Heinz Mariacher. Styl, ryzyko i granice sportu
Spis treści
- Wstęp
- Heinz Mariacher – człowiek
- Alpinizm. Początki, free solo, styl mieszany, niekonsekwentny
- Alpinizm. Styl Mariachera
- Ewolucja stylu, sportowe wspinanie w górach, bolty i drogi ubezpieczone w dolinach
- Przeszłość i teraźniejszość według Heinza Mariachera
Heinz Mariacher należy do pokolenia, które traktowało wspinanie nie tylko jako dyscyplinę sportową, ale także jako formę przygody, eksploracji i osobistego rozwoju. Jego droga prowadziła od skrajnie ryzykownych solowych przejść w Dolomitach, przez redefinicję stylu pierwszych przejść klasycznych, aż po świadome wejście w świat wspinania sportowego. Na każdym etapie kluczowe pozostawały dla niego styl, etyka i sposób dochodzenia do celu, a nie sama trudność – choć i za nią również podążał. W swoich wspomnieniach i refleksjach Mariacher krytycznie przygląda się współczesnemu alpinizmowi, widząc w nim powrót do logiki „zdobywania za wszelką cenę”, tyle że w nowym, medialno-biznesowym opakowaniu.
***
Wstęp
Buntownik z zasadami, tradycjonalista, poszukiwacz wartości we wspinaniu. Jego podejście ewoluowało, próbował różnych dziedzin, lecz zawsze otwarcie krytykował wspinaczkowy konformizm. Choć z reprezentowaną przez niego ideologią możemy się dzisiaj nie zgadzać, w końcu od czasów jego największej aktywności minęło niemal pół wieku, to warto ją poznać, bo świetnie obrazuje ewolucję stylów prowadzenia/otwierania dróg wielowyciągowych, a także to, jak wspinanie sportowe wpłynęło na współczesny alpinizm.
*
Matt Lavender:
Heinz wspina się spokojnie, swoim umysłem bardziej niż ciałem.
Mariacher na drodze Basic Instinct 8b/c w Dolomitach:
Mariacher odkrył i obił tę linię w latach 1988/89. Był bliski przejścia RP, ale odpadł powyżej ostatniego przelotu, już nad przewieszeniem. Później, podczas prób na innej drodz,e zerwał ścięgno i więcej na Basic Instinct nie wrócił. Projekt otrzymał w spadku Mario Prinoth, który w 2009 roku przeszedł drogę RP i wycenił ją na 8b/c. Niemniej takie wspinanie sportowe Mariachera poprzedzała długa i kręta droga.
Heinz Mariacher – człowiek
Wspinanie zawsze polegało na dobrej zabawie i osobistych wyzwaniach, a nie na sławie czy byciu na świeczniku.
Mariacher to człowiek raczej zamknięty w sobie, często odbierany jako uparty – szczególnie w mediach społecznościowych i na własnej stronie internetowej, gdzie bez ogródek komentuje to, co uważa za wypaczenie współczesnego wspinania. Jego zdaniem dzisiejsi wspinacze zbyt mocno koncentrują się na wizerunku i obecności w mediach, w ostrym kontraście do minionych czasów „całkowitej, niczym nieskrępowanej wolności, kiedy wspinanie nikogo nie obchodziło”.
Jak mówi jego współpracownik z działu projektowania marki Scarpa, Nathan Hoette:
Dla Heinza wspinanie to bycie w terenie i skupienie się na samych ruchach, a nie funkcjonowanie w hałasie, tłumie ludzi i całej tej medialnej otoczce. Wspina się dla siebie – i zawsze tak było.
Ten etos materializuje się w jego secret spot’cie – rejonie, którym on i jego żona chętnie dzielą się z przyjaciółmi, ale który zgonie z ich prośbą został pominięty w przewodnikach. To wapienna ściana wysoko w Dolomitach, gdzie podobno wciąż krążą jelenie, a rysy zdobią częściej dzikie kwiaty niż magnezja. Azyl spokoju i ciszy.
Biorąc pod uwagę jego niechęć do zmian, łatwo byłoby przykleić Mariacherowi łatkę starego hipisa – jednego z tych lokalnych zgredów, którzy „od zawsze” wspinają się na wysokim poziomie i noszą w sobie spore pokłady zgorzkniałych opinii. Taki obraz byłby jednak krzywdzącym uproszczeniem. Mariacher to postać znacznie bardziej złożona: ktoś, kto potrafi jednocześnie korzystać z technologii, doceniać współczesny komfort i otwierać się na nowe idee.
Mariacher posiada ziemię na przełęczy Karerpass w Tyrolu Południowym, gdzie odrestaurował starą pasterską chatę. Tu odpoczywa, wspina się i testuje buty (jest twórcą wielu kultowych modeli, ale to osobna historia). Tu wytycza nowe drogi z dala od tłumów przyciąganych dziś przez sport, który – jak na ironię – sam w znacznym stopniu pomógł wynieść na piedestał.
Alpinizm. Początki, free solo, styl mieszany, niekonsekwentny
Urodzony w 1955 roku w Wörgl w Austrii Mariacher zaczął się wspinać w czasach, gdy standardem były sztywne, ciężkie buty górskie. Gdy miał dziewięć lat, poszedł na pierwszą wspinaczkę z bratem Rudim, starszym od niego o dwanaście lat, który wcześniej kilka razy działał w ramach Austriackiego Związku Alpejskiego. Wyposażeni w cztery karabinki i pożyczoną linę, przeszli Christakante (V A0 / VI+) na Fleischbanku, przy czym Heinz „asekurował” ważącego niemal 80 kilogramów brata z ciała. Rudi do wspinania się nie przekonał, ale Heinz – przeciwnie. W wieku jedenastu lat przejechał rowerem 30 kilometrów, po czym przeszedł solo klasycznie drogę o trudnościach VI- w masywie Rofanspitze – ścianie o wysokości około 330 metrów, do której podstawy prowadziło jeszcze wymagające podejście.
Gdy Heinz miał szesnaście lat wspinanie stało się już dla niego sprawą pierwszoplanową. Bezskutecznie próbował znaleźć partnerów za pośrednictwem Austriackiego Związku Alpejskiego. Dominująca tam mentalność — wspinanie w ciężkich butach, z użyciem drabinek hakowych — zupełnie nie pasowała do jego swobodnego stylu. Więc dalej eksplorował góry samodzielnie: solo lub z przypadkowymi partnerami.
W wieku siedemnastu lat Mariacher miał już na koncie solowe przejścia najtrudniejszych dróg w Kaisergebirge, swoich rodzinnych górach. Czasami używał liny, asekuracji i czasem nawet azerował, ale najczęściej wspinał się solo i „na żywca”. Zdarzało mu się nawet zatrzymywać w trakcie wspinania, by „wyciągać haki, bo drogi były zbyt bezpieczne i mogłem wykorzystać ten sprzęt później do nowych linii”.
Rok później zaczął przenosić ten sposób myślenia — poruszanie się możliwie szybko i swobodnie (bo jeszcze nie rygorystycznie klasycznie) – na skomplikowane, wielkie ściany Dolomitów.
W 1974 roku połączył drogi Cassina (VII) i Comiciego (VII) na Tre Cime w czasie krótszym niż cztery godziny. Na Cassinie przewlókł linę przez dwa stałe haki, zawiązał węzeł na jej końcu, tworząc prowizoryczną autoasekurację, a w najtrudniejszym miejscu podciągnął się na hakach, „bo był tam duży, luźny blok i było naprawdę strasznie”. Na drodze Comiciego wspinał się już bez liny, w pełni klasycznie.
Następnie przeszedł solo drogę Lacedellego (VII A0; 500 m) na Cima Scotoni, asekurując się samodzielnie tylko na pierwszym wyciągu, po czym w 1975 roku, w wieku dziewiętnastu lat, przeszedł solo drogę Vinatzera (VI+; 800 m) na Marmoladzie, używając liny wyłącznie na szóstym wyciągu, gdzie założył pętlę z liny przez dwa haki jako autoasekurację.
Dla mnie wspinanie zawsze polegało na poruszaniu się lekko i szybko oraz na czerpaniu przyjemności z samego fizycznego doświadczenia, a nie wyłącznie na zdobywaniu ściany czy góry za wszelką cenę,
Podejście „mniej znaczy więcej” stanowiło wyraźne zerwanie z poprzednimi tradycyjnym, ciężkim i zachowawczym stylem wspinania w Dolomitach i mocno wstrząsnęło tamtejszym środowiskiem. Jego przyjaciel Hoette uważa etos Mariachera za szczególnie godny uwagi, biorąc pod uwagę kruszynę skały na wielu drogach, po których wspinał się wtedy Heinz:
Chwyt może urwać się w każdej chwili. Szczerze mówiąc, to cud, że wtedy nie zginął. Nie oglądał wcześniej dróg, nie studiował topo ani książek; po prostu podchodził pod ścianę i zaczynał się wspinać.
Alpinizm. Styl Mariachera
Po dwudziestce, ograniczając pracę do minimum (był geodetą), Mariacher zamieszkał latem w samochodzie i przeniósł się w Dolomity. Jego styl wspinania i sposób życia były otwartym wyzwaniem rzuconym lokalnej etyce; jego słynnie późne wyjścia w ścianę i luźne podejście do wszystkiego podkopywały fundamenty miejscowego porządku. Mariacher nosił jaskrawe, własnoręcznie szyte ubrania, kapelusze z piórami i okulary w stylu Johna Lennona – jak sam mówił, był to „bunt przeciwko tradycji nudnej szaro-burości tamtych lat”.
Niemniej w tym buncie pojawiły się równocześnie twarde zasady: żadnych spitów, żadnego odpoczynku ani podciągania się na sprzęcie (zasada wypracowana po jego wczesnych latach wspinania) oraz wyłącznie prowadzenie dróg od dołu – nawet jeśli oznaczało to wycof i powrót innego dnia. Wszystko to wynikało z chęci „testowania własnych granic, a nie granic sprzętu”.
Poruszając się zgodnie z nimi Mariacher wytyczył w Dolomitach wiele nowych dróg. Ze względu na brak spitów, skąpą asekurację naturalną oraz kluczowe miejsca z długimi runoutami, drogi te trudno przełożyć na dzisiejszy system wycen oparty na trudnościach technicznych, jednak wiele z nich przetrwało próbę czasu jako prawdziwe test-pieces.
Najsilniej związany był z Marmoladą i jej dziewięćsetmetrową południową ścianą, gdzie w latach 1977-1982 otworzył dwanaście nowych dróg. Wśród nich znajdują się linie do dziś rzadko powtarzane, takie jak Abrakadabra – pierwsza droga o trudnościach VII na tej ścianie, poprowadzona w 1981 roku – oraz Tempi Moderni (VII+, 900 metrów), dzieło szczególne, które – jak sam tłumaczy – było:
… linią, którą postrzegałem jako ostatnią nadzieję dla tradycyjnej idei wspinania klasycznego w górach: drogi prowadzonej od dołu, bez wcześniejszej znajomości, z całą asekuracją zakładaną na prowadzeniu, i z dopuszczeniem użycia haków do zabezpieczenia trudnego miejsca, ale bez możliwości wiszenia w nich.
To osiągnięcie zrealizował w 1982 roku wspólnie z Luisą Iovane, którą poznał podczas wspinania w 1978 roku na Passo Sella. Iovane była znakomitą alpinistką, a następnie stała się jedną z najlepszych zawodniczek tamtej epoki: ośmiokrotną mistrzynią Włoch, medalistką zawodów międzynarodowych oraz wicemistrzynią Pucharu Świata w 1989 roku, ustępującą jedynie Lynn Hill.
Luisa Iovane o Mariacherze:
Miałam siedemnaście lat, ale wcześniej wspinałam się już z naprawdę wybitnymi partnerami. Heinz był jednak zdecydowanie najlepszym z nich, najlepszym i najszybszym wspinaczem jakiego znałam. I nie przeszkadzało mu, że wspinałam się w butach z gładką podeszwą i bez kasku, bo sam robił dokładnie to samo. Szybko zapisywałam kolejne strony dziennika wspinaczkowego naszymi przejściami. Po pierwszym sezonie musiałam jednak zaakceptować fakt, że czasami w pewnym sensie ‘marnowaliśmy’ idealny dzień na poprowadzenie nowej drogi (wycof), wyłącznie z powodu jego rygorystycznej etyki.
Na początku lat osiemdziesiątych wspinanie sportowe po raz pierwszy przyciągnęło uwagę szerszej publiczności. Heinz Mariacher:
W powietrzu pojawiło się coś nowego i świeżego. Wspinanie klasyczne wreszcie zostało jasno zdefiniowane – pojawiło się pojęcie „redpointu” – a cała gra zyskała nowy wymiar. Mimo wyraźnego zwrotu w stronę bardziej gimnastycznego, sportowego etosu nikt nie sądził, że era ryzyka i przygody dobiegnie końca.
Podejście pod ścianę od dołu i jej odkrywanie w czystym stylu klasycznym pozostawało najwyższym celem wspinacza górskiego – oczywiście bez użycia spitów. Dlatego stare drogi hakowe przechodzone klasycznie RP stały się nowym celem łowców cyfry. Większość z tych dróg miała już stałą asekurację: stare haki lub, w niektórych przypadkach, spity – warunek konieczny dla trudnego wspinania sportowego.
Ale co stało się z naszym światem marzeń, z naszą „oderwaną rzeczywistością”, z naszym nonkonformistycznym stylem życia? Nigdy nie wyobrażaliśmy sobie, że góry staną się areną sportową. Wspinanie fascynowało nas właśnie dlatego, że było inne niż codzienne życie i powszechne sporty. Było wyłącznie naszym światem i cieszyliśmy się wolnością rozgrywania własnej, osobistej gry, z dala od świateł jupiterów.
Ewolucja stylu, sportowe wspinanie w górach, bolty i drogi ubezpieczone w dolinach
Gdy Nico Mailänder opublikował artykuł o klasycznych próbach Pete’a Livesey’a na niektórych dolomickich hakówkach, wszyscy byliśmy pod wrażeniem. Działania Livesey’a rozbudziły także moją ciekawość i po raz pierwszy zacząłem trenować: trawersy na kamiennych ścianach naszego domu, podciąganie, slackline. Przejście redpointem Drogi Bühla na Rotwandzie było moim pierwszym doświadczeniem wspinania sportowego w Dolomitach. I było interesujące, ale nie zmieniło mojego przekonania, że prawdziwa ewolucja dokona się na nowych drogach, bez jakiejkolwiek stałej asekuracji.
Do 1980 roku, gdy po wyjeździe z Iovane do doliny Yosemite, gdzie wspinali się na Half Dome, Nose i Salathé Wall, Mariacher na nowo przemyślał tę kwestię:
W Yosemite po raz pierwszy zobaczyłem wspinanie jako sport – i to w zupełnie nowym sensie. John Bachar popisywał się na Midnight Lightning, a Ron Kauk zrobił na nas ogromne wrażenie swoimi szalonymi ruchami na bulderowym trawersie.
Po poprowadzeniu Abrakadabry i Tempi Moderni Mariacher zdecydował się więc poświęcić wspinaniu sportowemu, bo stało się dla niego jasne, że to właśnie ono jest kluczem do przesuwania granic trudności w górach. Pojechał do Arco i zaczął wytyczać tam nowe drogi.
Zawsze uważałem wspinanie sportowe i wspinanie górskie za dwie różne gry. Wspinanie sportowe jest sportem; wspinanie górskie jest przygodą. Wspinanie sportowe jest wolne od ryzyka; wspinanie górskie definiuje ryzyko. Wspinanie sportowe to czysto atletyczne zajęcie, podczas gdy trudność drogi górskiej w głównej mierze wynika z wyzwania psychicznego.
W 1982 roku Mariacher poprowadził w Arco pierwszą w regionie prawdziwą drogę sportową otwieraną od góry – Specchio delle mie brame 7a. Powiedział sobie:
Pieprzyć to, to jest w dolinie; to nie alpinizm i powinno być traktowane jako trening.
Osadzanie spitów na tych w innym wypadku niemożliwych do asekuracji ścianach pozwoliło mu „odkryć wspinanie na nowo dla samego siebie”, skupiając się wyłącznie na ruchu. Należy jednak zaznaczyć, że według dzisiejszych standardów jego drogi są wymagające mentalnie.
W latach 1982–1984 Mariacher wytyczył w Arco jedne z najtrudniejszych dróg w regionie, takie jak Super Swing 7c czy Tom and Jerry 7c, wymagające niezwykle precyzyjnej pracy nóg oraz dużej elastyczności bioder. Obie linie prowadzą niemal pionowymi ścianami, na skale słabo urzeźbionej, wymagającej balansowania na małych stopniach i stawania na tarcie.
Magnus Mitbø, który przeszedł obie drogi w 2019 roku, mówi:
Chwyty są fatalne i przez cały czas masz wrażenie, że ściana zaraz cię wypluje. Te drogi sprawiają też wrażenie znacznie trudniejszych, niż sugerują wyceny. Ludzie byli wtedy naprawdę bardzo dobrzy w takiej technice i może też bardziej pokorni.
W czasie tego renesansu Mariacher, jak zwykle, trzymał się określonych zasad:
Drogi mogły być obijane ze zjazdu wyłącznie przy określeniu najlepszego miejsca na wpięcie liny na oko, a ruchów nigdy nie wolno było próbować poza prowadzeniem.
Nawet przy dodatkowym bezpieczeństwie, jakie dawały spity, wspinanie – jeśli wykonywane było zgodnie z tymi zasadami – nadal wymagało zachowania ciągłości ruchu. Mariacher nie wierzył w rozkładanie dróg na części, trenowanie i zapamiętywanie mikroruchów na wędkę.
Gdy rejon zaczął przyciągać szerszą uwagę, a drogi zaczęły być oglądane i ćwiczone na wędkę, rozczarowany tym obrotem spraw Mariacher przeniósł się gdzie indziej. Najpierw do Lumignano, gdzie zrobił pierwsze przejścia redpointem otwartych projektów, takich jak Atomic Cafe 8a i El Somaro 8a, pokazując pełnię swoich możliwości w najtrudniejszym wówczas wspinaniu. Następnie, w 1986 roku do Val de San Nicolo, gdzie poprowadził Kendo – jedną z pierwszych na świecie dróg o trudnościach 8b+.
A potem poprowadził od dołu, z użyciem spitów, Tempi Modernissimi, ośmiowyciągową drogę o trudnościach IX+ (7c+) na Marmoladzie.
O współczesnych dylematach etycznych związanych z otwieraniem nowych dróg w górach przeczytacie tutaj.
Przeszłość i teraźniejszość według Heinza Mariachera
Lata 80. przyniosły wiele zmian, zarówno w całym środowisku wspinaczkowym, postrzeganiu wspinania na zewnątrz, a także w filozofii Heinza Mariachera, który z nieskrywaną nostalgią wspomina nadal lata 70. Bez wątpienia był tradycjonalistą i nim pozostał, mimo swoich późniejszych zwrotów ku wspinaniu sportowemu i użyciu wiertarki. Tu przytaczam obszerny fragment jego artykułu, w którym pisze o ewolucji podejścia do wspinania i stylu.
To był powrót do dawnych, dobrych czasów – sprzed mrocznego okresu, w którym zdobywanie za wszelką cenę (złoty wiek wspinania hakowego [Era Direttissimy]) stało się jedyną metodą postępu. Szukaliśmy nowych linii, które dałoby się przejść klasycznie i które były możliwe do przejścia wyłącznie przy użyciu asekuracji zakładanej i wyjmowalnej – bez spitów. Najważniejszym kryterium był dla nas styl, a nie trudności.
Im mniej sprzętu, tym lepiej. Ważniejsze od uznania szerokiej publiczności było okazanie szacunku poprzednikom i zrobienie wrażenia na wtajemniczonych – naszych kolegach. Osiąganie coraz wyższych stopni kosztem stylu nie miało sensu. Zastosowanie jeszcze surowszej etyki było najczystszą i najbardziej uczciwą drogą.
Mierzenie się z ryzykiem było centralnym problemem, wokół którego rozwijało się wszystko inne. Wspinając się klasycznie w nieznane, człowiek staje w sytuacji radykalnie odmiennej od tej, którą spotyka się na przygotowanej drodze sportowej. Przesuwanie granic trudności w takich warunkach wymagało zarówno odwagi, jak i kreatywności. Czasami mieliśmy szczęście, że przeżyliśmy, ale nie czyniło nas to wyjątkowymi. Nasz styl życia i duch były bliższe kulturze hipisowskiej niż żałosnemu „wizerunkowi bohatera” głównego nurtu alpinizmu.
Dzisiejsza rzeczywistość wygląda tak: wiele dróg górskich jest przygotowywanych jak drogi sportowe. Oznacza to eksplorację od punktu asekuracyjnego do punktu asekuracyjnego, w stylu mieszanym, łączącym wspinanie klasyczne i hakowe. Próby RP następują dopiero po perfekcyjnym przygotowaniu i zabezpieczeniu drogi. To wstępne przygotowanie często obejmuje zakładanie lin poręczowych, zjazdy od góry, rozpracowywanie pojedynczych ruchów oraz osadzanie asekuracji na wędkę.
Dla mnie takie wspinanie to „wspinanie sportowe w niewygodnej formie” i nie ma ono nic wspólnego ani z przygodowym wspinaniem naszych poprzedników, ani ze świadomym stylowo minimalizmem mojego pokolenia. Mimo to takie przejścia są opisywane, nagłaśniane jako szczyty ewolucji i nowy standard we wspinaniu górskim. Nikt zdaje się nie kwestionować tego kierunku rozwoju. Silnie przypomina on mroczne czasy „direttissim”, gdy zdobywanie niemożliwego za wszelką cenę służyło przyciąganiu uwagi szerokiej publiczności oraz zdobywaniu zaszczytów, a nawet medali od władz.
Co osobliwe, dzisiejszy sposób myślenia nadal tkwi w epoce tragedii na Eigerze z 1936 roku i innych heroicznych opowieści o cierpieniu. Jedyna różnica polega na tym, że dzisiejsi „bohaterowie” reprezentują sponsorów, a nie interesy nacjonalistyczne, jak miało to miejsce przed II wojną światową.
W tym nowym, napędzanym przez biznes modelu alpinizmu nawet konsekwentni negatorzy ryzyka uchodzą za bohaterów — wystarczy, że połączą swoje nazwisko z jakąś górą. „Stara, dobra” atmosfera górskiego dramatu wciąż nadaje ich działaniom spektakularny rozgłos, podnosząc wartość wyczynów, które same w sobie byłyby przeciętne.
Faktem jest, że późniejsze pokolenie po prostu zignorowało purytańskie podejście naszego pokolenia i popchnęło ewolucję według własnych zasad – de facto bocznymi drzwiami.
źródła: heinzmariacher.com, tristanhobson.com, arch. wspinanie.pl
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA



