„Nienasycenie”. Koniec, początek i… – Piotr Korczak o słynnej drodze i historii polskiego wspinania
Spis treści
- „Nienasycenie” Witkacego – proroctwo, które stało się faktem
- Dupa Słonia – ohydny raj polskiego wspinania
- Pierwsze spotkanie z rejonem – 1980 rok
- Ściana Luster – niemożliwe do zrobienia
- Nienasycenie jako most dwóch epok
- Taternictwo skałkowe
- Przełom – chocks only i cracknupy
- Meningitis – pierwsze prowadzenie z młotkiem
- Epoka bezalinu, korkerów i „domowych” uprzęży
- „Klasyczna” wędka
- Rozwiązanie problemu – od pomysłu do wędki
- Dlaczego dopiero 1984?
- Klasyczne przejście Nienasycenia
- Świetny flash Tomáša Čady
- Powroty
- Racjonalna nostalgia
- Dzisiejsza „komuna” w skałach
„Nienasycenie” Stanisława Ignacego Witkiewicza, alias Witkacego, pozostaje najistotniejszą książką, jaką przeczytałem. Sześćdziesiąt pięć lat mojego życia uczyniły jej proroctwo faktem, a takim jest położenie Polski pomiędzy zbolszewizowanymi państwami Zachodu, erzacem caratu w Rosji i nadciągającą potęgą chińską, która ma taką moc „ujednolicania” wszystkiego, o jakiej pezetowcom się nie śniło.
„Nienasycenie” Witkacego – proroctwo, które stało się faktem
W tej scenografii rozgrywa się degradacja Istnienia Poszczególnego, konkretnie mojego własnego, któremu towarzyszy nieznośny ból w prawym biodrze, często eliminujący mnie z wielu dróg o jakże lichej wycenie 7a (flash, OS), no, może odrobinę więcej. W innym stylu się już nie wspinam. Czasu niewiele.
Jest to dobry, może ostatni nawet moment, żeby przywołać najważniejszą drogę, którą poprowadziłem w skałkach i która stworzyła mnie jako wspinacza, a przy okazji ukierunkowała ostatecznie historię polskiego freeclimbingu.
Dupa Słonia – ohydny raj polskiego wspinania
Nienasycenie droga o długości około 20 metrów (kiedyś znacznie dłuższa, gdyż kończyła się w lesie), znajduje się na Ścianie Luster tuż na lewo od Dupy Słonia (drogi) – od niej wziął nazwę cały mur skalny, który stał się w latach 90. ubiegłego wieku pierwszym w Polsce ogródkiem skalnym wyposażonym w stałe przeloty.
Dupa Słonia (jako rejon) to wyjątkowo ohydny, a wręcz odrażający fragment skałek podkrakowskich. Jego użytkownik przez większość roku doświadcza realnego „zgrzybienia” całej okolicy. Skała nasączona osiadającą wilgocią, omszała albo wyślizgana do bólu, z nielicznymi wyjątkami jest zasadniczo ukonstytuowana przez kruszynę przybierającą zróżnicowany wago miar, od „cegieł” do „telewizorów.” Botanika w górnej partii masywu jest nie tyle reprezentowana, ile po prostu nadreprezentowana, i tak było zawsze. Jest to poważne wyzwanie dla każdego użytkownika panelu, a to panel determinuje freeclimbing w Polsce i jest zresztą jedyną jego przyszłością…
Nie lepiej jest w lecie. Żeby trafić na optimum warunków, trzeba precyzyjnie wycelować między czasem „zgrzybienia” a spiekoty słonecznej i jest to może czterdzieści minut dziennie. Piknikowość, a kiedyś harcerskość okolicy stanowiła zawsze dodatkowy czynnik deterioracji wspinaczkowego warunu. Czerń skały to pochodna niezliczonych ognisk i grilli, a nie cecha wapienia. Płaską łąkę (anomalia w skali podkrakowskich skałek) pokrywają często kretowiska, które we wczesnych latach 80. oprócz skręconych kostek miały swoje niekwestionowane zalety – erzac crashpada.

W tej ponurej scenerii tkwi jedna fantastyczna formacja, Ściana Luster, i na tym właśnie dysonansie zasadza się potworność istnienia – Witkacowski klucz do zrozumienia każdej rzeczywistości.
Pierwsze spotkanie z rejonem – 1980 rok
Pod Dupę Słonia po raz pierwszy trafiłem w 1980 roku w arcyzacnym towarzystwie Ryśka Malczyka i Tomka Opozdy, który był głównym specjalistą od wędkowego przechodzenia (na czas) Dupy Słonia (wtedy „sześćpółtora”, dziś VI.2) Autorem tej historycznej już wtedy drogi wędkowej był Rysiek.
Eksploracja masywu streszczała się wtedy głównie do przejść wędkowych (z nielicznymi wyjątkami), wśród których wybijały się, oprócz wspomnianej Dupy, a właściwie Dużej Dupy Słonia, Mała Dupa Słonia, Płytka Sasa, Lipczyńska, a przede wszystkim Meningitis Ryśka Malczyka z oryginalną wyceną „sześćczteryminus”, która w momencie, gdy Rysiek zaprezentował mi drogę, spadła do „sześćtrzyplus”. Okolica słynęła jako królestwo hakomistrzów i kanalarzy, którzy co weekend organizowali tutaj swoje manewry. Mówiąc krótko – nawet dla Kaskaderów i ich „wędkowego paradygmatu” był to rejon stosunkowo niszowy i bardzo odległy od oferty skał w Kobylanach czy Bolechowicach.
Ściana Luster – niemożliwe do zrobienia
Podczas pierwszych wizyt udało mi się przewędkować „od kopa” wspomniane klasyki, co szczególnie w przypadku Meningitisu było wtedy liczącym się wyczynem. Mój wzrok spoczął na Ścianie Luster, formacji o niewyobrażalnej wręcz gładkości, czyli, jak mawiano wtedy, „bez stopni i chwytów”. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś się da… Jej środkiem biegła hakówka, której autorem był niejaki Wujo, jowialny i całkiem sympatyczny typ, który przestał się wspinać, tzn. haczyć, gdy się ożenił, bo to niebezpieczne było…
Niemniej co weekend dawał się we znaki komentarzami udzielanymi pod źródełkiem w Kobylanach, a jego najsłynniejsze dictum brzmiało: „W tysiącmetrowej alpejskiej ścianie ja mogę takiego Rika z kieszeni sobie wyjąć, żeby mi przeszedł trzydzieści metrów skały, a potem mogę sobie go schować”. Riko Malczyk był moim idolem, a jednocześnie nauczycielem wspinania i dobrze zapamiętałem tamtą potwarz.
Nienasycenie jako most dwóch epok
W epoce Kaskaderów przewędkowanie drogi uchodziło za jej uklasycznienie. Dziś jest to oczywiście nieaktualne, zwłaszcza w kontekście semantyki, w której „przejście klasyczne” = freeclimbing. Z tego powodu wygumkowano nie tyle nawet z przewodników, ile po prostu ze świadomości całe połacie historii wspinania, nie tylko pod Krakowem. Nigdy nie zgadzałem się z takim podejściem, uważam je za ahistoryzm, czyli za błąd tak metodologiczny, jak i logiczny. Ponadto jest to po prostu krzywdzące dla Kaskaderów, którzy, jeśli przyjąć taką perspektywę, „nic nie zrobili” albo zrobili niewiele, gdyż prowadzenie trudnej drogi w ich epoce było zdecydowanie ewenementem, a nie regułą.
Nienasycenie jest drogą dwóch epok. Z jednej strony stanowi wizytówkę Nowej Fali realizującą program Kaskaderów, czyli przewędkowanie jak najtrudniejszej drogi (1982) i stanowi w tej materii ostateczne zwycięstwo nowego pokolenia w konfrontacji ze starymi mistrzami.

Z drugiej strony prowadzenie Nienasycenia (1984) stanowi otwarcie nowej epoki nie tylko w podkrakowskim, ale i polskim wspinaniu skałkowym. Epoki, w której ostatecznie zaniknie dystans pomiędzy„ najtrudniejszą drogą wędkową” a „najtrudniejszym prowadzeniem”. Dystans, który sięgał przynajmniej dwóch stopni trudności, gdyż w końcu lat 70. prowadzenie dróg w okolicach VI.2 było po prostu rekordowe (przy wędkowych trudnościach dotykających współczesnego stopnia VI.4).
Uwarunkowania takiego stanu rzeczy dla współczesnego Czytelnika mogą być niejasne, dlatego krok po kroku postaram się je przybliżyć. W przypadku Nienasycenia pomiędzy przewędkowaniem a poprowadzeniem drogi minęły dwa lata. Wedle współczesnej miary jest to czas skandalicznie, a wręcz niezrozumiale długi. Wedle realiów początku lat 80. prowadzenie nastąpiło stosunkowo szybko. Niektóre wędkowe drogi na przejście z dolną asekuracją czekały dekadę.
Taternictwo skałkowe
Prowadzenie dróg pod koniec lat 70. i na początku 80. nie miało nic wspólnego z tym, czego doświadczamy współcześnie. Obecnie drogi skałkowe (w skałkach podkrakowskich, na Jurze czy gdziekolwiek indziej) mają komplet przelotów ze stanowiskiem włącznie, które definiuje koniec drogi (pomijając trad). Stałe przeloty są atestowane i w zdecydowanej większości zostały zainstalowane przez ekiperów mających jarłyk PZA. Kiedyś tak nie było i przeloty instalowało się samodzielnie… podczas przejścia (ich instalacja ze zjazdu uchodziła za poważne etyczne nadużycie, dopuszczano najwyżej wykorzystanie przelotów zastanych).
Mówiąc wprost, uprawiano taternictwo skałkowe, czyli prowadzono drogi z biciem haków. Można sobie wyobrazić bagaż takiego taternika skałkowego. Obejmował on zestaw haków i młotek na sznurku chowany do (nomen omen) tulei przymocowanej do uprzęży. Było to parę dobrych kilogramów – sam młotek to około pół kilograma, do tego karabinki z pętlami, ewentualnie ekspresy z wiązanych pętli czy to z liny, czy z taśmy. Spróbujcie dziś na panelu czy na skale stosownie się dociążyć, wziąć przyblok w trudnościach i pomachać młotkiem. A przecież takich machań na prowadzonej drodze było co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście.

Za to lot był zjawiskiem akustycznym z przewagą metalicznych dźwięków nad „kurwa, lecę!”, który to werbalizm często pozostawał w dalekim tle. Taka uwaga: w tamtych czasach prowadzący zawsze krzyczał „kurwa, lecę!”, a nie samo „kurwa!”. Chodziło o ostrzeżenie asekuranta, który często asekurował poprzez dupę i przez nią wydawał stosowny luz. Dziś uważać nie trzeba, zwłaszcza w przypadku obligatoryjnych przyrządów ze wspomaganiem hamowania, dlatego komenda uległa skróceniu i zatraciła sens ostrzegawczy na rzecz informacyjnego – o niepowodzeniu. Tak czy owak, dystans dwóch stopni trudności pomiędzy drogami wędkowymi a prowadzonymi dziś nie dziwi.
Przełom – chocks only i cracknupy
Na początku lat 80. tych, wraz z nadejściem Nowej Fali, sytuacja zaczęła nieco się zmieniać. Pojawiły się kości i prekursorzy ich wykorzystania. Pierwszym podkrakowskim wspinaczem, który najpierw zgromadził pełny komplet rozmiarów (stopery, heksy) i nauczył się nimi skutecznie posługiwać, był Andrzej Marcisz. Wygenerował styl chocks only, wyróżniający się bezsprzeczną elegancją na tle pracy „młotkowych”, do których, co tu dużo gadać, przynależałem wraz z Mariuszem Gołkowskim czy Piotrkiem Gromkiem.
Zamiast tulei (nomen omen) na młotek Andrzej nosił wszyte w uprząż metalowe „serce”, z którego wyjmował stopery z szybkością rewolwerowca i podobnie sprawnie instalował je w skale. Wytłumaczeniem na naszą niekorzyść była mniejsza przedsiębiorczość – cecha, którą Andrzej z pewnością zawsze dominował nad otoczeniem. W 1981 i 1982 roku my mogliśmy zdać się na pojedyncze egzemplarze kostek gromadzone drogą okazjonalnych zakupów czy darowizn, bez numerycznego czy zestawowego ładu i składu. Młotek i haczywo nadal pozostawały w grze –dwa style – chocks only i bicie haków – funkcjonowały obok siebie.
Jednym z najśmielszych i najelegantszych przejść chocks only Andrzeja było poprowadzenie Lipczyńskiej (wtedy i dziś VI.2+). Obok kostek zastosowana została nowa broń – cracknupy, czyli małe kotwiczki (było kilka rozmiarów różniących się grubością), które stanowiły wtedy świeży element w arsenale hakomistrzów, umożliwiający klinowanie w cienkich rysach. W jakimś sensie cracknup był prekursorem skyhooka. Miara tego prowadzenia była na tyle poważna, że warto ją przybliżyć.
Trzeba było na żywca wyjść około 4 metry na tzw. półkę (zazwyczaj nad glebę zmiękczoną kretówkami), tam w dwie dziurki włożyć dwa cracknupy i pójść na nich aż do małego okapiku, ponad którym dopiero siadał dobry stoper. Dalej asekuracja chocks only, choć wymagająca inwencji, była już po prostu asekuracją, dało się zresztą pod kluczowym miejscem przepleść pętlę z liny w quasi kolumnie. W takiej asekuracyjnej konfiguracji powtórzyłem drogę w marcu 1982 roku, „trzymany z dupy” przez Ryśka Malczyka. Największą satysfakcję dały mi gratulacje Andrzeja – był to czas, gdy za sobą nie przepadaliśmy.
Meningitis – pierwsze prowadzenie z młotkiem
Nie oznaczało to porzucenia taternictwa skałkowego. W kwietniu tegoż roku postanowiłem własnoręcznie zabłysnąć jakimś prowadzeniem historycznej drogi i mój wybór padł na Meningitis, którą z taką łatwością przewędkowałem dwa lata wcześniej. W tamtych czasach była to jedna droga. Początek jej tożsamy był z dzisiejszym Prawym Meningitisem – szło się kruchą ryską do rzędu hakodziur na filarku aż pod okapik, a następnie wychodziło dzisiejszym Lewym Meningitisem.
Gmeranie za pomocą nielicznych kostek, które posiadałem, nie miało sensu, dlatego zdałem się na młotek i haki, choć po uprzednim przymierzeniu, co i gdzie siądzie. Wybór padł na tzw. krótką rynnę. W dolnej rysce udało mi się wbić dwa haki, pomimo odgłosów świadczących o tym, że rysa może tych zabiegów nie wytrzymać – wedle Rika była to typowa rysa z Olkusza, czyli taka, która na dole się wali, a na górze się rusza.
Następnie wziąłem rynnę w zęby i ruszyłem z impetem na filarek. Trzema klepnięciami młotka udało mi się wbić hak, nastąpiła szybka wpinka wiązanym ekspresem z DDR-owskimi karabinkami i…. na tym przelocie dotarłem aż pod okapik, gdzie był wbity kanalarski nit. Żeby się do niego wpiąć, konieczny był karabinek wykonany w ZSRR – tytanowy, ze stalowym zamkiem (ech, ta dialektyka….) – bardzo cienki w przekroju. Wpinka uświadomiła mi, że nie zostanę kaleką, skończę drogę i zyskam sławę, trzeba było jedynie wspiąć się jeszcze botanicznym terenem do lasu. Wycena ulega redukcji do „sześćtrzy”.
Epoka bezalinu, korkerów i „domowych” uprzęży
Opis tych zmagań nie byłby pełny bez sprzętowych wyjaśnień. Zacznijmy od sine qua non wspinania, czyli liny. W owych czasach standardem był podwójny podciąg Bezalinu, zwany bieliźniarą. Ta ostatnia, nieoficjalna nazwa sugerowała wytrzymałość pojedynczej żyły. Oficjalna nazwa liny oznaczała natomiast najbardziej zaawansowaną technikę podciągu we wspinaczce hakowej. W przypadku wspinania klasycznego podciąg był po prostu liną bliźniaczą i tak należało jej używać.
Alternatywy nie było – tzw. lina asekuracyjna tegoż Bezalinu, podobnie jak podciąg nie posiadała rdzenia, za to była jednożyłowa, o nieco większej średnicy, o ile dało się zastosować to pojęcie względem artefaktu o konsystencji plasteliny. Podobno zanotowano przypadki jej urwania. Używało się jej chętnie do wędkowania, natomiast odważnych do prowadzenia na niej raczej nie było. Ten linowy czynnik zapewne legł u podstaw umiłowania wędki przez Kaskaderów. Obok oczywiście specyfiki dolinek, czyli łatwej dostępności wszelkich problemów skalnych od góry. Podciąg miał jedną niekwestionowaną zaletę: niezależnie od zablokowania liny zawsze gwarantował asekurację tak dynamiczną, że asekurujący musiał być czujny jak pies podwójny, żeby asekurowany nie zaglebował. „Bieda asekuracja” była realizowana z dupy, natomiast jej zaawansowana postać opierała się na półwyblince i niekoniecznie zakręcanym karabinku, gdyż występowanie takich karabinków nie było zbyt powszechne, albowiem były znacząco droższe.
Początek lat 80. to epoka, w której po raz pierwszy zaczęto w Polsce używać uprzęży dolnych, czyli niepełnych, bez pasa piersiowego. Początkowo stanowiło to poważne wyzwanie mentalne – krytycy tego rozwiązania wieszczyli jego zwolennikom połamane kręgosłupy. Dochodził jeszcze inny czynnik – początkowo zaadaptowano do tej roli uprząż Whillansa (Whillans sit harness) przeznaczoną dla himalaistów (łatwo zdejmowalną, bez konieczności przeciskania jej przez buty). W przypadku poważnego lotu przy wspinaczce klasycznej groziła ona (a wspinanie było wtedy mocno zmaskulinizowane) kastracją, z pewnością loty w niej były bolesne. Nikt nie kwapił się do latania w dzisiejszym sensie – tzn. pracy nad drogą. Dopiero z czasem powstały inne modele uprzęży przypominające współczesne. Nie trzeba dodawać, że uprzęże były samoróbkami – w ekstremalnej wersji były szyte ręcznie, przy czym igłę przepychano przez taśmę za pomocą monety lub kombinerek.
Buty wspinaczkowe dzieliły się na dwa rodzaje: adidasopodobne i korkery, czyli korkotrampki, do amatorskiej gry w piłkę nożną. Obcinano korki w przedniej części buta, zostawiając je w tylnej, co było niezastąpioną pomocą w błocie dolinek a i na śniegu w Tatrach. Dzięki specyficznemu śladowi, jaki zostawiały, można było poznać że „nasi tu byli”, gdyż obuwie to, niespecjalnie ciasne, służyło często jako podejściowe. A nawet do chodzenia na Zakrzówek, jak ktoś blisko mieszkał. Przód buta podklejano mikrogumą, czyli gumą, której zalety może dziś ocenić każdy właściciel tzw. welurów. Na tle profesjonalnego zachodniego obuwia przed epoką super friction (1979 Boreal) podklejone korkery legitymowały się całkiem przyzwoitym czuciem i tarciem, natomiast ich praca na krawądkach była tragiczna. Czubek był dość precyzyjny (na tle epoki). Korkery czechosłowackie lepiej (głębiej) leżały na nodze i dawały jeszcze lepsze czucie. Byłem ich zwolennikiem, choć zdania na ich temat były podzielone.
Wspomniane realia sprzętowe, czy z dzisiejszej perspektywy raczej niedobory, powodowały, że trudności przy prowadzeniu rosły wykładniczo w stosunku do wędki. Należy jednak zauważyć, że poprowadzenie drogi nigdy nie zmieniało jej wyceny, zawsze odnosiła się ona do trudności wędkowych, czyli stricte do trudności technicznych.

„Klasyczna” wędka
Wróćmy do wędki. W 1982 roku pod Krakowem to ona wciąż była na topie w sensie wyznaczania trudności. Te powoli zaczęły docierać na poziom VI.4+ z postulowanym VI.5. Odbywało się to wprawdzie na Zakrzówku na Nitach z ich wariacjami, niemniej stosowny potencjał ustanowienia nowego stopnia po prostu był. To Piotrek Gromek był pierwszym wspinaczem Nowej Fali który rozpoznał bojem Ścianę Luster na konto przejścia wędkowego, wtedy jeszcze klasycznego. Jego próba załamała się całkiem wysoko, w okolicy starego nita, na najgładszej części płyty. Doprowadzał do niej teren w okolicach stopnia VI.3+. Tutaj Piotrek zwątpił w możliwość powodzenia i taką obserwację stanu rzeczy mi przekazał. Była już końcówka sezonu 1982 roku, gdy postanowiłem przyjrzeć się problemowi ze zjazdu. Do licha, skoro tyle terenu puściło Piotrkowi, i to od przystawki, musi się znaleźć jakieś rozwiązanie brakujących 2 metrów. Powyżej poziomej rysy było już całkiem łatwo, VI.1 może VI.1+.
Rozwiązanie problemu – od pomysłu do wędki
Na pierwszy rzut oka rzeczywiście wyglądało to beznadziejnie. Z dziurki na trzy palce na lewą rękę należało sięgnąć… no właśnie, gdzie? Sięgnięcie statyczne wprost do poziomej rysy zrealizowałem, ale dopiero w 1991 roku, dysponując innym poziomem przypaku, a i tym wspinaczkowym – był to szczyt mojej formy. W 1982 roku jedyną nadzieję dawały dwie obłe dziurki, a właściwie wymycia mniej więcej na godzinie 13 (w skali lat, a nawet dekad, uległy one znacznej poprawie, i to bynajmniej nie z powodu częstego dotykania koniuszkami palców).
Przy umieszczeniu prawej nogi w dość dobrej dziurce-stopniu można by się nieco się wyprostować się, a wtedy… Z tym problemem musiałem się przespać, i to w sensie dosłownym. Nienasycenie stało się pierwszą drogą, której trudności rozwiązałem w myślach, analizując nocą scenariusze wykorzystania kilku nielicznych możliwości. Doszedłem do wniosku, że jedyną szansą jest loteryjny długi strzał lewą ręką (później wiele osób po prostu krócej przestrzeliwało prawą). Inny współczesny bulderowy patent to bardzo daleki przestrzał wprost do rysy, a właściwie koordynacyjne wybicie z nogi z owej trójki i w miarę dobrego chwytu na prawą rękę.
Od pomysłu do przemysłu – podczas kolejnej wizyty tym razem z zastosowaniem wędki udało mi się wykonać strzał, aczkolwiek powtarzalność była początkowo znikoma. Problem jednak został otwarty. To doświadczenie przekonało mnie później do poglądu, że droga wspinaczkowa jest tylko mentalnym konstruktem, a nie wyzwaniem Natury, a jej narodziny pozostają w korespondencji ze sztucznością (tzn. ontyczną autonomią względem Natury) naszego umysłu.
Nienasycenie – gdyż tak nazwałem drogę – padło wędkowo w chłodne, ale niezbyt wilgotne październikowe przedpołudnie, w towarzystwie Mariusza i Piotrka. oczywiście licytowałem VI.5.

Dlaczego dopiero 1984?
Jeśli historię porównać do nurtu rzeki, to Wisła płynie wolno, choć przecież wytrwale do celu, jakim jest Bałtyk. Pusta flaszka po wódce i talia kart wrzucone do niej np. pod klasztorem w Tyńcu teoretycznie powinny osiągnąć Zatokę Gdańską wcześniej niż za dwa lata. Dlaczego poprowadziłem Nienasycenie dopiero w 1984 roku, a nie tuż po przejściu wędkowym, co zapewniłoby tej drodze automatyczny awans do liczących się w Europie?
Złożyło się na to kilka czynników, które postaram się wymienić w kolejności chronologicznej.
- Trudność i charakter drogi – niespotykany nigdzie indziej radykalny dynamiczny przechwyt, implikujący w zasadzie utratę kontaktu ze skałą, wydawał się w tamtym czasie (1982) nie do wykonania na prowadzeniu, szczególnie w kontekście opisanych podkrakowskich stylów, czyli młotkowego i chocks only. Style te zdecydowanie faworyzowały statykę z jej królem, czyli przyblokiem. Wszystkie tzw. przystawki na Zakrzówku, czyli protobuldery, też zdecydowanie miały wtedy statyczny charakter. Mówiąc krótko, patent, za którego pomocą przeszedłem drogę, stanowił wtedy swoiste wspinaczkowe kuriozum.
- Asekuracja. Styl chocks only czyli de facto trad, wymagał sporego zapasu siły, a i siadania kości. Z kolei bicie haków na prowadzeniu wydawało się po prostu niewykonalne na drodze o takich trudnościach – w tamtym czasie rekordowa dla tego stylu były Szara Płytka i Sinusoida. Nie istniała pod Krakowem koncepcja stałych przelotów poza Babą Jagą i Freneyem na Zakrzówku. Zresztą na takie przeloty – zainstalowane ze zjazdu na bieżąco, a nie zastane na drodze – patrzono wtedy jak na dyskwalifikujące prowadzenie, tzn. jak na pomoc z góry. Zakrzówek był o tyle wyjątkiem, że traktowaliśmy go jako przyrząd treningowy czy salę gimnastyczną – dziś powiedzielibyśmy sztuczną ścianę. Uchodziło tam na przykład wykuwanie przystawek, czego w skałach nie praktykowano.
- Istniały ogromne zaległości w prowadzeniu znacznie łatwiejszych dróg, co ekonomiczniej przekładało się na stosowną sławę. Czynnik ten zaczął być istotny zwłaszcza w latach 1983 i 1984 po kontakcie ze szkołą śląsko-łódzką, która wprost negowała klasyczność, a nawet samo istnienie dróg wędkowych. Nastąpił polemiczny zwrot w kierunku zdefiniowania właściwego stylu. Szlifowanie czy uzgadnianie jego jakości stało się ważniejszą kwestią, niż generowanie nowych trudności technicznych. Taka trudność, gdyby zarzucono niewłaściwy styl jej powstania, po prostu mogłaby nie zostać uznana.
- Dopiero pojawienie się pierwszych dróg ze stałymi punktami zmieniło paradygmat. W skałkach podkrakowskich debiutem było prowadzenie Filara Zjazdowej (VI.3+) w kwietniu 1983 roku. Na tej drodze osadziłem w zjeździe zacementowane haki (wzór z Zakrzówka) i erzac spita w postaci v-ki wbitej na pasówkę w dziurce wywierconej wybijakiem. Później doszło przejście Nitów (Mariusz Gołkowski i ja) i Lewych Nitów (VI.4+) w podobnym stylu. To ostatnie w wykonaniu Ryśka Kosacza vel „Kosiary” było mentalnym przełomem.
- Kluczowym czynnikiem okazała się jednak szkoła warszawska z jej liderami, Leszkiem Milczarkiem, Leszkiem Wojasem, i pierwszym polskim trenerem wspinania Janem Wojciechem Kubaniem. Powstały wtedy co najmniej dwie wędkowe drogi przynajmniej tak trudne jak Nienasycenie. Były to Science Fiction(zwana wtedy też Eską) w Podlesicach (Leszek Milczarek) i Dupa Biskupa (Leszek Wojas) w Rzędkowicach (1984). Najlogiczniejszym odskokiem w tej sytuacji było po prostu poprowadzenie VI.5 i cel mógł pod Krakowem być tylko jeden –Nienasycenie.
Klasyczne przejście Nienasycenia
Prowadzenie Nienasycenia (październik 1984 roku) mniej wbiło mi się w pamięć niż przejście wędkowe. Powód jest prosty – nie ma tutaj żadnego paradoksu. Zawsze liczy się ten pierwszy raz, a pierwszy raz był na wędkę.
Droga dała się zaskakująco łatwo uzbroić za pomocą kilku pozyskanych haków, które wzmocniłem cementem – w tamtym czasie był to już podkrakowski standard ubezpieczania dróg tak trudnych, jak i rozgrzewkowych. W kluczowym miejscu wciąż tkwił nit Wuja, lecz jego solidność wydawała mi się zaskakująca. Nie wymagał zatem wymiany na cokolwiek innego, zresztą byłby to wtedy kłopot, ponieważ trzeba by go było zastąpić spitem (skąd taki pozyskać?) albo, tak jak na Filarze Zjazdowej, wbitą na pasówkę v-ką.
Teren powyżej poziomej rysy, w której siadł klincal, był nieistotny, zainstalowałem tam jeden hak, może dwa. Funkcję stanowiska pełniły las i krzaki – było wiele pni do wyboru, niemniej w takiej konfiguracji droga liczyła prawie 30 metrów.
Ubrałem się w to, co miałem najlepszego w obliczu zdjęć, które miał mi zrobić Jacek Ostaszewski. Włożyłem czerwone dresowe spodnie zakupione w Popradzie i czechosłowacką bawełnianą (wypas wtedy!) bularkę naciągniętą na koszulkę z długim rękawem – optymalny zestaw na zimne dni. Przy uprzęży uszytej już maszynowo – choć sam wcześniej sfastrygowałem jej ostateczny kształt przed oddaniem do krawca – wisiało kilka ekspresów samoróbek. Woreczek był wypełniony sproszkowaną kalafonią (koniecznie żywiczną, a nie syntetyczną!), tym razem odbyło się to nie za pomocą młotka, lecz dzięki uprzejmości Kosiary, który na AGH miał dostęp do jakichś tajemniczych urządzeń, dzięki którym kalafonia uzyskała postać bardziej miałką niż mąka. Była niezastąpiona w temperaturach poniżej 10 stopni, tak jak wtedy.
Prowadzenie poszło zaskakująco gładko – po strzale dłoń opylona kalafonią dosłownie zaskrzypiała w obłej rysie i utrzymanie mitycznego już wtedy przechwytu okazało się formalnością. Styl też był bardzo dobry – po prostu RP – a trzeba pamiętać, że w tamtym czasie, z wyjątkiem Francji, w Europie na drogach obitych praktykowani jeszcze czasami RK.
Zdjęcia nie do końca nas usatysfakcjonowały udało się tak naprawdę zrobić jedno porządne ujęcie i na wszelki wypadek umówiliśmy się z Jackiem na powtórkę w następnym sezonie. Podprowadziłem Nienasycenie po raz kolejny (czerwiec 1985 rok) i w tamtym momencie wiedziałem, że pod Krakowem jest już nieco trudniejsza droga, ale o zupełnie innym charakterze – Chiński maharadża.
Trudne wyzwania okazują się czasami zaskakująco łatwe w realizacji i to był właśnie ten casus. Niestety spóźniony o dwa lata. Nienasycenie stało się niekontrowersyjnie najtrudniejszą drogą w Polsce. Był to koniec, a i początek nowej epoki we wspinaniu skałkowym nie tylko pod Krakowem. Od tego momentu właśnie wędka ostatecznie przestała się liczyć jako przejście, gdyż zaniknął główny motyw jej uznania, tzn. dystans trudności od dróg prowadzonych.
Świetny flash Tomáša Čady
Nienasycenie czekało dwa lata na powtórzenie, a dokonał go w oszałamiającym stylu flash Tomáš Čada, mój czeski partner i kolega. Sam mu dyktowałem patenty! Był to rewanż za moje bardzo udane występy w Teplicach, Adršpachu i Suchych Skalach (lato 1986 roku), gdzie sflashowałem trudności na poziomie Xb/c. Była to już inna epoka. Dwa lata okazały się wystarczającym czasem, aby powstała wspinaczka sportowa nie tylko w Polsce, ale i u południowych sąsiadów. Nurt Wisły i Wełtawy, czy może raczej Łaby, wyraźnie przyspieszył.
Powroty
Na drogę wracałem po wielokroć. W pewnym momencie (początek lat 90.) była zawsze w moim programie dnia, gdy peregrynowałem pod Dupę Słonia. Strzał zastąpiłem iście Fabkowym przyblokiem z lewej ręki i dziurki na trzy palce (od Marka Fabianowskiego, największego kafara epoki, bardzo ponurego z facjaty, ale niekoniecznie z charakteru), który pozwalał statycznie sięgnąć do poziomej rysy. Był to znacząco trudniejszy patent, niemniej stuprocentowo pewny.
Droga była już wtedy obita – Dupa Słonia stała się pierwszym polskim ogródkiem skałkowym po zimie 1991/1992, którą tam spędziliśmy z Renardem Stachnikiem vel „Mengele” wyposażeni w wiertarkę akumulatorową z niezawodnej firmy AMC. Przeloty były różne, od ringów po nity używane w górnictwie. Ostatni raz prowadziłem Nienasycenie w 2003 roku, na dwa dni przed przejściem Metalliki na Mnichu. Był to po prostu sprawdzian, czy dam radę projektowi na tatrzańskiej skałce, niekoniecznie przecież górze. Udało się, ale znów musiałem strzelać do poziomej rysy.
Racjonalna nostalgia
Nostalgia podobno jest nierozsądna. Poddawanie się uczuciom w optyce „to se ne vrati” większego sensu nie ma. Nie istnieje bowiem skuteczny powrót do źródeł czy przeszłości, przynajmniej w świetle metodologii historii. Poniżej postaram się zracjonalizować, vulgo wyjaśnić, dlaczego jednak się poddaję nostalgii. Nazwę ją racjonalną.
Nienasycenie było szczytowym wytworem wspinaczkowego chałupnictwa, zasadniczo bez obcych, czyli zagranicznych wpływów. Następne moje istotne przejścia bez nich się już nie obyły.
PZA z powstaniem tej drogi (a i wszystkich innych moich dróg skałkowych) nie miał nic wspólnego! Był to po prostu byt zbędny i nieistotny dla rozwoju polskiego freeclimbingu. Dało się wtedy (wierzę, że da się i teraz) tworzyć historię, a i rzeczywistość wspinania, indywidualnie.
Wspinanie na początku lat 80. miało dla mnie wymiar eskapistyczny, dopiero z czasem, po 1989 roku, nabyłem motywację czysto sportową. Skały stanowiły azyl w czasach komuny. Komuna to nie była jakaś fizyczna opresja, przynajmniej nie dotykała tych, którzy się na serio wspinali i siedzieli w skałach (garowników, full time climbers), czyli tych, którzy nie mieli czasu na cokolwiek innego. Komuna była presją mentalną. Brałeś, bracie, gazetę, żeby przeczytać, co grają w kinie, włączałeś telewizor, bo był mecz, a stamtąd sączył się niekończący stek zaklęć o zdeterminowaniu historii, sojuszu z ZSRR, kierowniczej roli, egzekutywach etc.
Komuna raz po raz przypominała ci, że to dzięki niej masz wszystko za darmo – edukację, zdrowie, gacie na tyłku i przewidywalną historię, zwłaszcza gdy już zakończy się walka o pokój, na której rzecz konieczne są aktualne wyrzeczenia. Komuna dawała bezpieczeństwo – do dystrybucji tegoż była powołana nawet stosowna służba. Powinieneś nie bracie, ale towarzyszu, komunę jeśli nie kochać, to szanować i być jej poputczikiem. Stosowne departamenty i komitety pilnowały, aby rozmaite grupy społeczne czy zawodowe wdrażały tę liturgię na co dzień. A o skałkach i wspinaniu w nich komuniści nie mieli na szczęście pojęcia. Dlatego skały i wspinanie stały się azylem. Gazeta z jej przekazem pod Dupą Słonia służyła jedynie do dupy (z braku papieru toaletowego) i nic ponadto, dlatego tak chętnie jeździłem (nie ja jeden) w te zgrzybiałe okolice. Gdy tylko wysiadłem z autobusu w Będkowicach, czułem się w nich nie tyle wolny, ile uwolniony, a nawet nagle uwolniony. Czasami tylko Kosiara zaklął „komuna mać!’ Stąd nostalgia.
Dzisiejsza „komuna” w skałach
Wbrew czeskiemu dictum „czasy się jednak wróciły”. Komuniści (tym razem niekoniecznie jako prostolinijni wyznawcy Marksa, Lenina i ZSRR, ale jako typ antropologiczny) wyszli ze swoich umysłowych departamentów i komitetów i ruszyli w skały niczym czerwone bździągwy na wiosnę. Rozdają za darmo ringi, prowadzą niekończące się szkolenia w swoich WUML-ach. Koleżeńskie ustalenia i porozumienia zastępują jaczejkami (Tatry) i nieustannie skandują, że od ich kierowniczej roli zależy bezpieczeństwo wspinaczy i dostęp do skał. Należy ich kochać, szanować, a najlepiej odpisywać im procent.
Teraz to w polskich skałach i w Tatrach jest nie do wytrzymania i dlatego tak rzadko się tam pojawiam. Wolę sztuczne ściany i bilety czy Multisporty, no i oczywiście skały, ale np. w Arco czy Zillertalu, gdziekolwiek poza Polską.
Istnieje precyzyjny opis takiego stanu rzeczy, opis typów antropologicznych i mechanizmów, które to wygenerowały. Zawiera go Nienasycenie Stanisława Ignacego Witkiewicza. Książka nie tyle profetyczna, ile analityczna, a nawet werystyczna, jeśli przymierzymy ją do niektórych gąb i zachowań. Zachęcam do jej lektury i wyciągnięcia stosownych wniosków, zanim za Was wyciągną je Chińczycy.
***
Jacek Ostaszewski:
Sesje na Nienasyceniu nie kojarzą mi się z niczym spektakularnym. Historyczne pierwsze przejście miało miejsce jesienią – jeśli dobrze pamiętam – w pochmurny dzień. Od razu pojawił się pomysł powtórzenia – nie tyle przejścia – co sesji zdjęciowej. Pojechaliśmy pod Dupę w następnym roku, w lecie, tak by słońce oświetlało w godzinach popołudniowych Ścianę Luster. W sumie zostały zrobione 3-4 slajdy – bo to tylko „rekonstrukcja”, a 36 klatek na rolce i inne pomysły do robienia zdjęć wspinaczkowych wykluczały robienie zbędnych dubli.
Dzisiaj mnie to śmieszy, ponieważ biorąc aparat cyfrowy w góry po powrocie z jednego dnia mogę mieć 150 zdjęć. W czasach analogowych np. na kilkudniowy wyjazd w Sokoliki, gdzie wyniki „nakręcali” Szalony, Mariusz „Prezes” Gołkowskiego, czy Marek Płonka, miałem dwie rolki, czyli 72 klatki…
***

Piotr „Szalony” Korczak
Jedna z najbardziej barwnych postaci polskiej sceny wspinaczkowej. Wspinacz, taternik, a przede wszystkim pionier ekstremalnej wspinaczki skałkowej w Polsce. Okres jego największej aktywności przypadał na lata 80. i 90. XX wieku, kiedy to eksplorował nowe rejony skalne i otwierał kolejne przełomowe drogi. Był to również czas formowania się tak zwanej Nowej Fali, którą w dużej mierze napędzał właśnie Korczak. Obok licznych przejść w skałach Jury Krakowsko-Częstochowskiej Korczak ma na swoim koncie wybitne dokonania w Tatrach, gdzie między innymi przyczynił się do podpisania „Porozumienia tatrzańskiego”, które zaowocowało wyznaczeniem ścian przeznaczonych „do eksploracji w stylu sportowym”.
Postać legendarna w polskim środowisku wspinaczkowym, w dużej mierze za sprawą swoich wyczynów skalnych (Nieznośna lekkość bytu VI.7, 1992), ale także swoich licznych publikacji, wnoszących wkład we wspinaczkową autorefleksję, nie tylko tę postfaktyczną/historyczną, ale również teraźniejszą. Bohater słynnego filmu „Deklaracja nieśmiertelności” w reżyserii Marcina Koszałki. Autor kultowej „Doliny Białej Wody”.
***

Jacek Ostaszewski
Doświadczenie górskie wyniósł ze wspinaczek w Tatrach i Alpach, wspinał się także w polskich, słowackich, austriackich i francuskich rejonach skałkowych. W latach 1986-2002 był aktywnym instruktorem taternictwa. W latach 80. XX wieku zajmował się fotografią wspinaczkową, dokumentując dokonania wspinaczy Nowej Fali.
Obecnie jako profesor nauk humanistycznych zatrudniony jest w Instytucie Sztuk Audiowizualnych UJ, gdzie prowadzi zajęcia z teorii filmu i narracji filmowej. M.in. jest autorem książek „Rozumienie opowiadania filmowego” (1999), „Historia narracji filmowej” (2018), jest także współautorem podręcznika „Historia myśli filmowej” (2007).
***
Polecamy teksty Piotra Korczaka o historii i postaciach polskiego i światowego wspinania skalnego:
- „Grand Illusion” Tony’ego Yaniro – pierwsza najtrudniejsza droga na świecie
- „Ommadawn Direct” na Gołębniku – Piotr Korczak wraca wspomnieniami
- John Redhead – Witkacy wspinania
- Zakaz w Arapiles, czyli wspinanie pod wpływem polityki
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA
Historia polskiego wspinania skałkowego
Panu Szaleńcowi serdecznie dziękuję za kolejną przeciekawą pocztówkę z przeszłości dokumentującą kawałek historii polskiego wspinania skałkowego! Ze swojej strony ponownie…
Odpowiedzi: 1
Doceniam i dziękuję
Nie będę podkreślać ulubionych fragmentów o pezecie i krakowskim konsorcjum kolesiostwa, bo skutki, proszę państwa, widać gołym okiem! Wystarczy wybrać…
Odpowiedzi: 3