Spis treści
- Alpinizm w wydaniu brytyjskim
- Mountaineering, czyli brytyjski paradoks
- Złota i srebrna era pionierskiego alpinizmu
- „Zmierzyć i zmapować” Himalaje
- Pierwsza himalajska wyprawa
- Celem staje się Kabru
- Po powrocie – problemy i kontrowersje
- Próba norweska i brytyjski szczyt
- „Powrót” Grahama – analiza „in plus”
- „Wiara na słowo” versus „wątpliwości”
Water closet, zwany niekiedy flush toilet, oraz alpinizm to dwa największe brytyjskie dziewiętnastowieczne wynalazki. Zmieniły świat na zawsze, to znaczy ten cywilizowany, a być może takim go właśnie uczyniły. WC uwolniło człowieka od fetoru, nieodłącznego towarzysza jego istnienia, natomiast alpinizm, a w szczególności jego poddyscyplina, himalaizm, dał jednostkom potężne narzędzie samorealizacji, satysfakcji i medialnej autopromocji.
Alpinizm w wydaniu brytyjskim
Alpinizm (początkowo zwany mountaineering) zaczyna się od całkowicie niebrytyjskiego pierwszego wejścia na Mount Blanc (1786, Jacques Balmat, Michel Paccard), lecz to myląca perspektywa. Co najmniej przez kolejne pięćdziesiąt lat, a nawet dłużej, motywem zdobywania alpejskich szczytów były badania naukowe albo po prostu rozkaz władcy (casus Ortlera), a przecież alpinizmu nie definiuje utylitaryzm czy serwilizm – szczyt wymaga zdobycia because it’s there. Góry odwiedzano jednak czy to dla romantycznych porywów ducha (vide: Adam Malczewski), czy dla zdrowia – po to jeżdżono też „do wód”. Wędrowano głównie po dolinach, podziwiano okolicę, leczono suchoty czy inne przypadłości.
Połowa XIX wieku przyniosła nieco inny powód zainteresowania górami, gdy w Alpy dotarli Brytyjczycy i zaczęli oni zdobywać szczyty w towarzystwie lokalnych przewodników. W ciągu trzech kolejnych dekad zdobyli wszystko, co się dało, tworząc alpinizm, dyscyplinę pretendująca do miana sportu.
Alpy szybko jednak stały się za ciasne dla brytyjskich zdobywców. W 1883 roku William Woodman Graham ruszył w Himalaje i ogłosił, że w towarzystwie szwajcarskich przewodników, Ulricha Kaufmanna i Emila Bossa, prawie zdobył szczyt Kabru w masywie Kanczendzongi, dotarł na wysokość 7300 metrów, do wierzchołka zostało mu kilkanaście metrów. Zespół nie był w stanie wejść na lodowy filar wieńczący kulminację (obecnie Kabru East 7338 m, niedaleko głównego wierzchołka Kabru 7412 m, nazywanego często North), mimo to był to spektakularny początek nowej gałęzi alpinizmu (wtedy mountaineeringu). Enuncjacja Grahama zakończyła się pierwszą potężną aferą medialną, wynikającą ze splotu niedowierzania i ambicji innych pretendentów do rekordu wysokości. Niniejszy tekst ma za zadanie przybliżyć polskiemu czytelnikowi słabo znany, czasami po prostu intencjonalnie pomijany epizod w historii himalaizmu.
***
Mountaineering, czyli brytyjski paradoks
Wielka Brytania nie jest krainą przesadnie górzystą i dlatego powstaje pytanie, dlaczego to właśnie Brytyjczycy stali się spiritus movens mountaineeringu (w języku angielskim słowo to oznacza to samo co alpinism i sugeruje po prostu szerszy niż Alpy rejon działania).
Odpowiedzi należy szukać w przemianach społecznych, jakie nastąpiły w wyniku pierwszej rewolucji przemysłowej. To na Wyspach uformowało się pierwsze „nowoczesne społeczeństwo”, zurbanizowane, poddane wpływowi mediów, wyzwolone w swojej masie ze struktury stanowej. Powstały wtedy związki zawodowe i klasa średnia. Zaistnienie tej drugiej było dla alpinizmu kluczowe: chodziło o niezależność finansową i swobodę dysponowania wolnym czasem. Te dwa czynniki najpełniej bowiem wytwarzają nudę, tym samym konieczność jej „zabicia”.
Wielka Brytania w swojej splendid isolation była ponadto krajem stabilnym politycznie, nienarażonym na niebezpieczeństwo wojny na swoim terytorium, która zabija nudę znacznie skuteczniej niż jakakolwiek rozrywka. Europa po wojnach napoleońskich wciąż nie była oazą spokoju, dość przypomnieć Wiosnę Ludów, zjednoczenie Włoch i to, co najistotniejsze: powstanie Niemiec. Francja, Niemcy czy Włochy to przecież obszary przyległe do Alp, nie dziwi więc, że ich górscy mieszkańcy aż do ostatnich dekad XIX wieku mieli inne priorytety, niż inicjowanie zdobywania alpejskich szczytów dla because it’s there. Co nie znaczy, że w tym procesie nie uczestniczyli.
Najistotniejszym materialnym czynnikiem umożliwiającym mountaineering było powstanie kolei. Podróż z Londynu do Szwajcarii, która wcześniej, w bardzo sprzyjających okolicznościach, trwała około tygodnia, nagle skróciła się do doby, maksimum półtora dnia. Miesiąc wolnego wystarczał, aby zrealizować najbardziej ambitny cel górski.
Złota i srebrna era pionierskiego alpinizmu
Kulminacja zdobywania głównych wierzchołków Alp przeszła do historii jako złoty wiek alpinizmu (golden age of alpinism) – to dekada 1854-1865, której początkiem jest zdobycie Wetterhornu, a kończy ją wejście na Matterhorn. Na liście zdobywców jest mnóstwo wyspiarskich nazwisk, tak Anglików, jak i Irlandczyków oraz Szkotów. Motyw wejść zasadniczo był sportowy, chociaż w tym procesie uczestniczyli oczywiście naukowcy (np. John Ball czy John Tyndall), było nie było, przedstawiciele wolnych zawodów.
Najwybitniejszą postacią tamtej epoki pozostaje Edward Whymper, inicjator i współautor pierwszego wejścia na Matterhorn. Jego partnerstwo z Michelem Auguste’em Crozem najlepiej oddaje modus operandi epoki: wyspiarz + lokalny przewodnik. Whymper okazał się skutecznym propagatorem zasadniczego paradygmatu rodzącego się alpinizmu, a było nim usprawiedliwienie ofiar w imię ambitnego górskiego celu. Wejście na Matterhorn wszak było i triumfem, i tragedią. Przykład Whympera stał się wzorem dla kolejnych pokoleń alpinistów, niezależnie od nacji.
W 1857 roku powołano w Londynie Alpine Club – pierwszy klub wspinaczkowy na świecie. Przynależność do niego oznaczała wielki prestiż, lecz inny niż arystokratyczny, bo nabyty. Kobiet nie przyjmowano, mimo że mogły przecież zasiadać na tronie czy nosić tytuły szlacheckie, książęce.
Po wieku złotym nastał wiek srebrny (1865-1882), w którym celem, już nie tylko dla brytyjskich zdobywców, stały się rozliczne „wartościowe” wierzchołki, zwykle przekraczające magiczną barierę 4000 metrów, choć niebędące głównymi kulminacjami masywów. Pojawił się problem trudności technicznych, tak dosadnie definiowany przez Alberta Fredericka Mummery’ego podczas próby zdobycia Dent du Géant (Absolutely inaccessible by fair means!).
Pierwszego wejścia (20 sierpnia 1882) dokonał właśnie bohater niniejszego tekstu, William W. Graham, w towarzystwie przewodników Auguste’a Cupelina i Alphonse’a Payota. Byłoby ono zapewne niemożliwe, gdyby nie wcześniejsze działania Jeana Josepha Maquignaza i Baptiste’a Maquignaza, którzy stworzyli coś na kształt pierwszej ferraty, by na niższy wierzchołek (dziś Pointe Sella, 4009 m) wprowadzić czterech klientów, panów o nazwisku Sella: Alessandra, Alfonsa, Corradina i Gaudenzia. Wykorzystując tę instalację, Graham i towarzysze zdołali osiągnąć wyższą kulminację (dziś Pointe Graham 4013 m).
Przejście to przyniosło Grahamowi górską sławę i stało się umownym końcem srebrnego wieku alpinizmu. Jego wyznacznikiem stała się konieczność medialnego rozpropagowania wyczynu – większość celów wszak była nieznana nie tylko angielskiej publice. Parafrazując słowa klasyka, Stefana Kisielewskiego, należało najpierw „stworzyć problem”, najlepiej „ostatni wielki problem”(w Alpach), a następnie „dzielnie go rozwiązać” na oczach przedstawicieli mediów.
„Zmierzyć i zmapować” Himalaje
W tym momencie historia mountaineeringu zaczyna biec dwiema ścieżkami. Aby lepiej to zrozumieć, musimy odróżnić mountaineering od alpinizmu. Mountaineering zachował swoją „dominantę eksploracyjną” i pozostał specjalnością Brytyjczyków, natomiast wspinacze uprawiający alpinizm szukali trudności i inne nacje, zwłaszcza Austriacy, później Niemcy, szybko zaczęli w nim dominować. Wielka Brytania była imperium, nad którym „nigdy nie zachodziło słońce” i mountaineering na szczęście nie doświadczył groteskowego losu taternictwa, w którym eksploracja (pojmowana współcześnie) dotyczy „formacji” o wysokości człowieka.
Najwyższym szczytem Imperium była Kanczendzonga (8586 m), a Nanda Devi (7816 m) najwyższym szczytem wnoszącym się w całości na jego terenie. A para napędzała już nie tylko pojazdy na szynach, ale też statki…
W 1802 roku zainicjowano Great Trigonometrical Survey of India (GTS), wielki projekt mający na celu precyzyjne zmierzenie i „zmapowanie” całego subkontynentu indyjskiego. Przewidywano, że potrwa to parę lat, a skończyło się na… siedemdziesięciu. Startując z rejonu Madrasu, mierniczy stopniowo posuwali się na północ, aby w 40. latach XIX wieku dotrzeć do stóp Himalajów.

Mapa indeksowa Great Trigonometrical Survey of India (1922) (fot. domena publiczna via Wikimedia Commons)
Wtedy zaczęły się trudności tak polityczne (Nepal nie wpuszczał cudzoziemców, tym bardziej o tak „podejrzanej” profesji), jak i terenowe. Teodolit, a raczej wczesna jego wersja używana w Indiach, ważył około 500 kilogramów i jego transport wymagał zaangażowania dwunastu ludzi. Góry były dla mierniczych potężną przeszkodą, a nie wyzwaniem sportowym, niemniej musieli wchodzić na szczyty, starając się nie przekracza granicy wiecznych śniegów przebiegającej na wysokości około 6000 metrów, a nawet wyżej, w zależności od warunków.
Wysiłki te doprowadziły do odkrycia i zmierzenia – z odległości – setek kilometrów (metodą triangulacyjną) najwyższych szczytów Ziemi – Everestu i K2 (to nazwa „miernicza”, która przyjęła się ze względu na swoja fonetyczną prostotę tak korespondującą z kształtem góry). Dokonano tego ze zdumiewającą dokładnością. Kanczendzonga została zdetronizowana do roli trzeciego wierzchołka Ziemi.
Niektórzy to w ludziach pracujących na rzecz Great Trigonometrical Survey of India (GTS) widzą inicjatorów himalaizmu, co w kontekście because it’s there jest mylne. Niektórzy mierniczy znajdowali jednak w sobie żyłkę sportową, ponieważ z Andów dochodziły wieści o rekordach wysokości. W latach 80. XIX wieku osiągnięcie 7000 metrów stanowiło wyzwanie. Oznaczało to konieczność wyjścia ponad granice wiecznych śniegów, tym samym trzeba było dysponować alpejskim doświadczeniem, którym mogło się pochwalić niewielu mierniczych.
Pierwsza himalajska wyprawa
W 1883 roku wyruszyła pierwsza wyprawa w Himalaje, która miała na celu zdobywanie szczytów, a nie pomiary. Dziś nazwalibyśmy ją trekkingiem, gdyż jej inicjator, William Graham, nie sprecyzował, co będzie jego celem, bo po prostu go nie znał. Wiedział jedynie, dokąd ma się udać.

William Woodman Graham (fot. autor nieznany / „Salkeld Collection” / Mountain Heritage / Wikipedia.com)
William Woodman Graham (ur. 1859 r.) jest tajemniczą postacią brytyjskiego mountaineeringu. Zasadniczą cechą odróżniającą go od himalaistów każdej epoki był zupełny brak potrzeby autoreklamy i koncentracja na „duchu przygody” jako czystym, wewnętrznym doświadczeniu. Niestety z tego właśnie powodu nie przywiązywał też zbyt wielkiej wagi do starannego dokumentowania swoich przejść – na ile to oczywiście było możliwe w tamtych czasach. Wiadomo tylko, że odebrał staranne prawnicze wykształcenie i że oprócz wejścia na Dent du Geant, które dało mu rozpoznawalność, wszedł na większość najwyższych alpejskich szczytów.
Pomimo tych osiągnięć nie przyjęto go do Alpine Clubu, co było oznaką, że jeszcze przed wyprawą w Himalaje w tym elitarnym środowisku narobił sobie wrogów albo po prostu miał nieprzystający do niego charakter, którego cechy najlepiej określa ładnie brzmiące słowo „dezynwoltura”.
W marcu 1883 roku Graham i towarzyszący mu szwajcarski przewodnik Joseph Imboden z St Niklaus znaleźli się w Dardżylingu, mieście położonym nie tak daleko od masywu Kanczendzongi. W przyszłości miało się ono stać miejscem zbiórki i startu wszystkich brytyjskich wypraw na Everest.
23 marca ruszyli wraz z kulisami. Celem był trekking w rejonie Kanczendzongi – poznanie okolicy niezbyt precyzyjnie oddanej na mapach. Opady śniegu i choroba Imbodena spowodowały fiasko tej części wyprawy. Na dodatek jeden z kulisów, który chciał wysuszyć buty Grahama przy ognisku, po prostu je spalił. Trzeba było wracać do Dardżylingu. Imboden zrezygnował z udziału w przedsięwzięciu i wydawało się, że to koniec wyprawy, jednak Graham, jako „łowca przygód”, się nie poddał i napisał list do Emila Bossa z Grindewaldu, którego poznał podczas wspinaczek w Alpach. Prosił w nim, aby Boss znalazł mu jakiegoś kompetentnego towarzysza, który zastąpi Imbodena. Boss zdecydował się dołączyć do Grahama w towarzystwie Ulricha Kauffmana, znanego przewodnika z tej samej miejscowości.
Tutaj należałoby zadać pytanie, po co Grahamowi był przewodnik ze Szwajcarii?
Rola takowego w Alpach wydaje się jasno sprecyzowana, jednak w Himalajach, zwłaszcza w latach lat 80. XIX wieku, przewodnicka znajomość himalajskiego terenu „w naturze” po prostu nie istniała. Odpowiedź jest zaskakująca: Kaufmann należał do najszybszych na świecie „rębaczy stopni” w lodzie (one of the fastest step-cutters living). W tamtych czasach nie używano raków z banalnego powodu, po prostu jeszcze ich nie wynaleziono, przynajmniej w formie zbliżonej do współczesnej, zrobił to dopiero Oscar Eckenstein na początku XX wieku, tak więc jedynym sposobem poruszania się w śnieżno-lodowym terenie było rąbanie stopni. Wymagało to nie tylko biegłości, lecz przede wszystkim siły i kondycji oraz odpowiednio luźnej odzieży pozwalającej na stosowny „zamach” czekanem. Nie dziwi więc, że wytworzyła się w tej materii swoista specjalizacja.

Panorama Kanczendzonga z Dardżyling, listopad 2005 (fot. Carsten Nebel / Wikimedia Commons; opisy i kadr wspinanie.pl, Licencja: CC BY-SA 3.0 commons.wikimedia.org/wiki/ Link do oryginalnego zdjęcia
„Wydajność” rębacza była zresztą wąskim gardłem postępu w terenie – można sobie wyobrazić, ile czasu potrzeba było do wybicia w lodzie kilkuset czy tysiąca stopni. Ponadto dla tej techniki poruszania się istniał limit nastromienia – pionowe formy lodu były po prostu niewkaszalne. Jeśli dodać do tego brak wiatrochronnej i nieprzemakalnej odzieży, to dotarcie na wysokość 7000 metrów było pod koniec XIX wieku ekstremalnym wyzwaniem, do którego w Alpach nie dało się przygotować.
Trio pierwszych – było, nie było – himalaistów udało się z Dardżylingu do Garhwalu. Ich zamiar był bardzo ambitny – próba wejścia na Nanda Devi. Nie mogła jednak zakończyć się powodzeniem, gdyż dostanie się do Sanktuarium Nanda Devi samo w sobie stanowiło ogromny problem eksploracyjny, rozwiązany dopiero przez brytyjskie wyprawy w połowie lat 30. XX wieku.
Graham i towarzysze zaatakowali wtedy Dunaghiri (7066 m), która to góra gwarantowała przekroczenie magicznej granicy 7000 metrów. Próba była bardzo poważna: dotarli na wysokość ponad 6900 metrów, lecz zostali zmuszeni do odwrotu przez nagłą zmianę pogody.
Kolejny ich cel oznaczony był na mapach „A21” i miał być to współczesny Changabang. Wejście zakończyło się sukcesem, niemniej jego opis zupełnie nie koresponduje z tym, jak ta góra wygląda naprawdę. Prawdopodobnie z powodu słabej jakości map zdobywcy się pomylili i dziś trudno zidentyfikować szczyt. Podobnie jak A22, na który też weszli.
Mapy stworzone przez GTS budziły zażenowanie Grahama, a przede wszystkim Emila Bossa, który był oficerem szwajcarskiej armii, ta zaś dysponowała w tamtym czasie najlepszą „górską kartografią”. Wprost twierdził, że przydałoby się wysłać Brytyjczyków na stosowne kursy do Szwajcarii i dopiero później powierzać im tak odpowiedzialne zadanie jak tworzenie map. Mapy nie tyle były niedokładne, ile po prostu zawierały swoistą licentia poetica – np. tam, gdzie wedle nich miały być lodowce (Sanktuarium), rosły drzewa. Być może po prostu wykonano je ze stosowną „dokładnością” po to, aby zadowolić zleceniodawców.
Tak czy owak cel wyprawy, czyli zdobycie góry przekraczającej 7000 metrów, nie został na razie osiągnięty. Z drugiej strony eksplorowano setki kilometrów nieznanego terenu, a samopoczucie trzech, już wtedy himalaistów, było doskonałe. Żaden z nich nie zanotował najmniejszych symptomów choroby wysokościowej, szkoda było kończyć wyprawę, więc podczas odpoczynku w Kalkucie Graham zdołał przekonać towarzyszy do powrotu do Sikkimu pod masyw Kanczendzongi.
Tym razem nie zamierzał ryzykować „problemów identyfikacyjnych” i zdał się na to, co było doskonale widoczne ze wzgórz wokół Dardżylingu: tzn. masyw Kanczendzongi. Jej południowy wierzchołek (8476 m) wysyła na południe potężną odnogę, która z perspektywy dalekiego obserwatora przypomina grań. Można w niej wyróżnić takie szczyty jak Talung (7349 m), a przede wszystkim 3-wierzchołkowy masyw Kabru (East, North-Główny, South).
Celem staje się Kabru
Obecnie wyróżnia się w nim dwa, wznoszące się obok siebie, wierzchołki – 7412 m oraz 7338 m. W roli Kabru North występuje najwyższa kulminacja 7412, natomiast szczyt 7338 opisywany jest jako Kabru East. Z kolei Kabru South (7138 m) uznawany jest za najbardziej wysunięty na południe szczyt siedmiotysięczny świata. Na grani łączącej masywy Kabru i Kanczendzongi mamy jeszcze Kabru III, zwany Talung (7395 m). W 1883 roku tak dokładnych pomiarów nie dało się dokonać, wiadomo było, że chodzi o masyw „grubo” przekraczający 7000 metrów. Kabru East uznawano wtedy za główny, najwyższy wierzchołek.
Graham postanowił spróbować, a ponieważ nie dało się zaangażować ekipy kulisów, ruszyli we trzech, być może z kilkoma pomocnikami. Kolejne tygodnie upłynęły im na próbach znalezienia „rokującej” drogi. W tym celu przeszli na stronę nepalską, aby przyjrzeć się zachodniej ścianie.
Była przerażająco lawiniasta. Nie darmo tybetańskie słowo kabru to „biała lawina”. Szansę na próbę dawała dopiero wschodnia ściana. Ruszyli 6 października i po dwóch dniach akcji udało im się założyć ostatni obóz – bardzo nisko, bo na wysokości około 5600 metrów.
Wystartowali 8 października 1883 o 4.30, w więc bardzo wcześnie jak na realia wszystkich późniejszych brytyjskich wypraw, np. na Everest. Do 12.15 pokonali ponad 1600 metrów w pionie.
Poruszali się zróżnicowanym terenem, od zagrożonego lawinami żlebu poprzez czysto skalny, by stanąć przed ostatnim lodowym stokiem. Na szczęście śnieg przykrył lód i nie trzeba było rąbać stopni. Po półtorej godzinie, od szczytu dzieliło ich 9-12 metrów czysto lodowego filara. Po krótkiej naradzie doszli do wniosku, że próba pokonania tej formacji za pomocą wycinania stopni byłaby zbyt ryzykowna, a nade wszystko czasochłonna.
Nie na darmo w późniejszych czasach w Himalajach godzinę 14.00 uznano za tę, w której należy inicjować w odwrót. W najwyższym osiągniętym punkcie zostawili butelkę (nie istniały wtedy termosy, używano więc różnych „rozgrzewających” płynów). Po ciężkiej walce udało im się szczęśliwie wrócić do obozu.
Ich łupem padło grubo ponad 7000 metrów i mimo iż do szczytu zabrakło i zaledwie kilkunastu metrów, nie przypisali sobie zdobycia szczytu, uchodzącego wtedy za główną kulminację Kabru East (dziś jest to Kabru North – 7412 m). I tak był to ogromny sukces, znacznie wykraczający poza realia, a nawet ambicje epoki. Nie mniejszy był sukces eksploracyjny całej wyprawy Grahama w trzech jej odsłonach (dwie ostatnie z Emilem Bossem i Ulrichem Kaufmannem), podróżnicy poznali i przebyli ogromne połacie terenu praktycznie bez możliwości nawigacji kartograficznej. Dopiero brytyjska wyprawa rekonesansowa na Everest z 1921 roku przebiła eksploracyjnie osiągnięcia Grahama, Bossa i Kaufmanna, była to jednak potężna ekspedycja naukowa zorganizowana i finansowana przez oficjalne czynniki a nie prywatna inicjatywa. Chapeau bas!
Po powrocie – problemy i kontrowersje
Himalaizm ma to do siebie, że często problemy dopadają wspinaczy w zejściu. W przypadku Grahama, Bossa i Kauffmanna zaczęły się one kilka miesięcy po ich powrocie do kraju. 9 czerwca 1884 roku Graham zaprezentował członkom Royal Geographical Society (RGS) coś na kształt memorandum. Publicznie skrytykował jakość map GTS rejonu Nanda Devi. Te, które dotyczyły Sikkimu, miały być jego zdaniem dokładne, choć tylko do granicy wiecznych śniegów. Wniosek był następujący: mierniczy powinni przejść choćby podstawowe przeszkolenie alpinistyczne, a najlepiej, żeby ich nauczycielami byli Szwajcarzy.
Dzień później wystąpił Emil Boss, który bardzo szczegółowo opisał zmagania zespołu na Kabru, wyraźnie zaznaczając, że sukces, jaki odnieśli (rekord wysokości przebijający poprzedni o ponad 500 metrów!), był możliwy tylko dzięki sprzyjającym warunkom śniegowym.
On również wypowiedział się krytycznie o górskim mapowaniu GTS. Jego zdaniem mapy dotyczące nizinnych rejonów subkontynentu indyjskiego były doskonałej jakości, jednak te górskie zdecydowanie były słabe. Wskazał na tę samą przyczynę co Graham.
Choć była to krytyka merytoryczna, została bardzo źle odebrana, prelegentom zwyczajnie nie uwierzono. W RGS i GTS działali ludzie przekonani o tym, że to, co brytyjskie, jest najlepsze, i cały świat powinien być taki jak Wielka Brytania. W tamtym czasie był to himalajski mainstream, tyle że… niepraktykujący. Wkrótce w „Pioneer Mail” niejaki „Himalajski Wędrowiec” (prawdopodobnie były to osoby związane z RGA i GTS) twierdził, że wejście na Kabru nie jest możliwe. Akcja górska była za szybka, trwała raptem trzy dni, brakowało świadków, a skoro mapy były tak niedokładne, to Graham pomylił najpewniej Kabru (7338/7412 m) z pobliskim Kabur (4810 m). Zwracano też uwagę na brak symptomów choroby wysokościowej.
Ani Graham, ani Boss nie podjęli polemiki. Graham porzucił wspinanie, wyjechał do Meksyku, a później do USA i jego losy pozostają nieznane. Boss wrócił do Szwajcarii. Przez kolejne dekady, aż do czasów współczesnych (sic!), trwał spór czy naprawdę doszło do tak zaawansowanej próby wejścia na Kabru w 1883 roku. Ponieważ to RGS i GTS miały głos decydujący, ostatecznie nie uwzględniono tego wyczynu w himalajskiej historiografii.
Próba norweska i brytyjski szczyt
Stało się tak pomimo świadectwa norweskiej wyprawy z 1907 roku (relacja w Alpine Journal – pdf), która wspinając się inną drogą, doszła dokładnie do tego samego miejsca co Graham i jego kompani i podobnie odpuściła, widząc „lodowy filar” stanowiący wschodni wierzchołek 7338 m. Wejście Norwegów nie było kwestionowane i przez chwilę to do nich należał oficjalny rekord wysokości, przebity dwa lata później przez księcia Abruzzi na Czogolisie (K2). Nie trzeba dodawać, że Norwegowie należeli do tych, którzy wierzyli w wyczyn Grahama. Byli jednak Norwegami, więc ich relację można było po prostu pominąć w brytyjskich sporach.
Splendor zdobycia Kabru (najwyższa kulminacja 7412 m – North) przypadł w 1935 roku Brytyjczykowi, pułkownikowi Conradowi Reginaldowi Cooke’owi, który dokonał samotnego wejścia. Do czasu wyczynu Hermanna Buhla na Nanga Parbat przejście to było uznane za najśmielszą samotną wspinaczkę w górach najwyższych. Nie było powodu, aby pamiętać o Grahamie.
„Powrót” Grahama – analiza „in plus”
„Wskrzeszenie” tej postaci zawdzięczamy dopiero współczesnym historykom himalaizmu. W 2008 roku Willy Blaser i Glyn Hughes opublikowali analizę, z której wynika, że nie ma powodu, aby wątpić w prawdziwość relacji Grahama. Jest kilka mocnych argumentów za (nie tylko sprecyzowanych przez w/w badaczy, ale też przez innych), natomiast wątpliwości zgłaszane przeciwko wejściu przestały być aktualne.
- W przypadku masywu Kabru w 1883 roku nie istniała możliwość identyfikacyjnej pomyłki – jest on dobrze widoczny z Dardżylingu jako część masywu Kanczendzongi. Pomylenie Kabru z Kabur w terenie jest po prostu niemożliwe. Pomylić się może najwyżej nieuważny czytelnik jakiegoś tekstu.
- Szybkość akcji, a zwłaszcza postęp w dniu ataku szczytowego, obecnie nie budzi kontrowersji. W ponad 150-letniej historii himalaizmu jest wiele przykładów bardziej spektakularnych, w tym jednodniowe wejścia na ośmiotysięczniki, w dodatku bez tlenu. To zmienia perspektywę spojrzenia na wydarzenia z 1883 roku, które rozgrywały się przecież na siedmiotysięczniku, i to nie z tych „wysokich”, ocierających się o strefę śmierci. W realiach złotej i srebrnej ery alpinizmu uznawano, że sprawny wspinacz podchodzi w Alpach z „wydajnością” około 450 metrów w pionie na godzinę, oczywiście w terenie nieprzesadnie trudnym. 220-230 metrów na siedmiotysięczniku nie byłoby więc czymś nadzwyczajnym.
- Graham, Boss i Kaufmann byli doskonale zaaklimatyzowani dzięki tygodniom akcji górskiej. Nic dziwnego, że nie poczuli żadnego dyskomfortu na wysokości ok. 7300 metrów, nie mówiąc o tym, że nie zapadli na chorobę wysokościową.
- Relacja wyprawy norweskiej i opis Grahama są spójne. Mimo iż członkowie obu wypraw wspinali się innymi drogami, postrzegali wierzchołek tak samo – jako lodowy filar – i z tych samych powodów się wycofali. Opis panoramy widocznej ze szczytu, jaki dostarczyli zdobywcy, zgadza się z tym rzeczywistym – mogli widzieć Everest.
- Wyprawa armii indyjskiej z 1994 roku zdobyła wszystkie wierzchołki w masywie Kabru i w opisie tego wydarzenia można znaleźć wzmiankę o podobnych warunkach śnieżnych, o jakich wspominał Boss.
- Last but not least: jaki sens ściemniający miałaby enuncjacja Grahama o niemożności przejścia ostatnich metrów terenu pod szczytem? Cesare Maestri nie miał przecież wątpliwości, że wszedł na Cerro Torre, Chińczycy nie mieli wątpliwości, że położyli posążek Mao na wierzchołku Everestu w 1960 roku, a Elisabeth Revol nie wątpi, że jest pierwszą kobietą, która zdobyła Nanga Parbat zimą.
Konkluzja
Obecnie wyczyn Grahama z 1883 roku uznawany jest za historyczny rekord wysokości i w dużej mierze za wydarzenie wyprzedzające swoje czasy, szczególnie w sensie eksploracyjnym. Co najważniejsze, jest po prostu premierą himalaizmu. Niestety przez lata zapomnianą.
Nie sposób się powstrzymać od uwagi natury bardziej ogólnej.
„Wiara na słowo” versus „wątpliwości”
Epizod, nazwijmy go „Kabru 1883”, całkowicie falsyfikuje tezę, że „wiara w słowo” jest pierwotną, etyczną zasadą himalaizmu i „dopóki komuś się nie udowodni kłamstwa”, należy przyjąć za dobrą monetę to, co dana osoba głosi. Nie trzeba dodawać, że jest alogiczne całkowite odrzucenie zasady onus probandi nakładającej obowiązek dostarczenia dowodu na jakąś głoszoną tezę. W himalajskim, w ogóle wspinaczkowym, savoir vivrze ma być, nie wiadomo dlaczego, odwrotnie.
Należy wyraźnie stwierdzić, że na początku historii himalaizmu nie było żadnej wiary w słowo, lecz wątpliwości. Wyrażone w racjonalnej formie, choć mające źródło w osobistej niechęci do Williama Woodmana Grahama. To nie Brytyjczycy w XIX wieku, a polscy współcześni celebryci, a nawet wspinaczkowi oficjele, zaproponowali publice mit „wiary w słowo” jako ultima ratio w przypadku wątpliwości.
Sprawa jest analitycznie bardzo prosta. Można zakładać (tym samym polemizować), że coś się wydarzyło, czyli miało miejsce jakieś wejście, o ile w określonych czasach było to technicznie możliwe. To, czy Graham i jego towarzysze „prawie” weszli na Kabru, mogło stanowić zatem przedmiot sporu. Ostatecznie uznano ich relację za wiarygodną…
Wanda Rutkiewicz nie mogła zejść na drugą stronę góry do jakiegoś klasztoru, ponieważ było to po prostu niewykonalne i taka perspektywa pozostaje jedynie w sferze mitologicznej, a nie polemicznej. Rewizja historii „na korzyść czy niekorzyść czegoś lub kogoś” może odbywać się tylko na płaszczyźnie racjonalnej.
Piotr Korczak
Źródła:
https://www.himalaya-info.org/PDF-Dateien/Kabru%20Alpine%20Journal%202009.pdf
https://www.himalayanclub.org/hj/52/5/kabru-mountain-of-the-gods/
https://alpinejournal.org.uk/Contents/Contents_1908_files/AJ%201908%20Vol%2024%20310-321%20Rubenson%20Kabru.pdf
https://www.summitpost.org/how-the-british-created-modern-mountaineering/713630
https://en.wikipedia.org/wiki/Golden_age_of_alpinism
https://en.wikipedia.org/wiki/Silver_age_of_alpinism
https://en.wikipedia.org/wiki/Kabru
https://en.wikipedia.org/wiki/William_Woodman_Graham
https://en.wikipedia.org/wiki/Ulrich_Kaufmann
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA





dolina bialej wody
"Water closet, zwany niekiedy flush toilet, oraz alpinizm to dwa największe brytyjskie dziewiętnastowieczne wynalazki." czuje tutaj niejakie nawiazanie hehe
Odpowiedzi: 3