Pierwsze zimowe solo na Cerro Torre. Niesamowita wspinaczka Colina Haleya
Spis treści
- Ragni Route, Cerro Torre
- Wspinaczka Haleya – pierwsze zimowe solo na Cerro Torre
- Historia – Cerro Torre i Colin Haley
Ukształtowanie i kolor lodowej czapy Cerro Torre zachwycają. Nawisy, seraki i rynny, a przede wszystkim tunele, które wiatr formuje w przycupniętym na skale mini-lodowcu, to specyficzny krajobraz wspinaczkowego raju, nadal stosunkowo pustego i dzikiego, głównie ze względu na spore trudności techniczne, jakie trzeba pokonać, by stanąć na ikonicznym szczycie. I choć Ragni Route to nominalnie najłatwiejsza z dróg na Cerro Torre, nikt wcześniej nie przeszedł jej zimą solo. Jako pierwszy, 7 września tego roku, dokonał tego Colin Haley.

Słońce zaszło już dawno, ale to nie miało znaczenia. W lodowej szczelinie o szerokości klatki piersiowej tuż pod szczytem Cerro Torre i tak było ciemno. Wciśnięty pomiędzy masy lodu Haley walczył o każdy centymetr. Poniżej zostawił niemal wszystko: kurtkę, rękawice, grigri, prowiant z kieszeni, a nawet kask. Mimo to ledwo się mieścił. Tkwił w tej sytuacji już od ponad dwóch godzin, ale nadal był zdeterminowany. „Pomyślałem: albo uda mi się jakoś przecisnąć, albo to koniec”.
***
Ragni Route, Cerro Torre
Ragni Route (WI5+ M4) to droga pierwszych zdobywców (wspinacze grupy „Ragni di Lecco”: Casimiro Ferrari, Daniele Chiappa, Mario Conti i Pino Negri, 1974 r.) i najłatwiejsza z dróg wiodących na szczyt Cerro Torre (3133 m). Równocześnie jest to najtrudniej dostępna droga w całym masywie – podejście pod zachodnią ścianę to 45 km w zróżnicowanym alpejskim terenie. Dodatkowo jej trudności zazwyczaj (bo czasem zależy to od warunków) rosną stopniowo wraz z wysokością. Za najtrudniejszy uważa się ostatni wyciąg, na którym w zależności od ukształtowania lodu, zazwyczaj celuje się w jeden z naturalnych tuneli lodowych utworzonych przez wiatr. To najbezpieczniejsza i często najłatwiejsza opcja. Takie tunele i inne szalone formacje znajdują się również w innych miejscach na drodze. Droga liczy około 1000 m wysokości od startu trudności technicznych.
Wspinaczka Haleya – pierwsze zimowe solo na Cerro Torre
Haley przybył do El Chaltén z początkiem sierpnia. Chciał jak najszybciej przenieść sprzęt i zapasy jak najbliżej podstawy ściany. Wykonał cztery kursy, co dało łącznie siedem i pół dnia ciężkiej pracy fizycznej. Depozyt złożył na Filo Rosso, osłoniętym miejscu biwakowym niedaleko startu Ragni Route.
Właściwą akcję rozpoczął 4 września, gdy w ciągu jednego dnia przebył na nartach trasę z El Chaltén do Circo de los Altares pod Cerro Torre. Kolejnego dnia wspiął się z kotliny na Filo Rosso, pokonując fragmenty M4, które wcześniej zaporęczował krótkimi odcinkami lin, po czym drugą część dnia wykorzystał na odpoczynek.
Tu zaczyna się „prawdziwe” wspinanie: 600 metrów skały i lodu – mikstu o charakterze alpejskim, a później: eksponowane, żłobkowane, napowietrzone, szronowate i trudne do asekuracji lody patagońskie.

6:45, 6 września. Haley pakuje biwak i rusza w górę. Pierwsze wyciągi (do około jednej długości liny powyżej Przełęczy Nadzieji) idzie na żywca. Później już niemal wszystko z asekuracją. Jak wspomina, gdyby nie ciężki zimowy sprzęt prawdopodobnie czułby się zupełnie komfortowo przechodząc mniej więcej połowę wyciągów free solo.
Tego Haley pokonał wszystkie wyciągi drogi poza trzema ostatnimi (i kluczowymi).
Warunki były zaskakująco dobre, z pewnością wspinałem się tam w gorszych. Było zauważalnie mniej kruchego szronu. Były to jednak warunki w pełni zimowe, z delikatnym lodem i całą masą przekopywania w śniegu.
To był kawał ciężkiej pracy. Najpierw wspinanie, później szukanie miejsca na biwak, kopanie platformy, gotowanie. Haley położył się spać około 3:00.
Przygotowanie biwaku poszło lepiej, niż przypuszczałem, ale i tak dopiero około 1:00 wszedłem do namiotu i zacząłem topić śnieg. Byłem wykończony. Wszystkie operacje związane z biwakiem zajęły bardzo dużo czasu i mimo że spałem tylko 5 godzin, kolejnego dnia nie udało mi się wystartować skoro świt.
11:00, 7 września. Haley opuszcza wysoki biwak. Przed nim trzy kluczowe i najbardziej ekscytujące wyciągi. Pierwszy pada łatwo, pomijając zmęczenie z poprzedniego dnia, poranną sztywność i krótką przerwę na sztywniejące z zimna, a później piekące boleśnie dłonie (screaming barfies).

Drugi wyciąg nad biwakiem wymaga już sporo pracy, polegającej na przekopywaniu się w cukrowatym lodzie do twardszego, w którym bezpiecznie można osadzać dziaby i asekurację. Z perspektywy czasu Haley uważa, że lepiej było iść na prawo, jednak wybrał znaną sobie z wcześniejszych przejść drogę na lewo.
Kruchego, szronowatego lodu było więcej niż zwykle. Po kilku nieudanych próbach przehaczenia przewieszonego odcinka z szabli śnieżnych zacząłem przekopywać tunel. Jak zawsze to kosztowało sporo czasu i energii. Dopadły mnie wątpliwości, czy zdołam dotrzeć na szczyt, bo ostatni wyciąg jest zazwyczaj znacznie trudniejszy niż ten. W końcu wylazłem z mojego tunelu i przeszedłem już łatwą końcówkę wyciągu, ale i tak na górne stanowisko (po wcześniejszym zjeździe, likwidacji dolnego stanowiska i podejściu na linie) dotarłem o 16:30.
Po przekopywaniu tunelu Haley był przemoczony. Górne stanowisko było w cieniu i wystawione na wiatr. Podczas jego budowy trząsł się z zimna, jak relacjonuje, doznał „łagodnej hipotermii”. Dlatego nie mógł od razu wspinać się dalej, zamiast tego wyszedł na słońce, zjadł, skończył wodę i przesuszył nieco ubrania. Przed finalnym wyciągiem potrzebował też podbudowy mentalnej.
Słynny ostatni wyciąg Ragni Route ma wycenę WI5+, jednak wiele zależy od warunków. To wspinanie w stromym, miejscami przewieszonym terenie, rzeźbionym przez wiatr. Dobry, twardy lód (tzw. blue ice) znajduje się pod warstwą chrupkiego i napowietrzonego „cukru” charakterystycznego dla patagońskich szczytów. Przez finalną część grzyba Cerro Torre zazwyczaj przechodzi się przez jeden z formowanych przez wiatr naturalnych tuneli.
Dopóki nie przewspinałem przedostatniego wyciągu nie wiedziałem, co mnie czeka. Ty [fotograf Ty Lekki – red.] mówił mi o obrywie części grzyba, który zauważono podczas lotu dronem kilka tygodni wcześniej. Nie przejąłem się tym zbytnio, ale teraz, stojąc pod ostatnim wyciągiem, byłem zszokowany skalą obrywu. Prawa część finalnego wyciągu Ragni Route zniknęła. To był ogromny obryw seraka, do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że te patagońskie grzyby to w zasadzie takie mini-lodowce.
W tej prawej, dopiero co odsłoniętej części ściany, Haley dostrzegł więcej niebieskiego, a więc bezpieczniejszego lodu, a także mały otwór tunelu powyżej. Po przerwie ruszył na ostatnią batalię. Była 18:00.

Jak obstawiał, w pierwszej części wyciągu odsłonięty lód umożliwiał efektywne wspinania. Było jednak dość krucho, strącał wielkie płaty lodu. W pewnym miejscu teren się przewieszał.
Nie wahałem się ani chwili – zdecydowałem się tutaj haczyć – po 36 godzinami w ścianie byłem już nieźle wykończony.
Tuż przed 19:00 dotarł do wlotu upatrzonego tunelu. Ku wielkiemu rozczarowaniu…:
Dopiero wewnątrz wejścia do tunelu zrozumiałem swój błąd – to nie był tunel ukształtowany przez wiatr, tylko szczelina w tym mini-lodowcu czapy Cerro Torre. Nieprawdopodobnie wąska. Jej ściany były totalnie twarde i wydawało się nieprawdopodobne, bym się tam zmieścił. Byłem zdewastowany. Tyle wysiłku, by zatrzymać się na 30 metrów poniżej szczytu. Przez chwilę chciałem wrócić na stanowisko i spróbować lewego wariantu, ale na tym etapie byłem już ekstremalnie wykończony, a słońce właśnie zaszło. Biorąc pod uwagę okoliczności, nie sądziłem, bym miał w sobie dość siły, by zmierzyć się z tym wyciągiem od zera.
Haley dostrzegł jednak światełko w tunelu. Dosłownie. Ze szczeliny sączyła się odrobina niebieskiej poświaty, co mogło oznaczać, że po drugiej stronie jest jakiś otwór.
Choć wydawało mi się, że szanse na powodzenie są mikroskopijne, ta odrobina niebieskiego światła zaszczepiła we mnie wystarczająco dużo nadziei, by iść dalej. Postanowiłem próbować dopóki nie będę w stu procentach pewny, że dalsza wspinaczka jest niemożliwa. Z takim nastawieniem rozpocząłem najbardziej szaloną przygodę z eksploracją lodu, jaką kiedykolwiek przeżyłem.

Kolejne 2 godziny i 45 minut spędził na walce w szczelinie lodowej. Przez większość czasu rąbał dziabami, by powiększyć otwór, co nie było łatwe ze względu na twardość lodu i ograniczoną przestrzeń. W ekstremalnie niewygodnych pozycjach odrąbywał kawałki lodu nieraz niewiele większe niż suszone morele. Poobijał się niemiłosiernie.
By zmieścić się do szczeliny, u jej podstawy osadził śrubę i podwiesił w niej większość sprzętu, w tym grigri (teraz asekurował się prowizorycznie, z wyblinki). Zostawił też kask, a i tak ledwo się mieścił. Czołówka kilkukrotnie niemal spadła mu z głowy. Zabrał tylko trzy śruby, kilka karabinków i przyrząd zjazdowy.
Szedłem, jak puszczało, tam gdzie było najszerzej. A to oznaczało, że wspinałem się w górę, w prawo, w lewo, a czasem i w dół…
Gdy był już bliski poddania się, jeden z ciosów czekanem odsłonił przed jego oczami czerń nieba.
Nie miałem pojęcia gdzie jestem. W przypływie ekscytacji zacząłem rąbać wokół otworu, aż w końcu udało mi się przecisnąć głowę. Niestety okazało się, że od szczytu dzieli mnie ciągle stromy kawałek terenu, ale na szczęście tuż obok mojego wyjścia ze szczeliny, było wejście do kolejnego, tym razem już faktycznego tunelu wyrzeźbionego przez wiatr. Po tak długim czasie we wnętrzu góry, czułem się przez chwilę przytłoczony ekspozycją, ale ponieważ prowadziłem linę przez całą szczelinę, miałem pancerną asekurację. Wydałem sobie luzu z mojej wyblinki i po kilku eksponowanych ruchach byłem już w łatwym terenie we wnętrzu ostatniego tunelu.

Kilka minut przed 22:00, 7 września. To była najdziwniejszy i najbardziej zwariowany atak szczytowy w jego karierze. Po tak długiej walce, z nikłą nadzieją na sukces, w świetle księżyca, bez kasku, bez plecaka i niemal bez sprzętu przy uprzęży, pośrodku patagońskiej zimy, stał samotnie na szczycie Cerro Torre. Wokół cisza, zero wiatru.
To był wspaniały moment, ale dopuściłem do świadomości tylko odrobinę radości. Czułem, że jestem skrajnie wykończony i że jestem bardzo daleko od poczucia bezpieczeństwa. Zrobiłem kilka zdjęć i ruszyłem w dół.
Zjazd ostatnim wyciągiem był skomplikowany, ale przebiegł bez większych komplikacji. Kolejne dwa również. Później Haley zdecydował się skorzystać z przyrządu Escaper, co szybko okazało się fatalnym pomysłem. Już po pierwszym zjeździe (zaledwie 35 m, bo znalazł stanowisko, z którego żal było nie skorzystać / miał linę pojedynczą 80 m), prawdopodobnie przez mróz Escaper zablokował się i został na górze.
Po wielu próbach pogodziłem się z utratą przyrządu i podjąłem bolesną decyzję o przecięciu liny. Ponowna wspinaczka headwallem w tamtym momencie nie wchodziła w grę.
Od tej chwili dysponował 45-metrowym odcinkim liny, a więc niewiele ponad 20-metrowymi zjazdami. Jak relacjonuje, wykonał „tonę” abałakowów. Mimo to kontynuował zjazdy, obawiając się kolejnej nocy w ścianie, ze względu na wyczerpanie, ale przede wszystkim ze względu na prognozowany wiatr, który miał nadejść już kolejnego dnia.
O 6:15 8 września, niemal dokładnie po 48 godzinach (w tym 5 godzinach snu) po rozpoczęciu wspinaczki z tego miejsca, dotarł do biwaku na Filo Rosso.
Dalszy powrót był gehenną. Bez ryzyka, ale długi i męczący. Haley niósł ciężki plecak i był skrajnie wyczerpany. Spuchnięte dłonie i stopy, posiniaczone łokcie, zarżnięte łydki.
Historia – Cerro Torre i Colin Haley
To była dziesiąta udana wspinaczka Haleya na szczyt Cerro Torre.
Jego trzecia próba solowa zimą.
Pierwsza udana zimowa solowo wspinaczka na Cerro Torre jakąkolwiek z dróg.
Drugie przejście zimowe Ragni Route i trzecie wejście na Cerro Torre zimą w ogóle (dwa drogą Ragni Route i jedno Drogą przez Kompresor – w 1985 roku dokonali tego Ermanno Salvaterra, Paolo Caruso, Andrea Sarchi i Maurizio Giarolli)). Ragni Route zimą ma jedno kompletne przejście zespołowe. W sierpniu 2013 roku Stephan Siegrist, Thomas Huber, Matias Villavicencio i Dani Arnold weszli na szczyt. Wcześniej (w 1999 roku) zespół w składzie Thomas Ulrich, Greg Crouch, Stephan Siegrist, David Fasel musiał zawrócić na 6 metrów przed szczytem.
Solowa wspinaczka ma w sobie wiele piękna – zrobienie czegoś ekstremalnie trudnego, całkowicie samodzielnie, wiąże się ze swoistą satysfakcją. Ponadto od dziecka uważałem, i nadal uważam Cerro Torre za najpiękniejszą górę na świecie
MG
źródła: colinhaley.com, Climbing
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA
Po tak długiej walce, z nikłą nadzieją na sukces, w świetle księżyca, bez kasku, bez plecaka...
Bez kasku, bez plecaka. Zuch! m.b.
Odpowiedzi: 6