Spis treści
Na początku marca Michał Czech i Jan Kuczera przeszli słynną drogę No Siesta na północnej ścianie Grandes Jorasses. Poniżej relacja Jaśka.
***
Dzień pierwszy (6 marca)
Po wcześniejszej aklimatyzacji na Pointe Lachenal na drodze, której nazwy nawet nie pamiętam, wyjeżdżamy pierwszą kolejką na Aiquille du Midi z worami o wadze ponad 20 kg i zjeżdżamy na nartach w dół lodowca Mer de Glace do miejsca, gdzie zaczynamy kilkunastokilometrowe podejście „z foki” pod ścianę Grand Jorasses.

Naszym celem jest droga No Siesta, o której wiemy jedynie, że jest kompleksowo wymagająca z parszywymi biwakami, stąd nazwa. Ta droga przyciąga nas także dlatego, że uchodzi za mityczną, w szczególności w środowisku polskich wspinaczy, którzy wielokrotnie jej próbowali, ale bezskutecznie. Co do warunków w ścianie i na drodze, z dwóch źródeł mamy informacje, że warun niby jest, tylko jakoś dziwnie w ostatnich miesiącach nikt się w okolicy tej części ściany nie wspinał.
Wiążemy się liną około godz. 14. Po niełatwym przekroczeniu szczeliny brzeżnej i przejściu kilkuset metrów polem śnieżno-lodowym, dochodzimy do płyt pokrytych plackami lodowymi. Te około 80-100 m wspinania przypomina w przenośni i dosłownie stąpanie po kruchym lodzie z bardzo słabą asekuracją z dziabkami wbitymi na milimetry. Trzeba dobrze nawigować, aby nie znaleźć się w ślepej uliczce, bo może mieć to poważne konsekwencje. Po drodze mijam stare stanowisko z dwóch haków, ale z uwagi na jego jakość decyduję się na wspinanie z asekuracją lotną. Ściągnięcie partnera na takie stanowisko byłoby poważnym błędem w sztuce. Lot dwójki bez sternika to już niefajny lot.

Po pokonaniu przeze mnie tego odcinka prowadzenie przejmuje Michał i wyprowadza nas w miejsce pierwszego biwaku. Robi się ciemno. Michał z zapałem wydeptuje półkę i po jakimś czasie mlaskając w zachwycie uznaje, że póła jest niczego sobie skoro można się na niej spokojnie wyłożyć. W jego osobistym rankingu otrzymuje 4 gwiazdki na 5. Następnie przejmuje niewdzięczną rolę kucharza, topiąc wodę na liofy i picie.
Dzień drugi (7 marca)
Wstajemy o 4.45 i dopiero około godz. 7 zaczynamy się wspinać pełni optymizmu, że teraz skończy się psychodeliczne wspinanie na lotnej ze słabą asekuracją, tylko będzie już wspinanie od stanowiska do stanowiska w super skałce. Niestety, szybko okazuje się, że jesteśmy w błędzie. Michał tego dnia zaczyna prowadzenie, a teoretycznie łatwy teren okazuje się trudny, kruchy, ze słabą asekuracją, a zamiast osławionego firnu i lodu alpejskiego mamy sypki śnieg, a tylko gdzieniegdzie firn. Do tego wszystkiego Michał otrzymuje spóźnioną wiadomość od Toma Livingstona (gwiazdy brytyjskiej i światowej sceny alpinizmu, autora wielu przejść na GJ, między innymi No Siesty), że nie ma warunu na tę drogę, bo ściana wygląda wyjątkowo sucho, ale podobno da się ją zrobić, cokolwiek to znaczy. I jakim kosztem.

Trudności drogi nam się kompletnie nie zgadzają, z uwagi brak lub minimalnej ilości lodu są zdecydowanie wyższe niż w topo, a do tego skała jest gorzej związana. Co za kruszyzna!! Kamienie co chwile wylatują nam spod nóg i rąk, a teren robi się coraz stromszy aż do momentu, gdy na wyciągu o przewodnikowej wycenie za M6+ staje on dęba, miejscami przewieszając się. Wyciąg wygląda jak koszmar z ulicy Leschaux, wiemy, że dla naszego rodaka Oliwiera Gajewskiego (Francuz polskiego pochodzenia), który robił tę drogę, jak twierdzi „na sucho”, był kluczowy i musieli na nim podhaczać.
Wbijam się w ten wyciąg z nietęgą miną, tym bardziej że przed chwilą poprowadziłem najbardziej wspinaczkowe M3 w swoim życiu. Prowadzenie jest wytężające całościowo, po drodze zostawiam na przelocie plecak, aby zwiększyć szansę na czyste przejście. Po dłuższej walce udaje się. Według mnie ten wyciąg jest jednym z technicznie trudniejszych, jakie w życiu prowadziłem, całe szczęście asekuracja nie należy do najgorszych.

Kolej na Michała i jego, jak się później okazuje, najtrudniejsze M5 w życiu. Lina z przyrządu wychodzi bardzo powoli, znając Michała i wiedząc jak świetnym jest wspinaczem, dobrze wiem, że tam nad głową muszą być jakieś grube jaja. No i faktycznie, gdy mnie ściąga, wyciąg okazuje się być dużym drytoolowym wyzwaniem. Soczyste „Stefanowe” M7 – co najmniej.

Teren nad nami jest trudny orientacyjnie i technicznie, ale Michał rozwiązuje tę zagadkę na medal i wyprowadza nas w miejsce, gdzie zakładamy kolejny biwak. Tym razem miejsce jest zdecydowanie mniej wygodne. Michał odkopuje sobie półkę, a ja z wielkim trudem gramolę się do zawieszonego nad niezłą lufą wakacyjnego hamaka. Trzeba zachować wyjątkową ostrożność, aby niczego nie pogubić, kuchenki, gazu, śpiwora, butów.
W końcu, gdy się układam się już do snu, daje o sobie znać mój pęcherz. Zaraz mnie pojebie! Nie ma szans, abym w takim stanie dotrwał do rana, a lepiej na pewno nie będzie. Podejmuję trudną decyzję o wyjściu z hamaka. Wisząc w uprzęży, próbuję się odlać. I nic. Ucisk nogawek uprzęży na cewkę jest tak duży, że „system” nie działa. Kombinuję, co tu zrobić. W końcu mam to! Lewą ręką chwytam za górną część lonży i ściągam się z buły po to, aby zmniejszyć ucisk uprzęży. W tym samym czasie drugą ręką chwytam za… wiadomo co i w końcu czuję nieskrywaną ulgę. Ulga jest na tyle nieskrywana, że wybudzam Michała, który z zaciekawieniem pyta, czy wszystko u mnie w porządku. Jest znakomicie, bo w końcu się odlewam, a to że leję sobie przy okazji po nogach i hamaku nie ma większego znaczenia, wszystko i tak w mig zamarza. W końcu ładuję się zadowolony do hamaka i po chwili JEB! Z góry spada do niego wielka bryła śniegu. Muszę wyjść i wytrzepać go ze śniegu, bo inaczej śpiwór zamoknie. Godzinę przed pobudką znów powtarza się akcja z pęcherzem. To pewnie od tego zimnego izotonika, który piłem wieczorem. No nic, co robić?! Przynajmniej mam już patenty i wiem jak „to” się robi.

Dzień trzeci (8 marca)
Wstajemy ciut wcześniej niż ostatnio, bo o 4.30, chcemy zwiększyć szansę na wyjście ze ściany za jasności.
Pierwsze wyciągi należą do mnie. Przede mną przewodnikowe M5+ (wariant Dubois-Ducros), zatem nawet nie myślę o tym, aby iść bez plecaka. Najpierw jest kilkumetrowy trawers w prawo, a następnie do góry rysą zapchaną gemelem. Walka jest totalna. Rzężę ze zmęczenia, próbując coś założyć, aby w przypadku lotu nie przywalić o znajdujące się pode mną dzioby skalne. Posuwam się do góry, zahacząjąc dziabkami o chwyty, których normalnie bym nie używał w obawie przed urwaniem, ale nie mam wyjścia, skoro obsesją jest styl, a asekuracja jest mizerna.
Już po głównych trudnościach tego wyciągu z górnej dziabki wywiązuje mi się już dawno temu zerwany, a później niechlujnie naprawiony lonżyk. Dziaba samotnie wisi niczym nieprzypięta metr nad moją głową. Michał widząc to sugeruje, abym lepiej zawisnął w przelocie i ją zreperował w obawie przed jej zgubieniem. Zawieszam się na chwilę w dolnej dziabce (bo asekuracji w tym miejscu nie sposób założyć) i to robię. No cóż, oficjalnie zaliczamy 1xAF na tym wyciągu, ale wiemy, że było to w celu naprawy usterki. Kończę wyciąg, który na pewno nie miał M5+. Nieważne, trzeba się skupić przed kolejnymi metrami.
Przede mną wyciąg za M6. Okazuje się zdecydowanie łatwiejszy od poprzedniego. Michał przejmuje prowadzenie. Jesteśmy w miejscu, gdzie są dwie opcje przejścia tej części ściany, tj. wariant Jeffa Merciera M7 lub oryginalny, uklasyczniony przez Roberta Jaspera za M8. Wybór pada na wariant Merciera. Okazuje się, że trudności odpowiadają faktycznej wycenie. Wyciąg M7 wydaje się zdecydowanie łatwiejszy od wyciągów o wycenie M5 czy M5+, które wcześniej pokonaliśmy, nie wspominając o wyciągu M6+.

Michał na jedną długość liny robi eksponowany trawers za M4+ i krótkie M6. Przed nami pozostaje już „tylko” wyjściowa rampa o długości około 250-300 metrów. Momentami nie wygląda najlepiej. Przejmuję prowadzenie. Jeden z wyciągów jest w większości lodowy, w końcu można z sensem użyć śrub, szkoda tylko, że raki i dziaby są tępe. Na przedostatnim wyciągu przebijam się przez wiszący wielki blok, który sprawia wrażenie, jakby miał zaraz wypaść. Przebijam się wzdłuż niego ze świadomością, że jeśli się ruszy, to będzie po mnie. Uff, udaje się, blok nie spada, a ja po tym „tańcu ze śmiercią” jestem psychicznie wykończony.

Zaraz po pojawieniu się na stanowisku Michał mnie zmienia. Przekazuję mu sprzęt, a on prowadzi ostatni nietrywialny wyciąg i wyprowadza nas ze ściany. Jest około godz. 22. Robimy jeszcze kilkadziesiąt metrów po grani w poszukiwaniu bezpiecznej platformy pod biwak. Leżąc w śpiworach pijemy, ale oszczędzamy na jedzeniu, bo już niewiele nam zostało. Jesteśmy z siebie zadowoleni, ale żeby nie było zbyt kolorowo, Michał wylewa sobie pół litra roztopionej wody do śpiwora.
Dzień czwarty (9 marca)
Nad ranem z pewnością jest kilkanaście stopni na minusie. Czujemy, że jesteśmy lekko jesteśmy odmrożeni. Michał lekko przemroził sobie dłonie, a ja palce u stóp – wziąłem ze sobą jednowarstwowe buty z elektrycznymi skarpetami, które niestety nie zadziałały.
Śniadanie jest szybkie, jeden batonik i żel energetyczny na dwóch. To musi starczyć na długie zejście na stronę włoską.

Już wieczorem z doliny Val Ferret odbiera nas niezastąpiony Bartek Ziemski, który jeszcze tego samego dnia zabrał nasze narty spod ściany Grand Jorasses i zapewnił nam spanie na czas pobytu u podnóża Alp. Bartek to jest Gość! Bez jego pomocy te przedsięwzięcie byłoby o wiele trudniejsze. Za to wszystko Bartek po stokroć dzięki!
- No Siesta, 1100 m, około 30 wyciągów
- w zastałych warunkach około M8, lód 85-90 stopni, 1xAF , 2,5 dnia wspinania
- 6 marca podejście, 6 do 8 marca wspinaczka, 9 marca zejście
Jan Kuczera
PS Zarówno dla mnie, jak i dla Michała jest to pierwsza droga zrobiona na Grand Jorasses.
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA