Rozmowa z Piotrem Krzyżowskim: Cieszę się dopiero wtedy, kiedy bezpiecznie zejdę do bazy
Piotr Krzyżowski zapisał niedawno na swoje konto 11. ośmiotysięcznik. 20 maja stanął na szczycie 3. szczytu Ziemi, czyli Kanczendzongi. Sukces przyszedł po zaledwie 9 dniach od przybycia do bazy. To druga tegoroczna wyprawa, po nieudanej wiosennej na Annapurnę. Tuż po powrocie do Polski Piotr znalazł czas, aby podzielić się ze wspinanie.pl wrażeniami nie tylko z Kanczendzongi. Czytajcie!
Piotr Turkot (wspinanie.pl): Minęło 9 dni, od kiedy stanąłeś na szczycie Kanczendzongi. Błyskawiczny powrót do kraju, ale przede wszystkim bardzo sprawne zdobycie szczytu. Zgodnie z informacjami na twoim profilu, wszedłeś na Kanczendzongę 9 dni od przybycia do bazy. Gratulacje! Kiedy postanowiłeś wybrać się na Kanczendzongę i jak wyglądał początek tej wyprawy?
Piotr Krzyżowski: Tak, moje działanie na Kanczendzondze było dość sprawne. I tak trochę wzorem poprzednich moich wypraw nie komunikowałem tego wyjazdu, bo gdzieś w przestrzeni medialnej pojawiła się informacja o mojej pierwszej wyprawie wiosennej, czyli Annapurnie. A na tą Kanczę wyjechałem sobie tak po cichutku i też realizowałem ją w ciszy. Bardzo lubię taki styl.
Jestem już troszkę przemęczony natłokiem informacji. Na szczęście nie byłem aż tak mocno bombardowany wiedzą o tym, co dzieje się w górach. Miałem swoje informacje spod Everestu, bo tam działał mój kolega Bartek. No ale wiedziałem mniej więcej, ile tych osób tam będzie. Później mignęło mi jakieś zdjęcie z tłumem ludzi zmierzających w kierunku szczytu. No i bardzo się ucieszyłem, że tym razem byłem w bardzo odludnym miejscu, w trudno dostępnej przestrzeni górskiej, bo Kanczendzonga jest dość mocno oddalona, więc trekking jest, można powiedzieć, egzotyczny, dziki.
Tak więc upajałem się tym swoim spokojnym wspinaniem, choć wokół mnie było trochę ludzi, ale niewiele. Z tego, co pamiętam, ostatecznie działało pod górą 27 osób. Część później zrezygnowała, więc nie wiem, czy finalnie 20 osób stanęło na szczycie.
A moje działania? Czasami szukam sobie takich challenge’ów, ale takich własnych, solo. Choćby zmierzenie się z górą w dziesięć dni. Zrobiłem sobie założenie, aby tak szybko wejść na ten wysoki ośmiotysięcznik – Kancza to jest trzeci szczyt Ziemi. Tak się złożyło, że akcję górską rozpocząłem w ósmym dniu od dotarcia do base campu. Zrobiłem bardzo szybką rotację do siedmiu tysięcy metrów, żeby troszkę ten organizm przyzwyczaić. No i w dziewiątym dniu od dotarcia do base campu stanąłem na szczycie.

Faktycznie, szybko. A mówiłeś, że niewiele osób działało na górze. Były tam jakieś wyprawy komercyjne? Bo jednak Kanczendzonga dołączyła do tych szczytów, na których działają agencje. Jak to wyglądało w tym roku? Kto działał sportowo, kto komercyjnie? No i czy korzystałeś z lin, które rozwieszono w tym sezonie?
Tak, działały tam dwie główne agencje, czyli Seven Summit i Imagine Nepal, które miały swoich klientów komercyjnych. No i w jakiejś części góra była poręczowana. Były tam pewne niesnaski między tymi grupami. Ja w to nie wchodziłem, bo staram się zawsze działać z boku.
Natomiast góra w jakiś sposób dla tych klientów była przygotowywana, choć ostatecznie w ataku szczytowym, który rozpocząłem z 19 na 20 maja, nie była do końca zaporęczowana. Tylko dla tych komercyjnych grup odbywały się jakieś fragmentaryczne poręczowania, już w trakcie wchodzenia. Próbowano przygotować odcinek z obozu czwartego w kierunku szczytu, ale nieskutecznie. Mam wrażenie, że agencje chyba nie do końca dysponowały właściwymi prognozami pogody. Ludzie wychodzili przy wietrze 75-80 km/h. Później rozmawiałem z kilkoma osobami, był tam między innymi mój znajomy Speed Dawa, znany z akcji poręczowania dla Andrzeja Bargiela. Był bardzo poirytowany, że jego agencja wystawiała go do różnych działań, a nie było szans na to, żeby cokolwiek zrobić. Pokazywał mi nagrania, tak jakby tłumacząc się z tego, bo było mu z tym źle. Ewidentnie nie był w stanie sam wejść na tę górę, a bardzo chciał.
Ty znalazłeś swoje warunki i czas. 19 maja wyruszyłeś do ataku szczytowego. Jak wtedy wyglądała góra? Jakie były warunki śniegowe, wietrzne?
To był chyba jeden z najlepszych momentów, wstępnie go sobie zresztą przygotowałem. Korzystałem ze swoich kontaktów, prognoz pogody i sprawdziłem, że poprzesuwały się o jeden dzień, ale ostatecznie ten dwudziesty miał być najlepszym dniem, z najmniejszym wiatrem. I tak też było.
W nocy, z dziewiętnastego na dwudziestego, wiatr był jeszcze odczuwalny. Tam, w kotle, jest podejście w kierunku kuluaru skalnego, więc mocno wiało, ale później zaczęło się uspokajać i można było bezpiecznie się wspinać. Wiadomo, że idąc bez tlenu z butli, muszę to sobie dobrze przygotować, ale też czas mojej akcji musi być określony – nie mogę sobie pozwolić na jakieś przystanki. Użyłeś zwrotu „sportowo”. Nie wiem, czy tak to można określić, ale wspinanie bez tlenu jest uznawane za sportowe – różne dyskusje w tym zakresie były. Staram się w to nie wchodzić.
Oprócz mnie jeszcze dwie osoby próbowały wspiąć się właśnie w stylu, bez użycia tlenu z butli i bez wsparcia personalnego Szerpów. Był to Włoch Gian Luca [Cavalli] oraz Serge z Francji. Taką deklarację składał też Rosjanin Walery Babanow, który już dość długo przebywał pod górą. Nawet jak wychodziłem na rotację, to w pewnym momencie Walery gdzieś pobiegł na lekko za mną, żeby się przygotować. Doceniam ogromnie jego zaangażowanie, bo ma już swoje lata, a jednocześnie jest dość sprawny [61 lat – red.]. Natomiast ostatecznie Walery, no i prawie wszystkie te osoby, które działały na górze, korzystały z pomocy swojego Szerpy i weszły „na tlenie”. Tylko Gian Luca, z którym szliśmy razem do ataku, nie używał tlenu. Z kolei Francuz musiał się wycofać z uwagi na duże odmrożenia. Udało mu się zejść do obozu, a później został ewakuowany.

Kopuła szczytowa, a przez to akcja szczytowa na Kanczendzondze zawsze jest kłopotliwa. Tak jak wspomniałeś o kuluarach, tam można się nawet pogubić. Ale rozumiem, że pogoda była na tyle dobra, że z wyborem drogi i decyzjami, w którą stronę iść, nie mieliście problemów.
Tam zawsze jest problem z orientacją. Poruszam się w swoim tempie, ale w tej kopule są dziesiątki różnych lin, i to jest też tak bardzo niebezpieczne. Nigdy nie ufam do końca temu, co tam zastaję. Zawsze kieruję się zdrowym rozsądkiem i umiejętnościami. Wolę polegać na czekanie i swoich kompetencjach wspinaczkowych.
Tam jest wiele różnych wariantów podejścia w kierunku szczytu i będąc na takiej wysokości, jesteś już zmęczony. Przebywasz w ekspozycji wysokości i o pomyłkę nietrudno. Jestem zatem bardzo wyczulony, jeżeli chodzi o poruszanie się w kierunku szczytu, a tym bardziej poruszanie się niżej. Bardzo zwracam uwagę na liny poręczowe – zawsze powtarzam, że poręczówki są jakimś wsparciem, ale nigdy w stu procentach im nie ufam. Wracając do akcji, widoczność była dobra, wiatr ucichł, więc można było się w miarę bezpiecznie poruszać. Czasami to jest jednak łamigłówka, szczególnie jak człowiek jest w „beztlenie”, to musi sobie z tym jakoś tam radzić sam. Trzeba być kutym i czujnym.
Tempo miałeś dobre, bo na szczyt szczyt dotarłeś przed południem, dokładnie po dziesiątej. To wskazuje, że sytuacja była pod kontrolą.
Tak. Tak jak sobie założyłem. Wspinam się średnio sto metrów na godzinę wysokości – to taki mój poziom podczas ataku na ośmiotysięcznik. Zatem zakładałem około dwanaście, trzynaście godzin, i o 10.16 byłem na szczycie, więc zmieściłem się w tych moich widełkach bezpiecznego poruszania się.
Uczucia na szczycie? Kanczendzonga to twój 11. ośmiotysięcznik.
Zawsze ktoś zadaje mi pytanie, jak to na tym szczycie jest– czy była euforia, wybuch radości i tak dalej. Natomiast ja zawsze cieszę się dopiero wtedy, kiedy bezpiecznie zejdę do bazy, bo dopiero wtedy można powiedzieć, że kończą się obiektywne niebezpieczeństwa.
Tutaj wiedziałem, że czeka mnie trudne zejście, bo kopuła szczytowa może nie jest jakaś bardzo trudna, wyeksponowana, ale są tam niezbyt przyjemne trawersy, gdzie trzeba być czujnym. Dlatego też zawsze trochę powstrzymuję tę radość. No ale niewątpliwie cieszyłem się z tego. Było to dla mnie dość duże wyzwanie. Ostatni szczyt tak zwanej Wielkiej Piątki, czyli najwyższych pięciu ośmiotysięczników, które zbliżają się [Makalu] lub mają większą wysokość niż 8500 m [Mount Everest, K2, Lhotse]. Był też podbity moim osobistym wyzwaniem – czułem, że jest to do zrobienia, ale już na takim limicie, z dość dużym zbliżaniem się do momentów, kiedy trzeba być naprawdę bardzo czujnym. No i tak. Nie ukrywam, że czułem radość, szczególnie, że moja pierwsza wiosenna wyprawa nie zakończyła się sukcesem. Gdzieś tam zaspokoiłem głód wejścia na ośmiotysięczne szczyty.
Mówisz o wyzwaniu, jakim miało być zmieszczenie się w tych dziesięciu dniach. Czy miałeś jeszcze jakieś inne założenia, wpisujące się w słowo „wyzwanie”?
Właśnie chodzi o to wyzwanie. Od jakiegoś czasu zastanawiałem się nad tym, mocno analizując swoje parametry oraz to jak funkcjonuję w górach. I szukałem jeszcze takich optymalizacji zdroworozsądkowych – bo tak też trzeba na to patrzeć. Byłem na Manaslu i gdzieś tam te dwa tygodnie mnie intrygowały – czy da się w dwa tygodnie wejść bez aklimatyzacji na ośmiotysięcznik?
Zawsze stawiam sobie takie osobiste wyzwania. Inna sprawa, że tego czasu nie się już chyba za bardzo skrócić. Zresztą nie mam takiej potrzeby, bo akurat to była duża góra, więc nawet trudno porównać do Manaslu, który jest o kilkaset metrów niższy.
Zawsze staram się, w każdej wyprawie, może nie szukać sobie na siłę wyzwań, ale w jakiś sposób sprawdzać, jak funkcjonuje mój organizm. Na ile jestem jeszcze wydolny i jak to można poprawić, ewentualnie coś zmienić.

Tutaj wracamy po raz kolejny do tematu właśnie wejść z, i bez tlenu. To jest taki evergreen. Pewnie słyszałeś o tym, co działo się na Evereście. Wspominałeś nawet, że byłeś z Bartkiem w kontakcie. Bartek świetnie sobie poradził na znanych ci, z beztlenowych wejść górach, czyli Lhotse na Mount Evereście. No ale mamy np. nowy wyczyn, który jest nazywany wielkim rekordem – Amerykanina Tylera Andrewsa, który wszedł na szczyt dosyć szybko, ale używając butli z tlenem. Człowiek, który przez lata chciał poprawić rekord na Evereście, bez tlenu, jednak poszedł na łatwiznę? My na wspinanie.pl dosyć mocno wypowiedzieliśmy się na ten temat, uznając, że jest przejaw nie do końca dobrej rywalizacji. Jak ty patrzysz, właśnie przez pryzmat na rekord Andrewsa, na takie zjawisko, kiedy można po ten tlen w każdym momencie sięgnąć?
No ja dość konsekwentnie w swoim działaniu przyjąłem zasady wspinania bez użycia tlenu z butli, ale również bez innych backupów typu tlen ratunkowy – wiele osób mnie o to pyta i myśli, że gdzieś tam jakąś małą butlę ze sobą noszę. To wszystko ma wpływ, tak jak sam wskazałeś. Pamiętam słowa mojego kolegi, dobrego himalaisty, który kiedyś brał udział w akcji ratunkowej, i powiedział, że idąc w tlenie do akcji po prostu nie miał zadyszki, nie chciało mu się jeść, pić, było mu ciepło. Często ktoś zadaje zwraca się do mnie słowami: „Słuchaj, widziałem ciebie na Evereście. Siedzisz, gadasz normalnie, trochę wolniej, ale nie sapiesz jak lokomotywa”. A czasem widzę człowieka, który zdejmuje tę maskę, chce coś powiedzieć i ledwo coś tam wybrzmiewa.
Każdy z nas dokonuje swoich wyborów. Wskazałeś, że Andrews chciał przez lata pobić ten rekord „bez tlenu” – próbował i próbował. Jest świetnym sportowcem, ale gdzieś tam w pewnym momencie podjął decyzję, że zaaplikuje ten tlen. Myślę, że to była też konsekwencja pierwszej tegorocznej próby i tego, że wtedy podczas wspinaczki użył tlenu. I tak naprawdę druga próba, nawet gdyby była bez tlenu, to i tak uznana zostałaby jako tlenowa. Dla mnie to jest jasne.
To tak jak dyskusja o tryptyku Kristin Harili, która weszła na Nuptse, Lhotse, Everest, no i użyła na jednej z tych gór tlenu [na Lhotse]. To zmienia całą postać tego challenge’u. Świat dzieli się w sumie na podstawowe kryterium używania tlenu bądź też nie. Natomiast każdy z nas podejmuje swoje wybory i musi liczyć się z konsekwencjami. Sam Everest jest zresztą areną różnych dziwnych rekordów. Ktoś inny chce wejść ileś tam razy w jednym sezonie itd. To szukanie wyczynów na siłę. Ja tego nie lubię, bo głównym elementem ma być radość wspinania, a nie patrzenie przez pryzmat: „znajdźmy coś, czego nikt nie zrobił, wtedy ja zrobię i stanę się sławny” – chyba nie tędy droga.
Natomiast w tej całej dyskusji mały nacisk kładziony jest na to rozróżnienie, czy też wskazanie, że można się wspinać bez użycia tlenu, ale można też mieć inne ogromne wsparcie, o którym się mniej mówi. Znam ludzi, którzy gdzieś tam zrealizowały te swoje marzenia bez użycia tlenu z butli, natomiast korzystały z dużego wsparcia swoich Szerpów, którzy im wszystko nosili, gotowali itd.
Ja zderzam to też ze swoim działaniem. Kiedy docieram do jakiegoś obozu, biorę łopatę i kopię dwie godziny, rozbijam się, a tymczasem ktoś tam sobie już leży w namiocie, wyprostowane nóżki i czeka, aż mu ktoś ugotuje jedzenie. Tych czynników jest dużo więcej. Dzielimy to w taki dość prosty sposób: w tlenie, bez tlenu. No ale rekord poszedł w świat. I jeżeli ktoś chce, niech go pobija. Myślę, że większość osób, które gdzieś tam dojrzało himalajsko, nie widzi w tym wielkiego challenge’u, po prostu uważa, że to jest po prostu jakiś tam sportowy – choć bym tego pojęcia nie użył, ale powiedzmy, że jest to jakieś działanie, które jest policzalne. Z drugiej strony nie mamy jeszcze danych, ile tego tlenu używał, na jakich przepływach. To też trzeba było gdzieś mierzyć.
Słyszałem o działaniach ekipy Furtenbacha, ludzi, którzy wchodzili na ksenonie i korzystali z przepływu sześć litrów na minutę. No więc jest jeszcze wiele zmiennych. Myślę, że dojrzali himalajsko ludzie patrzą na takie wyczyny z delikatnym uśmiechem i ja też tak do tego podchodzę. Każdemu wolno robić w górach to, co chce, dopóki nie zakłóca przestrzeni innym. Chce to jakoś tak nazywać, niech nazywa. Wspomniałeś, że Andrews wielokrotnie próbował pobić ten rekord. Nie udawało się, więc gdzieś tam rzutem na taśmę podjął taką a nie inną decyzję – żeby móc z czymś wrócić… No i z czymś takim też można.

Rzeczywiście przypadek Harili potwierdza, że w momencie kiedy masz Szerpów obok siebie, którzy niosą już coraz lżejsze i coraz bardziej technologicznie zaawansowane butle, no to decyzja o przerzuceniu się z wyczynu takiego już w sumie pseudosportowego (bo ten support jest wielki) na wyczyn tlenowy jest bardzo prosta. No i właśnie Harila straciła poczucie komfortu i zdecydowała się na użycie tlenu. To przecież burzy ten beztlenowy tryptyk. No, ale tu jesteśmy cały czas w takim z jednej strony może nawet nie tyle rozdarciu – choć na naszym portalu stwierdziliśmy już dawno że nie relacjonujemy wydarzeń z tlenem, bo po prostu irytuje nas podpinanie się pod prawdziwy himalaizm tych różnych rekordów. Tymczasem na przykład w mediach mainstreamowych rekord Andrewsa jest reklamowany jako najszybsze wejście na Everest.
No tak, zapomina się o dodaniu jeszcze, że wszedł tam z tlenem.
Czasem ktoś to dopisze, ale „mainstream” słyszy ten przekaz. No dobrze, zostawmy to. Wróćmy do ciebie, te dziewięć dni z bazy na szczyt bez aklimatyzacji już na tej wyprawie. Po pierwsze, masz w organizmie „zapisane” wchodzenie na ośmiotysięczniki. Wiosną byłeś na Annapurnie. Wróćmy na chwilę do tej wyprawy, to była twoja druga wyprawa na tę górę, dodajmy – trudną, niebezpieczną. No i nie udało się. Piotr Pustelnik też miał kłopoty „koronowe” z Annapurną. Jak wspominasz tę wiosenną wyprawę?
W grę wchodzą anomalia pogodowe. W zeszłym roku, będąc na Annapurnie, 20 kwietnia kiblowałem w obozie czwartym pod serakiem, w szczelinie, rozbity, zasypywany śniegiem, bo chciałem jeszcze zmierzyć się z tym szczytem, choć już wiedziałem, że to już jest tylko walka o przetrwanie i bezpieczne zejście.
W tym roku zaplanowałem wcześniej działania na innym siedmiotysięczniku, który dałby mi bezpieczną aklimatyzację po to, aby nie chodzić dużo na tej Annapurnie. Jak dotarłem pod Annapurnę, to okazało się, że obfite opady śniegu nie puszczają do góry. Podjąłem nawet z Babanowem, Israfilem i z dwoma Rosjanami (którzy otworzyli drogę nową na Manaslu) próbę przebicia się w kierunku obozu czwartego i dalej ataku szczytowego. Zaporęczowaliśmy tam taki trudniejszy odcinek i weszliśmy w pola śnieżne pod obóz czwarty. Większość zdecydował o zawróceniu, bo ten śnieg był bardzo głęboki (nawet do pasa). Wiedziałem, że nie jestem w stanie sam przewspinać takiej góry i też musiałem się wycofać. No a później sprawy zawodowe nie pozwoliły mi zostać dłużej na tej wyprawie. Stąd też decyzja o tym, że wracam do Polski. No a ten atak, gdzieś tam bardziej zmasowany, z większą ilością ludzi był chyba 18 kwietnia, więc tak naprawdę gdybym zadziałał tak jak w zeszłym roku i tak to zaplanował (czyli przesunął ten czas), to miałbym szansę na ten szczyt. Natomiast wydarzyło się, jak się wydarzyło. Nie wracam do tego, bo to też nie jest tak, że ta góra jest jakimś takim jednorożcem.

Wspomniałeś, że właśnie urlop cię trochę trzymał. Jesteś prawnikiem. Jak w ogóle zdobywasz urlop? Bo za niecały miesiąc wyskoczyłeś na Kanczendzongę, a jeszcze w międzyczasie zostałeś prezesem Klubu Wysokogórskiego Bielsko-Biała. Jak wygląda prywatne i zawodowe życie Piotra Krzyżowskiego?
Jestem pracownikiem wymiaru sprawiedliwości i przewodniczącym Wydziału Gospodarczego KRS Sądu Rejonowego w Bielsku-Białej. Korzystam z urlopów wypoczynkowych. Z uwagi na to, że jako pracownikowi wymiaru sprawiedliwości przysługuje mi dodatkowy urlop, jest mi troszkę łatwiej – przy okazji to też wymusza w jakiś sposób szybkie działanie w górach. Poniekąd, gdzieś tam z tyłu głowy, zawsze świeci mi się lampka, że ja tego urlopu mam określoną liczbę dni i jeżeli mogę, to staram się szybko realizować swoje plany. Pamiętam, że kiedyś z Bartkiem Ziemskim działaliśmy razem na Manaslu i on się irytował: „No ale jak to? Przylecieliśmy dzisiaj. Dlaczego już dziś jedziemy już w trekking?”.
No tak to u mnie wygląda, że ja na pierwszej wyprawie i teraz, w trakcie drugiej, zaraz po przylocie robię przepak, pakuję się w jeepa i już jadę w kierunku swoich celów. Nie poświęcam tego czasu na Katmandu na jakieś tam niepotrzebne działania. Każdy dzień jest dla mnie na wagę złota. Jakoś muszę spinać moje obowiązki zawodowe, i tutaj ogromne ukłony w stronę moich współpracowników, którzy w czasie mojej nieobecności zastępują mnie w czynnościach administracyjnych, no i oczywiście dla prezesa mojego sądu, który ten mój urlop podpisuje.
W międzyczasie odbyły się w moim rodzimym klubie wybory i zapisałem się do pracy jako prezes. Chciałbym, żeby nasze środowisko i ten dość mocno rozrastający się klub – bo mamy już chyba ponad pięciuset członków – fajnie się rozwijały. Troszkę mnie do tego namówiono… Nie byłem tak do końca przekonany, ale w końcu uznałem, że mogę swoimi kompetencjami w jakiś sposób wesprzeć i pomóc w rozwoju naszej społeczności.

Brzmi dobrze! Nasuwa się naturalne pytanie, no bo masz 11 ośmiotysięczników, zatem brakuje ci trzech. Jest ta Annapurna, na którą pewnie znowu będziesz się wybierał wiosną przyszłego roku. Czy jesienią, bo to jest taki też termin na chińskie szczyty. Choć tutaj nie wiadomo co z sezonem – co roku jest problem z otwarciem Cho Oyu i Shisha Pangmy. Jak tę swoją przygodę z koroną chcesz rozpisać na nadchodzące miesiące?
Te wspomniane trzy szczyty, z którymi mógłbym się zmierzyć, to jakiś tam mój cel na przyszłość. Ale ja do tego podchodzę bardzo spokojnie. Na jesień już raczej będzie mi trudno wygospodarować wolne, bo dwie wyprawy już zrealizowałem. Będę się temu przyglądał. Jest to dość utrudnione. Nie ze względu na trudność wspinania się na Sziszę czy na Cho Oyu, ale właśnie na te kwestie administracyjne. No i też bardzo nie podoba mi się to, co jest wymogiem podczas działania na tych dwóch szczytach, czyli konieczność zapłacenia za Szerpów i za tlen. To się kłóci z tą moją ideą wspinania bez wsparcia. Nie wiem, jak to można technicznie inaczej rozwiązać, żeby nie było potem wątpliwości, że z tego rodzaju wsparcia nie korzystałem w trakcie wspinania. No ale to też wpływa ogromnie na cenę tych wypraw.
Ja sam finansuję w dużej mierze moje działania, nie mam sponsorów, którzy mogliby mnie w tym wesprzeć, więc to będzie dla mnie bardzo ważny czynnik. Jak można byłoby zrealizować taką wyprawę w niższym koszcie, uwzględniając jednak to, żeby się nie narazić administracji chińskiej, która pilnuje tych kwestii? Oni przyjęli dość jednoznaczne stanowisko – nie chcemy mieć wypadków, więc każdy ma być w tlenie i chodzić z Szerpą. Zatem ja podchodzę do tego bardzo spokojnie. Dla mnie taka gonitwa, w kierunku osiągania różnych celów, mierzenia się z takimi wyzwaniami… Przecież ja już nikomu niczego nie muszę udowadniać. Jestem człowiekiem spełnionym, również w tym obszarze wspinaczkowym. Cieszę się swoimi wyprawami i tak do tego podchodzę. Niewątpliwie lubię domykać swoje tematy i projekty, które rozpocząłem, więc pewnie w perspektywie jakiegoś czasu będę chciał pomyśleć o tym, aby faktycznie spróbować zmierzyć się z każdą z tych gór.
To dobra puenta! Po prostu zostaniemy zaskoczeni, jak w przypadku Kanczendzongi – wrzucisz informację, że właśnie idziesz na te „chińskie szczyty”. Tego ci też życzymy. Ale tak, jak sam powiedziałeś, odpowiednie tempo i wspinanie „bez napinki” ma też wielką wartość. Bardzo dziękuję za rozmowę. Jeszcze raz graty Kanczendzongę.
Dzięki wielkie.
***
Dźwiękowa wersję rozmowy znajdziecie na naszym kanale Youtube:
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA