„The Great Gig in the Sky” aka „Mogło być gorzej” – Wadim Jabłoński i Michał Czech opowiadają o swojej wspinaczce na Chumik Kangri
Kilka dni temu dotarły do nas świetne wieści z Pakistanu. Zespół Michał Czech (Millet, Grivel, Agrest), Wadim Jabłoński (Millet, Agrest) i SłowakAdam Kaniak (Mountain Equipment) dokonali pierwszego wejścia na Chumik Kangri (6754 m). Wspinaczka zajęła im 3 dni, w efekcie powstała droga The Great Gig in the Sky na ok. 1000-metrowej południowej ścianie góry. Trudności, jakie raportuje zespół, sięgnęły M6, A1. A tak Michał i Wadim opowiadają o tej eksploracyjnej przygodzie.
***
Sprocket (wspinanie.pl): Skąd pomysł na wyprawę w takie miejsce? O ile wiem konsultowaliście z Januszem Majerem inne cele, ale w końcu wytypowaliście Chumik Kangri.
Michał Czech: Jeśli chodzi o organizację tego typu wyprawy znaczna część sukcesu zależy od czasu spędzonego przed komputerem na szukaniu celów. Chumik Kangri pojawił się na Google Earth jako jeden z wyższych, oznaczonych na mapach, niezdobytych szczytów w Karakorum. Byliśmy przekonani, że nie da się tam zdobyć permitu, więc zaczęliśmy organizować wyprawę w inne miejsca, np. do doliny Kondus.
Wadim Jabłoński: Składaliśmy też wniosek na Tybet i kombinowaliśmy z innymi szczytami w Nepalu, ale Tybet z wiadomych powodów spalił na panewce [władze Chin bardzo rzadko wydają pozwolenia na wspinanie]. Pomoc Janusza Majera w tym roku dotyczyła głównie Tybetu.
Michał: Rozmowy z Januszem dały nam też szerszy kontekst, w jakich rejonach szukać szczęścia. Istotne było dla nas, by cel był ciekawy wspinaczkowo, a jednocześnie na niezdobytym do tej pory szczycie. Ostatecznie trafiliśmy do doliny Gyong (Karakorum, Pakistan) i na Chumik dzięki temu, że agent, z którym się kontaktowaliśmy, poinformował nas, że można zdobyć permit na ten szczyt.
Wadim: Wcześniej próbowaliśmy z innymi górami, ale okazywało się, że albo ktoś już tam się wybierał, albo wspinaczka jest tam niemożliwa. W marcu, dość późno i nagle, dostaliśmy informację o tym celu.
Michał: Znaleźć ciekawy, wspinaczkowy, bezpieczny i ambitny cel, nie będąc wcześniej w danym miejscu, jest o wiele trudniej. Łatwiej spojrzeć na swoje zdjęcia lub zdjęcia kolegów i ocenić możliwości.

Góra znajduje się w nowo udostępnionym rejonie. Jak to wpłynęło na logistykę? Czy mieliście kłopoty z dostaniem się do bazy?
Wadim: Góra znajduje się w silnie zmilitaryzowanym rejonie graniczącym z terytorium spornym, kontrolowanym przez Indie. Im bliżej bazy, tym więcej było posterunków wojskowych. Słynny Gyong Camp znajduje się tuż przed lodowcem, koło którego mieliśmy Base Camp. Dzięki permitowi i kompetentnemu agentowi przechodziliśmy przez posterunki gładko, choć z drobnymi wyjątkami – byliśmy pierwszymi turystami po 45 latach, więc wszyscy chcieli nas witać, częstować jedzeniem i gościć, co trochę komplikowało sprawę (śmiech).
Michał: Logistyka była bardziej skomplikowana przez konieczność meldowania się na checkpointach, ale z drugiej strony bardzo prosta. Dzięki bazie wojskowej na końcu doliny żołnierze wybudowali drogę, więc do Base Campu dojechaliśmy jeepami, co wyeliminowało konieczność trekkingu. Formalności załatwiał agent, my nie musieliśmy nigdzie za tym chodzić – cała dokumentacja była po jego stronie (trzeba przyznać, że radził sobie z tym świetnie). Dodatkowym czynnikiem był wymóg posiadania oficera łącznikowego, wynikająca z przepisów dla szczytów powyżej 6500 m w Pakistanie oraz z faktu, że to teren przygraniczny i zmilitaryzowany.
Wadim: Nasz oficer, bardzo fajny człowiek, towarzyszył nam przez całą wyprawę i wyjaśnił, że w tym rejonie oficer łącznikowy jest wymagany nawet na niższe szczyty.

Na wyprawę pojechaliście w trójkowym zespole – Michał i Wadim znacie się bardzo dobrze. Jakie mieliście wcześniejsze doświadczenia z Adamem?
Michał: Z Adamem znaliśmy się od paru lat przez Internet, wymienialiśmy doświadczenia, zadawaliśmy pytania. „Fizycznie” wspinaliśmy się razem na obozach organizowanych przez Wadima w Tatrach, grudniowych obozach wspinaczkowych PZA PHS GM [Polski Himalaizm Sportowy i Grupa Młodzieżowa], a także zimą w Tatrach i w skałach poza tymi obozami. Wiedzieliśmy, że możemy na nim polegać. Na wyprawie okazało się, że Adam jest też fajnym gościem. Nie było żadnej spiny, konfliktów ani negatywnych wspomnień. Super człowiek.
Wadim: Na koniec zdobył nawet certyfikat z polskiego na poziomie B1 (śmiech), więc śmiało można go zabierać na kolejne wyprawy.
Michał: A na KFG może zrobić prezentację bez tłumacza.
Wadim: Początkowo planowaliśmy jechać z Maćkiem Kimelem, ale w marcu miał wypadek w Tien-szanie i poważną operację. Do połowy czerwca nie był pewien, czy da radę jechać. Ostatecznie zrezygnował ze względów zdrowotnych, a Adam był pierwszą osobą, o której pomyśleliśmy i do której się odezwaliśmy. Wiedzieliśmy, że „dobre lezie a dobre pije” (śmiech).
Michał: Pasował do nas profilem i osobowością. Inna sprawa, że nie każdy jest w stanie w dwa miesiące zdecydować się na miesięczną wyprawę do Pakistanu na dziewicze szczyty.

Nie mieliście pewnie zbyt wielu informacji o górze i ścianie. Jak wasze wyobrażenia zderzyły się z tym, co zastaliście na miejscu?
Wadim: Istniało jedno zdjęcie Chumika w sieci, całkiem dobre, ale pokazywało tylko środek ściany i górny lodowiec. Wynikało z niego, że dostęp pod ścianę może być problemem, co się potwierdziło. Staraliśmy się zdobyć maksymalnie dużo informacji przed wyjazdem. Łukasz Stępek z Sharpmap przygotował nam mapy offline, dzięki którym wiedzieliśmy, które miejsca mają potencjał na aklimatyzację, które są za strome, i gdzie może biec droga podejścia. Plus minus to się sprawdziło. Mieliśmy też pozwolenie na Gharkun, ciekawy sześciotysięcznik, zdobyty (w sumie nie do końca) w latach 70. przez Japończyków w stylu oblężniczym, od łagodniejszej strony niż północna ściana (Japończycy weszli na Gharkun East). Tutaj zupełnie jednak nie wiedzieliśmy, jak wygląda ta góra. Na miejscu okazało się, że to bardzo poważny cel, którego główny wierzchołek pozostaje niezdobyty. Rozminęło się to z moimi wyobrażeniami.

Michał: Zdjęcia satelitarne pokazywały, że ściana Gharkuna jest duża i poważna, ale ilość seraków i obiektywnych zagrożeń w połączeniu z naszym mniejszym doświadczeniem w takim terenie sprawiła, że wybraliśmy Chumik. Mierzyliśmy siły na zamiary, chcąc zmaksymalizować szanse na sukces. Największym znakiem zapytania było podejście pod naszą ścianę. Na zdjęciu widzieliśmy ładny pomarańczowy granit, co obiecywało litą wspinaczkę z sensowną asekuracją, ale podejście było kluczowym problemem. Rozpoznaliśmy je podczas wyjścia aklimatyzacyjnego, znajdując optymalną i bezpieczną linię. W Karakorum południowe ściany powyżej 6000 m bywają śmiertelnie niebezpieczne – widzieliśmy, ile kamieni spada we wklęsłych formacjach.
Jak zdobyliście aklimatyzację?
Wadim: Chodziliśmy wokół Base Campu, robiąc krótsze i dłuższe spacery. Z mapy wynikało, że możemy wejść na 5800 m po kamienistym zboczu. Wiedzieliśmy, że musimy rozpoznać drogę na lodowiec i spróbować pójść wyżej, ale nie było to proste.
Michał: Czuliśmy się w miarę dobrze zaaklimatyzowani na czas wspinaczki. Minusem był brak odpoczynku między aklimatyzacją a wyjściem, co wynikało z prognoz pogody, oraz brak wspinania w ramach aklimatyzacji, co obniżyło naszą sprawność wspinaczkową na wysokości. Ogólnie aklimatyzacja wyszła całkiem dobrze.
Wadim: Spaliśmy maksymalnie wysoko, przed akcją byliśmy na 6100 m. Nie mieliśmy problemów z bólami głowy, choć na ostatnim biwaku w zasadzie nie udało nam się dobrze przespać, ale nie było to dramatyczne. W sumie nasza „bieda-aklimatyzacja” zadziałała całkiem dobrze na ten wysoki sześciotysięcznik.

Czy gdzieś w okolicy działały inne wyprawy?
Michał: Przyjeżdżając do Base Campu, dowiedzieliśmy się od agenta, że dwa dni po nas przyjeżdża jakaś dwójka Francuzów z pozwoleniem na Chumik. Mieliśmy dwa dni przewagi, więc zaczęliśmy działać, korzystając z pogody, i zastanawialiśmy się, kto przyjedzie.
Wadim: Okazało się, że to nie Francuzi, a Simon Messner i Martin Sieber z pięcioosobową ekipą filmową. Jeden z nich miał na imię Franz i tak zadziałał pakistański głuchy telefon…
Michał: Film nie dotyczył tylko ekspedycji, ale życia Simona jako farmera w Tyrolu, syna słynnego alpinisty [Reinholda Messnera]. Ich przybycie chwilowo zabiło czar miejsca. Nagle nie byliśmy sami w dolinie po wielu latach – pojawiło się prawie dziesięć namiotów, druga baza, drony, kamerzyści.
Wadim: Jednak chłopaki okazali się być spoko. Na początku była wizja niezdrowej konkurencji, ale po rozmowach było bardzo miło. Chodziliśmy razem na buldery. Postanowiliśmy robić swoje, nie przyspieszając ani nie zwalniając, niezależnie od ich działań. Oni mieli tylko trzy tygodnie i chcieli skrócić aklimatyzację oraz iść inną drogą.
Michał: Po aklimatyzacji przeanalizowali ścianę i uznali, że mają za mało czasu, a szybsze opcje są zbyt niebezpieczne. Zrezygnowali z próby zdobycia szczytu i wrócili. Miło wspominamy ich towarzystwo i zaprosiliśmy ich na obóz wspinaczkowy w Tatrach po KFG.
Wadim: Suma summarum nie wyszło tak źle, jak myśleliśmy. Gdyby zostali, podzielilibyśmy się górami – są przecież duże.

Patrząc na linię drogi, wydaje się, że dobrze odczytaliście formację i słabe punkty, ale to z perspektywy monitora i fotela. Jak było naprawdę?
Wadim: To był proces – długo lustrowaliśmy tę ścianę przez aparaty. Robiliśmy zdjęcia z różnych miejsc podczas aklimatyzacji.
Michał: Ogólna koncepcja, której części ściany chcemy się trzymać, była założona z góry. Wiedzieliśmy, że to najbardziej odpowiadająca nam linia pod względem kompetencji wspinaczkowych, potencjalnych miejsc biwakowych i obiektywnego ryzyka. Długo dyskutowaliśmy jednak gdzie rozpocząć wspinaczkę i gdzie potem, w górnych partiach, wyjść ze ściany.
Wadim: Zejście nastręczało najwięcej znaków zapytania. To południowa ściana, a przez globalne ocieplenie tam, gdzie kiedyś był lód, teraz jest gruz.
Michał: Ten rok w Karakorum jest ekstremalnie ciepły. Śledząc inne wyprawy – np. Francuzów na Gasherbrum IV – słyszeliśmy o trudnych warunkach. A na miejscu widzieliśmy, że na lodowcu pod ścianą leżały sterty gruzu, a kamienie cały czas się sypały. Słyszeliśmy obrywy w nocy i w dzień. Wybór drogi zejściowej budził obawy – zastanawialiśmy się, którędy zejść.
Wadim: Nie próbowaliśmy innych linii, ale wybrana przez nas była chyba optymalna. Mogło być gorzej – to alternatywna nazwa naszej drogi. (śmiech)
Michał: Skoro żaden kamień ani głaz wielkości fotela nie spadł nam na głowę, to można powiedzieć, że była to optymalna linia. (śmiech)

Wspominacie w relacji dla PZA o niepewności jaka towarzyszyła wspinaczce po filarze. O który fragment chodzi dokładnie? Jaka to była formacja?
Michał: Tak naprawdę było sporo ważnych momentów podczas tej wspinaczki, na przykład ze względu na to, że nasze wejście na filar przecinało eksponowane pole lodowe w centralnej części ściany. Zdecydowaliśmy się na pobudkę o pierwszej w nocy i około drugiej wyszliśmy z namiotów. To był istotny moment, bo dzięki bardzo sprawnemu tempu na podejściu udało nam się przekroczyć to pole lodowe pół godziny, może godzinę przed tym, kiedy zaczęły się tam sypać kamienie. Kolejna sprawa to samo wejście na filar, gdzie z daleka wypatrzyliśmy zacięcie, którym można się na niego dostać. Nie wiedzieliśmy jednak, jakie trudności ta formacja będzie oferować. Ta około stumetrowa ścianka wyprowadzająca na ostrze filara była całkiem „wspinalna” i byliśmy w stanie pokonać ją klasycznie i sprawnie.
Wadim: Ważny był też biwak. Wiedzieliśmy, że gdzieś tam jest pole śnieżne, ale finalnie dotarliśmy na nie dość wcześnie i postanowiliśmy iść dalej. Okazało się, że dalej była śnieżna grańka, o której wcześniej nie mieliśmy pojęcia, bo zlewała się z resztą ściany i nie widzieliśmy jej z naszego punktu obserwacji. Zagadką była też druga część filara. Od pierwszych dni, kiedy z teleobiektywem lustrowaliśmy filar, zastanawialiśmy się, czy będzie możliwość wytrawersowania w lewo do lodowego kuluaru – nie byliśmy pewni jak to będzie wyglądało. Po opadzie zobaczyliśmy jakieś formacje – półki, skosy – które mogły połączyć filar z kuluarem, ale to była wielka niewiadoma. Drugi dzień wspinania to było poszukiwanie formacji, które pozwolą sforsować górną część filara. Był tam wyciąg hakowy, którego nie dało się ominąć, a także ciekawe rozwiązanie „świecznika” filara z obniżeniem, bardzo eksponowanym zacięciem i zjazdem do kuluaru. Nie wiedzieliśmy, jak to będzie wyglądać, a ja wyobrażałem sobie to miejsce zupełnie inaczej.

Michał: Linia naszej wspinaczki była też determinowana warunkami śnieżnymi. Czasem musieliśmy wybierać między stromym, trudnym wyciągiem w dobrej jakości skale z sensowną asekuracją, który z drugiej strony był męczący, a terenem śnieżno-lodowym ze słabej jakości śniegiem, lodem i luźnymi blokami. „Świecznik” na wysokości około 6550 m bardzo nas zmęczył, bo techniczne wspinanie na takiej wysokości z plecakiem jest wyczerpujące. Myślę, że przy lepszych warunkach śnieżno-lodowych nasza linia mogłaby być poprowadzona inaczej. Ale góra filara, ten „świecznik”, to był majstersztyk. Jestem bardzo dumny z tego, jak poprowadziliśmy u góry tę linię. Sprzyjało nam szczęście. Weźmy choćby taki trawers z obniżeniem w dużej ekspozycji, by wydostać się na przełączkę między turniami, czy potem wyciąg do diagonalnego zjazdu w śnieg – to byłoby niemożliwe, gdyby nie mała półeczka, na której ledwo mieściły się przody raków. Góra drogi była bardzo ciekawa i stroma. Na zdjęciach wszystko się zlewa, trudno ocenić, czy coś jest strome, czy łatwe. Zaskoczyły nas trudności wspinaczkowe drugiego dnia – to nie były połogie trójki, tylko rzetelne, całkiem strome wspinanie.

Eksploracja, przygoda, zabawa – to motto Sakwy. Jak było na tej wyprawie?
Wadim: Myślę, że mottem było „Mogło być gorzej”.
Michał: Trochę tak, ale aspekt eksploracyjny niesamowicie mnie cieszył. Podjarany chodziłem po dolinie, myśląc, że nikogo tu przed nami nie było i sami musimy wszystko wymyślić, znaleźć. To dla mnie było bardzo ważne. Gdybym miał wybierać kolejne cele na wyprawę, wolałbym rejon, gdzie wszystko jest nowe, bez ścieżek, kopczyków czy stanowisk zostawionych przez poprzednie zespoły.
Wadim: Od pierwszego dnia chodziliśmy własnymi ścieżkami, udoskonalając warianty. Widać było fajny proces, w którym to, co robimy, staje się lepsze. Zabawa przyszła dopiero po realizacji głównego celu. Wcześniej to była ciężka praca, z bardzo małą liczbą dni restowych w Base Campie, poza trzema dniami niepogody na początku.
Michał: Przygoda to zawsze jest jak się jedzie w tego rodzaju góry – to również ważny czynnik.

Czy mieliście trudniejsze momenty?
Wadim: Zdecydowanie po drugim biwaku.
Michał: Dla mnie najtrudniejszym momentem całej akcji było pierwsze popołudnie. Czułem się wypalony, wyniszczony po wspinaniu, było go po prostu za dużo. Plecak był za ciężki, linę za bardzo przeszytwniałem – kiedy doszedłem do pierwszego biwaku byłem kompletną amebą. Potem czułem się coraz lepiej, ale najtrudniejszy na takich wyprawach jest dla mnie proces aklimatyzacji – boli głowa, człowiek jest wolny, osłabiony, wszystko wtedy jest trudniejsze.
Wadim: Ja z kolei miałem ciągłe poczucie zatrucia pokarmowego i permanentnego osłabienia, więc trudno mi wskazać jeden moment. Ale Adam miał problem przy szczycie, prawda?

Michał: Tak, ostatniego dnia od rana stracił czucie w stopach, prawdopodobnie przez zbyt mocno docisnął w butach BOA i miał za bardzo dociągniętą zewnętrzną cholewkę. Pod szczytem mówił, że już długo nie czuje palców i trzeba coś z tym zrobić. Na szczycie zaaplikowaliśmy mu heparynę w brzuszek i roztarliśmy palce. Potem było już lepiej. Ze względu na styl light&fast nie zabraliśmy substancji rozgrzewających czy rozrzedzających krew.

Czy w zespole panowała demokracja, czy ktoś podejmował decyzje?
Michał: Raczej demokracja. Nawet jeśli ktoś miał inną wizję, to dyskutowaliśmy. Kilka razy mieliśmy odrębne pomysły (ja np. chciałem w innym miejscu wejść w ścianę), ale ostatecznie akceptowaliśmy zdanie pozostałej dwójki.
Wadim: Chodzi o dyskusję. Jeśli ktoś miał pomysł i dobrze go uargumentował, można było zmienić zdanie. To nie była wyprawa z lat 80. z kierownikiem. Wspólnie rozwiązywaliśmy problemy, a osoba, która czuła się najlepiej i miała fajną koncepcję, ciągnęła zespół do przodu. Sprawdziło się to.

Zejście nie wyglądało łatwo, było długie i skomplikowane. Dało wam w kość?
Wadim: Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że zejście częściowo było drogą, o której nie mieliśmy dużo informacji. To co kryło się za granią to znaliśmy jedynie z map Łukasza i pozostawało w sferze domysłów. Teren okazał się zupełnie inny, niż myśleliśmy. Simon i Martin właśnie dlatego nie zdecydowali się atakować tej góry naszą drogą zejściową, bo trudno się wbić w grań przez dużą ilość kruszyzny i niejasne miejsce startu. Zjeżdżaliśmy tamtędy w nocy i było to obrzydliwy, paskudny, kruchy i nieprzyjemny teren. Na szczęście zjeżdżaliśmy nim po ciemku.
Michał: Wejście na grań to spore trudności i zagrożenia obiektywne. Schodząc, grawitacja nam sprzyjała, więc zjeżdżaliśmy tym niewdzięcznym terenem. Oni, wspinając się od dołu, musieliby pokonać te trudności, spędzając więcej czasu w tak niebezpiecznym miejscu. My na szczęście byliśmy krótko – może dwie godziny – w nocy, w cieniu, więc nic nie spadło.
Wadim: Zejście nie było bardzo długie. Składało się z grani po serakach lodowca, gdzie lód był kiepskiej jakości. Stromsze fragmenty schodziliśmy, potem zjeżdżaliśmy z Abałakowów w lepszej jakości lodzie. Potem dotarliśmy do miejsca, gdzie grań się wypłaszcza. Tam zdecydowaliśmy się zjechać ścianą około 400 metrów, mniej więcej 10 zjazdów. Staraliśmy się maksymalizować bezpieczeństwo, wybierając osłonięte stanowiska, by nie zrzucić kamieni na głowę. Mimo, że skała była paskudna, z przyklejonymi płytami, flake’ami, to ostatecznie zjazdy nie były jakimś traumatycznym doświadczeniem.

Pierwsze wejście na taki szczyt po ponad 1000-metrowej ścianie daje dużo radości. Jak świętowaliście sukces i czy był sakwowy Żubr?
Michał: Niestety, w Pakistanie z Żubrem nie jest tak łatwo.
Wadim: Na samo słowo Żubr cieknie nam ślinka. Po akcji zeszliśmy szybko przez wiszącą ściankę i lodowiec i udało nam się zrobić jeden dzień relaksu w bazie, a potem goniliśmy ściągnąć depozyty. Następnego dnia zwijaliśmy Base Camp.
Michał: Odpoczynek w stylu wylegiwania się, jedzenia i picia przyszedł teraz, bo mamy trzy dni do lotu powrotnego. Świętować będziemy na KFG i na Sakwie.

To nie pierwsza wasza droga w wysokich górach. Jak ją będziecie wspominać i czy jest sens porównywać tę przygodę do poprzednich?
Michał: To może nie pierwsza, ale też nie było ich wiele. To mój drugi raz w Pakistanie. Porównując do poprzednich dróg z Wadimem i Maćkiem w Karakorum cztery lata temu, ta była zdecydowanie najpoważniejsza. Góra była duża, podejście skomplikowane, trudności wspinaczkowych było więcej i były bardziej skondensowane, wycof byłby trudny i kosztowałby nas pewnie sporo sprzętu, a zejście nieznaną drogą dodatkowo podnosiło rangę. Generalnie Chumika umieściłbym bardzo wysoko w hierarchii moich przygód.
Wadim: Ja porównałbym to do wspinaczki Chobutse z Maćkiem Kimelem. Tu było trudniej technicznie, z większym aspektem eksploracyjnym – nie wiedzieliśmy, jak to będzie wyglądało, bez informacji, jaki mieliśmy wtedy o próbie rumuńskiej na Chobutse. To był wir przygody. Chobutse było z kolei dużą górą, dużo czasu tam spędziliśmy, szczególnie w zejściu. Ale ostatecznie nie chcę wartościować, która przygoda była lepsza czy trudniejsza. Jednak przygoda na Chumik to zdecydowanie krok w stronę poważnych wspinaczek, akcji wymagających całego bagażu doświadczeń (zarówno alpinistycznych, jak i życiowych).

Nie mogę nie zapytać o nazwę – Great Gig in the Sky. Dla seniorów konotacja jednoznaczna. A Wam z czym się kojarzy? (śmiech)
Pozostańmy przy wersji oficjalnej – faktycznie słuchaliśmy „Dark Side of the Moon” Pink Floyd po akcji górskiej leżąc przed namiotami, patrząc na górę i rozgwieżdżone niebo i tak nam się spodobało. Nie da się ukryć, że stary psychodeliczny rock jakoś wpasował się w tę sytuację (śmiech)
***
Chumik Kangri (6754 m)
- Michał Czech (Millet, Grivel, Agrest), Wadim Jabłoński (Millet, Agrest), Adam Kaniak (Mountain Equipment)
- 14-16.09.2025
- 1. wejście na szczyt, droga południową ścianą
The Great Gig in The Sky, ok. 1100 m przewyższenia, M6, A1 - 2 biwaki, pierwszy na ok. 6250 m, drugi na 6600 m
Dziękujemy głównemu sponsorowi wyprawy – PZA & Ministerstwo Sportu i Turystyki oraz słowackiemu JAMES. Dziękujemy firmom: Lyofood, Marta, Adventure Menu oraz naszemu agentowi Aliemu Saltoro z firmy Adventure Guides Pakistan.
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA
Świetny wywiad!
Gratulacje dla zespołu!. Przeczytałem z przyjemnością do końca. Szkoda, że jak moje pokolenie było w Waszym wieku, liczyło się tylko…
Odpowiedzi: 4