24-letnia Annabelle Bouchardon i pierwsze klasyczne kobiece rope solo na „Directe Américaine”
Spis treści
Annabelle Bouchardon jako pierwsza kobieta w historii pokonała klasycznie rope solo jedną z najsłynniejszych czysto skalnych dróg w Alpach – Directe Américaine (ED-, 6c, 1100 m).
***
Directe Américaine
Krótki opis drogi zespołu Andrzej Ficek, Romek Forysiak i Szymon Podosek (KW Bielsko-Biała), który pokonał ją w 2023 roku:
Directe Américaine (American Direct) na Petit Dru to bez wątpienia jedna z najsłynniejszych i najpiękniejszych czysto skalnych dróg wspinaczkowych w Alpach. Jej główna część prowadzi logicznym ciągiem rys i zacięć przecinających efektowną ścianę zachodnią – czeka na niej około 900 metrów (20 wyciągów) intensywnego wspinania z daniem głównym w postaci bajecznie pięknego 90-metrowego zacięcia z ciągowymi trudnościami 6c/6c+. By wejść na szczyt pokonać trzeba dodatkowo około 500 metrów (12 wyciągów do 6a) na ścianie północnej, a przejście na Grand Dru to dodatkowe zejście granią i 3 wyciągi (do 5c). Czyli cała przygoda to nie tylko świetne wspinanie, ale i kawał alpinizmu!
Zachodnia ściana Les Drus była areną wielu przełomowych przejść, w tym rzadkich i zawsze wysoce cenionych przejść solowych. Samotnie wspinali się tutaj Walter Bonatti, René Desmaison, Christophe Profit (przejście free solo Directe Américaine), Marc Batard, Jean-Christophe Lafaille, Alain Ghersen, Alex Honnold, Benjamin Védrines… i tylko jedna kobieta: Catherine Destivelle (dwukrotnie, z tego raz otwierając nową drogę).
Annabelle Bouchardon – pierwsze klasyczne kobiece rope solo

Wspinaczka Francuzki trwała trzy dni – zrobiła dwa biwaki w ścianie. W trakcie przejścia dopadła ją burza, którą przeczekała w Trou du Canon – niewielkiej, lecz dobrze znanej wspinaczom jaskini w ścianie, oferującej schronienie podczas załamań pogody.
Annabelle poruszała się w stylu rope solo, czyli samotnie z liną i autoasekuracją.

Oto fragmenty jej relacji opublikowanej przez montagnes-magazine.com:
Poruszam się jak dobrze naoliwiona maszyna. Dolną część ściany pokonuję w tempie, które dobrze wróży na dalszą część wspinaczki. U stóp ósmego wyciągu, pierwszego za 6b, pozwalam sobie na przerwę. Dalsza część będzie trudniejsza, ale odcinek najbardziej narażony na spadające kamienie mam już za sobą.
Zmiana jest brutalna. Nagle wspinanie staje się znacznie bardziej wymagające i moje tempo spada. Około 16:00 dopada mnie kryzys. Mam wrażenie, że od 4:30 non-stop biegam w ścianie, a równocześnie, że poruszam się w ślimaczym tempie. Zmuszam się do chwili przerwy i pochłaniam kilka cukierków.
Noc dopada mnie w chwili, gdy docieram (wreszcie!) do upragnionego biwaku na końcu siedemnastego wyciągu. Muszę jeszcze zjechać w dół, a potem ponownie się wspiąć. Później rozkładam biwak, topię śnieg, jem i w końcu kładę się w śpiworze, wyczerpana. Jest już po północy, a za trzy godziny wstaję…
Na tle rozgwieżdżonego nieba monumentalna ściana Dru odcina się czarnym konturem. Dociera do mnie gdzie jestem i jak niezwykłe jest to, czego doświadczam. Jestem tak samo urzeczona, jak i przestraszona. Mimo to szybko zasypiam, kołysana przez gwiazdy.
Budzik dzwoni o 3:30, moje kończyny są solidnie zesztywniałe, ale czuję energię. Tuż nade mną kluczowe wyciągi, dwie szóstki ce. Zaczynam się wspinać o wschodzie słońca. Poruszam się wolno, ostrożnie, skała jest niewiarygodna. Koniec trudności technicznych i trawers na filar. Demontuję go metodą rosyjską: wypięcie, wahadło, trawers, wypięcie, wahadło… to bardzo skuteczne, ale 700 m nad ziemią również przerażające. Zabieram plecak i wracam jak pająk, po linie. Zawroty głowy, ze strachu, ze szczęścia. Z przyjemnością staję nogami na półce.
O 16:30 przy wtórze grzmotów docieram do Trou du Canon, ale muszę jeszcze zjechać po plecak. Mam hipoglikemię, jestem kompletnie odwodniona, trzęsę się ze zmęczenia. Około 20:00 zaczyna padać. Niezdarne szturchnięcie łokietkiem i kask leci w przepaść. Przeklinam się, tuląc w tej norze, owinięta folią termiczną – śpiwór trzymam na razie w plecaku, by nie zmókł. Pomijając krople odbijające się od płyty nade mną, jestem dość dobrze schowana. Wszystkie metalowe elementy ekwipunku podpięłam za kantem. Jestem do cna wyczerpana, jem orzeszki ziemne i zastanawiam się, czy nie przywiązać worka kajakowego (który służy mi za wór transportowy) na głowie, ale to nieergonomiczne.
Trzeciego dnia rano moje dłonie są spuchnięte jak nigdy. Zwykłe ruchy bolą, ale szczyt jest już bliski. Jeszcze jeden spręż. O wschodzie słońca wchodzę na flankę. Skrupulatnie podążam za wskazówkami i szybko odnajduję drogę. Nagle mdły smród wyrywa mnie z transu. Wdepnęłam w wielką kupę na półce. Super…
Na szczycie staję o 8:00 rano. Ulga, ogromne szczęście, ale jestem zamroczona ze zmęczenia. A dzień się jeszcze nie skończył. Delektuję się przez minutę, przytulam do „Dziewicy” jak do starej koleżanki. Jak zawsze, muszę jeszcze zejść po plecak.

Zmęczenie ciąży na barkach. Trawersuję do Brèche des Drus bez liny, ale bardzo ostrożnie. Odcinek, który przechodzi się zazwyczaj w 15 minut, zajmuje mi 40… noga za nogą, co kilka kroków siadam. Korzystam z poręczówki, robię mały zjazd do Brèche. Coraz wolniejsza, czuję spadek jasności umysłu, 60-metrowym wyciągiem docieram na Grand Dru. Uff!
Myślałam, że o tej porze będę już u podstawy zjazdów… Tymczasem dopiero zwijam linę, zapinam raki i w żółwim tempie ruszam w kierunku pierwszego z nich. Na szczęście, na ścieżce są ślady i bez problemu odnajduję pierwsze stanowisko na pięknym bloku z żyłą kwarcu. Zabieram mały souvenir z tej wspinaczki – kamyk w kształcie Dru.
Nazajutrz patrzę na Dru z nowej perspektywy. Samotna wspinaczka ma inny smak. Niekoniecznie lepszy, po prostu inny. Smak, który nie każdemu pasuje, który prowokuje, rodzi pytania, i którego nie będę próbować na co dzień. Smak jedyny w swym rodzaju. A wynik? Wyzwanie fizyczne i mentalne, jakiego próżno szukać gdzie indziej. Wspomnienie tej podróży zostanie ze mną na zawsze, jako oda do powolności. Robię to, co mnie ekscytuje najbardziej na świecie. Czego chcieć więcej?
Annabelle Bouchardon

Annabelle Bouchardon ma 24 lata. Szybko stała się aktywną członkinią środowiska wspinaczkowego w Chamonix. I szybko wyspecjalizowała się we wspinaczce klasycznej na wielkich ścianach, klasycznym alpinizmie, a także przejściach solowych z asekuracją.
Na swoim koncie ma już wspinaczki bardzo różnego typu, między innymi: dobrą próbę na Golden Gate na El Capitanie (do klasycznego przejścia trochę zabrakło, ale to i tak ogromny sukces!), wejście na Taulliraju (5830 m) w peruwiańskich Andach, oraz łańcuchówkę trzech północnych ścian w masywie Écrins: Pic Sans Nom, Meije, Râteau.

Drogę Directe Américaine Annabelle pokonała w niecałe dziesięć dni po samotnej wyprawie na Grand Pic de Belledonne, łączącej dojazd rowerem z Grenoble, wejście drogą La Croix et la manière (ED-, 6b obl.) oraz start paralotnią – wszystko to w mniej niż 24 godziny.
Źródła: montagnes-magazine.com, Annabelle Bouchardon, Alpine, Mag, Simond
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA