DJ-wspin: Bartek „Uplifter” Pasiowiec
Kolejny wywiad z cyklu wspinanie i muzyka. Tym razem w ogniu pytań Bartek „Uplifter” Pasiowiec.
***
Jakiej muzyki słuchasz podczas treningów?
Pamiętam początki treningów na Koronie – wtedy z głośników leciał Boris Brejcha, ikona minimal-techno. Ja wolę bardziej melodyjne brzmienia – często trenuję do setów Miss Monique, Adriatique, Mathame czy Tale of Us. Do naprawdę mocnych sesji (np. interwałów) świetnie pasuje mocniejsze techno – Charlotte de Witte, Enrico Sangiuliano czy Maceo Plex zawsze dają odpowiedniego „kopa”.
Czy dostrzegasz jakieś wątki łączące muzykę i wspinanie?
Zdecydowanie. Pamiętam świetny wywiad z Piotrkiem Schabem, w którym opisywał proces pracy nad projektem w skałach – sklejanie ruchów, łączenie sekwencji, dopieszczanie całości. Dokładnie tak samo wygląda budowanie seta. Najpierw dobierasz utwory, potem łączysz je w logiczny ciąg, a na końcu tworzysz spójną całość.
Co cię natchnęło, by zacząć grać?
Takie przełomowe momenty były dwa. W 2019 roku po raz pierwszy pojechałem na duży festiwal (UNTOLD w Rumunii) z muzyką elektroniczną i po całonocnym, siedmiogodzinnym (!) secie Armina van Buurena przemknęła mi przez głowę myśl, że może warto byłoby kiedyś spróbować. Wtedy jednak kompletnie nie wiedziałem, jak się za to zabrać.
Dużo większym i decydującym „triggerem” było… afterparty po KFG w 2019 roku na Cube, gdzie za deckami stanął mój przyjaciel, Maciek Dobrzański. To wtedy, niemal na drugi dzień, zapadła decyzja, by kupić pierwszy, podstawowy kontroler i spróbować swoich sił za konsoletą. Dalej już wszystko potoczyło się szybko – oczywiście z nieocenioną pomocą Dobrzana, zarówno jeśli chodzi o pierwsze lekcje grania, jak i znalezienie okazji do występów.
Rozumiem, że impreza na KFG 2019 była dla Ciebie przełomowa. Które jeszcze dobrze wspominasz?
Tak! Wtedy po raz pierwszy na dużej wspinaczkowej imprezie grał DJ z naszego środowiska (pozdrawiam Dobiego!) i dla mnie był to moment formacyjny. Na wydarzeniach „środowiskowych” najbardziej cenię, gdy grają DJ-e związani z daną społecznością – ścianą, klubem, festiwalem. To buduje klimat i sprawia, że impreza staje się wyjątkowa.
Rok temu miałem przyjemność samemu stanąć za deckami na afterze w Bronxie – i mam nadzieję, że nie był to ostatni raz.
Ciepło wspominam też Boulder Pompę, La Jurę oraz Festiwal Górski w Lądku-Zdroju, gdzie od kilku lat istnieje osobna scena SAKWY – miałem tam okazję grać dwukrotnie.
Opowiedz o swoich doświadczeniach z La Jurą.
La Jura to bez wątpienia jeden z „kamieni milowych” w mojej DJ-skiej drodze (choć słowo „kariera” brzmi tu zbyt poważnie).
To tam po raz pierwszy zagrałem na dużej, plenerowej scenie, z profesjonalnym nagłośnieniem i ekipą techniczną. Przez lata była to impreza, do której przygotowywałem się z największym zaangażowaniem – chciałem zawsze dać ludziom coś wyjątkowego.
Cieszę się, że mogłem być częścią jej rozwoju i dorzucić swoją cegiełkę. Kiedyś graliśmy z Dobim jako jedyni DJ-e na jednej scenie. Teraz sceny są dwie, a line-up liczy kilkunastu artystów. To najlepiej pokazuje, jak bardzo ten festiwal urósł – i jak bardzo scena elektroniczna w środowisku wspinaczkowym się rozwinęła.
Jakie gatunki muzyczne lubisz, jakie grasz na imprezach?
Od samego początku najważniejszym elementem w muzyce była dla mnie warstwa melodyczna. Choć wiele podgatunków elektroniki kojarzy się z surowym, powtarzalnym bitem, mnie zawsze fascynowały te bardziej „nasycone” dźwiękami – jak trance czy melodic techno. Zresztą słuchałem ich na długo, zanim w ogóle zacząłem grać, więc naturalnie stały się gatunkami, które zdefiniowały mój styl. Nie oznacza to oczywiście, że się zamykam – po prostu w tych konkretnych czuję się najlepiej i najlepiej oddają to, co chcę przekazać muzyką.
Skąd u ciebie zainteresowanie akurat tymi nurtami?
W przypadku trance to długa historia. Już jako dzieciak zachwycałem się setami Tiësto, będącego jednym z prekursorów gatunku i przez lata uznawanego za numer 1 na świecie. Później przyszła fascynacja Arminem van Buurenem i jego audycją A State of Trance, której wiernym słuchaczem jestem do dziś.
Trance jest dla mnie najlepszym nośnikiem emocji – niewiele gatunków potrafi oddać ich pełen wachlarz. A że emocje są dla mnie ważne – zarówno w życiu, jak i za konsoletą – to chyba jesteśmy dla siebie stworzeni (śmiech).
Z melodic techno historia jest krótsza, bo to stosunkowo młody nurt, ale widzę w nim sporo inspiracji klasycznym trance’em – choćby przez charakterystyczną budowę utworów z „breakdownem” poprzedzającym drop, często z emocjonalnym wokalem, który trafia prosto w serducho.
Czy na imprezach lubisz pomieszać różne gatunki w jednym secie?
Dobrze, że doprecyzowałeś, że chodzi o gatunki (śmiech). Raczej rzadko jest na to przestrzeń. Staram się, by moje sety były spójne – gatunkowo, strukturalnie i tonacyjnie. Oczywiście są style, które dobrze ze sobą współgrają, więc jeśli gram dłużej, lubię zaczynać od spokojniejszych, progresywnych klimatów i stopniowo przechodzić w trance’owe dźwięki z mocniejszym ładunkiem energii. Wszystko da się zrobić – byle z wyczuciem i smakiem.
Czy ten podział na gatunki jest kluczowy podczas imprez?
Swoją bibliotekę muzyczną układam nie tylko według gatunków, ale też poziomu energii i tempa kawałków – to pozwala szybko reagować na to, co dzieje się pod sceną.
Skąd czerpiesz inspiracje i nową muzykę?
Muzyka towarzyszy mi praktycznie codziennie w pracy, więc siłą rzeczy jestem na bieżąco z twórczością DJ-ów, których śledzę. Jeśli coś wpadnie mi w ucho, od razu kupuję – korzystam głównie z Beatport i Bandcamp. Sporo ciekawych rzeczy można też znaleźć na SoundCloud – wielu twórców udostępnia tam swoje remixy i bootlegi. Jestem też w kilku grupach na Facebooku i Discordzie, gdzie DJ-e wymieniają się trackami.
Ważny temat to dla mnie legalność muzyki – „piracenie” z YouTube czy Spotify to, moim zdaniem, gwałt na sztuce. Nie tylko odbiera to twórcom przychody, ale i pogarsza jakość dźwięku.
Czy produkujesz własną muzykę lub remiksy?
Produkcja to wyższa szkoła jazdy – wymaga solidnej wiedzy z teorii muzyki, umiejętności i czasu. To obszar, w który dopiero chcę wejść. Na razie lubię robić mash-upy, czyli łączenie dwóch utworów – np. acapelli z jednego z podkładem z drugiego. Efekty potrafią być naprawdę zaskakujące i dają mi poczucie tworzenia czegoś autorskiego.
Kto jeszcze w środowisku wspinaczkowym robi coś fajnego z muzyką?
Na pewno Maciek Dobrzański – oprócz DJ-ki gra też w punkowym zespole Jabolowe Tulipany. Doceniam też moich kolegów z KS Korona, czyli Robcia i Pchełę z kolektywu Deep Impact, a także Wadima Jabłońskiego, który potrafi zabrać kontroler na wyprawę do Patagonii czy Himalajów i nagrać seta w absolutnie niepowtarzalnych okolicznościach.
A co tam słychać w twoim wspinaniu?
Nic spektakularnego, ale wciąż daje mi to tyle samo radości co granie. Staram się regularnie trenować, startować w towarzyskich zawodach (a czasem zagrać po nich na afterze) i szukać nowych kamieni do powalczenia – najlepiej takich, na które można wejść „od trudnej strony” (śmiech).
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA





