Plan B w Garhwalu: nowa droga „Kishmish” na prawdopodobnie dziewiczym Balakunie (6471 m)
Spis treści
Amerykański zespół wybrał się w połowie maja w Himalaje Garhwalu (Indie), by spróbować nowej drogi na Chaukhamba III (6974 m). Pogoda pokrzyżowała jednak plany. Czekając na poprawę warunków, Sean McLane, Vitaliy Musiyenko i Christian Black znaleźli alternatywny cel. Wytyczyli nową drogę i możliwe, że dokonali również pierwszego wejścia na szczyt Balakun.

***
„Balakun nie był naszym celem przed wyjazdem, ale to atrakcyjna góra i pomyśleliśmy, że może posłużyć jako sensowny plan rezerwowy” – powiedział Musiyenko w rozmowie z portalem ExplorersWeb. Szczyt znajdował się znacznie bliżej bazy niż Chaukhamba III – wyprawa w obie strony zajmowała trzy do czterech dni.
Zaaklimatyzowany zespół przeczekał kilka dni nieprzerwanych opadów śniegu. Prognoza obiecywała jeden pogodny dzień, a po nim kolejny długi cykl załamań. Byli w sytuacji teraz albo nigdy:
W obliczu tak krótkiego okna wybraliśmy nietypową strategię jak na długą, techniczną nową drogę. Pokonanie całej, liczącej 2300 m linii w jednym ataku: błyskawicznie, ultralekko, ze świadomością, że możemy się wycofać, jeśli wspinaczka zajmie więcej czasu, niż możemy sobie pozwolić. Wiedzieliśmy, że będzie bardzo trudno – tylko nie wiedzieliśmy JAK trudno.

Wspinaczka
27 maja o 0:30 wspinacze opuścili bazę na wysokości 4420 m i ruszyli pod dziewiczą południowo-zachodnią grań Balakunu (6471 m). To szczyt w kształcie piramidy wznosi się nad lodowcem Satopanth.
Większość jedzenia i sprzętu zostawili w bazie. Zabrali dwuosobowy namiot, palnik i jeden śpiwór, które zdeponowali na wysokości 5486 m.
Pierwsze 1000 m pokonali bez liny, w mikstowym terenie. Po kilku godzinach Black postanowił zawrócić. Źle się czuł, a do tego – jak relacjonował Musiyenko – nie przekonywały go kompromisy, na jakie szli, by poruszać się szybko, wspinając się bez asekuracji po ośnieżonej skale w piątkowym terenie. Black samodzielnie zszedł śnieżnym kuluarem, a McLane i Musiyenko związali się liną i ruszyli dalej.
To, co nastąpiło później, Musiyenko określił jako jeden z najbardziej wymagających dni, jakie przeżył w górach:
Od tego miejsca pokonaliśmy lotną asekuracją około 1200–1300 m do wierzchołka, używając kilku Mikro Traxionów do asekuracji prowadzącego na trudniejszych wyciągach.
Jego zegarek wskazał ponad 2400 m przewyższenia od obozu.
Droga okazała się znacznie bardziej wymagająca, niż zakładali. Składały się na nią długie odcinki piątkowe, stromy teren mikstowy, głęboki śnieg oraz skała o jakości od znakomitej po zupełną kruszyznę. W kilku miejscach asekuracja była tak słaba, że odpadnięcie nie wchodziło w grę. Najtrudniejsze wyciągi Musiyenko ocenił na około M5–M6, a całą drogę wycenił na ok. M5-6 R/R X, z odcinkami, gdzie lot groził ciężkim urazem lub śmiercią.
Na szczyt wspinacze dotarli o zachodzie słońca, 18 godzin po wyjściu z obozu, w niespodziewanej wichurze połączonej z epizodami utraty widoczności. Przed nimi było zejście ponad 2000 m.

Zejście
Zjazd był wyzwaniem samym w sobie:
Przez całą noc zjeżdżaliśmy z Abałakowów i skąpych stanowisk, topiliśmy wodę po ciemku i napieraliśmy.
Obaj byli wówczas skrajnie wyczerpani. Powaga sytuacji stała się jasna, gdy McLane zaczął słyszeć dźwięki, których nie było. Był to sygnał, że przed nimi jeszcze długa droga. Zwolnili tempo, poruszali się bardziej metodycznie i skupili na podejmowaniu rozważnych decyzji. Bliżej końca drogi McLane miał już także halucynacje wzrokowe:
Mimo to pozostawał przytomny, panował nad swoimi działaniami i nie wykazywał żadnych innych objawów ostrej choroby górskiej.
Po zejściu z góry mieli wreszcie wodę do picia z kilku potoków, a do bazy dowlekli się po około 40 godzinach niemal nieprzerwanego ruchu. Musiyenko mówi:
Dla mnie to przejście było ogromnie satysfakcjonujące, bo nie mieliśmy pojęcia, czy tak długą i techniczną drogę da się pokonać w tak krótkim czasie z tak niewielką ilością sprzętu. […] Takie doświadczenia są rzadkie. Obnażają złudzenia o tym, do czego jesteś zdolny, i zastępują je czymś bardziej wartościowym.
Możliwe pierwsze wejście
Zespół nazwał drogę Kishmish (to w hindi „rodzynek”). „Pod koniec wspinaczki czuliśmy się kompletnie wysuszeni i pomarszczeni, a tak się składa, że rodzynki to mój ulubiony suszony owoc” – wyjaśnił Musiyenko.
Jak w przypadku innych mało znanych szczytów Garhwalu, historia wspinaczkowa Balakunu pozostaje niejasna. Musiyenko tak relacjonuje poszukiwania pierwszych zdobywców góry:
Istnieje krótka wzmianka o wcześniejszym wejściu indyjskiej straży granicznej, ale miejscowi wspinacze i alpiniści podważają jej wiarygodność, przez co wielu uznaje Balakun za niezdobyty
Bez szans na Chaukhamba III
Pierwotnym celem była Chaukhamba III, a zespół ani razu nie wspiął się na planowanej drodze. Przed atakiem na Balakun zespół wszedł na przełęcz na południowo-wschodniej grani Chaukhamby III i zdeponował tam sprzęt (później go zabrali. Pozostał pewien niedosyt:
Przez następne dwa tygodnie czekaliśmy na okno pogodowe, które nigdy nie nadeszło. Ani razu warunki nie zbliżyły się do tego, co uznalibyśmy za akceptowalne dla próby. Ściana była oblepiona śniegiem, a prognoza zapowiadała opady każdego dnia, więc po prostu rozbiliśmy się tam na kilka dni, czekając, czy pogoda się zmieni. Nie zmieniła się.
Źródła: ExplorersWeb, IG Vitaliy Musiyenko
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA