„Ten pomysł był tak szalony, że musiał się udać”. Relacja z ekiperskiej wyprawy na Kubę
Spis treści
„Cześć Ola, klubowicze pytają o kurs ekiperski. Pomożesz?” – zapytałem. „Dobra… to na Kubie” – odpowiedziała Ola Przybysz. Tyle, nic więcej… W momencie, gdy wybrzmiało słowo Kuba, zrozumiałem jedno: jeśli tak szalony plan ma wypalić, to tylko z nią.

***
Olę znałem od jakiegoś czasu, śledziłem jej poczynania i wiedziałem, że to konkretna dziewczyna z ogromnym doświadczeniem, etyką i misją pomagania ludziom wszędzie, gdzie się pojawi. Jako drugiego instruktora Ola dobrała Artura Kraszewskiego – człowieka o stoickim spokoju, rozbrajającym uśmiechu i ogromnej wiedzy merytorycznej. Trzecim instruktorem był Yunior, lokalny wspinacz, który ukończył kurs ekiperski u Oli 2 lata wcześniej. Skład szkoleniowców był kompletny. Zaznaczyć tu trzeba, że instruktorzy nie pobierali wynagrodzenia za kurs, a cała inicjatywa miała charakter społeczny.

Wyboista droga do celu
Zaczęło się od ogłoszenia pomysłu i żmudnych przygotowań. Logistyka nie była łatwa – z przyczyn niezależnych lista kursantów skurczyła się do sześciu osób. Po kilku spotkaniach online mieliśmy plan, który i tak życie zweryfikowało na miejscu. Problemy z transportem na wyspie zmusiły nas do odpuszczenia wspinania w Viñales, ale – jak się później okazało – nikt tego nie żałował.
Trzy tygodnie na wyspie brzmią jak długie wakacje, ale nikt z nas nie miał czasu na nudę. Wstawaliśmy skoro świt, dosłownie z kurami (choć częściej z gęsiami), i chodziliśmy spać często ok. 20:00, spompowani całym dniem pracy w upale. Pamiętam, jak po kilku dniach kursu wróciliśmy do bazy totalnie styrani. Marzyliśmy tylko o spaniu. Wtedy Ola stanęła na środku i z tym swoim uśmiechem zapytała: „To co, robimy wykład?”. Do dziś nie wiem, skąd bierze tę energię, ale przysięgam – niczym się nie dopinguje!

Magia Bariay i Los Portales
Naszym celem była Bariay, wioska położona ok. 40 km od Holguín, u podnóża Los Portales. To miejsce, w którym dosłownie zatrzymał się czas. Na 80 domów wioska dysponuje np. jednym traktorem, widok auta to egzotyka, zwłaszcza przy obecnym kryzysie energetycznym i paliwowym, do sklepu jeździliśmy więc koniem. Funkcjonuje tu natomiast zasada, że wszyscy pomagają sobie z transportem i nie chcą od ciebie pieniędzy.

Choć często po prostu wciskaliśmy je ludziom za podwózkę, to czuło się, że robią to, nie licząc na zarobek. To, jak ciepło zostaliśmy przyjęci w Villa Negrito, naszym domu na kilka kolejnych tygodni, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Porównuję to do czasów, gdy za dzieciaka jeździłem do rodziny na wieś – tak właśnie było u Dayami i Francisco. Codziennie budziły nas wspomniane już gęsi i zapach świeżo palonej na ogniu kubańskiej kawy, którą pokochałem tak, że przyjechała ze mną do Polski.

Los Portales to przepiękny wapienny „grzyb” z niezliczoną ilością tuf i bogactwem natury, o jakim można tylko pomarzyć. Mała liczba ludzi pozwala przyrodzie żyć w spokoju. To, co tam zobaczyłem, zostanie we mnie na długo. Tam po prostu dobrze się czujesz – z dala od zgiełku miasta, spalin, ludzkiej frustracji, masz poczucie pełnej harmonii z naturą. Kurczę, to było piękne… Bywam często w odległych od cywilizacji miejscach, ale to naprawdę mnie urzekło. Chciałbym tylko (i tu powstaje pewien paradoks), żeby ludzie tego miejsca nie zniszczyli. Bo z jednej strony, przyjeżdżając tam, dajemy lokalsom pieniądze i jakąkolwiek perspektywę na lepszy rozwój, z drugiej – więcej ludzi równa się więcej śmieci, odchodów i różnych dziwnych sytuacji, których pewnie nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Ludzkie zachowania w dzisiejszych czasach potrafią zaskoczyć… I tu kłaniają się rozmowy o etyce, o poszanowaniu tego miejsca, a tych dzięki Oli i Arturowi było bez liku. Ja osobiście staram się zawsze stawiać siebie w pozycji gościa, obcując z naturą.

Ola była w Los Portales dwa lata wcześniej – zorganizowała pierwszy w rejonie kurs, obili wtedy kilkanaście dróg, więc nie jechaliśmy całkiem w ciemno. Znała lokalnych wspinaczy, mieszkańców wioski i ich potrzeby. Od początku założeniem wyjazdu, poza kursem ekiperskim, który był celem nadrzędnym, była również realna pomoc: od sprzętu wspinaczkowego, lekarstw, środków higieny, po zabawki i pomoce dydaktyczne dla mieszkańców żyjących w ogromnej biedzie. Mimo trudnych warunków, Kubańczycy ujęli nas swoją serdecznością i uśmiechem. To niesamowity kontrast względem naszej codzienności – my często mamy wszystko, a rzadko to zauważamy.

Więcej niż kurs
Sam kurs był pokazem profesjonalizmu. W pracy Oli i Artura nie było przypadku – każdy element wiedzy był poparty konkretnymi argumentami. To kluczowe, bo jako ekiperzy tworzymy miejsca, na których dosłownie zawisną ludzkie życia. Tu nie ma miejsca na niedomówienia, tu nie ma miejsca na przypadek.


Efekt? Zostawiliśmy 15 nowych dróg obitych tytanem (od 5b do 7b+). Stworzyliśmy też cały sektor dla dzieci i początkujących (sektor Pro Rock), którego autorami byli sami kursanci. Na małej ścianie powstały drogi z 4-5 wpinkami, na dużej – kilkunastowpinkowe linie w różnych formacjach. Z ekiperką do czynienia miałem drugi raz (choć za pierwszym nie było to na tak dużą skalę, pomagałem wraz z moim synem Antkiem przy tworzeniu dróg na Turni Panfila w Sokolikach). To jest naprawdę ciężka, niewybaczająca błędów robota. Do tego ponad 30-stopniowy upał robił swoje. Kurz, pot, lejący się jak kisiel klej – to wszystko trzeba było okiełznać, wytrzymać i dać z siebie 100 procent profesjonalnej roboty, a oni to wszystko zrobili. Ola, Artur, Marcin, Hubert, Patryk, Kasia, Michał, Antek, Sebastiano, Adaś, Jędrzej, Louis, Angelito, Yunior – jesteście najlepsi!
Zwieńczeniem prac był festiwal dla lokalnej społeczności. Atrakcji było mnóstwo: od wspinania, przez przeciąganie liny, baldy dookoła stołów, slackline i warsztaty pieczenia pizzy, aż po tradycyjną piniatę i pieczonego prosiaka. Za logistykę tego zamieszania odpowiadała w większości Kasia – „You rock, girl!”. Wielkie brawa należą się też naszym wolontariuszom, Antkowi i Sebastiano, którzy przyjechali za własne pieniądze tylko po to, by pomagać nam każdego dnia.


Niesamowite jest, jak czasem niewiele potrzeba, by zrobić coś dużego, coś, z czego możemy być po prostu dumni. Wystarczą dobre chęci i najlepsza ekipa, jaką możesz sobie wymarzyć – ludzie, którzy nie szukają problemów, a mają na nie gotowych kilka rozwiązań. Często wspominam słowa Oli, która kiedyś przy okazji jednej z prelekcji powiedziała, że nieważne, co się stanie w twoim życiu, ważne, jak na to zareagujesz. Święte słowa…
Bilans dobra
Festiwal przyciągnął ponad 150 osób. Energia była niesamowita, czasem wręcz trudna do okiełznania, zwłaszcza przy rozbijaniu piniaty, ale poczucie, że zrobiliśmy coś dobrego, wynagrodziło każdy trud. Zostawiliśmy im nie tylko bezpieczne drogi, ale i masę sprzętu: lampy solarne, moskitiery, leki, stację ładowania za ponad 800 USD, buty, liny, kaski, uprzęże, kosmetyki. Zbudowaliśmy przeprawę przez rzekę, odbył się kurs pierwszej pomocy… Długo by wymieniać. Jako ciekawostkę dodam, że całą listę darów musieliśmy zgłosić w lokalnym urzędzie – komunistyczny ustrój mocno daje się wszędzie odczuć, od cinkciarzy na ulicach, po obrazy Fidela dosłownie na każdym kroku. Choć na początku pomysł wydawał się absurdalny, plan wykonaliśmy w 300 procentach i za to każdemu chcę podziękować. Ten wyjazd zmienił każdego z nas.

Przez pewien czas byliśmy w innym świecie – świecie, w którym naprawdę czuliśmy się dobrze. Gdzie więc jest miara prawdziwego szczęścia? Dla mnie w prawdzie, w realnych emocjach i w drugim człowieku. Hawana zaczęła mi już delikatnie pokazywać powrót do naszego, jakże dziś zepsutego świata. Widzisz większe przywiązanie do pieniędzy, więcej cwaniactwa, choć samo miasto ma swój urok. Jeśli potrafisz choć na chwilę zamknąć oczy i we własnej wyobraźni odrestaurować te wszystkie kamienice, cofnąć się o kilkadziesiąt lat… Tu było pięknie i wielka szkoda, że tak niszczeje. Na tak wiele rzeczy w naszym życiu nie mamy wpływu, tak wielu rzeczy nam szkoda… Ale stawiajmy małe kroki, czy to w naszym świecie, realizując swoje własne cele, czy to pomagając innym. Nie bójmy się zacząć, postawić pierwszego kroku. Małe kamienie niesione przez odpowiednią grupę ludzi potrafią urosnąć w wielką górę. Jeszcze raz dziękuję wszystkim: uczestnikom, sponsorom, wolontariuszom i każdemu, kto zaangażował się w nasz kubański projekt.
Osobne podziękowania należą się Marcinowi Ciepielewskiemu, który również rezygnując z wynagrodzenia poleciał z nami i wszystko dokumentował na zdjęciach. Nigdy nie wychodząc ze swej roli, odwalił kawał roboty, przez co również sporo schudł. To taka wartość dodana, Marcin, hehe. Dzięki chłopie!
Na koniec przypominają mi się słowa kolegi Freusa, który skwitował to kiedyś tak: „Sorry że tak malkontenctwo uprawiam, ale ten pomysł jest tak głupi, że jeśli dojdzie do skutku, to wszyscy będą o nim wspominać do końca życia”. Miał rację. Będziemy o nim wspominać do końca życia!
Piotr Piotrowski
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA