Pawła Andrzeja Michnowskiego „Dziadka” (1949-2025), jednego z czołowych taterników lat 70. XX wieku, wspomina Ludwik Wilczyński: „Należy mu się wspomnienie jako Pawłowi Andrzejowi Michnowskiemu. Alpinistą i tak zwaną legendą się tylko bywa. Kim więc był jako człowiek, kolega, przyjaciel i życiowy partner?”.
***
Jako wspinacz, autsajder i król życia, “Dziadek” wciąż żyje w anegdocie i opowieściach starszych pokoleń naszego środowiska, a wśród młodych jest kojarzony ze sportowym wymiarem wspinania lat 70. Właśnie odszedł i należy mu się wspomnienie jako Pawłowi Andrzejowi Michnowskiemu. Alpinistą i tak zwaną legendą się tylko bywa. Kim więc był jako człowiek, kolega, przyjaciel i życiowy partner?
Dzieckiem był chorowitym i wrażliwym. Matka, silna i opiekuńcza kobieta, odeszła gdy Andrzej (tak wołano na niego w domu, bo ojciec też Paweł) był nastolatkiem. Przeżył to ciężko, mimo że ojciec był troskliwym, ciepłym człowiekiem, ale obciążonym gehenną obozów koncentracyjnych, od Oświęcimia po Mauthausen-Gusen.
Szkoła była miejscem walki o własną tożsamość i źródłem pierwszych kłopotów ze światem zewnętrznym. Szkolni przyjaciele, Janusz Siwek i Lech Skarżyński „Kursant”, wołali na niego Paweł i stanowili zgraną grupkę „wywrotowców”. Przyszły „Dziadek”, bo to ksywa wspinaczkowa, spopularyzował w swojej klasie wersję socjalizmu śniadaniowego. Polegało to na niespecjalnie ukrywanej kradzieży kanapek komukolwiek. Pożeranie cudzego śniadania szybko uznano za dowcipne. Ten śniadaniowy socjalizm w wersji radzieckiej był jednym z niewielu sukcesów i zmiana szkoły okazała się konieczna. Ostatecznie Paweł zdał maturę w Zakopanem, gdzie mieszkał jego przyrodni brat. Chodził tam trochę po Tatrach turystycznie, ale wspinać się zaczął w Bydgoszczy.
Die Bromberger Dolomiten, tak Paweł nazwał betonowy obiekt w podmiejskim bydgoskim lesie. To była przedwojenna strzelnica, szczęśliwym zrządzeniem losu wysadzona w czasie wojny, dzięki czemu beton posiadał wiele pęknięć, czyli dawał szansę wspinania. Grupka zapaleńców szybko ustaliła reguły gry. Wspinaliśmy się bez liny, bo betonowe problemy wyrastały na 5-8 metrów wprost z żółtego piasku, na którym lądowało się bezpiecznie. Skoki po odpadnięciu były więc podstawową umiejętnością. Spędzaliśmy tam całe dnie, sporadycznie przeganiani z obiektu przez dowódców prowadzących zajęcia na strzelnicy. Nie pamiętam kto pierwszy wpadł na pomysł wspinania w betonie. Paweł Andrzej na pewno był duszą tej zabawy. Od początku prowadził rejestr „nowych dróg”, a z biegiem czasu wpadł na pomysł rankingu i czegoś w rodzaju klubu.
Pozycja w rankingu zależała od poprowadzenia nowych dróg i od powtórzeń. Andrzej brał pod uwagę również rekordowe trawersy na niskim długim murze i po sezonie rozsyłał podsumowanie, w którym, trochę szydząc z klubu wysokogórskiego, przyznawał stopnie tygrysów bydgoskich Dolomitów, od tygrysa kandydata do tygrysa zwyczajnego. Za przyprowadzenie nowej osoby był tytuł tygrysa misjonarza.
Ranking istniał tylko dwa lata, ale bunkry weszły na stale do życia wspinaczkowego Bydgoszczy. Andrzej nawet jak już tu nie mieszkał, bywał na bunkrach przejazdem. Zabawa trwała ponad dwadzieścia lat i zakończył ją genialny pomysł jakiegoś wojskowego, który polecił zabetonowanie wszystkich rys.
W Tatrach pojawił się latem 1969 roku wraz z kolegą szkolnym „Kursantem”, Lechem Skarżyńskim. Byli już członkami KW Bydgoszcz, ale nie dogadali się z żadnym ze starszych kolegów i robili „kurs” chodząc solo na kursowe drogi, ponieważ nie mieli liny. Zadbali o wymianę doświadczeń, co polegało na osobnym pokonywaniu dwóch dróg jednego dnia i zamianie dróg dnia następnego. Od początku budzili kontrowersje nie tylko solowym „kursem” ale również ubiorem i zdezelowanym namiotem, o którym Andrzej mówił, że jest poniemiecki. Andrzej wspinał się w podniszczonej ale eleganckiej z daleka, tweedowej marynarce. Weszli w środowisko z przytupem.
„Dziadkiem” Paweł Andrzej został dopiero zimą roku 70. Zjawiliśmy się przed Wielkanocą w Morskim Oku. Pogoda była niesprzyjająca i zajęliśmy się ćwiczeniami na lodospadach. Bunkrowe przyzwyczajenia spowodowały rezygnację z liny, co na progu Czarnego Stawu nie było groźne. Po wyczerpaniu problemów zaczęliśmy konkurować w schodzeniu i tu odpadnięcia były częstsze. Oczywiście mieliśmy ówczesne czekany z prostymi dziobami i raki z dwoma zębami atakującymi.
Andrzej nie odpuszczał żadnej konkurencji i wreszcie runął, skręcając nogę w kostce. Jakoś dotarł do schroniska, ale po paru godzinach noga była jak bania. Mieszkaliśmy w starym schronie, a jadalnia dużego schroniska była centrum towarzyskim. Nosiliśmy więc Andrzeja „na barana” i stopniowo zaczęliśmy traktować go jak pacjenta lub staruszka. Teksty: „niech tu siedzi i się nie rusza”, zamieniły się w: „niech dziadek tu siedzi”, „niech dziadek założy szalik” czy „idziemy do toalety, bo się dziadek zsika”. Ponieważ Andrzej młodo wyglądał tylko w dzieciństwie, ksywa „Dziadek” była jak znalazł.
„Dziadek” robił szybkie postępy i już sezon letni 1972 lokował go w czołówce młodych wspinaczy. Zabrał się za wspinanie tak jak i za inne aktywności: szachy i tenis. Od zawsze miał wewnętrzny przymus dążenia do perfekcji. Szybko się okazało, że najbliżsi koledzy, tacy jak ja, wygrywali z nim w szachy raz na kilka partii, zaczęły się więc pojedynki z tęgimi szachistami ówczesnego środowiska. Pamiętam niewiele, więc wymienię tylko „Hierza”, Janusza Hierzyka i naprawdę młodego „Młodego”, Andrzeja Machnika. Andrzej – „Dziadek” u siebie w Bydgoszczy zawsze miał w pogotowiu szachownicę, często z analizowaną partią lub szachową zagadką.
Podobnie było z tenisem. Chętnie grał na punkty, ale z prawdziwą pasją ćwiczył poszczególne uderzenia. Ściana była ulubionym miejscem, gdzie do siedemdziesiątki odbijał godzinami, dojeżdżając na ulubione korty wyłącznie rowerem. Moja córka Bogna, która w dzieciństwie uprawiała tenis, zapytana niedawno o „Dziadka””, bo zdarzało się nam grać we trójkę, powiedziała, że nie poznałaby go na ulicy, ale pamięta jego dobry bekhend. To właśnie „Dziadek”. Uwielbiał wygrywać, ale jeszcze bardziej kręciło go granie na profesjonalnym poziomie. Mimo dużej sportowej ambicji, z pokorą przyjmował porażki z lepszymi tenisistami, zawsze analizując swoje słabe strony.
Ważnym okresem w życiu młodego „Dziadka” był czas tak zwanej Nory. Nora to było podpiwniczenie przyszłego domu, na działce przyrodniego brata Andrzeja, przy ulicy Zwierzynieckiej w Zakopanem. To była wspólnota mieszkaniowo-finansowa trzech gości: Andrzeja – „Dziadka”, „Kursanta” Lecha Skarżyńskiego i Henia Zakrzewskiego, zwanego przeze mnie Józefem K. Pomijając łatwy blichtr mieszkania trzech autsajderów (bałagan połączony z brudem, porządnie ułożony sprzęt wspinaczkowy i majątek zgromadzony w pustych butelkach), Nora była z założenia pracownią artystyczną. „Dziadek” i „Kursant” głównie rzeźbili, Heniek rzeźbił i malował. Miejsce to miało złą opinię u sąsiadów, a opowieści alkoholowe w środowisku jak zwykle były barwne ale przesadzone. Trwała tam przeważnie wytężona praca i walka z głodem i zimnem. Zdobywanie narzędzi i drewna do rzeźbienia, oraz farb i płócien do malowania, dopełniało heroiczną egzystencję trzech przyjaciół. Odwiedzających Norę było dużo, bo skandaliczna sława rozchodziła się zupełnie dobrze bez Internetu.
Poważnie, jak sam określał, wspinał się do zimy 1980/81, którą spędził w Pięciu Stawach, opiekując się moim sprzętem, bo wpadałem tam na krótko kilka razy. Obsesja technicznej doskonałości dotyczyła również nart. Zjechał tamtej zimy większością żlebów, które dziś są standardami, ale wtedy nie były łatwe. Moje narty, którymi się „opiekował”, miały 203 cm. Również tam zrobił swoją ostatnią nową drogę. Prawie stumetrowy lodospad, w lewej części płn. ściany Świstowej Czuby. Znana fraza „Dziadka”, że przestaje się wspinać, żeby poważnie zająć się alkoholem, poza żartem była deklaracją typu wszystko albo nic. Jeśli nie mogę, czy nie chcę robić przejść naprawdę poważnych, odchodzę. Bywał w następnych latach w Alpach, w rejonie Mont Blanc, ale wspinał się, jak sam mówił, rekreacyjnie.
Można „Dziadka” uznać za warszawiaka. Mieszkał tu od 1984 roku i z rozmów wynikało, że lepiej mu się żyło w stolicy ze względu na atmosferę tworzoną przez przybyszów i historię tego wyjątkowego miasta. Żadnych deklaracji lokalnego patriotyzmu nie składał. Jeszcze kilka lat temu przemierzał Warszawę rowerem do ulubionych miejsc: ruin Skry z całkiem dobrymi kortami, nabrzeża przy Wisłostradzie, Agrykoli z dobrą ścianką tenisową, czy Powiśla…
A co z przyjaźnią, miłością i byciem w związku? Oddam głos Alinie Styrczuli Michnowskiej, żonie Andrzeja od roku 1984:
„Dziadek nauczył mnie czegoś ważnego. Nie zwracać uwagi na to, co tak naprawdę mało istotne w życiu, zająć się swoimi pasjami, sportem, uczeniem się interesujących rzeczy. Podążania za nowym.
Był oczywiście, często bardziej niż męczący, ale pchał mnie do przodu. Myślę, że – pomijając wszystko inne – myśmy się dobrze rozumieli i po prostu bardzo lubili.
Oboje grali dobrze w badmintona. Salka na Powiślu była ich stałym miejscem wspólnych zabaw. Trudno mi było wygrać nawet z Aliną. Z „Dziadkiem” nie miałem szans. Od Aliny wiem, że strategiczna gra GO była pasją Andrzeja od lat 90. Próbował lotniarstwa i windsurfingu, a swoboda poruszania się w świecie wirtualnym była dużo powyżej przeciętnej, nawet wśród młodych. Alina, jak wiele partnerek wspinaczy, była niewidoczną ostoją tego związku. Zresztą bez Pań większość z nas, wspinaczy, wyglądałaby marnie.
Wszyscy z naszego pokolenia pamiętamy anegdoty i ocierające się o performans alkoholowe przygody, jednak to, co w Nim było najwartościowsze, to poszukiwanie pewników w nieznośnie płynnej rzeczywistości. Alkohol a właściwie alkoholizm dawał wytchnienie od świata zbyt często śmiesznego i strasznego. Prawicowe poglądy bardzo nas dzieliły, ale dla Niego były nadzieją na obronę starego świata. Poglądy prawicowe, ale nie kościółkowo-sarmackie.
Na uwagę zasługuje Jego stosunek do ludzi. Zdobywał sympatię osób przez życie zmarginalizowanych i poturbowanych. Od początku zjawiał się niespodziewanie w towarzystwie ludzi dla nas co najmniej dziwnych. Oczywiście odbieraliśmy to powierzchownie, jako barwny dodatek do legendy autsajdera, ale było w tym coś więcej. Andrzej widział prawdziwe życie wszędzie, a szczególnie w miejscach pogardzanych i na pierwszy rzut oka zdegenerowanych. Był na serio wśród ludzi wyrzuconych na margines. Szanowali Go, otwierali się przed Nim. Był wrażliwy i uważny.
Jakieś zasługi? Sam Andrzej na pewno by się obruszył. Zasługi to nie była Jego działka. Nie nadawał się na gościa górskich festiwali. Mierziły Go tego rodzaju celebry. Próbując sobie wyobrazić Go jako bohatera z dawnych lat, zaproszonego gościa, widzę raczej komiczną auto-kompromitację, jeśliby w ogóle by dotarł w światła festiwalowej estrady.
A jednak ośmielę się sformułować coś w rodzaju zasługi. Otóż Dziadek, jak i Jego nieliczni poprzednicy, autsajderzy – ludzie osobni, rozjaśniali nam mroki peerelu, przywracając nadszarpnięte przez system poczucie godności. Andrzej, bez gadania o wolności, pokazywał czym jest wolność nawet w tym smętnym obozie wojskowym, jakim była Polska lat 70-80.
Andrzeja „Dziadka” będziemy pamiętać do końca czasu naszego pokolenia. A może dłużej?
Ludwik Wilczyński
Ważne przejścia w Tatrach
„Dziadek”: „Mój wkład w historię taternictwa? Ośmieszyłem kilka dużych dróg, pijąc nie najlepsze trunki”.
Kazalnica Mięguszowiecka
– droga Cz. Momatiuka, 2Z, H. Zakrzewski, 03.74.
– droga Pająków, 1L samotnie, 3 dni latem 76.
– droga Czoka i Kiełkowskiego, 2Z, M. Momatiuk, B. Strzelski, W. Szałankiewicz, 18,19.04. 76.
– Wielkie Zacięcie, 3Z, G. Chwoła, M. Momatiuk, 10-12.02.76.
– Kant W. Zacięcia, nowa droga, G. Chwoła, M. Harasimowicz, L. Skarżyński, 24.12.76.- 5.01.77.
-15.10 do Yumy, nowa droga, M. Momatiuk, J. Muskat, 15,16.03.79. (+poręczowanie z udziałem W. Poburki)
Młynarczyk
– Lewym filarem wsch. ściana, nowa droga, Z. Wach, H. Zakrzewski, 10,11.04.74
Czołówka MSW
– „Lewy Dziadek”, nowa droga, E. Grzybowska, 18.07.76.
– „Prawy Dziadek”, L. Skarżyński, 12.09.76.
Kopa Spadowa
– „Tetrova cesta”, nowa droga, L. Skarżyński, K. Szewczuk, 27.09.76
– „Milicjanci”, nowa droga, P. Wojtek, 7.09.77.
Żabi Mnich
– „Faszyści”, 1. powtórzenie z nowym wariantem, L. Skarżyński, 07. 76
Świstowa Czuba
– Lodospad w lewej części płn. ściany(na lewo od lewej depresji), R. Kuzdrowski ), 04.81
Kilkanaście anegdot z „Dziadkiem” w roli głównej, w książkach:
- Machnik – Na kolanach do koryta
- Wilczyński – Jak dobrze nam zdobywać góry
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA








Starszy Pan o Dziadku
Ludwik napisał bardzo dobre wspomnienie. Pewnie bardziej z poczucia serca niż z poczucia obowiązku. Dziękuję, bo jest dobrze napisane, bo…
Odpowiedzi: 2