Pozostawiony Szerpa z Everestu. Polski klient relacjonuje, Nepal wszczyna śledztwo
Spis treści
- Dwa dni w szczelinie
- Relacja Mariusza Chmielewskiego: „od początku chaos”
- Tlen, którego zabrakło
- Akcji ratunkowej nie było
- Szerpa, który nigdy nie był na szczycie
- Nepal wszczyna śledztwa
- Pytania, które pozostają
Historia Hillary’ego Dawy Sherpy, który sześć dni schodził sam z Everestu i wrócił żywy, ma drugie dno. Wraz z tym jak Szerpa odzyskuje siły w szpitalu, na jaw wychodzi, jak przeżył i dlaczego w ogóle został sam. Polski klient wyprawy, Mariusz Chmielewski, formułuje oskarżenia pod adresem agencji, a nepalskie władze wszczęły śledztwo. O cudownym powrocie Dawy pisaliśmy tu: Spisany na straty Szerpa wrócił z Everestu. Sześć dni schodził sam. Teraz wiadomo znacznie więcej.

Dwa dni w szczelinie
Z relacji, jakie Dawa zdołał przekazać ratownikom i rodzinie, wyłania się przebieg jego samotnej walki. Według portalu Everest Chronicle Szerpa wpadł do szczeliny na wysokości około 5500 m. Spędził w niej dwa dni, czekając na pomoc, która nie nadeszła. Wydostał się dopiero wtedy, gdy do szczeliny zsunęła się lawina. Świeży śnieg częściowo wypełnił szczelinę i pozwolił Dawie wyjść na powierzchnię.
Wyżej miał przetrwać jedząc zapasy żywności pozostawione przez innych wspinaczy w okolicy obozu 3. Drogę w dół utrudniał fakt, że częściowo drabiny i poręczówki na drodze prze Icefall zostały już zdemontowane.
Szpital HAMS w Katmandu podał szczegóły jego obrażeń. Szerpa ma m.in. odmrożenia II stopnia palców, oraz złamanie kłykcia przyśrodkowego kości udowej prawej nogi (w okolicy kolana). Jego stan jest stabilny i jak na to co przeszedł, jest w zaskakująco dobrej formie.
Relacja Mariusza Chmielewskiego: „od początku chaos”
Najmocniejszy głos w tej sprawie należy do Polaka. Mariusz Chmielewski, który zawrócił spod szczytu i sam leczy odmrożenia palców w szpitalu HAMS, oskarża organizatora (Himalayan Traverse Adventure) o prowadzenie wyprawy w sposób chaotyczny, niebezpieczny i nieprofesjonalny. Według niego wszystko, łącznie z atakiem szczytowym, było opóźnione i źle zarządzane.
Polak mówi o decyzjach podejmowanych na ostatnią chwilę zamiast profesjonalnego przygotowania: wysokie obozy zakładano w ostatnim momencie, łączność praktycznie nie istniała, a zaopatrzenie w żywność było niewystarczające. W jednym przypadku, jak twierdzi, po 15-godzinnym marszu z bazy do obozu 2 nie dostał jedzenia ani wody aż do następnego dnia, a część zespołu wspierającego nie potrafiła obsłużyć kuchenek.
Ze względu na zbyt mały zapas tlenu, szybko zmieniające się warunki, zbyt późną porę oraz m.in. zamarznięty zamek w kombinezonie, którego nie można było już domknąć, na wysokości ok. 8450 m n.p.m. podjąłem decyzję o odwrocie. To było ekstremalne – szczególnie pod względem fizycznym – doświadczenie. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem w tak krótkim czasie w tak wielu sytuacjach na granicy życia i śmierci. Schodzenie na dół w nocy w warunkach burzy śnieżnej, szukanie i wyciąganie ze śniegu lin poręczowych, mgła ograniczająca widoczność do 40 metrów, omijanie szczelin i przedzieranie się nocą przez świeżo zasypany śniegiem lodowiec Khumbu to tylko niektóre ze smaków tej wyprawy. Mam odmrożenia palców prawej dłoni i ból kostno-szkieletowy od wysiłku włożonego w zejście na dół.
Tlen, którego zabrakło
Kluczowy wątek dotyczy tlenu. 28 maja, na wysokości około 8450 m, Chmielewski przerwał atak szczytowy. Pogoda 29 maja gwałtownie się załamała. Polakowi zostało wówczas tlenu w butli na jakieś 30 minut. Choć, jak twierdzi, wykupił siedem butli, błędy w zarządzaniu uniemożliwiły mu dostęp do nich w tamtym momencie:
Sherpa (Pasang Kaji Sherpa) mijając mnie przy zejściu poinformował mnie, że ma zapasową butlę w namiocie w tzw. Lhotse Camp. Naturalnie byłem przekonany, że użyje jej i będzie schodził na dół asekurując mnie (przynajmniej co jakiś czas użyczając mi tlenu), ale tak się nie stało. Zostawił mnie i poszedł dalej sam.
Chmielewskiemu tlen skończył się na wysokości ok. 7800 m, jeszcze przed Lhotse Camp, . Na wysokości ok. 7500-7600 m dogonił go Brytyjczyk Chris Thrall. Powiedział mu, że rozdzielił się z Dawą, który wydawał się w dobrym stanie, i poradził dalsze zejście. Od tego momentu Polak i Brytyjczyk schodzili razem nocą, w silnym wietrze, intensywnych opadach śniegu i przy fatalnej widoczności:
Schodziliśmy razem korzystając z jego czołówki. Kilkukrotnie w trakcie krótkich postojów prosiłem go również o użyczenie tlenu na 2-3 minuty i wtedy to robił.
Akcji ratunkowej nie było
Dawa miał przy sobie radiotelefon i telefon satelitarny, ale łączność urwała się po obozie 4. Zdaniem Chmielewskiego agencja szybko uznała Szerpę za zmarłego, zamiast natychmiast ruszyć z poszukiwaniami. Chmielewski tak relacjonuje ze szpitala:
Nie było żadnej akcji poszukiwawczej. Nie wysłano żadnych Szerpów. Powiedziano mi, żebym z nikim nie rozmawiał i nie kontaktował się z mediami.
Przekonani, że Dawa zginął, zarówno Thrall, jak i Chmielewski opublikowali pożegnalne wpisy. Brytyjczyk nazwał Szerpę „prawdziwym wojownikiem gór” i odwiedził jego rodzinę w Katmandu — wciąż wierząc, że zginął.
Szerpa, który nigdy nie był na szczycie
Najpoważniejszy zarzut dotyczy obsady wyprawy. Przed wyjazdem agencja miała zapewniać Chmielewskiego, że w działaniach szczytowych wezmą udział wyłącznie bardzo doświadczeni Szerpowie. Tymczasem sam Dawa miał mu wyznać, że nigdy wcześniej nie stanął na Evereście. Potwierdziła to córka Szerpy, Mendo Lhamu, mówiąc, że ojciec miał mieć zadania wspierające: gotowanie i obsługę obozów.
Według relacji Dawa miał pierwotnie zostać w obozie 2 w roli logistyczno-pomocniczej, lecz został skierowany do ataku szczytowego z powodu braku wykwalifikowanego personelu. Chmielewski oskarża menedżera agencji i jego syna o przedkładanie zysku nad bezpieczeństwo i „igranie z ludzkim życiem”. Na domiar złego przedstawiciele firmy mieli poinformować Polaka w szpitalu, że jego kaucja w wysokości 1500 dolarów nie zostanie zwrócona, bo poszła na akcję ratunkową.
Nepal wszczyna śledztwa
Sprawa wykroczyła już daleko poza pojedynczą wyprawę. Departament Turystyki rozpoczął dochodzenie w sprawie agencji Himalayan Traverse Adventures, prowadzonej przez Dawę Sherpę (zbioeżność nazwisk z ofiarą) i jego syna Anga Phurbę. Dyrektor generalny departamentu, Ram Krishna Lamichhane, zapowiedział drobiazgowe śledztwo. W czwartek przesłuchano oficera łącznikowego wyprawy, Madhusudana Pudasainiego. Lamichhane oświadczył:
Przeprowadzimy dokładne dochodzenie. Jeśli zostaną stwierdzone nieprawidłowości, firma poniesie surowe konsekwencje prawne.
Nepalskie Stowarzyszenie Alpinistyczne (NMA) w wydanym oświadczeniu wezwało rząd do powołania niezależnej komisji i pociągnięcia do odpowiedzialności wszystkich, którzy mogli narazić życie kolegi po fachu. Wspinacze domagają się też wyjaśnienia, dlaczego poręczówki i drabiny poniżej obozu 4 usunięto, gdy Dawa wciąż był na górze.
Najgłośniej mówi żona Szerpy, Damu Sherpa. Zanim Dawę odnaleziono, rodzina zdążyła rozpocząć obrzędy pogrzebowe. Pod szpitalem mówiła:
Chcę sprawiedliwości. Dawa zaginął 29 maja, od razu prosiliśmy odpowiednie służby o pomoc, ale wszyscy puścili to mimo uszu. Rząd świętuje rekordowe wpływ z opłat za Everest w tym sezonie, dlaczego więc nie odpowiedział na nasze telefony?
Pytania, które pozostają
Sprawa Dawy rzuca cień na sezon, który miał być najbardziej „udanym” w historii Everestu. Odnotowano ponad tysiąc (!) wejść na szczyt. Po raz kolejny wraca pytanie o dedykowaną służbę ratowniczą na górze i o to, kto odpowiada za bezpieczeństwo, gdy permit załatwia jedna firma, a wyprawę prowadzi inna.
Ale problem jest głębszy niż systemy ratunkowe. Zespół Dawy ruszył do ataku szczytowego, gdy wszyscy inni byli już na dole albo w drodze do domu, i parł dalej mimo dramatycznie wolnego tempa. Gdyby na górze byli jeszcze inni Szerpowie, Dawa niemal na pewno dostałby pomoc. Najbardziej narażeni w tym systemie pozostają ci, którzy zarabiają na życie, dźwigając cudze marzenia o szczycie.
Źródła: The Kathmandu Post (Suraj Kunwar), ExplorersWeb (Angela Benavides), The Tourism Times oraz Everest Chronicle.
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA