Piotr Korczak: Bolechowice – skały bliskie sercu
Spis treści
- Przybycie…
- Metafizyka wspinania…
- Cyfra i procenty
- Unikalność Bolecho
- Bolechowicki test
- Przygoda z Sinusoidą
- Abazy dla Odwłoka i Wojtka Kurtyki
- Nowy rozdział żywcowania
- Majówka w Bolecho
- Ostatnie żywce
- Pamiętny 1985 – VI.5 w Bolecho
- Najazd czeski
- Ostatni rozdział – „Przybycie Tytanów” i… Warszawiaków
- Nieszczęśliwa cezura
W marcu 2026 roku wszystkich przebywających w dolinkach dwukrotnie przeszedł dreszcz – a był to dreszcz podziwu. Oto Dawid „Napięty” Woźniak przeżywcował najpierw Montokwas 212, a następnie Przybycie Tytanów w Dolinie Bolechowickiej. Ten ostatni wyczyn zdefiniował polski limes free soloingu.
Przejścia te dotyczą mnie osobiście choćby z tego powodu, że triada moich historycznych dróg Chiński maharadża, Montokwas 212 (obie z 1985 roku) i Przybycie Tytanów (z 1988 roku) – została ostatecznie sprowadzona do najdoskonalszego z możliwych stylów.
Żywiec Kurtyki (1993) i wyczyn Napiętego dzieli dystans ponad trzydziestu lat. Znacznie większy dystans dzieli werbalną refleksję obu solistów. Kurtyka wysublimował swoje przejście, pisząc „Chińskiego maharadżę”, utwór literacki, którego forma i esencja tak mnie odrzuca, że nigdy nie dobrnąłem do końca. Oczywiście de gustibus… Co nie oznacza, że nie cenię samego przejścia – uznaję je wręcz za przejście epoki tak Kaskaderów, jak i Nowej Fali razem wziętych.
Napięty w swoich całkiem długich wypowiedziach, które, gdyby je spisać, zapewne przebiłyby objętość „Chińskiego maharadży”, posługuje się analizą. Z tym zastrzeżeniem, że daleko jej do chłodu sine ira et studio. To analiza emocji, ale jednak analiza, gdyż trzyma się wręcz detalicznie układu chwytów na drodze. Wysłuchałem jej bez problemu – od dechy do dechy.

Oczywiście trzeba mieć świadomość, że każdy narrator pragnie, aby jego spojrzenie było tym uniwersalnym, a przynajmniej trafiło do jak najszerszego grona odbiorców. Zatem pokrótce i ja spróbuję – w odniesieniu nie tylko do free solo w Bolechowicach, lecz także do free climbingu w ogóle, gdyż nie ma powodu, aby metafizykę przechwytu dzielić wedle stylu.

***
Przybycie…
Zacznijmy od nazwy Przybycie Tytanów. Wbrew pozorom, a raczej wbrew przekonaniom, które nie raz musiałem prostować, źródłem tej nazwy nie była mitologia grecka, lecz banalny fakt przybycia do sklepu w Bolechowicach (tego w budynku, w którym urzęduje dziś sołtys) win prostych, vulgo kwachów, o nazwie „Tytan”, sygnowanych jako wino słodkie, którego dane taktyczno-techniczne opiewały na 12 procent przy obligatoryjnej zawartości SO3 jako konserwantu tzw. pulpy (nadgniłe owoce zalewane w beczkach kwasem siarkawym), z której takie smakołyki wytwarzano. „Tytany” stały w drewnianych skrzynkach ustawionych jedna na drugiej, dokładnie takich, z jakich w tamtych czasach, czyli za komuny, sprzedawano ziemniaki na targach.

Przy próbie przeniesienia mogły zostawić drzazgę w palcu, co było ujmujące. W odróżnieniu od skrzynek z ziemniakami, pięć skrzynek z winem stało jedna na drugiej z zawartością skoncentrowaną w zielonych i brunatnych butelkach. Brunatna zieleń, a w niej płyn z procentami… ejże, jakiś artysto malarzu, jak to czytasz?!
Widok ten sam w sobie odurzył mnie nazewniczo późną jesienią 1987 roku, gdy szedłem do Doliny Bolechowickiej. Miałem tam na oku kolejny „życiowy” problem: wyprostowanie Montokwasu 212, mniej więcej w linii białego ścieku widocznego na skale. Taki zamysł miał na celu wertykalizm, a Montokwas 212 był nieco odległy od tego ideału.
Był to czas, gdy wciąż jeszcze istniała w polskich skałach chronologiczna odległość pomiędzy przejściem na wędkę a prowadzeniem, aczkolwiek to pierwsze nie było już uznawane za klasyczne.
Dzięki wizycie w sklepie wiedziałem już, jaką nazwę otrzyma świeżo przewędkowany projekt. Niestety, nastanie jesiennych słot uniemożliwiło mi jego poprowadzenie, pomimo że zdążyłem wyposażyć całą drogę w przeloty. Przybycie Tytanów musiało poczekać do marca 1988 roku, czyli do miesiąca, gdy w Bolecho pojawia się zazwyczaj pierwszy warun.

W momencie poprowadzenia była to jedna z najtrudniejszych (tzn. akceptowanych współcześnie stylowo) dróg w skałkach podkrakowskich. Chomeini z października 1987 roku i Pawiany czują się świetnie z maja tegoż roku zostały przebyte przeze mnie niestety RK, dlatego jako ich premierę uznaje się dziś rok 1989, czyli moment przejścia RP.
Metafizyka wspinania…
Wróćmy do kwachów. Nie ma lepszej figury, a przy okazji zupełnie materialnego bytu (w postaci płynnej, rzecz jasna, znamionującej lekkość tejże materii), która lepiej streszczałaby całą metafizykę towarzyszącą wspinaniu. Szczególnie w skałkach podkrakowskich. Iunctim to uchwycili w szczególności Kaskaderzy z Rikiem Malczykiem na czele, dla których po prostu nie istniał dystans pomiędzy spożywaniem a łojeniem. Jedno nieodłącznie towarzyszyło drugiemu. Nowa Fala, do której przynależę, nieco bardziej abstrahowała od spożywania w skałach, przynajmniej tuż przed kluczowymi przejściami, ale już z pewnością nie w nazewnictwie dróg, i była podobnie niewrażliwa na szkło leżące pod skałami. Piciu kwachów towarzyszy smak i euforia, czyli dwie zasadnicze składowe wspinania.
Tak wspinanie, jak i picie, mogą być też drogą, czy też formą ucieczki od realnych problemów, zwłaszcza jeśli realizm (warto tutaj zauważyć, że nie ma wyczerpującej definicji realizmu metafizycznego) interpretować jako iluzję będącą skutkiem braku alkoholu.
Euforia jest zjawiskiem psychofizycznym szczególnie we wczesnej fazie, którą z tego powodu można nazwać zaszumem wstępnym. To prosta analogia gry wstępnej. Euforia towarzyszy każdemu udanemu załojeniu, ba, występuje w jego trakcie, a żywiec tylko ją zwielokrotnia. Smak, czyli to, co zostaje, a wręcz później się odbija, to cała postfaktyczna wspinaczkowa refleksyjność.
Tak naprawdę mentalnie łoi się dopiero na werandzie Morskiego Oka czy przy stole, oczywiście nie z herbatą na blacie. W drastycznej formie smak łojenia przybiera postać palenia rury – tej na górze albo, co gorsza, tej na dole.
To tyle z mojej strony jeśli chodzi o metafizykę wspinania. Jeśli ktoś chciałby to rozbudować w jakąś dłuższą egzegezę, droga wolna. Ja uważam, że każda literatura na kanwie wspinania, jeśli abstrahuje od prostej formy opisu i wspomnień i sili się na opisy głębi – którą najlepiej oddaje niemieckie słowo Arschloch – jest po prostu groteskowa.
Cyfra i procenty
Cyfra w kwachach, tak jak w skałach, jest istotą. Nie jest ważne, jak kwach smakuje, ważne, czy bije – tak formułują to kwasiarze z Dębnik czy Salwatora. A żeby dobrze biło, kwach i wspinanie muszą mieć mocną cyfrę. Każde w swoim rodzaju, rzecz jasna. Dlatego zawsze na początku patrzy się na naklejkę na butelce, podobnie jak w pierwszej kolejności spogląda się na wycenę drogi. To są prostu odruchy warunkowe i kwasiarza, i łojarza!
Archetypem garowni na Zakrzówku były bez wątpienia kolektywy pod sklepami monopolowymi na Rynku Dębnickim i Salwatorze: stała grupa ludzi w stałym miejscu realizująca swoje upodobania, często kompulsywnie. Zjawisko to jest uchwytne po dziś dzień, choć musi się mierzyć z bezlitosnym zakazem spożywania w przestrzeni publicznej. Łoić w przestrzeni publicznej na razie jeszcze można, więc korzystajmy, póki czas.
Unikalność Bolecho
Bolechowice zawsze były wizytówką skałek Podkrakowskich, a złośliwość Natury („Próżna jest, o Naturo, twych pocieszeń mowa wobec żądz, które budzisz swym mrocznym obszarem”, jak pisał Antoni Słonimski [1]) polega na tym, że ta odmierzyła rozległość tego rejonu przykrótką linijką czy menzurką, w której nie mieści się więcej niż 100 mililitrów.
Nie zmienia to faktu, że drogi są tutaj westowe, tzn. w większości na pół liny (współcześnie, bo w opisywanych czasach, przy czterdziestometrowym standardzie podwójnego podciągu proporcje były jeszcze lepsze) i zasadniczo trzeba się na nich wspinać od początku do końca – niektóre bywają wręcz ciągowe. Tak było już w drugiej połowie lat 70., gdy dominowali Kaskaderzy.
To właśnie w Dolinie Bolechowickiej istniało największe skupisko wędkowych ekstremów i trudnych, jak na owe czasy, dróg. Na czele plasowały się Sinusoida z jedyną, obok Paniki tucznika w Kobylanach, wyceną opiewającą na „sześćcztery” łamane przez „sześćczteryplus”, Kurdimol (VI.4) i Abazy (współcześnie Filar Abazego) pełne VI.4. Obok nich istniały wcale jeszcze nie klasyki: Babiński definiowany jako „sześćtrzyminus”, oraz Kurtykówka, a także Droga przez napis z prostowaniem i Zacięcie Abazego, które były postrzegane jako nieco łatwiejsze „sześćdwaplus”, Ryski nad tablicą dopełniały reszty „nowszych klasyków” z obligatoryjnym wypunktowaniem żywca (Konstanty Miodowicz, później Jurek Farat).

Bolecho ma „dwie strony” – Filar Pokutników i Filar Abazego, które pewien zapoznany fejsbukowiec porównał kiedyś do Scylli i Charybdy (jeśli dobrze pamiętam, też były takie kwachy). Pomiędzy nimi płynie potok, w którym można schłodzić strudzone ciasnymi butami stopy. W czasach biwakowych dało się nawet wykąpać. A niektórzy śmiałkowie liczyli na więcej.
W roku 1982, gdy wspinałem się na Babińskim z Tomkiem Lewandowskim „Pęcherzem”, w górę potoku peregrynowała spora grupa wędrowców w harcerskich mundurach, która niosła na głowach pontony. Wkrótce zniknęli w lesie. Tomek zdążył polatać i poprowadzić rysę, po czym zauważyliśmy tych samych osobników niosących pontony w drugą stronę. Liczyli zapewne na spływ. W tej ikonie streszcza się cały walor wspinania w dolinkach pod Krakowem: można liczyć tutaj na wspin i wedle przewodników naprawdę bardzo dobrze to wygląda ilościowo i na rysunkach, a nawet odrobinę dobrze w realu, zwłaszcza w Bolecho. Warto przyjechać ze sprzętem np. z Warszawy czy Szczecina. Jeśli coś pójdzie nie tak, zawsze przecież można obrócić się na pięcie i zanieść go z powrotem do auta (wtedy autobusu).
To właśnie w Bolechowicach uwierzyłem, że zostanę porządnym skalnym wspinaczem, czyli kingiem, jak wtedy mówiono, a nie tylko będę się wspinał. Trafiłem tutaj stosunkowo późno, po półtora roku wspinania, we wrześniu 1980 roku. Oczywiście w towarzystwie Ryśka Malczyka i Tomka Opozdy „Odwłoka”. Był to nieplanowany wyjazd, albowiem najpierw trafiliśmy do Kobylan gdzie przewędkowałem od strzału Płytkę Myszkowskiego (nie miała wtedy jeszcze prowadzenia).

Bolechowicki test
Rysiek i Tomek zaproponowali przejście do Bolechowic – skoro jestem taki dobry. Założenie było proste: miałem się zmierzyć, oczywiście na wędkę, z Rysą Babińskiego, która uchodziła za nieco bardziej wymagającą od Freneya na Zakrzówku, którego niedawno poprowadziłem. To miał być test skutkujący ostatecznym przyjęciem mnie w roli stałego wspinaczkowego kompana w/w. Poprzednie testy zdawałem od strzału, ale opiewały one na „sześćdwa”, może „sześćdwaplus”.
Tak też uczyniliśmy, a niespieszna droga z Kobylan do Bolecho na skuśkę, przez sady, wiodła wzdłuż śliwek węgierek, które konsumowaliśmy. Riko miał kwacha i posilał się nim od wczesnego poranka. Wreszcie koło piętnastej dotarliśmy do celu, dysponując całymi dwoma godzinami czasu przed odjazdem ostatniego autobusu. Później pozostawał marsz do Zabierzowa na stację PKP.
Riko podjął się zainstalowania wędki, co było procedurą zdecydowanie nieprostą. Wędkę na Babińskiego – która po sprytnym przerzuceniu mogła obsłużyć parę sąsiednich dróg – rzucało się z krzaka (w rachitycznej formie istnieje po dziś dzień). Po prostu trzeba było skrupulatnie owinąć długą pętlą wszystkie jego pędy i odrośla i wysunąć ją poza krawędź urwiska. Następnie należało związać dwie asekuracje albo zastosować dwa podwójne podciągi. Czterdziestometrowa lina na pół po prostu nie dawała rady.

Zasadniczą procedurą w tamtych czasach było sprawdzenie, czy wędka utrzyma. Obciążało się ją w dwie osoby albo prosiło najcięższą, czy wręcz wybitnie ciężką – i tutaj Odwłok zawsze miał swoją główną rolę. Wędka na Babińskim rzucona z krzaka pracowała dziwnie gumowo, dziwniej, niż uzasadniała to jej bezrdzeniowa konsystencja. Tym niemniej innej możliwości po prostu nie było. Teraz należało się związać – w zależności od stopnia zasobności przywiązać linę do uprzęży, samego pasa piersiowego albo „musnąć się nią w pasie”, co preferował Riko.
Wreszcie padły komendy uświęcone długoletnią zakrzówkową garowniczą tradycją. Właściwe komendy podczas wspinania to podstawa komunikacji i bezpieczeństwa. Dziś możecie nauczyć się ich na kursach PZA.
– Moszna? – zapytałem.
– Prącię bardzo – odpowiedział Riko, podnosząc napitek do ust, na szczęście jednak asekurował mnie z dupy Tomek.
Dyktowali mi patenty, co było istotne jedynie na starcie (tzw. stary wariant, nieco z lewej), a ja po prostu parłem przed siebie, gdyż Rysa Babińskiego to formacja o małym stopniu technicznego skomplikowania. Adidasy pracowały w niej całkiem dobrze, zwłaszcza w cruxie, przed tzw. krzyżem. Bez większego problemu załoiłem Babiniaka na wędkę, od strzału, czego zresztą Riko i Tomek się spodziewali.

Postanowili mnie ostatecznie zagiąć próbą przystawki do Sinusoidy, wtedy nominalnie drugiej, może trzeciej pod względem trudności wędkowej drogi pod Krakowem. Tomek przerzucił wędkę, wstawił się i zrobił Sinusoidę z jednym blokiem. Riko, jak to Riko, dynamicznymi przechwytami pokonał okap, aby coś tam pokręcić z nogami na wyjściowym trawersie w prawo – przyjmowany od poranka trunek robił swoje. Nie muszę dodawać, że obaj legitymowali się wcześniejszym czystym wędkowym przejściem, Tomek zresztą był autorem Sinusoidy. Zresztą wędkowych przejść tej drogi było w tamtym czasie nie więcej niż pięć.
Ruszyłem w poczuciu, że będzie to próba beznadziejna. Cyfra po prostu onieśmielała – dotychczas legitymowałem się tylko przejściem VI.3 (Dolny Okap Baby Jagi, ale na prowadzeniu, zresztą pierwszym tej drogi). Ku swojemu zaskoczeniu sprawnie sforsowałem okap i wtedy włączyła się euforia. Jak po kwachu, w którego piciu akurat tamtego dnia nie partycypowałem. Trawers zrobiłem cokolwiek mało technicznie (adidasy), niemniej zdołałem dotrzeć do klamy kończącej trudności. Pozostawało tylko przejść kilkanaście metrów terenu opiewającego na VI+.
Był to szok równoczesny. Tak dla mnie, jak i dla moich towarzyszy. Rozprawiłem się wędkowo od strzału z jednym z najtrudniejszych i najbardziej znanych ekstremów pod Krakowem, a tym samym w Polsce, i w co święcie wierzyliśmy, może i nie tylko… Nikt wcześniej tego nie zrobił. Przejście to w poważnym stopniu zdeterminowało całe moje późniejsze wspinanie.
Po pierwsze, uwierzyłem, że trudne drogi da się, a przynajmniej powinno robić od razu. Kluczem jest przewaga fizyczna nad problemem i brak wahania, a raczej brak rezerwy wobec wyzwania. Nigdy nie stałem się wytrwałym patenciarzem. Moim ulubionym stylem wspinania stał się OS, a może bardziej flash, w którym wiadomo, jakie są kluczowe patenty, ale próba jest jedna. Szybkie RP (max 2-3 próby) to wszystko, do czego miałem później cierpliwość.
Po drugie, był to dla mnie pierwszy dotyk wspinaczkowej sławy. Gdy wchodziłem do siedziby Klubu Wysokogórskiego przy ulicy Długiej, wszyscy już wiedzieli, że Szalony Piotruś (wtedy jeszcze nazywano mnie dwuczłonowo, wraz z imieniem) „od strzału zrobił Sinusoidę”. Nie trzeba dodawać że nieco wcześniej na Zakrzówku też powitało mnie grono garowników dysponujących tą wiedzą. Czy może być lepszy początek?
Przygoda z Sinusoidą
Sinusoida to ważna droga w mojej wspinaczkowej biografii. Wracałem na nią jeszcze dwukrotnie zgodnie z przekonaniem początku lat osiemdziesiątych, że istnieją trzy etapy zdobycia drogi: wędka, prowadzenie i żywiec. Prowadzenie miało miejsce w sierpniu 1982 roku w stylu tzw. taternictwa skałkowego, który szczegółowo opisałem w poprzednim tekście. Bicie haków na prowadzeniu i przejście bez odpadnięcia dało wycenę VI.3+, która z czasem, tzn. po wyposażeniu drogi w zacementowane haki, ustabilizowała się na wiele lat na poziomie trudnego VI.3.

W 1985 roku przeszedłem Sinusoidę free solo i przez pewien czas (aż do przejścia Abazego w tym stylu przez Wojtka Kurtykę) była to nominalnie najtrudniejsza droga przebyta w tym stylu pod Krakowem, a i na Jurze. Bezpośrednim powodem było pokonanie Sinusoidy ground up, czyli bez patentowania na wędkę, przez Marka Płonkę, z którym wtedy zaciekle rywalizowałem.
Abazy dla Odwłoka i Wojtka Kurtyki
Filar Abazego (Abazy, zgodnie z nomenklaturą Kaskaderów) była drogą, która od pierwszego spojrzenia przykuła moją uwagę. Słyszałem o niej już wcześniej, gdy byłem jeszcze wspinaczem stricte zakrzówkowym. Przewędkowana przez Wojtka Kurtykę w 1976 roku, przez lata była wyznacznikiem elegancji i nienagannej techniki potrzebnej do jej przejścia. O mitycznym podchwycie i sposobach wejścia w niego słyszałem od Jurka Farata „Bularza”, który demonstrując swój patent, zawsze ustawiał prawą łopatkę na sztorc w stosunku do pleców (zadziwiająca cecha Jurka), co oznaczało, że korzystał z niego prawą ręką, gdyż możliwości były dwie.

Z drogą zapoznałem się wędkowo w lutym 1981 roku. Oczywiście znalazłem się w Bolecho znów z Rikiem i Tomkiem. Tomek był wtedy głównym specjalistą od Abazego. Przechodził go bezbłędnie, co zawdzięczał szybkim wypadom z „małpami” z Instytutu Obróbki Skrawaniem, w którym wtedy pracował. Miał dosłownie trzy godziny, aby wyrwać się z pracy, skorzystać z autobusu czy PKP, ruszyć biegiem do dolinki, zainstalować linę i kilka razy w ciągu godziny przejść Abazego.
Riko miał podejście mniej systematyczne, za to bardziej innowacyjne. Jego próba w gumiakach (było bardzo mokro po roztopach) poskutkowała wzięciem bloku jedynie przy podchwycie. Resztę drogi zrobił w tym obuwiu. Moja próba (adidasy) nie była lepsza. Ostatecznie, aby skompletować przejście wędkowe, musiałem przyjechać do Bolecho raz jeszcze.
Zanim droga została poprowadzona, minęły trzy lata. Przyczyna tkwiła w braku sensownego sposobu asekuracji – bicie haków na prowadzeniu albo zakładanie kostek (dylemat ten opisałem w tekście o Nienasyceniu). Sprawę znów rozwiązała krótka v-ka wbita na pasówkę w otwór wywiercony pod podchwytem. Był rok 1984. Ustąpiłem pierwszeństwa Tomkowi, było nie było pierwsze przejście należało się jemu, jako głównemu fanowi tej drogi.

Historię Abazego zamyka oczywiście przejście na żywca w wykonaniu autora, czyli Wojtka Kurtyki (1985 rok). Otwierało ono kolejny rozdział free solo tak pod Krakowem, jak i w Polsce. Wspinanie na żywca na drodze na tyle trudnej technicznie i mentalnie, że wymagało to długich systematycznych przygotowań: patentowania, czekania na warun tak fizyczny na drodze, jak i na korespondujący z nim stan psychofizyczny.
Nowy rozdział żywcowania
Od razu nadmienię, że takie wyzwania free climbingu były poza moim zasięgiem mentalnym, jak i nade wszystko upodobaniami (nigdy nie lubiłem długo patentować – patrz powyżej). Uprawiając dość często solo free climbing, zwłaszcza w latach 1984-1985, zawsze zdawałem się na przypływ chwili czy jakiś błysk na drodze, którą znałem, ale którą niekoniecznie miałem rozpracowaną w szczegółach. To limitowało mój poziom. Zresztą w erze wspinania sportowego w Polsce po 1986 roku zupełnie straciłem zainteresowanie tą poddyscypliną, o czym za chwilę.
W drugiej połowie lat 70. i na początku 80. każdy łojarz, a zwłaszcza king, był solistą. Niejako z przymusu, aczkolwiek w wymiarze Biedruniowym (niewybitne trudności; [Mariusz Biedrzycki – red.]). W tamtych czasach nie było obitych dróg, rozgrzewka odbywała się na tych łatwych, tzn. mniej więcej do stopnia VI+, i logicznym stylem było free solo. Oszczędzało to czas, nie marnowało się go na instalację wędki, którą stosowano na liczących się drogach. Przyjmowano, że te zaczynają się obligatoryjnie od stopnia VI+ w górę. Solowanie łatwych dróg było też znakomitym i bodaj najskuteczniejszym sposobem wiosennego rozwspinu.
System ten stosował np. Krzysiek Pankiewicz. Wczesną wiosną spotykałem go w Rzędkowicach czy w Podlesicach, gdy wspinał się, będąc wyposażonym jedynie w woreczek z magnezją i buty. Jak twierdził, aby związać się liną, musiał najpierw przejść około stu dróg. Wspinanie na żywca miało też swoją moralność – uczyło, że rzecz odbywa się zawsze na poważnie, a nie jak we wspinaniu sportowym, gdy bierzemy blok czy rezygnujemy z byle powodu.
Pomimo dość szerokiego rozpowszechnienia free solo na początku lat 80., nikomu nie przychodziło na myśl chwalić się jakimiś przebytymi w tym stylu piątkami z plusem czy szóstkami z minusem. Uznano by to za żenadę, a delikwenta za blagiera i mitomana. W dolinkach podkrakowskich w drugiej połowie lat 70. za najwybitniejszego solistę uchodził Konstanty Miodowicz, a kilka jego przejść, które może niespecjalnie wychodziły ponad VI stopień, można uznać za niebanalne, zwłaszcza Cygaro (zapomniana droga) w Kobylanach.
W początkach lat 80. wyczyny Kostka przebili Jurek Farat i Andrzej Marcisz (Obelisk, Górny Okap Baby Jagi). Prawdziwym wstrząsem i rzeczywistym ustanowieniem dyscypliny free soloingu w Polsce okazało się jednak przejście Rysy Babińskiego przez Wojtka Kurtykę w maju 1982 roku. Była to bardzo licząca się droga, która miała w tamtym czasie mniej niż dziesięć przejść z dolną asekuracją, w tym może kilka w stylu chocks only (premierowe Andrzeja Marcisza w 1981 roku). Trudności rekordowych prowadzonych dróg w tamtym czasie (Meningitis, Szara płytka czy Sinusoida) były większe, lecz nie o dystans paru stopni trudności (vide VI.5+ vs VI.8+). Poprzeczka została przez Wojtka zawieszona bardzo wysoko.
Majówka w Bolecho
Z tą właśnie drogą i najlepszym stylem jej przejścia związane jest moje najżywsze wspomnienie z doliny Bolechowickiej. Był maj 1984 roku, wybrałem się tam z Jackiem Ostaszewskim. Konkretnych planów na wspinanie nie było. Miała to być kolejna wizyta w dolince w najpiękniejszej porze roku, gdy okoliczne łąki obsypane były świeżymi mleczami.

Już z oddali, z okolic źródełka, zauważyliśmy, że pod Babińskim dzieje się coś dziwnego. Prześliczna dziewczyna z bukietem kwiatów i w kusej sukience stała oparta prawie dokładnie o start w Babiniaka, a jakiś facio, którego fizjonomii na tle tego zjawiska po prostu nie widzieliśmy, celował w nią aparatem fotograficznym ustawionym na trójnogu. Wyzwanie!

Tak dla mnie, jak i dla Jacka, fotografa przecież, który całkiem niedawno przebił się w „Przekroju” serią zdjęć wspinaczkowych. Bez słowa podjęliśmy decyzję, która lada moment miała zburzyć artyzm ujęć i towarzyszącą temu melancholię: Jacek chwycił aparat fotograficzny i biegiem udał się na stosowne stanowisko w okolicy „Łazików”, dające doskonały wgląd w kluczowe trudności rysy. Ja tymczasem założyłem korkery (na skarpetki, o zgrozo, ale taka była moda, poza tym były nieco przyluźne), zawiązałem na głowie czerwoną chustkę (à la Patrick Edlinger), wziąłem woreczek, a następnie zdecydowanym krokiem podszedłem do modelki, psując kolejne ujęcie.
– Przepraszam panią, chcę wystartować w drogę!
Tak powiedziałem i ruszyłem na Babiniaka. Na żywca, bez rozgrzewki – ech, młodość – która jej nie potrzebuje, wystarczy zacny widok heteroseksualnych wdzięków! Drogę oczywiście znałem, ale nie tak dobrze jak Freneya na Zakrzówku, tzn. z dziesiątek przejść. Nie wiem, co działo się na dole, ale z boku słyszałem tylko strzelanie migawki. W cruxie, pod tzw. krzyżem, nieco zabuksowałem korkerami, ale na szczęście tuż po uchwyceniu kluczowej klamy – solidnej garściówy – podobno w tym momencie Jacek opuścił aparat.

Reszta drogi była tylko formalnością. Gdy zeszliśmy pod drogę, modelka i jej fotograf, ewidentnie roztrzęsieni, spakowali się i odeszli bez słowa. Nie odprowadzałem dziewczyny tęsknym wzrokiem, w garści miałem bowiem coś cenniejszego: powtórzenie najtrudniejszej żywcowej drogi w Polsce! A poza tym towarzyszyła mi siostra euforia, zupełnie jak po paru łykach kwacha na pusty żołądek! Podjęte po latach próby odnalezienia tej dziewczyny, dziś przecież pani w słusznym wieku, nie powiodły się. Myślę, że winien jej jestem przeprosiny.
Z Bolechowicami wiąże się pośrednio historia innego mojego żywca i też wystąpił w niej damski element, co tu dużo mówić, zapalnik decyzji o ataku. Latem tego samego roku dolinę nawiedził Jacek Zaczkowski, świeży konwertyta ze szkoły śląskiej na szkołę krakowską. Były to początki naszego wieloletniego owocnego partnerstwa skalnego, w tym górskiego. Jaca, który legitymował się już wieloma konkretnymi przejściami, chciał spróbować przejść Babińskiego bez znajomości. Przy okazji chciał przedstawić mi swoją dziewczynę. Nasza czwórka – był ze mną niezawodny Jacek Ostaszewski – stanęła pod „Pokutnikami”.

Ja miałem w planie poprowadzenie Prawej sinusoidy. Tak Jaca, jak i ja, zrealizowaliśmy swoje plany i wtedy Jaca zaproponował mi przejście do Doliny Kobylańskiej. Chciał zobaczyć Rysę Zegarmistrzów, sławną na Śląsku, ponieważ w kwietniu tego roku Marek Płonka jej nie poradził, choć uchodził za wyjątkowego fachowca od rys, najlepszego w Polsce. Rysę Zegarmistrzów (VI.2+, wtedy uchodziła jeszcze za „sześćtrzyminus”) robiłem dotychczas dwukrotnie: w 1981 na wędkę i w 1982 na prowadzeniu.

Zgodziłem się ochoczo – zrealizowane plany usprawiedliwiały luźne popołudnie. Dotarliśmy do Kobylan pod Obelisk, gdzie Jacek zatrzymał się przy grupie znajomych, żeby powędkować. Z Jacą i jego dziewczyną podszedłem pod Sępią i Szeroki Mur. Pokazałem mu drogę i zacząłem tłumaczyć, gdzie jest trudno, a konkretnie demonstrować klinowanie dłoni. W pewnym momencie znalazłem się dobre 4 metry nad ziemią i utrzymałem kluczowy klin. A niech to, idę dalej!

Nie była to mądra decyzja, gdyż crux – bardzo delikatny – znajduje się na samym końcu drogi, gdzie chwyciłem się odwrotnie, a nie tak, jak należało, ale jakoś wyszedłem z opresji i dotarłem na szczyt skały. Gdy zszedłem, Jaca zarzucił mi, że robię sobie jaja i pokazałem jemu i jego wybrance jakąś „szóstkę z plusem”. Trzeba było wołać z dołu Jacka Ostaszewskiego, który bez informacji o tym, co się przed chwilą wydarzyło, na pytanie, jaka to droga, odpowiedział: Rysa Zegarmistrzów.
Ostatnie żywce
W 1985 roku w Bolechowicach żywcowałem jeszcze dwa razy – na Drodze przez napis z prostowaniem i na Sinusoidzie. Pierwszy żywiec był moim popisem przed Gerardem Kowalskim, który zresztą usiłował mnie powstrzymać. W momencie, gdy startowałem, prawie ściągnął mi korkera. Jacek tymczasem znów strzelał fotki z Łazików. Sinusoidę, jak wspomniałem, przeżywcowałem z powodów ambicjonalnych „wymierzonych” w Marka Płonkę. Był to zresztą mój ostatni poważny żywiec i chyba jedyny, który zaplanowałem dzień wcześniej w domu, a nie dopiero pod skałą.
Tutaj po prostu znów muszę przyklęknąć przed Napiętym i Kurtyką – w tej dokładnie kolejności, nie innej. Życie, funkcjonowanie przez dni i tygodnie ze świadomością, że trzeba zrealizować przejście free solo, tak jak realizuje się trudny RP, to wyzwanie mentalne innego kalibru. Żywiec ad hoc, czyli po decyzji, którą daje się zdefiniować jako nagłą chęć (żeby nie było, to właśnie nagła chęć przesądziła o wyprawie Aleksandra Macedońskiego do Indii) to po prostu żywiec ze znieczuleniem. Tak ująłbym dystynkcję. Tak czy owak zasadniczym, czyli racjonalnym powodem spadku mojego zainteresowania żywcami były narodziny wspinaczki sportowej, czyli po drogach obitych, a raczej paląca konieczność narodzin takiej wspinaczki w Polsce, i to właśnie Bolechowice stały się areną tych wydarzeń. Było nie było, żywce nie wnoszą żadnego progresu do wspinania. Są jedynie wyszlifowaniem stylu do formy absolutu.
Pamiętny 1985 – VI.5 w Bolecho
1985 rok to clou wspinaczkowej historii Bolechowic. Wtedy powstały Chiński maharadża i Montokwas 212, dwie długie ciągowe drogi, i co najważniejsze, wcześniej obite w całości wierconymi przelotami. Można je tym samym uznać za pierwsze w Polsce drogi sportowe par excellence, z czym bardzo dobrze korespondowała najwyższa wtedy cyfra VI.5.
Na temat Chińskiego maharadży wypowiedziano i napisano już mnóstwo słów, zwłaszcza tych w nieszczęśliwej formule literackiej. Z tego drugiego powodu droga ta często nie jest już kojarzona z moją osobą, mimo że jestem jej autorem. Tak drogi, jak i jej nazwy.
Zdam się zatem na lakoniczność dalszego opisu tak, by przypominał naklejkę na butelce trunku. Maharadżę przewędkowałem jeszcze jesienią 1984 roku, a poprowadziłem w maju 1985. Początkowo osadziłem tylko trzy ringi (pod okapem Sinusoidy”, w samym okapie tkwiły już wtedy dwa zacementowane haki). W takiej konfiguracji zamierzałem prowadzić, a wzorem była Lekcja tańca w Podlesicach, którą poprowadziłem po zainstalowaniu na niej dwóch ringów (zastanawiałem się przez chwilę nad jednym).

Marek Płonka przekonał mnie jednak, że na takiej dupotłuczni i tak później ktoś dobije przeloty (casus wspomnianej Lekcji tańca, a i wielu tradowych dróg z lat 80., np. takich jak Kakofonia), zdecydowałem się więc zrobić to sam i dobiłem jeszcze trzy spity. Jedyny poważniejszy runout był na samej górze w nieistotnym terenie wiodącym do stanowiska, który tworzyła pętla zainstalowana na wspomnianym powyżej krzaku nad Babińskim.
Oszczędne obijanie pierwszych sportowych dróg na Jurze i w Polsce w ogóle było warunkowane dwoma czynnikami. Pierwszym był „paradygmat wędki” – zgodnie z doświadczeniem całej poprzedniej epoki (Kaskaderzy, Nowa Fala) przyjmowano, że najtrudniejsze drogi po prostu najpierw się wędkuje, a nawet trzeba je „zajebać do imentu”, żeby podjąć próbę prowadzenia.
Drugim czynnikiem były niedobory ringów z prętów zbrojeniowych i spitów. Trzeba było zlecić rzecz kowalowi, zapłacić, kupić spity po cenie zbójeckiej, zważywszy na kurs tzw. biletów narodowego banku w stosunku do dolara albo (w moim przypadku) peregrynować i kłaniać się nisko Andrzejowi Ciszewskiemu z KKTJ. Jednym słowem w oszczędnym, a czasami dramatycznie oszczędnym obijaniu dróg w latach osiemdziesiątych nie było żadnego „stefanizmu” (2), była to po prostu racjonalność gospodarcza. Niestety w swojej głupocie niektórzy współcześni reekiperzy postanowili uszanować liczbę i rozmieszczenie przelotów na niektórych historycznych drogach i klniemy nie na tych, co trzeba.
Chiński maharadża był pierwszą drogą, do której przystawił się znany zachodni wspinacz, Denis Garnier z Francji. Przypadkowo zwizytował Bolechowice i zdefiniował jej trudności na 7c+, co po dziś dzień stanowi odpowiednik stopnia VI.5. Była to też pierwsza polska droga opisana i sfotografowana w zachodnim magazynie wspinaczkowym. Wysłałem do „Mountain Magazine” krótkie info i ku swojemu zdziwieniu opublikowano je – Chinese Maharaja z moją osobą na małym obrazku. To nie był byle „Przekrój” czy „Krakówek”, ale naprawdę coś. To był realny „impakt historyczny”, a nie jakieś tam sublimacje.

W tym samym sezonie powstały w Bolecho jeszcze dwie inne sportowe drogi, dzisiaj już klasyki: Warianty Emila Kaczadze (oryginalnie, tzn. w korkerach, VI.4+) i Montokwas 212 VI.5. Ich początkowe obicie nie różniło się już (jeśli chodzi o liczbę przelotów) od współczesnego. Tak narodził się standard dróg sportowych w Polsce, do których istnego wysypu doszło w kolejnym sezonie nie tylko w Bolechowicach, ale na całej Jurze. Z tego właśnie statystycznego powodu rok 1986 można uznać za moment powstania wspinaczki sportowej w Polsce.
Najazd czeski
Wiosną tego roku Bolecho stała się celem wspinaczy czeskich: przyjechał autobus CSAD i ruszyło z niego w głąb dolinki ze dwudziestu Czechów, którzy bez żadnego wędkowania zaatakowali wszystkie możliwe drogi. Liderami wyprawy byli Tomáš Čada, Petr Čermák i Aleš Moravec. W tamtym dniu znalazłem się w dolince zupełnie przypadkowo i była to dla mnie cenna lekcja. OS Cady na Abazym i dwa kolejne czeskie przejścia tej drogi wskazywały na inny wymiar wspinania, a przede wszystkim na konieczność obijania w przyszłości dróg pod onsajtowców, a nie patenciarzy. Niestety mimo tego, czego uczy historia, konieczność ta nie przebiła się po dziś dzień do umysłów najbardziej wziętych krakowskich ekiperów.
Wróćmy do Czechów. Ich przyjazd do Bolecho zainicjował długoletnie wspinaczkowe przyjaźnie (np. moją z Tomáš Čadą), lecz przede wszystkim była to bardzo owocna interakcja. Od Czechów można było uczyć się śmiałości ataku na drogę (bez wędkowania) i znakomitej, wypracowanej w piachach techniki. Z kolei Czesi odkryli za naszym polskim pośrednictwem, że aby wspinać się naprawdę dobrze, czyli wydajnie, trzeba pakować. A w pakowaniu byli początkowo bardzo słabi. W 1986 roku nie było ani jednego czeskiego wspinacza, który dałby radę zadać ze szmaty (sic!). Dopóki było pionowo, Czesi byli bardzo skuteczni, jednak każda przewieszająca się i śliska jurajska skała stanowiła dla nich istny bicz boży.
Uczyliśmy się od siebie nawzajem bardzo szybko. Jesienią 1986 roku Tomas Cada był o krok od przejścia OS Maharadży. Nie było mnie wtedy w dolince i nie mogłem podpowiadać mu patentów tak jak na Nienasyceniu. Spadł z łatwego terenu na samej górze po poślizgnięciu się (sic!).
Ostatni rozdział – „Przybycie Tytanów” i… Warszawiaków
W 1988 roku zrobiłem ostatnią liczącą się drogę w Bolechowicach, wspomniane na wstępie „Przybycie Tytanów”, które czekało na powtórzenie może miesiąc. W kwietniu tegoż roku w Karniowicach, w ośrodku rolniczym, pojawiła się ekipa warszawiaków z liderami tejże szkoły, trenerem Janem Wojciechem Kubaniem, i wspinaczkowym frontmanem Leszkiem Milczarkiem.
Było to zapowiadane, choć spóźnione o dobre trzy lata, „uderzenie, które wyszło z Janówka”, a które miało według pierwotnych ambicji i założeń wyrugować szkolę krakowską na rzecz warszawskiej. W istocie dwie szkoły i ich reprezentanci ściśle ze sobą współpracowali, kolegowali się i tak samo pojmowali wspinanie jako dominację „stylu francuskiego”, co, tłumacząc na dzisiejsze czasy, oznacza po prostu wspinanie sportowe.
Leszek co nieco poszamotał się z powtórzeniem Tytanów. Najpierw zdołał przejść drogę RK, ale dwa dni później poprawił styl do RP, co w tamtym czasie było już na obitych drogach obligatoryjne. Przy okazji tych wydarzeń swój debiut miał nowy rodzaj obuwia, tzw. baletki, a konkretnie Ninje Boreala. Każdy, w tym piszący te słowa, chciał spróbować tej Wunderwaffe.
Jeśli ktoś nie wie, jak wyglądał ten model butów, niech przymierzy Cobry La Sportivy, niezmienne od lat, które są po prostu kopią Ninji, tyle że wyposażoną w inną gumę i inne logo.
Była to największa rewolucja w historii współczesnego obuwia wspinaczkowego, stawiająca na czucie, a nie na sztywność niezbędną na krawądkach. Pierwsze użycie tych butów na już wtedy trudnych klasykach, takich jak „Maharadża” czy „Warianty Emila Kaczadze”, nasunęły pytanie, czy nie należy zdegradować tych dróg, bo w nowym obuwiu wydawały się zaskakująco łatwe. Gorące dysputy w ośrodku w Karniowicach zaowocowały jednak utrzymaniem wycenowego status quo.
Nieszczęśliwa cezura
Rok 1988 wyznaczył nie tylko kres mojej eksploracji w Bolechowicach, lecz także był cezurą w moim wspinaniu. W czerwcu uległem poważnemu wypadkowi we Frankenjurze – roztrzaskałem sobie piętę. Dysponując później nogą bez stawu skokowego, musiałem po prostu porzucić trad czy wspinanie na żywca na rzecz sportowego. Wygląda więc na to, że pech pomógł mi w ostatecznym wyborze. Od tamtego czasu (z małym przerywnikiem w Dolomitach w 1990 i 1991) stałem się wspinaczem stricte sportowym, który miotał się pomiędzy prowadzeniem coraz trudniejszych dróg, onsajtowaniem, tudzież startami w zawodach tak krajowych, jak i międzynarodowych. W latach wspinaczkowego zenitu (1990-1992) dość często chodziłem po Tytanach czy to z dolną, czy z górną asekuracją. Drogę tę miałem bardzo dobrze zapatentowaną, można powiedzieć, że zawsze była moim popisowym numerem w dolince. Najlepszy mój wędkowy czas jej przejścia to 1 minuta 58 sekund.
Wszystko, co istnieje, ma podobno swoją doskonałą platońską wersję. Tak jak Bolechowice, jedyny podkrakowski rejon skałkowy, do którego mam sentyment i który postrzegam nawet jako ładny i bliski sercu.

Nomesino nieopodal Arco to Bolechowice takie, jakie być powinny, i tam zanotowałem swoje najlepsze przejścia w ukochanym stylu OS i flash. Kto tam był, wie dlaczego. Na Filarze Pokutników i Abazym brakuje po prostu odpowiedniego nachylenia skały – najwyżej ociera się ona o pion. W łudząco podobnym Nomesino jest tak, jak ma być, prawie pod skałami jest nawet orne pole, zupełnie jak w Bolecho za czasów Pokutników (dziś już go nie ma).
***
W następnych latach bywałem częstym wizytatorem w Bolechowicach. W 2007 roku powtórzyłem Pobicie Tytanów Piotrka Kruczka, z Jakubem Barbaszem obiłem i poprowadziłem łatwiejszą wersję Maharadży – W cieniu Zwierza VI.4. Bolechowice mają nieoceniony walor cienia i warunu, który jest zawsze, nawet w najbardziej upalne dni. Poza tym dla zmotoryzowanych są po prostu skałami na popołudnie, a nawet na wieczór, na krótki, trzygodzinny wypad za miasto.
Niestety oaza zieleni, koncentrat przyrody tak ożywionej, jak i nieożywionej, jaką stanowią, kurczy się pod naporem rozpasanego budownictwa. Czuję, że nieuchronnie nadchodzi moment, w którym przyjdę do Bolecho, niczym harcerze, z pontonem na głowie.
Piotr „Szalony” Korczak
***
1) Antoni Słonimski, „Dzikie wino”, https://wlekturze.blogspot.com/2012/12/dzikie-wino-pozegnanie-jesieni.html
2) Od Przemka „Stefana” Rostka, któremu wg mnie zdarzało się wyjątkowo oszczędnie obijać drogi – niektóre z nich to dupotłucznie.
***


Piotr „Szalony” Korczak
Jedna z najbardziej barwnych postaci polskiej sceny wspinaczkowej. Wspinacz, taternik, a przede wszystkim pionier ekstremalnej wspinaczki skałkowej w Polsce. Okres jego największej aktywności przypadał na lata 80. i 90. XX wieku, kiedy to eksplorował nowe rejony skalne i otwierał kolejne przełomowe drogi. Był to również czas formowania się tak zwanej Nowej Fali, którą w dużej mierze napędzał właśnie Korczak. Obok licznych przejść w skałach Jury Krakowsko-Częstochowskiej Korczak ma na swoim koncie wybitne dokonania w Tatrach, gdzie między innymi przyczynił się do podpisania „Porozumienia tatrzańskiego”, które zaowocowało wyznaczeniem ścian przeznaczonych „do eksploracji w stylu sportowym”.
Postać legendarna w polskim środowisku wspinaczkowym, w dużej mierze za sprawą swoich wyczynów skalnych (Nieznośna lekkość bytu VI.7, 1992), ale także swoich licznych publikacji, wnoszących wkład we wspinaczkową autorefleksję, nie tylko tę postfaktyczną/historyczną, ale również teraźniejszą. Bohater słynnego filmu „Deklaracja nieśmiertelności” w reżyserii Marcina Koszałki. Autor kultowej „Doliny Białej Wody”.
***


Jacek Ostaszewski
Doświadczenie górskie wyniósł ze wspinaczek w Tatrach i Alpach, wspinał się także w polskich, słowackich, austriackich i francuskich rejonach skałkowych. W latach 1986-2002 był aktywnym instruktorem taternictwa. W latach 80. XX wieku zajmował się fotografią wspinaczkową, dokumentując dokonania wspinaczy Nowej Fali.
Obecnie jako profesor nauk humanistycznych zatrudniony jest w Instytucie Sztuk Audiowizualnych UJ, gdzie prowadzi zajęcia z teorii filmu i narracji filmowej. M.in. jest autorem książek „Rozumienie opowiadania filmowego” (1999), „Historia narracji filmowej” (2018), jest także współautorem podręcznika „Historia myśli filmowej” (2007). Juror Krakowskiego Festiwalu Górskiego w 2024 roku.
***
Polecamy teksty Piotra Korczaka o historii i postaciach polskiego i światowego wspinania skalnego:
- „Grand Illusion” Tony’ego Yaniro – pierwsza najtrudniejsza droga na świecie
- „Ommadawn Direct” na Gołębniku – Piotr Korczak wraca wspomnieniami
- John Redhead – Witkacy wspinania
- Zakaz w Arapiles, czyli wspinanie pod wpływem polityki
- „Nienasycenie”. Koniec, początek i… – Piotr Korczak o słynnej drodze i historii polskiego wspinania
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA
szalone komendy z bolecha
[i]– Moszna? – zapytałem. – Prącię bardzo – odpowiedział Riko[/i] hehe mielismy z marem rowinskim (ktory nb zrobil maharadze nie…
Odpowiedzi: 1
Szalony -samokrytyka
"Ja uważam, że każda literatura na kanwie wspinania, jeśli abstrahuje od prostej formy opisu i wspomnień i sili się na…
Odpowiedzi: 1