za tzw. wytwory intelektualne). Mówiąc wprost – biografie jej luminarzy niezupełnie korespondowały z postulatami. Tymczasem przedstawiciele szkoły śląsko-łódzkiej – zwłaszcza Marek Płonka – swoje postulaty ćwiczyli na własnych kościach, dlatego szkoła ta zasługuje na respekt. Choć przegrała w starciu nie tyle ze szkołą krakowską, ile z historią i jej tempem, odcisnęła na wspinaniu znaczące piętno. Dla mnie najpoważniejszym wspinaczkowym rywalem był Marek Płonka – nikt inny! Rywalizacja o wizję wspinania, rząd dusz jest czymś znacznie ciekawszym i istotniejszym niż rywalizacja o gołą cyfrę.

Ojcami założycielami szkoły śląsko-łódzkiej byli Marek Płonka (wtedy z Katowic) i Jan Fijałkowski (z Łodzi) zwany Fijałem. Ten pierwszy był zdecydowanie największym praktykiem, przynajmniej w skałach, drugi bardziej teoretykiem – choć oczywiście nie można mu odmówić wspinaczkowej biegłości i zdecydowanie większego doświadczenia w górach niż to, jakie miał Marek.
Momentem decydującym miała być wyprawa Jaśka do Saskiej Szwajcarii, podczas której poznał realia tamtejszego wspinania i zapałał chęcią przeszczepienia ich na polski grunt. W podcaście Marka pada nazwisko Fritza Wiessnera – najwybitniejszego bodaj wspinacza w historii – i przykład jego „saksońskiego” wpływu na amerykańskie wspinanie. Tak miało stać się i w Polsce – w której na przełomie lat 70. i 80. królowała wędka.

Obraz ten, choć słuszny w swoim punkcie Archimedesowym, czyli saksońskim tradycjonalistycznym przykładzie, wydaje się jednak bardzo uproszczony. Idee nigdy nie mają mocy przekonywania same przez się jako budujący przykład. Idee, ideologie, doktryny są po prostu narzędziami, a narzędzia stosuje się wtedy, gdy jest to potrzebne.
Garownicy i karne ekspedycje
Tak też było w przypadku wspinania: ktoś po prostu nadepnął Fijałowi na odcisk i dlatego, wraz z młodszym od niego Markiem – ambitnym i obiecującym śląskim wspinaczem – sięgnęli po nowy, a raczej inny przepis na wspinanie diametralnie różny od tego, który dotychczas praktykowano w Polsce. Nie będę specjalnie odkrywczy, gdy powiem, że na odcisk nadepnęli mu Krakusi, a konkretnie garownicy* z Zakrzówka.
Nie ograniczali się bynajmniej do wspinania, a raczej wędkowania, co ze wspinaniem było wtedy tożsame (o zgrozo – z przymiotnikiem „klasyczne”!) na Zakrzówku i w okolicach Krakowa. Od czasu do czasu organizowali tzw. ekspedycje karne (termin stosowany przez Rika Malczyka) „na Śląsk”, jak wtedy mówiono, czyli na Północną Jurę. Podczas tych wypraw dochodziło do kontaktów Krakusów ze wspinaczami z innych miast w innych realiach niż taborowo-taternickie.
Riko, Kurtyka (świeżo pozyskany dla Krakowa) i inni garownicy zdecydowanie górowali nad resztą Polski z tego prostego powodu, że byli jedynym środowiskiem, które mogło wspinać się codziennie ze względu na bliskość Zakrzówka i skałek podkrakowskich. Ilość wspinania w ich przypadku była limitowana jedynie ilością spożytych trunków, a nie trudnym dostępem do skał. W końcu lat 70. najtrudniejsze wędkowe drogi Kaskaderów opiewały na dzisiejszy stopień VI.4, podczas gdy w innych częściach Polski, w tym na Jurze Północnej, walczono (też wędkowo) o VI.2+. Oczywiście na prowadzeniu sytuacja była nieco inna – VI.2 w późnych latach siedemdziesiątych to był maks dla wszystkich.

Szczególną biegłość wykazywali Kaskaderzy, a zwłaszcza Riko, w formacjach przewieszonych czy takich, w których wyjeżdżały nogi. Dawał o sobie znać tzw. syndrom Sadystówki (długi, kilkudziesięciometrowy trawers na Zakrzówku tak wtedy, jak i dziś, opiewający na ok. VI.3). Dla Krakusów wyjeżdżanie nóg nie było tożsame z odpadaniem – dzięki codziennemu wspinaniu na Zakrzówku, zwłaszcza na Sadystówce, na której przez cały rok był warun, byli po prostu bardziej atletyczni niż konkurencja, która zdawała się raczej na pracę nóg (vide Horyzonty techniki).
Każda z krakowskich ekspedycji karnych skutkowała szybkim rozwiązaniem jakiegoś problemu. Tak powstał między innymi Jaś nie doczekał w Podlesicach. Wystarczyła wędkowa przystawka Rika do jakże pasującej mu formacji. Nazwa była po prostu kopnięciem Fijała w rzyć, ponieważ biedak, którego Riko unieśmiertelnił w nazwie, nie doczekał chwili, gdy mógł sam przejść problem, bo przyjechali Krakusi i się przystawili.
Sytuacja zaostrzyła się na niekorzyść Ślązaków i Łodzian, gdy do Kaskaderów dołączyli przedstawiciele Nowej Fali. Co gorsza, nie skończyło się na wędce. Poprowadzenie przez Andrzeja Marcisza Cyklonu B w Rzędkowicach (jesień 1981 r.) nie tylko rozwiązało sztandarowy lokalny problem, lecz także ustanowiło ogólnopolski rekord trudności dla dróg „z dołem”, jak wtedy mawiano.
Przy okazji tych wypraw częstowano Ślązaków i Łodzian opowieściami o znacznie trudniejszych drogach wędkowych pod Krakowem. W 1982 roku, gdy „na Śląsk” zaczęli jeździć przedstawiciele Nowej Fali, takie drogi (tzn. wędkowe, opiewające na okolice VI.4) licznie pojawiły się na Północnej Jurze. Fijał mógł im przeciwstawić tylko swoją Lekcję tańca przewędkowaną w 1982 roku.
Pokonać wroga
Jak można poradzić sobie w rywalizacji, w której szanse są słabe, przynajmniej w jakimś „punkcie wyjścia”? Sposoby są dwa. Jeden z nich to przyjęcie modus operandi rywali i zaakceptowanie własnej słabości oraz wytrwały trening, by dogonić konkurencję. To może potrwać. Nie ma efektu natychmiastowego – jest on oddalony w czasie. Drugim sposobem jest zanegowanie osiągnięć konkurencji jako nie liczących się. Tutaj mamy clou szkoły śląsko-łódzkiej. Jej nagłe (koniec 1982 r.) odwołanie się do tradycji saksońskiej, wzmocnionej nieco tradycją brytyjską, miało na celu obalenie preponderancji Kaskaderów, Nowej Fali i ogólnie Krakusów (jak mawiano) w polskim wspinaniu. Wystarczyło zanegować wędkę jako liczącą się i zaproponować wspinanie z dołem, ale na surowych zasadach, daleko odbiegających od taternictwa skałkowego, które opisywałem w poprzednich tekstach.
Ekonomia takiego zabiegu była prosta: należało dogonić tylko Andrzeja Marcisza z Cyklonem B pokonanym metodą chocks only, ale na poziomie VI.3, a nie Rika, Kurtykę, innych Kaskaderów i Nową Falę na wędkowym poziomie VI.4, a nawet więcej, gdyż w 1982 roku pod Krakowem zainaugurowano wędkowo stopień VI.5 (vide mój tekst o Nienasyceniu).
To właśnie potrzeba chwili i skutecznej rywalizacji, a nie tylko Fritz Wiessner, czy bardziej Bernd Arnold i ich przykłady, uruchomiła taką, a nie inną doktrynę szkoły śląsko-łódzkiej.
Marek o tym nie wspomina.
Riko chyba boleśnie nadepnął Fjałowi na odcisk, a a raczej za sobą nie przepadali. Inne życiorysy, inne charaktery. Pamiętam słowa Fijała skierowane do mnie, gdy dowiedział się o śmierci Rika (1987 r.): „Jak żył – tak umarł”.
Spotkanie z Janem Fijałkowskim i Markiem Płonką zorganizowane przez AKG Łódź:
Wędki nie da się obronić
W latach 1981–1983 miałem swój udział nie tylko w „ekspedycjach karnych”, lecz także w wyjazdach ekip towarzyskich, które uformowały się wśród zakrzówkowej garowni. Jeździłem zwykle w towarzystwie Rika, Tomka Opozdy, Wojtka Kurtyki, Mariusza Gołkowskiego, Piotrka Gromka i oczywiście Jacka Ostaszewskiego.
Mój udział nie był skromny i muszę go tutaj przywołać dla klarowności wywodu o nadeptywaniu Fijałowi i innym na odcisk, zmieszanej oczywiście z nostalgią. Gros premierowych przejść wędkowych osiągnąłem właśnie „na Śląsku” w okolicach od Podzamcza, w Rzędkowicach i Podlesicach. Wymiar tych działań i pewien drobny szczegół doprowadził ostatecznie do ujawnienia się szkoły śląsko-łódzkiej i styku tejże z krakowską. Styku, który rychło przybrał formę zaciekłej rywalizacji i wojny ideologicznej.
Pierwszy raz nie zawsze bywa udany. Celem mojego pierwszego wyjazdu poza skałki podkrakowskie były Rzędkowice, o których wiele mówiono na Zakrzówku. Miały tam występować „straszne problemy” w postaci Dupy biskupa i Cyklonu B. W uszach znajomo brzmiały nazwy typu Świeże bułeczki czy Blood Sweat and Tears. Czyżby poetyka łojarzy z innych okolic nie była aż tak odległa od tej garowników z Zakrzówka i dolinek?
Do tego dochodziły peany o jakości i solidności skały, bo, jak wiadomo, tej ostatniej skałkom podkrakowskim zdecydowanie brakuje. Diagnoza, tak historyczna, jak i współczesna, brzmi: za mało betonu!
Ruszyliśmy we trzech: Rysiek Kosacz „Kosiara”, Mariusz Gołkowski i ja. Kosiara był o dziesięć lat od nas starszy i właściwie nosił ksywkę Przemyślny Kosiara, gdyż zazwyczaj miał ad hoc rozwiązanie (zwykle bardzo skomplikowane) niemal każdego problemu – praca naukowa na AGH robiła swoje. Był zdecydowanie mentalnym liderem wszelkich wspólnych wyjazdów – tak Mariusz, jak i ja często jeździliśmy z nim w Tatry. Technik był z niego wręcz wyborny, ponieważ dla wspinania porzucił inną pasję – balet. Za to buła, jak to u baletmistrza czy innego Fijała, dla którego liczyły się tylko nogi, a nie ręce, była słaba.
Środki publicznej komunikacji zaprowadziły nas pod wieczór sierpniowego dnia na dworzec PKS w Zawierciu – a tam bryndza, żadnego autobusu do Podlesic czy Rzędkowic już nie było.
Wtedy Kosiara zadecydował, że wsiadamy do takiego z napisem „Morsko” – czyli nie wiadomo dokąd – a później będziemy szukać drogi do Rzędek. Mieliśmy się tam oddać kiblowaniu wraz z zapasami samogonu z zakrzówkowego głogu, który produkował Kosiara, uprzednio pobierając od chętnych kartki na cukier. Trunek, rzecz jasna, miał uświetnić koniec naszego wyjazdu, jednak życie zrewidowało ten plan.
W Morsku czy jego okolicach jedyną odpowiedzią na pytanie „Gdzie są Rzędkowice?” był gest wieśniaka wskazującego kierunek w rozległym kompleksie leśnym. Ruszyliśmy z buta. Perspektywa zmierzchu była bliska. Godzina marszu na dzidę, poza ścieżkami, uświadomiła nam nieuchronność kibla w runie leśnym, a nie np. pod Lechforem czy w Garażu, o których tak wiele słyszeliśmy.
Nadchodziła ciepła sierpniowa noc, a głóg bulgotał w zapasach Kosiary, co przy braku wody czy innych konwencjonalnych napojów było pokusą nie do odparcia. Zakiblowaliśmy, oddając się wielkim wspinaczkowym planom – nie tylko na jutro. Zdaniem Kosiary o poranku mieliśmy wynurzyć się z lasu visàvis rzędkowickich skał, w co ja i Mariusz ochoczo uwierzyliśmy. Kosiara polał bursztynowy płyn o smaku mydła, bo zapomniał solidnie wypłukać butelki. Gadanie rychło przeszło w gwarę. Gitary na szczęście nie było. I wtedy stwierdziliśmy, że Mariusz zniknął.
Poszedł zapewne za potrzebą, ale… Wiedzieliśmy, że ma chorobliwie słabą głowę – podobnie zresztą jak Marek Płonka, późniejszy Führer szkoły śląsko-łódzkiej – i dosłownie jeden, dwa kieliszki mogły zaowocować utratą orientacji w pokoju, a co dopiero w terenie.
– Mariusz! Mariusz! – wołaliśmy.
Runo leśne nie odpowiadało. Za to gdy unieśliśmy głowy, odpowiedział nam widok rozgwieżdżonego księżycowego nieba, a na jego tle Mariusza jedną ręką uczepionego wierzchołka sosny, a drugą młócącego powietrze, jakby starał się dosięgnąć pięścią przeciwnika.
– Co robisz, Mariusz!? – krzyknęliśmy.
– Księżyc! Skurwysyn w oczy mi świeci! Dam mu w mordę!
Obie jego ręce na moment oderwały się od zbawczego wierzchołka w imię ciosów wymierzanych Łysemu. Rozległ się trzask łamanych gałęzi i korpus naszego towarzysza i partnera wspinaczkowego dosięgnął runa tuż obok miejsca, które wybraliśmy na biwak. Szczęściem nas tam nie było!
Oczywiście nic się nie stało, gdyż w takich sytuacjach człowiek jest z gumy. Podczas wspinania bywa inaczej, bo – z małymi historycznymi wyjątkami – odbywa się ono raczej na trzeźwo.
Wspinanie „na Śląsku”
O poranku strudzeni wynurzyliśmy się z krzaków vis à vis Lechfora. Nie było czasu na najmniejszą zwłokę. Rzuciliśmy się na skałę, to znaczy rzuciliśmy się zainstalować na niej wędkę dokładnie w linii, w której tkwił samotny ring z pręta zbrojeniowego.
Udało mi się przewędrować to od kopa (była to Diretta Lechfora), Kosiarze w drugiej próbie, natomiast Mariusz nieco się pomęczył. I wtedy dołączyła do nas bardzo elegancka postać, ubrana wedle obowiązującej wówczas wspinaczkowej mody: białe „piekarskie” spodnie, czerwona bularka i takaż chustka na głowie.
– Krzysztof Pankiewicz jestem – przedstawił się.
Podaliśmy mu jedynie swoje imiona, bez nazwisk – kto by o nas słyszał? – a Krzysiek pokazał nam wszystkie problemy, o które pytaliśmy.
Świeże Bułeczki padły wędkowo od pierwszego strzału we wszystkich trzech naszych przypadkach, Blood Sweat and Tears zdołałem zrobić po strasznej walce, moi towarzysze nie, zwłaszcza Kosiara był bezradny. W samo południe, zaatakowałem na wędkę Dupę Biskupa i pogięła mnie w kluczowych trudnościach (nie wiedziałem o istnieniu „dwójki” na prawo od rysy, którą później odkryto). Cyklonowi B nie dałem rady. Trzydziestostopniowy upał, pełne słońce i głóg Kosiary zrobiły swoje.
Wreszcie Krzysiek zapytał:
– Bardzo dobrze wam idzie – wbrew naszej własnej samoocenie. – Skąd jesteście?
Głupio było się przyznać, że z Krakowa, a wręcz „od Rika”, z którym tak często się wtedy wspinałem. Szkoda było robić garownikom takie tyły.
– Z Suwałk – wypaliłem. Mariusz i Kosiara jako miejsce zamieszkania podali Grajewo.
– Gdzie trenujecie?
– Na drzewach.
Niedowierzanie – no, ale to były jeszcze czasy wiary w słowo, jednak nie należało tego nadużywać. Po kilku zdaniach przyznaliśmy się Krzyśkowi jak na spowiedzi, skąd jesteśmy, i opisaliśmy trudy dojazdu.
– Mimo wszystko naprawdę dobrze wam idzie!
Krzysztof odegra bardzo istotną rolę w tej opowieści.
W kolejnych latach (1982 i 1983) podczas wyjazdów „na Śląsk” starałem się abstrahować od towarzystwa Kosiary (w górach i pod Krakowem wspinaliśmy się razem bardzo regularnie), jak i od komunikacji publicznej – na ile w tamtych czasach było to możliwe. Dwa pojazdy – pomarańczowy maluch Tomka Opozdy i żółty garbus Wojtka Kurtyki – były bogami, do których się modliłem, by zostać zaproszonym jako ich pasażer.

Najbliżej Krakowa był zamek w Ogrodzieńcu i pobliskie skałki i to one stały się moją zasadniczą Wędkowy areną. Nie tylko moją, ale krakowską, choć, co tu kryć, jeśli chodzi o skuteczność, wyróżniałem się na tle kompanów. Sto dwadzieścia podciągnięć na drążku w serii robiło swoje na problemach w okolicach dzisiejszego VI.4. Przewędkowałem jako pierwszy główny problem Podzamcza, czyli Rysę na Wielkiej Cimie, Krakowskie derby, Skowyt na Birowie, Czerwone bzdziągwy i Ommadawn (wtedy w łatwiejszej wersji wychodzącej z lewej strony). Drogi te oczywiście uważałem za moje i nawet ponadawałem im nazwy. W drugiej próbie powtórzyłem Obadi obada, którą w tamtym czasie Wojtek Kurtyka uważał za swoją najtrudniejszą drogę.
W Rzędkowicach przewędkowałem (i oczywiście nazwałem) Krakowski syfon, Mandolinę ogiera i Wiosenne klekoty, w Podlesicach, w trzeciej przystawce, padła Rysa Skierskiego.
Udało mi się też namierzyć i odnaleźć mityczną Lekcję tańca Fijała, o której mówiono, że jest pierwszą pozakrakowską VI.4. Akurat stało pod nią dwóch sympatycznych typków – jeden o bardzo wybitnej muskulaturze. Gnębili ją na wędkę.
– Można się przywiązać?
Pozwolili – i zrobiłem drogę od strzału.
– Ile?
– Eee… Chyba tak z VI.3 będzie.
Myśl, że mogę od strzału przewędkować VI.4 była zarezerwowana dla Krakowa i okolic. Obserwatorami mojej skutecznej próby i świadkami tego dość tendencyjnego licytowania okazali się… Leszek Milczarek i Marek Fabianowski.
Jednym słowem, pod koniec 1983 miałem „na Śląsku”, czyli Północnej Jurze, najlepszy wykaz wędkowy.
Korespondencja
Minął miesiąc, może dwa, gdy szkoła śląsko-łódzka zanegowała istnienie wyżej wymienianego wykazu, a ja, Mariusz, inni Krakusi… się pod tym podpisaliśmy. O tym, jak do tego doszło – za chwilę.
Ja, Mariusz i Tomek Opozda zdążyliśmy jeszcze w końcu października wpaść na Okiennik Wielki. Po przewędkowaniu dróg dziś identyfikowanych jako Śląski Filar, Wesoła krzakówka, Mein Kampf i Zimne łapki uznaliśmy je za swoje i żółtą farbą nabazgraliśmy pod każdą „VI.1”.
Ten akt krakowskiego samozadowolenia, połączony z dewastacją skały w dzisiejszym rozumieniu, nakłonił Jaśka Fijałkowskiego do skontaktowania się ze mną z uzasadnionymi pretensjami. Miały one formę epistolarną. List wysłany w Łodzi czy z Katowicach szedł do Krakowa mniej więcej dwa dni.
To od Jaśka dowiedziałem się, że najwybitniejszymi pozakrakowskimi, czyli „prawdziwymi wspinaczami” (tzn. konsekwentnie wspinającymi się tylko z dołem) są Janusz Nabrdalik i Marek Płonka. Warto by się z nimi spotkać, pomyślałem, ale do którego najpierw (listownie) zagadać? That was the question.

Pierwszym kandydatem, ze względu na starszeństwo, wydawał się Janusz. Marek miał natomiast lepszy wykaz, którego fragmenty przebiły się do „Taterniczka” i – jak się dowiedziałem – właśnie się ożenił. Ponieważ w przyszłym roku (1984 r.) miałem w planie zmianę stanu cywilnego, bardzo intrygowała mnie kwestia, jak to wpłynie na formę wspinaczkową, i mój wybór zdeterminowała możliwość zadania tego pytania.
Puściłem mimo uszu opinię: „Gdybyś zobaczył tego człowieka, to nie dałbyś za niego złamanego grosza”. Oczywiście była to opinia krakowska, czyli tych kolegów, którzy widzieli go na żywo. Rekapitulując – początek mojej znajomości z Markiem miał formę listowną.
Gdy upewniłem się, że zmiana stanu cywilnego nie oznacza automatycznej deterioracji formy, rozpoczęliśmy dyskusję na tematy wspinaczkowe – konkretnie na temat tego, co we wspinaniu się liczy, a przynajmniej powinno. Marek zanegował wszelkie przejścia wędkowe jako niemające znaczenia w wykazach wspinaczkowych. Był to radykalny punkt wyjścia, z którym jednak nie sposób było się nie zgodzić, gdy czytało się zachodnie magazyny wspinaczkowe – o przejściach wędkowych nikt tam nie pisał. Była to specjalność krakowska, usankcjonowana dorobkiem Kaskaderów, a trzymanie się jej nie rokowało dobrze na przyszłość.

Pożegnanie z wędką
W tamtym czasie (koniec 1983 r.) bardzo istotnym elementem krakowskiego środowiska wspinaczkowego stała się Sekcja Wspinaczkowa przy 8. Kole PTTK UJ, powołana z inicjatywy Mariusza Gołkowskiego, wtedy studenta geografii. Przystąpiło do niej z marszu wielu młodych krakowskich wspinaczy.
SW stała się nie tylko klubem towarzyskim, lecz także platformą dyskusji. W lokalu przy ulicy Gołębiej czytałem Mariuszowi, Jackowi Ostaszewskiemu i innym listy od Marka i wspólnie zastanawialiśmy się, co z tym robić. Wniosek był prosty: wędki nie da się obronić! Ergo: początek dyskursu – wtedy jeszcze nie rywalizacji – między szkołą krakowską a śląsko-łódzką zaczął się od oddania pola przez tę pierwszą pod miejsce przyszłej bitwy.
Ja i Marek ustaliliśmy, że nazwy dróg pozostają w mocy, trzeba je tylko jak najprędzej poprowadzić i najlepiej, by zrobili to ich autorzy. Gdyby okazało się to niemożliwe, autorstwo drogi ma przejść na prowadzącego. Gestem dobrego obyczaju będzie wspominanie o autorze przejścia wędkowego, jednak nic ponadto. Autorem drogi jest ten, kto przeszedł ją z dołem.
Innym problemem była negacja opisywanego przeze mnie „taternictwa skałkowego”, czyli prowadzenia dróg z biciem haków. W chwili, gdy zaczynałem korespondować z Markiem, miałem na koncie Lewą Rysę na Jastrzębniku OS, z czego byłem bardzo dumny. Marek nie negował ważności tego przejścia, jednak bicie haków uznawał za niedopuszczalne. Raz wbity hak powinien być stałym przelotem, świadectwem, że autorowi zabrakło w tym miejscu psychy. Używanie skalnych haków przy kolejnych przejściach prowadzi do destrukcji dróg, nieusuwalnej zmiany ich charakteru, przez co szanse wspinaczy powtarzających drogi niekoniecznie będą takie same. Problem ten zauważyliśmy pod Krakowem najpierw na Zakrzówku, gdzie standardowe drogi zaczęto wyposażać w stałe zacementowane haki.
W tej kwestii się zgadzaliśmy. Marek zwrócił uwagę na konieczność zminimalizowania takich środków, proponował, aby wzorem Jury Północnej stałe przeloty stosować tylko tam, gdzie niemożliwa jest asekuracja z kostek (dziś powiedzielibyśmy: ruchoma). Przykładem była Diretta Lechfora, którą tak ochoczo wędkowaliśmy ja, Mariusz i Kosiara. Był na niej zainstalowany pojedynczy ring – jeden z pierwszych na Jurze Północnej.
Tu zgody nie osiągnęliśmy – pod Krakowem istniały już drogi, na których było po kilka stałych przelotów (zacementowane haki), ze sztandarowymi Lewymi nitami (VI.4+) poprowadzonymi przez Ryśka Kosacza w październiku 1983 roku (a przewędkowanymi przeze mnie w lecie 1982). Trudno było sobie wyobrazić instalowanie kostek w takiej formacji i na drogach o takich trudnościach (problem ten opisałem w tekście o Nienasyceniu).
Tak narodziła się koncepcja strefowości – czyli podziału Jury na skałki podkrakowskie i Jurę Północną – wiele lat później powtórzonej w Porozumieniu Tatrzańskim. Skałki podkrakowskie kończyły się na Ostatniej (jak sama nazwa wskazuje) w Jerzmanowicach, a Jura Północna zaczynała się w Podzamczu i w Smoleniu. Pomiędzy tymi okolicami nikt się nie wspinał, przynajmniej nie regularnie – była to wtedy (obecnie tzw. Jura Środkowa) wspinaczkowa terra incognita.
Przyjęliśmy, że pod Krakowem Krakusi robią, co chcą, czyli wędkują, obijają drogi jak chcą i czym chcą. Z dwoma wyjątkami: przejścia wędkowe się nie liczą, a młotkowe taternictwo skałkowe odchodzi do lamusa.
Na Jurze Północnej obligatoryjnymi przelotami miały stać się ringi z prętów zbrojeniowych osadzone na paskach ołowiu, w otworach ręcznie wykonanych za pomocą wybijaka o przekroju 14 milimetrów. Miało to limitować ich liczbę – ideą szkoły śląsko-łódzkiej było przecież upodobnienie Jury do Saksonii.
Później Krakusi zmodyfikowali technologię osadzania i paski ołowiu (też zapożyczone z Saksonii) zastąpili odłamanymi fragmentami łyżeczek do herbaty. Ring wbijało się na pasówkę, wkładając w otwór kawałek łyżeczki. Rychło też wyczaili, że najlepszym rezerwuarem darmowych łyżeczek do herbaty są wagony Warsu (PKP). Ślązacy i Łodzianie z kolei podzielili się wiedzą, że z koszulek oplatających węże strażackie (obowiązkowe w budynkach publicznych) szyje się najwygodniejsze uprzęże wspinaczkowe. Straty Warsu i instalacji przeciwpożarowych w tamtym czasie były w dużej mierze konsekwencją dynamicznego rozwoju free climbingu.
Spór o styl
Punktem spornym było to, jak prowadzić nowe drogi. Krakusi stali na stanowisku, że najszybszą drogą do celu jest wędka, czyli patentowanie. Mówiąc wprost, nie chcieliśmy się zgodzić na obniżenie lotów z VI.5 do okolic VI.3. Wędka ponadto stanowiła najlepszy sposób treningu.
Szkoła śląsko-łódzka stawiała na styl – atak na problem od dołu, co zaczerpnęli z tradycji saskiej, która miała zresztą postać spisanych reguł, nad którymi czuwała Fachkomision. Jej admiracja dla brytyjskiego wspinania była natomiast warunkowa – połowie lat 80. coraz częściej dało się słyszeć głosy, że patentuje się tam drogi przed ich przejściem na własnej asekuracji. W Saksonii było to nie do pomyślenia – wędka uważana była za antystyl. W przyszłości miało to doprowadzić do podziału na tradycjonalizm (gdzie zawsze atakuje się problem ground up) i trad – czyli, de facto, wspinanie takie jak sportowe, z tym, że na drogach nieobitych.

Tutaj dochodzimy do sedna. Szkoła śląsko-łódzka negowała trad! Uznawała go za takie samo krakowskie wypaczenie jak wędkę. Stawiała na tradycjonalizm, a szczególnie jej główny reprezentant i Führer/Kletterführer (dlaczego tak – o tym będzie poniżej), czyli Marek Płonka.
Dotyczyło to także wspinania na żywca. Żywce po zapatentowaniu nie były w szkole śląsko-łódzkiej jakimś absolutem. Był nim styl solo OS – ewentualnie żywcowy flash. Co za tym idzie, współcześni polscy tradowcy nie mają żadnego powodu ani prawa uznawać się za kontynuatorów szkoły śląsko-łódzkiej.
Pętla z lasu – pojedynki w sezonie 1984
Do mojego pierwszego spotkania z Markiem przygotowałem się bardzo starannie. Miało ono nastąpić w dolinkach w marcu 1984 roku. Na powitanie przygotowałem dwie nowe drogi – Inseminatora i Easy Ridera w Kobylanach.
Tę drugą przewędkowałem jeszcze w 1982 roku i była to moja pierwsza autorska linia pod Krakowem. Teraz należało ją poprowadzić. Na obu drogach przygotowałem po jednej dziurze pod ringi, które miał przywieźć Marek – z tym że w przypadku Easy Ridera VI.4 nie chciało mi się czekać i poprowadziłem drogę, jako przelotu w kluczowym miejscu używając wiertła wsadzonego w wybity otwór, z założoną na nie pętlą z taśmy. Z opowieści Marka wiedziałem, że w Saskiej Szwajcarii przy wierceniu otworu pod ring tak właśnie można się asekurować. W tym przypadku wiertło posłużyło za przelot.

Marek w skałkach podkrakowskich szukał przede wszystkim rys, które były naturalnym środowiskiem szkoły śląsko-łódzkiej. Nic dziwnego, że swoje kroki skierował ku Cmentarzysku w Dolinie Będkowskiej – skale, którą tak Kaskaderzy, jak i Nowa Fala skrupulatnie omijali ze względu na trudność w instalacji wędki.
Padła tam Rysa Płonki (początkowo nazywała się Śląska kiełbasa, którą raczyliśmy się pod skałą). Co ciekawe – czego nie uwzględnia przewodnik – drogę tę Marek prowadził po raz drugi. Wcześniej, jeszcze w latach siedemdziesiątych, przeszedł ją z Januszem Nabrdalikiem, Marek wtedy prowadził. Była to poważna, wymagająca wspinaczka, trzeba było mieć zestaw wielkich kości zrobionych z przyciętych rur. Marek dysponował tym swoistym arsenałem, wynalazkiem „szkoły”, którą reprezentował. Kiedy latem tegoż roku próbowałem powtórzyć tę drogę bez takiego zestawu, musiałem oddać dwie próby – podczas pierwszej wybrało mi psychę. Ostatecznie jednak powtórzyłem ją w rekomendowanym przez Marka stylu ground up, czyli bez znajomości z wędki.
Ruszyliśmy pod Dupę Słonia. Tam Marek szybko i sprawnie uporał się z rysą na Pierwszym Filarku, po czym poszliśmy pod Płytę Sasa i wtedy postanowiłem zabłysnąć – poszedłem tę drogę na żywca. Było to jej pierwsze żywcowe przejście, a i pierwsza moja licząca się droga pokonana w tym stylu.
Wzrok Marka spoczął na Małej Dupie Słonia. Zapytał o wycenę i… ruszył na żywca. Przeszedł drogę gładko, bez horrorów, pomijając to, że musiał skończyć ją w lesie, co wymagało przewspinania botanicznego terenu. Tak więc pierwszego dnia naszej „fizycznej” znajomości nie mogłem się czuć zwycięzcą. A przecież działałem na własnym podwórku.

Kolejny dzień przyniósł jednak osłodę. Marek nie poradził sobie z Rysą Zegarmistrzów, a dokładnie jej dolnym fragmentem, czyli rysą właśnie, co było dla mnie pewnym zaskoczeniem. Implikacje tego wydarzenia opisałem w tekście o Bolechowicach.
Na Turni z Krokiem – tuż na prawo obok Rysek Kaskaderów (dziś nieistniejących po obrywie) – czekał na mnie projekt z gotowym otworem na ring. Marek wręczył mi dwa ringi – pierwszy zainstalowałem na poprowadzonym już wcześniej na wiertle (patrz wyżej) Easy Riderze. Projekt padł za trzecią bodajże przystawką i marszczyłem właśnie czoło, aby nadać mu jakąś godną, wręcz poetycką nazwę, gdy asekurujący mnie Tomek „Pęcherz” Lewandowski posłużył radą:
– Dlaczego nie nazwiesz tej drogi Inseminator? Wyobraź sobie, że jesteś technikiem weterynaryjnym, masz taką długą gumową rękawicę po pachę, a obok stoi krowa.

Marek nie znał wszystkich mentalnych zaułków środowiska garowników – a zwłaszcza wykreowanego przez nich sposobu opisywania świata zwanego fenomenologią wora (ang. scrotum phenomenology – jej wynalazcą był wspomniany Pęcherz). Niemniej, bez otrząsania się, przystał na nazwę. Swój chłop, pomyślałem, choć rzeczywiście wygląda trochę marnie.
Niemiecka ksywka
Warto w tym miejscu zatrzymać się nad nickiem Marka: Kletterführer albo Führer. To, że każdy łojarz musiał mieć ksywkę opisującą jego właściwości było w latach osiemdziesiątych oczywistością. W przypadku Marka punktem wyjścia był przebój kinowy Poszukiwacze zaginionej arki i jego zdumiewające podobieństwo do Ronalda Laceya grającego rolę Sturmbannführera Arnolda Ernsta Tohta (fotka z filmu). W środowisku wspinaczkowym (a takie wtedy stanowiliśmy, niezależnie od miejsca zamieszkania) szybko poszedł hyr: „Zobaczcie, Płona gra w filmie!”. I to nie byle jakim – ekscytowaliśmy się poszczególnymi scenami, zwłaszcza tą z zamianą nunchako na wieszak w wykonaniu sobowtóra Płony. Przypominało to co nieco operacje sprzętowe dokonywane przy pomocy rozmaitych kości samoróbek.
Marek niespecjalnie krył się ze swoją sympatią dla Niemców – nie tylko tych wspinających się w Saksonii, ale po prostu dla kultury, którą wytworzyli. Co było to zrozumiałe, bo wychował się na Śląsku, choć dla nas, Krakusów z Zakrzówka, z definicji nieco polemiczne.
Jeszcze bardziej Niemcami egzaltował się Fijał, a w jego oczach błyszczał podziw.
– Wiesz, mam niemiecką gazetkę wspinaczkową z czasów wojny. „W Skałach i na Froncie” – taki ma tytuł. Oni, jak dostawali urlop, to wracali w skały i się wspinali! Są tam wykazy dróg i odznaczeń, jakie dostali.
Nigdy nie lubiłem Niemiec i Niemców, pomimo zainteresowania ich historią polityczną, a zwłaszcza historią wojskowości w latach 1905–1945, dlatego proniemieckość szkoły śląsko-łódzkiej była istotnym czynnikiem napięcia pomiędzy nią a szkołą krakowską. Trzeba mieć świadomość, że to nie idee walczą ze sobą, tylko ludzie. Zawsze towarzyszy temu „to personalne coś ponadto”. Hier ist der Hund begraben!
Marek cieszył się ogromnym autorytetem, stylowe wątpliwości zawsze wyjaśniał za pomocą rzetelnej egzegezy. Nie trzeba dodawać, że w każdym przejściu dopatrywał się jakichś uchybień. Był jednoosobową Fachkomision – zarządzał, wręcz komenderował wspinaniem swoich akolitów. Nie tylko ja tak to odbierałem.
To nasunęło mi proste skojarzenie – Kletterführer. Miała to być ranga podobna to Sturmbannführera, tyle że w zastosowaniu do wspinania. Puściłem nick w obieg – najpierw dyskretnie wśród Krakusów. Przyjął się w trybie natychmiastowym także wśród Ślązaków!
W założeniu prześmiewczy, okazał się dość wiernym opisem postaci Marka, a zwłaszcza pozycji, jaką zajmował w naszym wspinaczkowym światku. Czasami ksywkę skracano… a co z tego wynikło, o tym będzie, ale na końcu tej opowieści.
(W tym miejscu dodam, że mój drugi, rzadziej stosowany nick „Wódz” nie jest nawiązaniem do Marka i jego roli, lecz do „Wodza” z Lotu nad kukułczym gniazdem. Podobieństwa postaci dopatrzył się Jacek Trzemżalski).
Krakus na Jurze
Był kwiecień 1984 roku. W tych pierwszych miesiącach naszej znajomości musieliśmy pojechać do Podzamcza. Znajdował się tam naczelny problem szkoły śląsko-łódzkiej, czyli Rysa na Wielkiej Cimie (jak ją wtedy nazywano, obecnie Pałac Kultury). W swoim krakowskim mniemaniu byłem oczywiście autorem tej drogi, bo przewędkowałem ją bez większych problemów w 1982 roku. Ustalenia z Markiem, o których pisałem powyżej, unieważniły ten fakt. Drogę należało poprowadzić, a przy okazji zmierzyć się z samym sobą.
Marek miał stosowny zestaw sprzętu, czyli kości najrozmaitszych rozmiarów, więc ten problem miałem z głowy.
Próba prowadzenia uświadomiła mi różnicę w stosunku do wędki. Oczywiście tę mentalną. Kluczowe miejsce drogi to delikatne wyjście na pochyłą półkę mniej więcej w dwóch trzecich ściany. Można się na niej zrestować do zera, wyżej jest dość wymagająca rysa, lecz z dobrą asekuracją.

Tuż pod półką moje morale osłabło – zdołałem odrobinę się cofnąć, czym skróciłem nieco lot. Marek był odważniejszy i wyszedł nieco wyżej, nie cofnął się i poleciał ho, ho… ale nie do gleby przecież. Kości trzymały lepiej od mechaników, niemniej nie dało się ich założyć odpowiednio wysoko przed półką. Runout był naprawdę poważny.
Przenieśliśmy się na mniejsze formy – na dziedziniec zamku (w tamtych czasach dostępny, można było się wspinać). Elektromontaż na Misiu był poza zasięgiem metod szkoły śląsko-łódzkiej, więc wzrok Marka spoczął na niewielkiej przewieszonej skałce naprzeciwko. Przecinały ją dwie rysy – zwłaszcza prawa robiła wrażenie swoją off-widthdowatością.
Na moją nieśmiałą sugestię, że „może jednak wędka”, Marek po prostu wbił się w rysę i załoił ją na żywca. Dziś, w dobie crashpadów, gdyby ułożyć ich stertę, byłby to może rozsądny wybór, lecz wtedy to było naprawdę coś – wbić się i przejść OS free solo kilka metrów nieznanej rysy (nie miała dotąd przejścia). Ideał szkoły śląsko-łódzkiej znalazł swoją materializację: Rysę na Zamku VI.2+.

Muszę dodać, że było to jedno z dwóch najpoważniejszych dołojeń mojej osobie w wykonaniu Kletterführera. Tym najważniejszym pozostaje przejście Czerwonych bździągw na Gołębniku, mojej drogi wędkowej z 1983 roku.
Pokazałem ją Markowi, wiedząc, że to formacja wyjątkowo pod niego – najpierw wąska, przewieszająca się rysa, która w górnej części zamienia się w szeroką, „śląską”, jak wtedy mawialiśmy. Trudności kulminują około 5–6 metra tej długiej, ponaddwudziestometrowej drogi i są asekurowane w miarę dobrym rocksem średniej wielkości. Marek doszedł tam, założył kość i zewspinał się, nie obciążając układu. Następnie wspólnie obciążyliśmy przelot – siedział solidnie.

Atak, który nastąpił, zakończył się powodzeniem i do dziś trwają spekulacje, czy był to OS. Bo flash na pewno. Przejście Czerwonych bździągw (VI.4) uznaje się za najlepsze dokonanie szkoły śląsko-łódzkiej, choć Marek ma zupełnie inne zdanie co do swojej życiówki (vide podcast).
Drogę powtórzyłem nieco później w tym samym 1984 roku, nie mając wielkich kości z rur. Musiałem przejść górny fragment drogi praktycznie na żywca, ale było to mniej więcej tylko VI.1. A ponieważ wcześniej przypomniałem sobie ją na wędkę, był to trad. Styl znacząco gorszy niż Marka.
W nieznane
Kletterführer wyznaczył miejsce następnej konfrontacji w Sokolikach. Ja, Mariusz i Jacek przystaliśmy na to z ochotą, bo oznaczało to wspinaczkowy wyjazd w nieznane.
W tamtym czasie sporo już słyszałem o Sokolikach, zwłaszcza o barwnej postaci Małolata (Zbigniew Czyżewski), w jakiś sposób tak kongenialnej jak Riko. Riko i Małolat bardzo się lubili i to były dla mnie wystarczające referencje. Ponadto w Sokolikach znajdował się Hokej, wędkowa droga Małolata o podejrzewanych trudnościach w okolicy VI.4. Nie miała prowadzenia, a Marek, stały bywalec Sokolików, nawet nie próbował jej przejść.
Wyjazd zorganizowaliśmy w ramach Sekcji Wspinaczkowej. Spiritus movens tych działań był oczywiście Mariusz, nie na darmo nosił ksywkę Prezes. Miejscem zakwaterowania było schronisko Szwajcarka.

Marek miał dojechać dwa dni później. Po przybyciu na miejsce (Mariusz, Jacek, Baśka Tarnawska vel „Matka”, całe gremium Krakusów) nie traciliśmy z Mariuszem czasu. Szybko przewędkowaliśmy Hokeja – VI.4 okazało się mitem. Wydawało się, że trudności bliższe są VI.3, jak zalicytowaliśmy.
Co dalej? Trzeba to poprowadzić! Tylko jak?
Na szczęście zabraliśmy ze sobą młotek oraz kilka haków i krakowską metodą po prostu osadziliśmy na Hokeju jeden hak jako kluczowy stały przelot. Przejście tak wyposażonej drogi nie stanowiło dla nas problemu. W jednym momencie zapisaliśmy się w historii rejonu, z którym… ani Mariusza, ani mnie nic nie łączyło. Następna była Rysa Nowaczyka – przeszliśmy ją, każdy przy pierwszej próbie, asekurując się z kości.

Szwajcar, baran i denaturat
Małolat nie zgłosił żadnych zastrzeżeń do przejścia Hokeja. Natychmiast nawiązała się między nami nić sympatii. Powody były dwa: Riko i Witkacy. Trzeba było to uczcić, oczywiście imprezą w Szwajcarce… do której trafił jako turysta autentyczny Szwajcar. Chciał przeżyć jakąś przygodę typową dla rejonu i wykoncypował, że najlepsze byłoby… pieczenie barana. Małolatowi nie trzeba było dwa razy podbijać tematu. Wyposażony przez Szwajcara w gotówkę ruszył w teren i wrócił z jakimś mięsem i kośćmi udającymi baraninę i kilkoma butelkami Jarzębiaku, co było z jego strony dużym osiągnięciem, zważywszy na system kartkowy, który obejmował alkohol. Impreza rychło się rozkręciła. W ramach „folkloru” Małolat zaprezentował Szwajcarowi rzuty siekierami interpretowanymi jako obyczaj pasterski. Ja i Mariusz przyłączyliśmy się ochoczo do tego procederu, a drewniane ściany raz po raz przyjmowały ciosy strażackich narzędzi.
Mariusz szybko odjechał, alkohol się skończył, co dalej? Wzrok Małolata spoczął na denaturacie (po krakowsku dynks, niebo), czyli paliwie do turystycznego palnika, na którym gotowaliśmy strawę w metalowym kociołku. Pokazał Szwajcarowi trupią czaszkę na naklejce i zasugerował, że jest to Polish blue vodka – wódka dla prawdziwych twardzieli. Piją ją tylko nieliczni hardmeni, jak się wyraził. Upił solidny łyk i podał mi flaszkę. Nie mogłem być gorszy, więc też napiłem się trochę „nieba” i przekazałem ją Szwajcarowi, a ten konsumował ją dalej na spółkę z Małolatem. Wtedy leżący na wyrku Mariusz się przebudził i zapragnął oddać baraninę, którą zjadł, wprost do naszego kociołka. Nie mogliśmy na to pozwolić! Ja i Małolat usiłowaliśmy wyrwać mu kociołek z rąk, zapierając się nogami o krawędź łóżka. Mariusz trzymał go jedną ręką, dając dowód swojej wypakowanej na Zakrzówku siły (Sadystówka robiona z plecakiem pełnym kamieni), a kociołek przybierał stopniowo formę eliptyczną. Nagle wszystko runęło: wyrko z Mariuszem się złamało, kociołek poleciał w swoją stronę, a ktoś zgasił światło.
Ciężar nocy był znaczny. Poszedłem po ciemku do źródełka po jedyny dostępny napój i przyniosłem go w metalowym kubku. Słysząc senne jęki Szwajcara, postanowiłem, że dam mu się napić. Ten, przebudzony, na sam widok kubka, z którego poprzednio pił dynks, zasłonił oczy i wyszeptał:
– Was ist das? Denaturat? Nein, nein!
Przerażenie osoby niemieckojęzycznej w to mi graj! – pomyślałem. Oczywiście polemicznie.
Kolejny moment poranka też był bezcenny. Małolat zrobił sobie kawę na naszym palniku, a Szwajcar dowiedział się, czym w istocie był niebieski płyn. Podobną satysfakcję miałem tylko raz w życiu, wiele lat później, gdy widziałem, jak Niemcy płacą na Sycylii za autostradę cieciowi w budce. Ten nie wydał im kwitu i kazał jechać dalej, mówiąc no problem. Autostrady na Sycylii sa bezpłatne.
Prawdziwy wspin
W takich to poimprezowych okolicznościach pojawił się wreszcie Marek. Ja i Mariusz (teraz już „Prezes Kociołek”) zreferowaliśmy mu nasze przewagi na Hokeju i Rysie Nowaczyka. Opinia Małolata ostatecznie zaważyła na uznaniu przez Marka ważności przejścia Hokeja pomimo haka wbitego ze zjazdu. Na Północnej Jurze z pewnością by to nie przeszło.
Marek dokonał trzeciego prowadzenia tej drogi, a moje rady, w jaki sposób należy założyć kostkę w kluczowym miejscu, okazały się bardzo pomocne. Teraz trzeba było iść z nim na prawdziwy, czyli niekrakowski wspin. Plany były wielkie.
Tak trafiliśmy po raz drugi pod Rysę Nowaczyka. Marek i w tym przypadku pałał żądzą szybkiego powtórzenia, jednak jego atak załamał się niespodziewanie przy pierwszej próbie, więc potrzebna była kolejna. Skromnie, a nawet bardzo skromnie, ale dołoiliśmy Kletterführerowi. Tym razem po raz pierwszy.
Kolejny dzień przyniósł poważne załamanie pogody. Spadł śnieg, a na Marka spadła lawina. Przygotowaliśmy ją ja, Mariusz i Jacek, napełniając śniegiem największy gar z kuchni i zaczajając się na dachu schroniska. Oczywiście wcześniej zawołaliśmy Achtung, Lawine!, lecz Marek zlekceważył to ostrzeżenie.
Podczas tego wyjazdu ujawniła się zasadnicza, często pomijana różnica między szkołą krakowską a śląsko-łódzką. Szkoła krakowska była zdecydowanie szkołą imprezową, uznającą balangi i libacje za integralny składnik free climbingu (vide mój tekst o Bolechowicach). Szkoła śląsko-łódzka od tego raczej (oczywiście niezupełnie…) abstrahowała – Ordnung muss sein!
Ostatnie kawalerskie łojenie
Zbliżała się moja prywatna kulminacja sezonu 1984. Jako miejsce ostatniego kawalerskiego wyjazdu wybrałem Podlesice, a jako partnera wspinaczkowego – niezawodnego Mariusza. Jacek Ostaszewski nie mógł niestety pojechać. Zainstalowaliśmy się w Ostańcu, co uczyniło zadość zasadzie: „Zastaw się, a postaw się”. Z pewnością była to dobra decyzja w kontekście naszego premierowego wyjazdu do Rzędkowic, który opisałem powyżej.
Pierwsze kroki skierowaliśmy pod Okiennik Wielki, miejsce naszego faux pas sprzed roku. Żółte napisy tkwiły na swoich miejscach, trzeba było jedynie poprowadzić „nasze” drogi. Uporaliśmy się bez problemu ze Śląskim filarem i Wesołą krzakówką, asekuracja była solidna. Problem stanowiły Zimne łapki. Podobnie jak Wesoła krzakówka – była to wędkowa droga Fijała, zrobiona jeszcze przed konwersją wyżej wymienionego na styl śląsko-łódzki.
Jak ją jednak poprowadzić bez wbijania haków?
Rozwiązanie pojawiło się, gdy zobaczyłem solidną klamę na kancie – jedyną zresztą tej wielkości na tej delikatnej drodze. Siadał tam jak ulał rocks numer 6. Wystarczyło to skonfrontować z lekturą „Mountaina”, w którym pisano o przejściu przez Rona Fawcetta Master’s Edge.
– Chyba się nie odważysz na jednym przelocie – zagaił Mariusz.

Odważyłem się, cóż bowiem jeszcze kawaler ma do stracenia? A zwłaszcza taki, który zawarł dżentelmeńskie porozumienie, że haków na Północnej Jurze wbijać nie będzie. W górnej części drogi udało mi się założyć jeszcze dwie rachityczne kości, a na dojściu do głównego przelotu skorzystałem z dwóch małych kolumienek, zakładając na nich przeloty z repsznura.
Pomimo nikłej wyceny VI.1+, była to wymagająca droga, w dodatku nadzwyczaj estetyczna.
W Podlesicach czekał na nas zasadniczy śląsko-łódzki problem – Pajączki na Wodnej Skale. Gdyby udało się tę drogę przejść, to…
Na wędkę udało się bez problemu – trudności VI.3 nie powalały – tyle że górna część drogi, trawers w prawo na filarek, znajdowała się w takiej odległości od ostatniego przelotu, który dałoby się osadzić w rysie, że gleba była gwarantowana, i to niezależnie od sprawności asekuranta.
Wisząc na wędce, ja i Mariusz zastanawialiśmy się nad możliwościami. Jedynym przelotem in situ, jedyną możliwością, aby trawers był asekurowany, był stary skorodowany nit z hakówki. Natomiast kilka dziurek na filarku dawało nadzieję na użycie camlocków, kostek mimośrodowych, protoplastów tricamów, tylko o wiele mniej skutecznych. Żeby skorzystać z nita, musiałem zawiesić około półmetrową pętlę.
Poprowadziłem Pajączki, bardzo mocno napinając się psychicznie, i w tym momencie był to dla mnie rekord, jeśli chodzi o przejście na własnej. Mariusz się nie odważył, a przecież w górach zawsze przewyższał mnie psychą. Była to dla mnie najlepsza rekomendacja wyzwania, jakiemu sprostałem.

Przejście Pajączków doprowadziło do pierwszego poważnego spięcia między szkołą krakowską a śląsko-łódzką nie tylko w sferze polemicznej. Marek prześmiewczo zapytał mnie, dlaczego nie rzuciłem sobie pętli z lasu. Według niego byłoby to to samo, co skorzystanie z przedłużki.
Dla niezorientowanego czytelnika konieczne jest tu wyjaśnienie: w 1984 roku nie stosowano wiszących ekspresów ani jakichkolwiek przedłużek optymalizujących wpinkę do stałych przelotów, co dziś we wspinaniu sportowym jest standardem. Był to zatem z mojej strony stylowy defekt, choć z pewnością nie tak poważny, jak chciałby Marek. Gdybym odpadł z końca drogi, nit raczej by nie wytrzymał – miał może jakieś realne znaczenie tylko na trawersie.
Czułem się bardzo urażony retoryką Marka. Co więcej, na drodze w optymalnym miejscu wbito ring i w takiej konfiguracji poprowadził ją Marek ground up. A więc jego idealny styl wymaga pomagierów, pomyślałem.
Przez moment to Marek uznawał się/był uznawany za zdobywcę drogi, z czasem jednak złagodził swoje stanowisko, niemniej w opisie sezonu 1984, jaki napisał dla „Bularza”, powtórzył retorykę o „pętli z lasu”.
W odwecie postanowiłem zastąpić jego ksywkę Kletterführer inną, „Kapłon”, nawiązującą do tak uwielbianej przez Rika i Krakusów gry półsłówek i równie sprawiedliwą dla Marka, jak „pętla z lasu” dla mnie. Na wojnie czasami nie bierze się jeńców. Tak bywa.
Piotr „Szalony” Korczak
***
Część druga tekstu pojawi się wkrótce.
***
Słowniczek
Tradycjonalizm
Droga wspinaczkowa może być atakowana jedynie od dołu (ground up) i żadne patentowanie z wędki czy rozpoznanie ze zjazdu nie jest dozwolone. Tradycjonalizm dopuszcza instalację stałych przelotów, ale musi się to odbywać podczas prowadzenia. Skutkiem tego wymogu przeloty są rzadko rozmieszczane i traktowane jako „zło konieczne”, gdy nie ma innych sposobów asekuracji (ruchomej).
Ojczyzną tradycjonalizmu były piaskowce Saskiej Szwajcarii, ale był on też praktykowany w USA (John Bachar, droga Bachar–Yerian 5.11c R/X), w Wielkiej Brytanii (przejścia Johna Redheada) czy na Marmoladzie (Droga przez Rybę).
Fritz Wiessner uchodzi za najwybitniejszego tradycjonalistę w historii.
Trad
Istotą tradu jest asekuracja ruchoma i zakaz/unikanie instalacji stałych przelotów. Dopuszcza natomiast patentowanie drogi na wędkę – takie samo jak we wspinaczce sportowej. Narodził się na Wyspach Brytyjskich, a jego najwybitniejszym wczesnym przedstawicielem był Johnny Dawes, twórca ikonicznej Indian Face (E9 6c).
*Garownicy
Członkowie społeczności/subkultury wspinaczkowej, która powstała na krakowskim Zakrzówku. Szczególnie aktywni w latach 70. i 80. Garownikami były dwa pokolenia krakowskich wspinaczy: Kaskaderzy i Nowa Fala. Wytworzyli własny język, sposoby niewerbalnej komunikacji, mimikę i gestykulację (charakterystyczny podniesiony palec wskazujący podczas rozmowy). Cechowało ich poczucie wspólnoty i koleżeńskiej lojalności, która była umacniana przez spożywanie alkoholu i imprezowanie podczas wspinania. Pierwsi full time climbers w Polsce.
***
Specjalne podziękowania dla Jacka Ostaszewskiego za udostępnienie zdjęć z bogatego archiwum dokumentującego wspinanie w latach 80. i początku 90.
***
***


***
Piotr „Szalony” Korczak
Jedna z najbardziej barwnych postaci polskiej sceny wspinaczkowej. Wspinacz, taternik, a przede wszystkim pionier ekstremalnej wspinaczki skałkowej w Polsce. Okres jego największej aktywności przypadał na lata 80. i 90. XX wieku, kiedy to eksplorował nowe rejony skalne i otwierał kolejne przełomowe drogi. Był to również czas formowania się tak zwanej Nowej Fali, którą w dużej mierze napędzał właśnie Korczak.
Obok licznych przejść w skałach Jury Krakowsko-Częstochowskiej ma na swoim koncie wybitne dokonania w Tatrach, gdzie między innymi przyczynił się do podpisania „Porozumienia tatrzańskiego”, które zaowocowało wyznaczeniem ścian przeznaczonych „do eksploracji w stylu sportowym”.
Postać legendarna w polskim środowisku wspinaczkowym, w dużej mierze za sprawą swoich wyczynów skalnych (Nieznośna lekkość bytu VI.7, 1992), ale także swoich licznych publikacji, wnoszących wkład we wspinaczkową autorefleksję, nie tylko tę postfaktyczną/historyczną, ale również teraźniejszą. Bohater sfilmu „Deklaracja nieśmiertelności” w reżyserii Marcina Koszałki. Autor kultowej „Doliny Białej Wody”.
***


Jacek Ostaszewski
Doświadczenie górskie wyniósł ze wspinaczek w Tatrach i Alpach, wspinał się także w polskich, słowackich, austriackich i francuskich rejonach skałkowych. W latach 1986-2002 był aktywnym instruktorem taternictwa. W latach 80. XX wieku zajmował się fotografią wspinaczkową, dokumentując dokonania wspinaczy Nowej Fali.
Obecnie jako profesor nauk humanistycznych zatrudniony jest w Instytucie Sztuk Audiowizualnych UJ, gdzie prowadzi zajęcia z teorii filmu i narracji filmowej. M.in. jest autorem książek „Rozumienie opowiadania filmowego” (1999), „Historia narracji filmowej” (2018), jest także współautorem podręcznika „Historia myśli filmowej” (2007). Juror Krakowskiego Festiwalu Górskiego w 2024 roku.
***
Polecamy teksty Piotra Korczaka o historii i postaciach polskiego i światowego wspinania skalnego:
- „Grand Illusion” Tony’ego Yaniro – pierwsza najtrudniejsza droga na świecie
- „Ommadawn Direct” na Gołębniku – Piotr Korczak wraca wspomnieniami
- John Redhead – Witkacy wspinania
- Zakaz w Arapiles, czyli wspinanie pod wpływem polityki
- „Nienasycenie”. Koniec, początek i… – Piotr Korczak o słynnej drodze i historii polskiego wspinania
- Piotr Korczak: Bolechowice – skały bliskie sercu
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA
czterdzieści lat później
Trochę się poczułem wywołany do tablicy. Na początek sprostowanie: Cyklon B (lewa rysa) to droga moja i Klamera (Tadek Ciszyński)…
Odpowiedzi: 7
Raczej była to Soplica;
"kilkoma butelkami Jarzębiaku" taka jest moja wersja (ale przed sądem wszystkiego się wyprę); brakuje też wzmianki o siadaniu w kominku…
Odpowiedzi: 2
Borze Szumiący!
Jakie to dobre, jakaż to ulga. Cóż za radość, jakież to szczęście i wybawienie, że w końcu pojawia się w…
Odpowiedzi: 8