„Grand Illusion” Tony’ego Yaniro – pierwsza najtrudniejsza droga na świecie
Spis treści
- Jakie warunki musi spełniać najtrudniejsza droga na świecie?
- Podróżnicy
- Wyceny
- Dlaczego to USA stały się w latach 70. areną największych wspinaczkowych skalnych igrzysk?
- Tony
- Skalna zima
- „Wieszanie psów”
- Przełom
- Nowa epoka
- Wolfgang
- Iluzja zdegradowana
- Lider czy samochwała?
Współczesny łojarz obudzony w środku nocy potrafi wyrecytować nazwy trzech dróg pretendujących do najwyższego stopnia trudności, czyli 9c. Może też wymienić nazwiska ich autorów – najlepszych wspinaczy skalnych na świecie. W ponad stutrzydziestoletniej historii wspinania skałkowego nie zawsze jednak dało się wskazać aktualny rekord trudności. Można było to ustalić dopiero post factum na podstawie źródeł historycznych i doświadczeń współczesnych wspinaczy.
Dziesięć, dwadzieścia, a nawet trzydzieści lat wcześniej też nie pojawiały się dylematy, gdy trzeba było wskazać tego, kto poprowadził najtrudniejszą drogę skałkową (jednowyciągową). Niektóre z tych dróg, np. Action Directe czy Wallstreet, stały się legendą, a ich zdobywcy zyskali status idoli, wręcz boski, tak jak Wolfgang Güllich.
Niniejszy tekst jest próbą przypomnienia punktu zwrotnego w historii free climbingu, jakim było poprowadzenie pierwszej drogi skałkowej, która powszechnie została uznana za „najtrudniejszą na świecie” już w chwili powstania. Mowa o Grand Illusion w rejonie Lake Tahoe, którą pokonał w 1979 roku Tony Yaniro.
Osiągnięte trudności (5.13+, 5.13 b/c przekładające się na 8a/8a+) dawały się porównać do skoku Boba Beamona (8 m 90 cm) na Igrzyskach w Meksyku w 1968 roku. Rezultat ten nazwano skokiem w XXI wiek. Po dziś dzień jest to zresztą drugi wynik w tej dyscyplinie! Yaniro zalicytował co najmniej o dwa stopnie (a i b) wyżej od wszystkich najtrudniejszych dróg w USA… i się nie pomylił. Jeśli chodzi o wspinanie, był to skok z lat 70. do połowy lat 80., gdy wyznacznikiem najwyższych trudności wciąż był stopień 8a.

Jakie warunki musi spełniać najtrudniejsza droga na świecie?
Jej trudność czy wycena nie mogą być jedynie propozycją autora, musi im towarzyszyć konsensus, czyli powszechna zgoda innych wspinaczy. A konkretnie zgoda tych, którzy reprezentują światową i, co najważniejsze, w miarę wyrównaną czołówkę mającą na koncie próby na danej drodze. Ważny jest jednak nie tylko przepływ informacji, lecz empiria, czyli „przystawki” czołowych wspinaczy. Ich powodzenie nie jest najistotniejsze, niemniej muszą mieć za sobą poważne i liczne, czyli nieincydentalne, próby, które dadzą przekonanie, a wręcz pewność, że mają do czynienia z drogą trudniejszą niż te reprezentujące najwyższy dotychczasowy standard. Nietrudno dostrzec, że kluczowym warunkiem zaistnienia takiego stanu rzeczy jest potrzeba oraz swoboda wspinaczkowych podróży. Tutaj dochodzimy do historycznego sedna: dlaczego pierwsza „najtrudniejsza droga na świecie” powstała, czy też została zaproponowana, dopiero na przełomie lat 70. i 80.?
Podróżnicy
Wcześniej świat wspinaczki skałkowej, bądź skalnej, stanowił archipelag odizolowanych wysp. Co gorsza, każdy kraj, a nawet rejon, miały odrębną „tradycję” wspinaczkową przekładającą się na rozumienie tego, czym jest free climbing. Sytuacja uległa zmianie dopiero we wczesnych latach 80. i jako cezurę można przyjąć przyjazd Johna Bachara do Frankenjury (1981).
Dlaczego akurat to wydarzenie było tak istotne dla „paradygmatu” najtrudniejszej drogi świata, a nie wcześniejsze o kilka lat wyprawy Henry’ego „Hot” Barbera w różne zakątki wspinaczkowego świata (w tym także za Żelazną Kurtynę, do Saksonii)?
Otóż John Bachar należał wtedy do najściślejszej, kilkuosobowej czołówki amerykańskich wspinaczy i dzięki swojej pasji do free soloingu był najbardziej rozpoznawalny. Drogę Chasin’ the Trane na Krottenseer Turm we Frankenjurze, którą wytyczył , uznał za najtrudniejszą wtedy drogę na Starym Kontynencie, z oryginalną wyceną na poziomie 5.13a (IX+), później urealnioną na 5.12d (IX). Bachar zadeklarował, że w USA istnieją mocniejsze drogi, w tym jedna o wiele trudniejsza, której nie mógł sprostać pomimo wielu przystawek.
W ten sposób Europejczycy, a konkretnie Niemcy, dowiedzieli się o Grand Illusion. Bachar wrócił do USA z głębokim przekonaniem, że to właśnie tam znajduje się największy światowy ekstrem. W tamtym czasie w USA w odniesieniu do wspinaczki jednowyciągowej stosowano termin test piece a nie route. Takie określenia stosował również Bachar.

Wyceny
Kolejna uwaga metodyczna musi zawierać wyjaśnienie pojęcia retrograding często stosowanego w wycenach dróg i w towarzyszących im historycznych sporach. Jego wąskie rozumienie oznacza po prostu zmianę wyceny jakiejś drogi „z czasem”, czyli po wielu powtórzeniach. Na przykład wycena drogi 7a spadła do 6c+ albo została podniesiona do 7a+ (znów mamy argument powszechnej zgody wspinaczy, jednak w tym przypadku niekoniecznie tylko tych z czołówki).
Znacznie ciekawszy jest retrograding sensu largo, czyli dotyczący dróg historycznych (zwłaszcza tych z odległej historii), polegający na zastosowaniu wobec nich wycen współczesnych. Przykładem niech będzie Rostkante na Hauptwiesenstein w Bielatel w Saskiej Szwajcarii. Ta poprowadzona w 1922 roku droga, wyceniona na VIIIb saksońskie, skutkiem retrogradingu otrzymała wycenę VII UIAA albo francuskie 6b. Prosta historyczna analiza uczyniła ją pierwszym przejściem trudności tego stopnia, a tym samym najtrudniejszą skałkową drogą świata lat 20. ubiegłego wieku.
Zauważmy różnicę. Grand Illusion została najtrudniejszą droga świata, ponieważ za taką uznali ją czołowi wspinacze tamtego czasu. Ostatecznie stało się to po jej powtórzeniu w 1982 roku. Rostkante natomiast awansowała na to samo miejsce przede wszystkim na skutek zgody badaczy historii wspinania.
Bardziej współczesny i spektakularny przykład retrogradingu dotyczy premierowego 8b+, czyli Punks in the Gym Wolfganga Güllicha. Droga w momencie jej powstania (1985) została opisana jako 8b (australijskie 31; 8b+ to 32), jednak podniesienie jej wyceny mniej więcej w dekadę później pozwoliło jej zdetronizować o rok młodszą La Rage de Vivre Antoine’a Le Menestrela (Buoux 1986).
Retrograding dostarczył ciekawych wyjaśnień na polu historii wspinania. Już w początku lat 70. powstały w USA drogi 5.12b (7b), a w połowie dekady 5.12c (7b+). Były to w przeważającej części rysy, niektóre off width, tak jak Paisano Overhang na Suicide Rock Johna Longa z roku 1974 (pierwsza droga w historii uznana za 7b+). W kolejnych latach walczono już na 5.12d i począwszy od 1975 (Psycho Roof w Eldorado Canyon, Steve’a Wunscha), powstało w USA parę dróg przekładających się na współczesny stopień 7c, podczas gdy w Europie w tamtym czasie na takim poziomie się nie wspinano!

Dlaczego to USA stały się w latach 70. areną największych wspinaczkowych skalnych igrzysk?
O ile dla współczesnego profesjonalnego wspinania (najlepsi łojarze to po prostu profesjonaliści) determinantą są talent i pieniądze (konkretnie talent i 3 x pieniądze), o tyle w amatorskich realiach lat 70. kluczowe były dwa inne czynniki.
Po pierwsze: wolny czas, tzn. jego nadmiar, a po drugie, dostęp do skał z dużą liczbą „wkaszalnych” formacji, położonych w korzystnej strefie klimatycznej, zapewniającej „warun do łojenia”. W obydwu przypadkach USA, szczególnie Zachodnie Wybrzeże, miały ogromną przewagę nad Europą, a szczególnie nad krajami, w których skałkowe wspinanie było najlepiej rozwinięte (Wielka Brytania, Niemcy – tak Zachodnie, jak i NRD).
W Ameryce przetrwał koczowniczy, czy też taborowy sposób życia (a la Dirtbag). Nikogo nie dziwiło, że domem może być samochód. Granitowe czy piaskowcowe skały dostarczały natomiast wielu możliwych do przejścia problemów. Były to głównie rysy i zacięcia, czyli ciągi chwytów do wykorzystania. Problem stanowiło raczej chowanie się przed słońcem niż deszcz i śnieg. Zwłaszcza w Kalifornii nie było żadnych przeszkód, żeby w skałach wspinać się przez cały rok w optymalnych warunkach.
To w USA powstał swoisty typ antropologiczny, tzw. full time climber, czyli człowiek, którego jedynym zajęciem było wspinanie, a domem samochód, umożliwiający przemieszczanie się z jednego rejonu wspinaczkowego do innego i mieszkanie nieopodal skał. Ktoś, kto wspina się codziennie, niezależnie od talentu dysponuje przewagą nad wspinaczem okazjonalnym czy weekendowym, który musi dojeżdżać z odległego miejsca i pracować zawodowo.
Nie genius loci, a te właśnie czynniki uformowały w latach 70. przewagę amerykańskiego wspinania, konkretnie rodzącego się free climbingu, nad „resztą świata”.
Co więcej, to właśnie w USA wspinaczka polegająca na pokonywaniu coraz trudniejszych test pieces po raz pierwszy przebiła się do mediów, a jej realizatorzy, np. Jim Collins, a później John Bachar, Ron Kauk i Tony Yaniro, zaczęli być rozpoznawalni. W tamtym czasie w Europie sławę gwarantowało dopiero bycie himalaistą albo przynajmniej zdobywcą jakiegoś poważnego Nordwandu. Nie dało się tam zdobyć sławy w jedno popołudnie, wychodząc z kampera zaparkowanego pod skałą. Był to dodatkowy czynnik napędzający amerykański free climbing i jego jakość.

Tony
Tony Yaniro był wspinaczkowym dzieckiem swojej epoki. Urodził się i wychował w Kalifornii (ur. 1962, niektóre źródła podają 1961 – byłby wtedy moim rówieśnikiem). Zaczął się wspinać w wieku jedenastu lat, robił bardzo szybkie postępy i wkrótce dołączył do czołówki. Przepustką do niej było poprowadzenie Pirate na Suicide Rock (1978), drogi, która pretendowała do najwyższego wtedy stopnia 5.12+ (aktualnie 5.12d [7c]). Była to lekko połoga (85 stopni) płyta przecięta cienką rysą, a ponad 52 metry wspinaczki wymagały oczywiście w tamtych czasach dwóch wyciągów. Asekurację zapewniały kostki o małych rozmiarach. Yaniro wspinał się w butach EB, natomiast pierwsze powtórzenie drogi odbyło się już z zastosowaniem legendarnych Fire Boreala.
Retrograding w skali brytyjskiej proponuję dla tej drogi E7, byłaby to zatem wspinaczka w wyprzedzająca o dwa lata brytyjskie Strawberrries Rona Fawcetta (sic!).
Kilku wspinaczy, wśród nich Jim Collins czy Ray Jardine, miało na koncie cyfrę 5.12d. Priorytetem dla Yaniro stało się natomiast znalezienie jeszcze trudniejszego projektu, którego przejście zapewniłoby mu pozycję primus inter pares na scenie amerykańskiego wspinania.
Ponieważ nadchodziła zima (1978) Yaniro zwrócił uwagę na rejon wspinaczkowy Sugar Loaf, granitową formację górującą nad miasteczkiem Kyburz, obok autostrady nr 50 na odcinku pomiędzy Placerville a Tahoe. Sugar Loaf była postrzegana wtedy jako doskonały cel zimowych wypadów z fantastycznej jakości granitem.
Skalna zima
Znajdowała się tam trzywyciągowa droga Fracture. Pierwszy wyciąg miał wycenę 5.10d, drugi 5.7, a trawers w lewo wyprowadzał na półkę pod zdumiewającą formację. Było nią zacięcie utworzone przez ściany o kształcie dwóch kromek chleba, z rysą wiodącą wywieszoną pod kątem 45 stopni (!). Wtedy ta część Fracture była oczywiście hakowa – około 18 metrów przebyto za pomocą czynnego użycia podobnej liczby haków (18).
To był cel! Niesamowicie estetyczny, a jednocześnie niewiarygodny jako wyzwanie dla przejścia klasycznego. Dlatego Yaniro od razu przemianował swój test piece na Grand Illusion. Bo jego realizacja na pierwszy rzut oka wydawała się iluzją.
Nie wiadomo, jaką technikę należało zastosować: typową dla zacięć (rozpieraczka) czy dla rys (klinowanie). Prostota metod ówczesnego free climbingu nie dawała w tym przypadku teoretycznego rozwiązania. Podczas pierwszej przymiarki Yaniro pokonał nie więcej niż 5 metrów i wziął blok. A potem…
„Wieszanie psów”
Tutaj muszę uczynić dygresję na temat stylu, w jakim powstały najtrudniejsze amerykańskie drogi. Najogólniej można go nazwać stylem oblężniczym, który polegał na tym, że po odpadnięciu wspinacz natychmiast był opuszczany na ziemię. Liny zazwyczaj nie wyciągano z przelotów – następowała wtedy kolejna próba, zakończona ewentualnym progresem w nieznanym terenie. Z czasem sprecyzowano to jako styl jo-jo – tożsamy z europejskim RK (Frankenjura). Wspinacz musiał przejść „czysto” cały ciąg trudności, tyle że w kolejnych przymiarkach odbywało się to częściowo na wędkę. Maniera, czy raczej etyczny wymóg natychmiastowego opuszczenia po odpadnięciu czynił takie oblężenie bardzo nieefektywnym, dlatego najlepsi, tacy jak Jim Collins czy Ray Jardine, zaczęli stosować patentowanie kolejnych ruchów tuż po zawiśnięciu, a przynajmniej dokonywali lustracji chwytów.
Nazwano to pogardliwie hangdogging, czyli „wieszaniem psów”, a protagoniści musieli liczyć się z niesławą czy wątpliwościami jeśli chodzi o to, czy zaliczyli drogę. Były okolice, w których hangdogging tępiono bardziej niż… wbicie nitu. Tak czy owak, zdecydowanie nie był to powód do dumy.

Przełom
I tutaj tkwi istota stylowego przełomu, jakiego dokonał Yaniro na Grand Illusion. O ile hangdogging ograniczał się do zapatentowania najbliższego terenu nad punktem odpadnięcia, o tyle Yaniro po prostu „przepałował” cały kluczowy fragment drogi, czyli przewieszające się zacięcie, a następnie zaczął patentować ją na wędkę.
Klinowanie palców było niesłychanie bolesne, a pozycje ciała, które czyniły je efektywnym, ogromnie wytężające. Stało się jasne, że drogę trzeba rozłożyć na czynniki pierwsze, tzn. wyekstrahować z niej pojedyncze ruchy i dla każdego z osoba znaleźć optimum ustawienia i optimum dynamiki.
Yaniro miał niezwykle analityczny umysł i szybko się zorientował, że oprócz zapatentowania każdego przechwytu musi radykalnie przebudować cały swój aparat mięśniowy – podczas wstawek zaangażowany był praktycznie każdy mięsień. To odkrycie stało się podstawą nowatorskiego podejścia. Wszak potrzeba jest matką wynalazków.
Po pierwsze, zbudował w domu z desek coś na kształt repliki Grand Illusion, co umożliwiało ćwiczenie poszczególnych klinowań i oswajanie się z towarzyszącym im bólem. Po drugie, zaczął stosować regularny trening oparty na naukowych podstawach, mający zbudować wydajność koniecznych do przejścia (de facto wszystkich) mięśni.
Początkowe próby na Grand Illusion spotykały się z uśmiechami politowania. Każde kolejne były jednak lepsze i powodowały, że sceptykom rzedły miny. Jednocześnie ciało Tony’ego zaczęło wykazywać dziwne podobieństwo do ciała Bruce’a Lee, filmowego idola lat 70. Podobieństwo całego image’u było bardzo wyraźne z tym zastrzeżeniem, że muskulatura Tony’ego wydawała się solidniejsza.
Przełomem był dzień, gdy Yaniro wykonał wszystkie pojedyncze przechwyty. Od tamtego momentu problem stał się arytmetyczny: jak poskładać przechwyty w całość. Wielka iluzja przybierała realną postać.
Nowa epoka
Wieńczące wszystkie te przygotowania przejście drogi nie miało w sobie nic z dramatu, ale było konsekwencją całego procesu przygotowań, który po raz pierwszy w historii free climbingu odbywał się zasadniczo poza skałą. Było ukoronowaniem godzin mozolnego treningu. Po przejściu Grand Illusion Tony stał się nie tylko najlepszym wspinaczem na świecie, lecz także pierwszym wielkim pakerem free climbingu.
Asekuracja na tej drodze podczas premiery streszczała się do trzech preplaced anchors na kluczowych 12 metrach, co daje się wyjaśnić jako trzy zaklinowane czy to kości, czy friendy (świeży wynalazek Raya Jardine’a), miała więc ewidentne cechy drogi sportowej (obitej). Runout nad kluczowymi trudnościami został jednak pokonany przez Yaniro bez dodatkowych przelotów. Styl i trudności zwiastowały nową epokę.
Wycena była szokująca. Oryginalnie 5.13+ (później 5.13 b/c), ponieważ w USA nie istniały drogi w stopniu 5.13 (sic!). Droga Phoenix Raya Jardine’a w Yosemitach z 1977 była wtedy jeszcze wyceniona na 5.12d, dopiero późniejszy retrograding przyznał jej 5.13a, czyniąc ją tym samym pierwszą 7c+ na świecie.
Co ciekawe wyceny, jaką zaproponował Yaniro, nikt nie zakwestionował, bowiem w krótkim czasie do Grand Illusion przystawiła się cała amerykańska czołówka z Johnem Bacharem na czele, niestety z mizernym efektem niewykraczającym poza pierwsze próby Tony’ego. Stało się oczywiste, że droga znajdowała się o lata świetlne ponad wszystkim, co istniało w Ameryce.
Wolfgang
Tym przekonaniem podzielił się z Niemcami John Bachar we Frankenjurze (1981, patrz powyżej), a uważnym słuchaczem tej opowieści okazał się… Wolfgang Güllich, dwa lata starszy od Tony’ego ambitny wspinacz, aspirujący do roli autora najmocniejszych przejść we Frankenjurze (chwilowo jego plany pokrzyżował Bachar). Bachar opowiedział mu nie tylko o klasie Grand Illusion, ale też o drakońskim reżimie treningowym, jaki wdrożył Yaniro.
Ten moment był decydujący dla dalszej kariery Niemca, który przyjął prosty schemat działania, w którym gwarantem sukcesu jest po prostu zdobycie przewagi fizycznej nad skalnym problemem. Uczeń miał rychło prześcignąć mistrza.
Tony dokonał powtórzenia Phoenix, które utwierdziło go w przekonaniu, że wycena Grand Illusion jest właściwa i nieprzeszacowana. Istnienie najtrudniejszej drogi świata stało się faktem i tak określiły to wydarzenie media wspinaczkowe (wtedy głównie anglojęzyczne).
Tymczasem Wolfgang Güllich po prostu pakował i w sezonie 1982 przyjął plan najprostszy, a jednocześnie najambitniejszy z możliwych: powtórzenie Grand Illusion.
Jego wyjazd do USA był precedensem w całej historii wspinania, ponieważ dotychczas pokonywano tysiące kilometrów, by zdobyć himalajskie szczyty czy wielkie i śmiałe formy skalne, takie jak Fitz Roy czy Cerro Torre. Güllich natomiast pojechał do Ameryki, aby pokonać kilkanaście metrów terenu skalnego, który miał opinię najtrudniejszego na świecie i który był jedynie test piece, a nie ścianą czy samodzielnym wierzchołkiem. Było to poważne przewartościowanie – pokonanie najtrudniejszej skałkowej drogi świata stało się równie prestiżowym celem jak wejście na Everest czy K2.
Na uporanie się z Grand Illusion Wolfgang potrzebował siedmiu dni wytężonej pracy. Zastosował podobną taktykę jak Yaniro, czyli hangdogging i patentowanie na wędkę. Czas potrzebny na powtórzenie był jednak drastycznie krótszy od tego, którego potrzebował Yaniro. Po tym przejściu Güllich był skrajnie wyczerpany, nie miał jednak wątpliwości, że wspinał się na najtrudniejszej drodze w życiu, która we Frankenjurze na pewno zainicjowałaby stopień X.
Podczas tego wyjazdu Wolfgang przeszedł też szereg najtrudniejszych dróg skałkowych Ameryki, włącznie z Phoenix i Cosmic Debris, zauważając ogromną różnicę w trudnościach na korzyść Grand Illusion. Stało się jasne, że to najtrudniejsza droga świata, a najlepszych wspinaczy jest dwóch, ze wskazaniem na Güllicha, który po prostu miał lepszy wykaz przejść. Nadchodził nowy mistrz – akuszer skalnych trudności.
W sporcie na najwyższym miejscu na pudle nigdy nie jest ciasno zbyt długo, niemniej Wolfgang Güllich musiał poczekać jeszcze dwa lata, zanim wytyczoną przez niego drogę uznano za najtrudniejszą na świecie. W 1983 roku poprowadził we Frankenjurze Mr. Magnesia (IX+). Była to najtrudniejsza wspinaczka w rejonie, choć do amerykańskiego ekstremu trochę jej brakowało.
Iluzja zdegradowana
Znów pechowo dla Niemców w tymże roku we Frankenjurze pojawił się Jerry Moffat, który poprowadził drogę Face, inaugurując stopień X (przeliczalny na francuskie 8a+). Teraz tę drogę okrzyknięto najtrudniejszą na świecie.
Była to nieco krzywdząca opinia dla Grand Illusion, lecz ambitny Wolfgang znalazł pocieszenie w tym, że droga znajdowała się tuż obok jego miejsca zamieszkania i mogła być doskonałym punktem odniesienia dla następnych projektów. Tak się też stało. Poprowadzona przez Güllicha Kanal Im Rucken otrzymała wycenę X (8b), stając się pierwszą na świecie linią o takich trudnościach. Güllich przez następne lata w materii ustanawiania najwyższych trudności nie oddawał pola i po dziś dzień pozostaje najbardziej utytułowanym wspinaczem.
Grand Illusion nie stała się nigdy standardem, tak jak jej następczyni, czyli Face. Przez dekady zanotowano stosunkowo nieliczne jej przejścia, większość z zastosowaniem preplaced gear. Pierwszego przejścia z instalacją sprzętu podczas prowadzenia dokonał Hidetaka Suzuki w 1988, a sztuka ta udała się później jedynie Tommy’emu Caldwellowi. Nie trzeba dodawać, że wtedy odczuwalne trudności wzrastają i są bliższe 8b.
Tak czy owak, rekord Grand Illusion polega na tym, że jej poprowadzenie było największym pojedynczym przeskokiem w skali trudności w historii free climbingu o cały pełny stopień w YDS (Yosemite Decimal System) i dwa w skali francuskiej. Później już nigdy takie zjawisko nie wystąpiło, np. 8b „poprawiono” jedynie o „+”, podobnie było w przypadku 8c, 9a i 9b.
Kariera wspinaczkowa Tony’ego Yaniro, choć długa, nie wyszła poza granice amerykańskiej lokalności. Nie zebrał tak znakomitego wykazu przejść w różnych rejonach świata jak Güllich, Edlinger, Glowacz, Moffat czy Ben Moon i wydaje się, że jest wspinaczem nieco mniejszego kalibru, aktorem jednego widowiska zatytułowanego Grand Illusion, choć sam dumnie określił się mianem ojca wspinania sportowego.
Lider czy samochwała?
Czy w tej samoocenie jest przesada, zadufanie czy samochwalstwo? Jeśli chodzi o wykaz przejść i admirację wspinaczkowej publiki Tony z pewnością nie jest liderem, jednak gdy spojrzeć na jego karierę pod kątem innowacji, które wprowadził do free climbingu i które całkowicie tenże zmodyfikowały, sytuacja jest zupełnie inna.
Zasługą Tony’ego jest wpojenie wspinaczom zależności, którą rozumiał już wcześniej każdy lekkoatleta: rekord nie wykuwa się jedynie na bieżni czy skoczni, jest zwieńczeniem długiego treningu opartego na aktualnej wiedzy.
To założenie i przykład, jaki dał, pozwoliły mu przeskoczyć trudności o dwa stopnie, a jednocześnie „zwerbować” naśladowców. Bez Tony’ego z pewnością nie byłoby wspinania sportowego w jego aktualnym kształcie, więc jego samoocena jest jak najbardziej zasadna.
W dodatku Yaniro był wytrwałym „preparatorem” dróg (nie dotyczy to oczywiście Pirate czy Grand Illusion) i jako pierwszy pojął, że zasadniczą cechą wspinaczkowych trudności jest „cyfra”. Tworząc z desek repliki klinowań na wspinaczkowym projekcie, był w pewien sposób ojcem sztucznych ścian i routessettingu.
Jego myślenie wyprzedziło epokę, jednak jako prorok nie został na czas zrozumiany w swoim kraju. Z proroctw skorzystali za to Niemcy, a nade wszystko Francuzi, gdyż to oni ostatecznie uformowali i zdefiniowali dwie linie rozwojowe wspinania sportowego – obite drogi i zawody na sztucznych ścianach.
Piotr Korczak
***
Specjalne podziękowania dla Heinza Zaka za udostępnienie zdjęć z Tony’ego Yaniro. A oto kilka słów od Heinza:
W 1979 roku oraz na początku lat 80., kiedy wspinaliśmy się w Yosemite, jak również w innych słynnych rejonach wspinaczkowych, zawsze mieliśmy wrażenie, że osiągnięcie Yaniro nigdy nie zostało należycie uhonorowane. Dopiero w 1982 roku, gdy Wolfgang Güllich dokonał 2. przejścia Grand Illusion, droga ta zyskała reputację jednej z najtrudniejszych na świecie — mimo że została poprowadzona już w 1979 roku, w czasie gdy w Alpine Clubie toczyły się jeszcze dyskusje, czy stopień 7 w ogóle jest możliwy.
***
Na podstawie:
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA
Yaniro no 4
Szkoda życia ;)
Odpowiedzi: 3
suzuki czy caldwell
[i]"Pierwszego przejścia z instalacją sprzętu podczas prowadzenia dokonał Hidetaka Suzuki w 1988, a sztuka ta udała się jedynie Tommy’emu Caldwellowi."[/i]…
Odpowiedzi: 4