Staszek Piecuch: Nie ma się co obrażać na świat, że zegar tyka
W latach 90. wraz z Januszem Gołąbem, Jackiem Fluderem i Grzegorzem Skorkiem tworzył wspinaczkowy Dream Team i realizował ambitne przejścia w Tatrach, Alpach oraz Himalajach. Niechętnie chwali się swoimi osiągnięciami, a o niektórych z nich nawet nie pamięta. Mimo zmagań z ciężką chorobą wciąż imponuje świetną formą i – jak sam mówi – robi to, na co życie mu pozwala. Swoimi wspomnieniami i refleksjami na temat współczesnej wspinaczki dzieli się z nami Stanisław Piecuch.

***
Julia Klimek: Masz duże osiągnięcia wspinaczkowe, ale mimo wszystko żyjesz trochę w cieniu – nie prowadzisz spotkań i prelekcji.
To dlatego, że chciałem, żeby nadal sprawiało mi to przyjemność. Mogę wyrwać się na wspinanie od czasu do czasu, a to, co jest rzadkie i deficytowe, sprawia większą frajdę. W czasach, kiedy przeprowadziłem się do Szczecina, wspinaczka nie była czymś, co przynosi pieniądze. Teraz bywa źródłem dochodu, ale ja nie mam takiej potrzeby (staram się pamiętać słowa Wojtka Kurtki, że sława to k****). Pracuję na linach, prowadzę własną działalność gospodarczą. Mam dwóch sponsorów – prawą rękę i lewą rękę.
Jak się zaczęła twoja historia wspinaczkowa?
To był 1988 rok, mieszkałem wtedy w Katowicach. W książce telefonicznej znalazłem numer do klubu wysokogórskiego. Zadzwoniłem tam, pokierowano mnie na spotkanie i na kurs. Na początku nie chciano mnie na niego przyjąć, bo nie byłem w stanie zdać testu sprawnościowego za pierwszym razem.
Na czym polegał ten test?
To był test Pilicza dla lekkoatletów – skok z miejsca w dal, bieg po kopercie, rzut piłką lekarską i pajacyki. Klub miał układ z AWF-em i rekrutację prowadził trener, który miał niewielkie pojęcie o wspinaniu. Ale na tym kursie poznałem ludzi, z którymi zacząłem jeździć w skałki. Powiedzieli mi, żebym się nie przejmował i dalej chodził na kurs, bo do wiosny sporo ludzi się wykruszy i będzie drugi egzamin. Na kolejnym egzaminie zdałem na trójkę, miałem już wtedy opinię takiego gościa, który ma zajawkę na wspinanie.

Co się działo potem?
Zacząłem się wspinać w czasach, kiedy nie było niczego – nawet kupienie zwykłych korkerów (buty do piłki nożnej z obciętymi korkami – red.) było dużym problemem. Zrobiłem swoje pierwsze VI.1 i VI.2 w tych butach. Pierwsze prawdziwe buty wspinaczkowe udało mi się kupić od Darka Króla – model Ninja, który przywiózł dla kogoś z Hiszpanii. Wtedy cena takich butów to była równowartość dwóch pensji. Od razu skoczyłem o dwie, trzy cyfry w górę – zacząłem robić VI.3 i VI.4. Potem pojechałem w Tatry i zrobiłem kurs tatrzański. W następnym sezonie, po kursie, poprowadziłem w skałach swoje pierwsze VI.5. Tam poznałem Janusza Gołąba z Gliwic i zaczęliśmy się razem wspinać. Jesienią pojechaliśmy w Tatry i zrobiliśmy pierwsze powtórzenie Hematytówki – wtedy to była najtrudniejsza droga w polskich Tatrach.
Bardzo szybko się rozwijałeś!
W kolejnym sezonie dostałem z PZA i KW Katowice dofinansowanie na wyjazd w Alpy, najpierw pojechałem z Krzyśkiem Sasem-Nowosielskim w Dolomity, po czym miałem jechać z Januszem Gołąbem w Alpy. W Dolomitach okazało się, że Krzysiek nie bardzo radzi sobie na dużych ścianach. Tymczasem z Januszem zrobiliśmy najpierw Filar Wiewiórek (Scoiattoli Arete VIII+/IX) na Cimie Ovest, potem przenieśliśmy się pod Marmoladę, gdzie pokonaliśmy słynną Drogę przez Rybę (Attraverso il Pesce IX-). A w Alpach wspięliśmy się między innymi Filar Freney na Mont Blanc.

Czym się kierowaliście, wybierając kolejne cele?
Tym, żeby było przygodowo! Po zrobieniu Tempi Moderni na Marmoladzie stwierdziliśmy, że może spróbujemy Ryby. W pierwszej próbie doszliśmy do charakterystycznej formacji – ryby, ale było bardzo zimno, mieliśmy słabe ciuchy i musieliśmy się wycofać, bo nie byłem w stanie się już wspinać. Trzy dni później oddaliśmy drugą próbę w trzyosobowym zespole: ja, Gołąb i Bogdan Samborski, i tym razem doszliśmy do topu. To była dla nas duża rzecz, bo rok wcześniej, w 1990, Piotr Szalony Korczak i Jacek Zaczkowski zrobili tę drogę, i to było mocno medialne wydarzenie. Na szczęście nie czytałem wcześniej relacji Szalonego, bo prawdopodobnie nigdy bym się na to nie zdecydował. Ale jako ignorant spróbowałem i się udało.
Na Rybie podczas pierwszej próby zaliczyłem prawie dwudziestometrowy lot – nie byłem w stanie wpiąć się do haka, noga mi się wyślizgnęła i śmignąłem po płytach. Doleciałem prawie do stanowiska. Zapytałem chłopaków: „może mnie zmienicie, co?”. A oni na to: „idź, idź, znasz drogę!”.
To były takie czasy, że gdy przetarliśmy linę podczas pierwszej próby, zakleiliśmy ją plastrem, bo nie mieliśmy kasy na nowy sznurek. W Alpach miałem dwie pary butów: plastikowe Skarpy i zwykłe trzewiki. Te drugie przetarły mi się wcześniej, w Dolomitach, gdy podchodziliśmy pod ścianę po piargach – aż z przodu zaczęły wystawać mi palce. W Alpach przez te dziury dostawał mi się do środka śnieg. Potem, na Filarze Freney, założyłem już plastikowe buty, ale w lżejszym terenie szedłem po prostu w tych dziurawych.
Z Januszem Gołąbem i Jackiem Fluderem tworzyliście wspinaczkowy Dream Team.
Janusza znałem od początku, a Jacek Fluder był z KW Katowice. Poczuliśmy rodzaj wspólnoty. Mieliśmy w miarę zbliżone spojrzenie na wspinanie. Jeździliśmy po świecie, próbując różnych szalonych rzeczy, na przykład potrafiliśmy wyruszyć zimą Fiatem 126, czyli popularnym Maluchem, z Katowic do Chamonix. Podróż w jedną stronę zajęła nam dwa dni z biwakiem na parkingu.
W tamtym czasie we wspinaniu zimowym obowiązywał styl polegający na tym, by poruszać się szybko i możliwie bezpiecznie. Chodziło o to, żeby sprawnie pokonywać trudności i przechodzić drogi klasycznie tam, gdzie się dało. W tym stylu działaliśmy zarówno w Tatrach, jak i w Alpach.
A nawet w Indiach. W 1999 roku pokonaliście dziewiczą wschodnią ścianę Kedar Dome.
Tak, to też była bardzo fajna przygoda. Wiele dni wspinania w dużej ścianie i mój pierwszy poważny wyjazd w góry wyższe. Nie mieliśmy portaledge’a, tylko namiocik. Przemieszczaliśmy się od półki do półki. Zarówno na Kedar Dome, jak i na Arch Wall (teraz 5.11-, ale wtedy droga miała wycenę VII A4) w Norwegii znacząco przekroczyliśmy czas zaplanowany na wspinanie. Przez to podczas jednej i drugiej akcji brakowało nam jedzenia. Mieliśmy jakieś resztki, trochę picia i gaz. Natomiast ostatnie trzy dni przemieszczaliśmy się praktycznie bez prowiantu.
Jak to?
Mam nawet anegdotę ze wspomnianej drogi Arch Wall na ścianie Trollveggen. To była już końcówka wspinania, ja akurat prowadziłem. Doszedłem do stanowiska, na którym wisiał szmaciany worek. Potraktowałem go dziabką, zajrzałem do środka, były tam konserwy – kompletnie skorodowane, zupełnie przegnite, więc zrzuciłem je w dół. Przyszedł Jacek lub Janusz, już nie pamiętam dokładnie, i zapytał, czy coś udało mi się z tego wyciągnąć. Może dałoby się to jeszcze zjeść!
Potem dołączył do was Grzegorz Skorek?
Z Grześkiem byliśmy między innymi w Pakistanie. Wspinałem się z nim też trochę w Dolomitach i Tatrach. Niestety, miał pecha i podczas zjazdu w Tienszanie prawdopodobnie spadł z blokiem skalnym. Był tam z Januszem Gołąbem. Ja wtedy zaczynałem budować dom i na kilka lat wypadłem z obiegu. Potem już tak naprawdę nie udało mi się wrócić do wyjazdowej rutyny. Mieszkałem w Szczecinie i trudno mi się było wyrwać. Trzeba być naprawdę mocno zmotywowanym, żeby utrzymać się w tym rytmie wyjazdowym.
Był taki okres, kiedy robiłeś rekordy czasowe.
Specjalnie tego nie planowałem. Jak wcześniej wspomniałem, nasze wyobrażenie o wspinaniu było takie, że trzeba się szybko i sprawnie przemieszczać. Wybieraliśmy sobie z Januszem jakieś cele i kiedy się udało, wbijaliśmy w następne. To było raczej odhaczanie dróg z listy fajnych celów, a nasze założenia taktyczne i sprawność powodowały, że mogliśmy się szybko wspinać.

Czy miałeś sytuacje, w których zrobiło się naprawdę niebezpiecznie?
Pamiętam historię z doliny Ak-su – to chyba była góra Asan. Zakładaliśmy, że wspinanie zajmie nam jeden dzień. Na wysokości mniej więcej 4000 metrów złapaliśmy nieplanowany biwak. Do szczytu brakowało nam jakieś 150 metrów, a nie mieliśmy żadnego sprzętu biwakowego. Zostało nam tylko pół litra wody. Przenocowaliśmy na siedząco na jakiejś półeczce. Biwak był ciężki, bo w nocy temperatura spadła poniżej zera.
Rano ruszyliśmy w górę, weszliśmy na pik, ale nie trafiliśmy we właściwe zjazdy. Podczas zjazdu dokuczało nam odwodnienie i zmęczenie. W takim amoku zjeżdżałem jako pierwszy. Gdy dojechałem do końca liny, okazało się, że brakuje mi dwóch, trzech metrów do stanowiska. Nie miałem sprzętu, by założyć coś pośredniego, więc wymyśliłem sobie, że rozwiążę węzeł i jakoś może dojadę do tego stanowiska. Niestety, lina uciekła mi z przyrządu i poleciałem. Na szczęście zadziałał odruch i złapałem się skały. Szybko zrzuciłem plecak, po czym zszedłem do stanowiska – to był teren mniej więcej piątkowy. Już się ściemniało, więc Janusz usłyszał tylko hałas spadającego plecaka. Słyszałem, jak z góry krzyczał „k****, co się stało?!”, ale nie byłem w stanie mu odpowiedzieć, dopóki nie wpiąłem się do stanowiska i nie uspokoiłem trzęsących się kolan.
Miałem kilka takich przygód. Mój kolega ma teorię palca bożego. Mówi, że czasem ten palec nas lekko popchnie, a czasem obie ręce wyciągają nas za uszy z kłopotów.
Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?
Chyba Arch Wall zimą, zrobiony bez portaledge’a, bo wtedy w Polsce nie było w ogóle takich rzeczy. Dostaliśmy tam nieźle w kość. To był kawał solidnego zimowego wspinania. Kiedyś wspinałem się sporo zimą – teraz mam problem, bo mocno schudłem i bardzo marznę.

Schudłeś przez chorobę?
Trzy lata temu zrobił mi się guzek na szyi i trochę to bagatelizowałem. W końcu poszedłem do lekarza. Wysłali mnie na badania i okazało się, że mam raka płaskonabłonkowego migdałka z przerzutami na węzły chłonne i ślinianki. Z Google dowiedziałem się, że mam 20 proc. szans na pozytywny wynik. Żaden lekarz nie chciał mi powiedzieć, jakie są rokowania. Przyszedł do mnie znajomy i powiedział: „stary, pisz testament”, bo miałem guz ulokowany w rozwidleniu żyły i tętnicy szyjnej. Musiałem podjąć leczenie, chodziłem na zabiegi, dostałem 80 grejów punktowo na szyję (jednostka przy leczeniu radioterapią – red.). Schudłem do 59 kilogramów i ledwo mogłem chodzić. Ale potem się pozbierałem i trzy miesiące po zakończeniu leczenia wygrałem klubowe zawody w Szczecinie. Od wchodzenia na drugie piętro po schodach jeszcze miałem zadyszkę, ale wspinać się mogłem.
Leczenie się zakończyło, jestem nadal pod opieką i muszę chodzić co jakiś czas na kontrolę. Jeżeli nie będzie jakiejś wznowy, to będzie dobrze.
We wspinaniu sportowym nadal masz niezłe wyniki. W tym roku zrobiłeś drogę 7c+.
Tak, onsajtem. Nie była specjalnie trudna w swojej wycenie, po prostu „siadło”. Droga musi mi przypasować i muszę mieć dobry dzień. Problemem jest tylko to, że nie zawsze mogę pojechać w skały albo nie mam z kim. W miarę blisko mam na Frankenjurę i tam jest najłatwiej znaleźć jakąś ekipę. Wpadamy na autostradę i po sześciu godzinach jesteśmy na miejscu. Natomiast gdybym mógł, to wolałbym jeździć do Labaku, bo tam jest najlepszy dojazd, tyle że ciężko znaleźć kogoś chętnego ze Szczecina.
Nie chwalisz się za bardzo swoimi przejściami.
Wspinanie jest dla mnie bardzo osobistą rzeczą. Trudno o tym mówić – no bo jak o tym mówić? Emocje, strach, cała ta logistyka, szukanie drogi – to wszystko się dzieje tu i teraz. Kiedy się kończy, człowiek ma w głowie jakieś wspomnienia, ale trudno pewne rzeczy zwerbalizować. Wydaje mi się, że tak to powinno wyglądać. Kiedyś mówiliśmy, że to jest taki angielski sposób wspinania się – Francuzi dokładnie opisują wszystko, co zrobili, a potem się okazuje, że dolecieli śmigłowcem. A dwóch Angoli porusza się w dobrym stylu i nawet jak coś zrobią, nie mają potrzeby o tym pisać.

Jesteś mentorem dla młodszych pokoleń? Prowadzisz jakieś zajęcia?
Trochę nie mam czasu, a trochę… mam takie wrażenie, że teraz ludzie patrzą przede wszystkim na to, żeby było nie za daleko pod skały i żeby było wygodnie. Bardzo lubię wspinać się na przykład w czeskich piachach. Natomiast zwykle gdy ktoś jedzie tam pierwszy raz, mówi: „nigdy w życiu, chciałeś nas zabić?”. Przy czym często wspinają się tylko na wędkę i nawet nie próbują inaczej.
Nie chcę generalizować, bo na przykład w Sakwie jest sporo młodych, pozytywnie zakręconych ludzi, którzy robią ciekawe rzeczy. Ale kiedy ja zaczynałem się wspinać, idolem był dla mnie Wojtek Kurtyka, wspinanie w górach, poważne wspinanie.
Pamiętam swoje pierwsze wyjazdy w skały z kolegą Maćkiem Ptakiem – ukazała się taka broszurka z opowiadaniem Wojtka o wejściu na Trango i to było coś! Chcielibyśmy właśnie tak się wspinać w górach na drogach VII, VII+, a w skałkach robić VI.4. To były nasze marzenia. Okazało się, że udało nam się, a przynajmniej mnie, nawet przeskoczyć ten poziom.
Czujesz się wspinaczkowym emerytem, kiedy widzisz, jak wyewoluowało wspinanie?
Nie. Chodzę na boulderownię, na ścianki wspinaczkowe, czasem nawet startuję w zawodach. Ze wspinaniem jest jak z narciarstwem – mamy przekrój od biathlonu po skoki narciarskie. Tych konkurencji jest cała masa i każdy się odnajduje w jakiejś swojej niszy. Chcę robić to, co mi sprawia frajdę. Cieszę się, że jeszcze mogę działać. Czasu nie odwrócimy, pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć i trzeba robić to, na co nam życie pozwala. Nie ma się co obrażać na świat, że zegar tyka.
Nie wydajesz się wspinaczkową “konserwą”.
Jeśli popatrzysz na to, jak ewoluował sprzęt i jakie są teraz możliwości, to łatwo przyjąć perspektywę: „za moich czasów to było… i dawaliśmy radę”. Mógłbym to samo powiedzieć, patrząc na tych panów, którzy wspinali się w tweedowych marynarkach i w butach nabijanych gwoździami, czy w tenisówkach na sznurkowej podeszwie – takie były czasy, teraz jest lepiej. Postęp był zawsze, teraz trochę przyspieszył, wszystkiego jest więcej. Na szczęście ja jeszcze się na ten postęp załapałem.
Nie wiem, co by było, gdybym teraz zaczynał. Nie chciałbym być właśnie takim dziadem, który mówi: „gdybym wtedy…”. Miałem szczęście, że byłem w takim miejscu i takim czasie. Spotkałem fajnych partnerów i udało nam się naprawdę dobrze powspinać. Rzucaliśmy się na drogi, jak w tym dowcipie: skaczemy do basenu, a potem się zobaczy, czy jest woda.
Masz jakieś cele na oku na następne sezony?
W tym roku wspinałem się z Maksem Parysem na Pressknödl na Cimie Ovest. Próbowaliśmy tam zrobić jedną drogę, ale niestety pogoda była kiepska, więc może jeszcze tam wrócę. Jako cel zastępczy wybraliśmy drogę Sognando l’aurora 7b+ na Tofanie Di Rozes. Potem na Colodri w Arco zrobiliśmy jeszcze Vino & Cioccolato 7b+. Ale to już takie wspinanie dla starszych panów, żeby się poruszać. A Maks, młody chłopak, mówi, że chciałby jak starsi panowie!
Rozmawiała: Julia Klimek
***
Wywiad ukazał się w zimowym numerze Outdoor Magazynu (nr 32, Zima 2025-2026)

CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA