Marzyłam o wizycie na ścianie Pedra Riscada, od kiedy tylko ją zobaczyłam. W zeszłym roku, zainspirowana wspinaczką Idy Kupś i Gabriela Korbiela, zaczęłam planować wyjazd do Brazylii z bardzo oczywistym celem: wspiąć się na 900-metrową drogę Viaje de Cristal – największy monolit na świecie i jedno z niewielu takich miejsc, gdzie można się wspinać na tak wielkiej ścianie praktycznie na poziomie morza. Partnerem na mój wyjazd był Krzysztof Siwa, wspinacz, który, choć ma bardzo długi staż we wspinaczce sportowej, to dopiero niedawno zaczął wspinać się wielowyciągowo.

***
Internet oferował niewiele informacji, więc nie wiedzieliśmy, czego dokładnie się spodziewać. Wyobrażaliśmy sobie czyste, sportowe wyzwanie, obitej drogi sportowej. Rzeczywistość okazała się inna i znacznie bardziej przygodowa.
Po przyjeździe od razu skierowaliśmy się pod ścianę. Na miejscu spotkaliśmy grupę lokalnych brazylijskich wspinaczy, którzy właśnie ukończyli otwieranie nowej drogi kilkanaście metrów na lewo od naszego celu. Dzięki ich pomocy zlokalizowaliśmy początek Viaje de Cristal.
Pierwszych wyciągów nie można zaliczyć jako fizyczne wyzwanie, ale jest to w stu procentach walka mentalna: łatwe wyciągi w połogach, na których liczyć można było na jeden zardzewiały spit na każde 20-30 metrów. Jakikolwiek błąd i ewentualny lot (ześlizg) nie wchodził w grę przez pierwsze ponad 200 metrów wspinaczki.

Viaje de Cristal to mieszanka dwóch dróg. Początkowe 6 wyciągów i końcowe 2 zostały otwarte przez międzynarodowy zespół prowadzony przez Stefana Głowacza prawie 17 lat temu i są częścią drogi Place of Happiness, która po szóstym wyciągu odbija bardziej na prawo i kontynuuje systemem rys z asekuracją tradycyjną. Środkowe 11 wyciągów to świeższa droga, 10-letnia kombinacja otwarta przez argentyńsko-brazylijski zespół.
Drogę można więc podzielić na dwie części. Początek i koniec to trochę jak wspinanie solo po bardzo łatwym terenie. Nie tylko asekuracja na tym odcinku jest niesamowicie lotna, ale i otwarta w 2009 roku droga, kotwami stalowymi, wydaje się być na krańcu swojej żywotności. Pierwszych kilka stanowisk zostało wspartych dodatkowymi kotwami ze stali nierdzewnej. Środek to zdecydowanie gęściej obite wyciągi, na których skupiały się techniczne trudności, z dwoma wyciągami wycenionymi na 7c+/8a i 8a. Lokalni wspinacze poradzili nam, aby zakończyć wspinaczkę na ostatnich wyciągach Viaje de Cristal, aby uniknąć niebezpiecznych, zniszczonych końcowych spitów – radę, której mądrze posłuchaliśmy.

Po frustrującym dniu, straconym z powodu choroby żołądka, w końcu rozpoczęliśmy nasze wejście. Aby uniknąć słabo obitego początku (na którym mieliśmy już przyjemność się wspinać), sprytnie połączyliśmy pierwsze wyciągi jednej z najnowszych dróg na ścianie – Rabiosa – po czym przetrawersowaliśmy z użyciem sprzętu do wspinaczki tradycyjnej do Viaje de Cristal. Ta kombinacja zapewniła naprawdę fajne wspinanie i nowy teren z lepszą asekuracją.
Już po pierwszym dniu i próbach na ścianie Pedra Riscada wiedzieliśmy, że wspinanie jest bardzo techniczne, a nasz zespół nie jest demonem prędkości. Więc choć niektóre zespoły potrafią przejść drogę jako jednodniowe wyzwanie, my przygotowaliśmy się na biwak w ścianie i rozłożenie wspinaczki na dwa dni. Spaliśmy na małej półce w środku rozległej ściany, podziwiając zapierający dech w piersiach zachód i wschód słońca nad księżycowym krajobrazem.
Warto wspomnieć, że Viaje de Cristal i Place of Happiness to jedyne drogi na tym monolicie, na których można znaleźć nocleg na naturalnej półce skalnej, dodając do wspinaczki jednowyciągowy trawers.

Jak to bywa z noclegami na ścianach, obudziliśmy się zmęczeni, ale szczęśliwi, gotowi na wyzwanie górnych wyciągów. Najtrudniejsza część wciąż była przed nami, więc już po piątej rano zaczęliśmy wspinaczkę. Szybko przeszliśmy kilka łatwiejszych wyciągów, razem z jednym rysowym z asekuracją tradycyjną, i znaleźliśmy się pod naszym głównym wyzwaniem. Wyciąg za 7b przypadł Krzyśkowi, a następne dwa najtrudniejsze miały być moją przygodą.
Ponieważ dni w Brazylii są o tej porze roku bardzo krótkie (ciemno robi się już po osiemnastej), wiedzieliśmy, że powtórki na wyciągach nie wchodzą w grę. Oboje więc daliśmy z siebie wszystko. Po porządnej walce Krzysiek przeszedł wyciąg za 7b OS i okrzyk radości rozległ się po okolicy. Ja zdecydowałam się zaatakować wyciąg na drugiego, z założeniem równie czystego przejścia, ale obciążona kilkunastokilogramowym plecakiem z dodatkowym sprzętem. Decyzja okazała się dla mnie zabójcza. Do łańcucha dotarłam totalnie wykończona i choć udało się przejść całość bez odpadnięcia, to czułam, że energia którą straciłam jest nie do odrobienia i nie mam szans w starciu z powyższymi, najtrudniejszymi wyciągami.
Przede mną były dwa wyciągi wycenione na około 8a. Po 15 minutach odpoczynku zdecydowałam się na próbę. Wolno, szukając odpowiednich chwytów w labiryncie wystających ze ściany kamyczków, ignorując totalnie kruche i dudniące odcinki w przewieszeniu, powoli poruszałam się do przodu. 30 metrów wyżej (jeden z najkrótszych wyciągów na ścianie) nie mogłam uwierzyć, że wpinam się do łańcucha. Powinnam się cieszyć, i nie powiem, żeby tak nie było, ale wycieńczenie z wyciągu za 7b, ekscytacja i stres po trudnych ruchach, które właśnie przeszłam, sprawiły, że zaczęło kręcić mi się w głowie, a ciałem zaczęły miotać odruchy wymiotne. Wiedziałam, że nie mam żadnych szans na następnym, dłuższym i najtrudniejszym z wyciągów. Po głowie chodziło mi tylko pytanie, czy powinnam poprosić Krzyśka o próbę, czy iść sama, hacząc przy każdej nadarzającej się okazji…

Z taką myślą pozostawiono mnie na spory czas, bo dojście Krzyśka do stanowiska zajęło nie krótką chwilę. I mimo że po jego dotarciu czułam się już trochę lepiej, to nadal planowałam poddanie się bez walki. Byłam przekonana, że wyzwanie po prostu mnie przerasta. Krzysiek zaproponował, że weźmie prowadzenie wyciągu na siebie, ale od razu zaznaczył, że zakłada „ciągnięcie z ekspresów”. Choć moment wcześniej zakładałam zrobienie dokładnie tego samego, coś w jego wypowiedzi naprawdę mnie „zaszczypało” i przekonanie, że „nie możemy przecież tak całkiem odpuścić bez walki”, zaczęło jak katarynka powtarzać się w kółko w mojej głowie.
Zadedykowałam moją walkę bliskiej mi osobie, która przez lata borykała się z chorobą, i powiedziałam, że właśnie dla niej dam z siebie WSZYSTKO. Ekspres za ekspresem, ruch za ruchem, myślałam, że odpadnę i że jestem na krańcu wytrzymałości. Tak dotarłam do łańcucha, przechodząc drugi wyciąg 8a OS, pięćset metrów wysoko na ścianie. Momentami byłam na takim limicie, że musiałam opuszczać wpinki, bo nie było najmniejszej szansy, żebym odpuściła rękę i wpięła ekspres w bolta.
Reszta to już łatwiejsze przepiękne wspinanie, które zaskakująco nagle zaczęło przychodzić z niebywałą lekkością i zadowoleniem. Jedyne, czego żałuję, to że musieliśmy odpuścić dwa ostatnie, czwórkowe wyciągi. Choć nie dochodzą one do głównego szczytu, to jednak dają wrażenie ukończenia drogi, czego w naszej wspinaczce zabrakło.
Już w zeszłym roku Ida Kupś i Gabriel Korbiel sugerowali, że trudności drogi są wygórowane. Ja również, mimo że droga była dla mnie nie lada wyzwaniem, sugeruję, że trudności należałoby obniżyć o przynajmniej jeden stopień. Bardzo ciężko jest prawidłowo wyceniać drogi, wspinając się na całkowitym zmęczeniu, ale fakt, że 8a to praktycznie mój limit OS, a tego dnia przeszłam aż dwa wyciągi o tej trudności, i to po spaniu na ścianie i przewspinaniu 500 metrów, o czymś świadczy.

Wspinaczkę skończyliśmy około pierwszej w nocy.
Wyjazd został dofinansowany przez Polski Związek Alpinizmu i sprzętowo wsparty przez LYO food i Heartbeat.
Ola Przybysz
PS
Pedra Riscada to jeden z największych skalnych monolitów na świecie, a wielu twierdzi, że jest największy. Informacje o otwartych drogach są naprawdę trudne do zdobycia. Obecnie w okolicy istnieje kilkanaście linii, ale większość z nich ma za sobą jedynie przejście przez osoby, które je otworzyły. Mimo że istnieje dosyć szczegółowy przewodnik, to można go dostać dopiero po przyjeździe na miejsce.
Przyznaję, że gdybyśmy wiedzieli o wszystkich opcjach, prawdopodobnie wybralibyśmy inną drogę i pozostalibyśmy w rejonie na dłużej. Ciężko uwierzyć, że w okolicy nie ma tłumów wspinaczy, a ja jestem przekonana, że ma to związek z brakiem jakichkolwiek informacji. Wspinanie na Pedra Riscada przypomina trochę wspinanie na Madagaskarze ale w moim odczuciu jest bardziej zróżnicowane, ciekawsze a potencjał na nowe drogi jest większy. My przywieźliśmy przewodnik po Pedra Riscada do Polski, więc jeżeli ktokolwiek planuje wyjazd w te okolice, chętnie go udostępnimy.

PPS
Podczas trzytygodniowego pobytu, wspinając się w czterech różnych rejonach Brazylii (dwóch o charakterze wielowyciągowym i dwóch sportowym), muszę stwierdzić, że ogólna jakość wyposażenia dróg w tym kraju pozostawia wiele do życzenia. Problem jest dwojaki. Po pierwsze, większość dróg obita jest kotwami ze zwykłej stali a nie stali nierdzewnej, które w założeniu przeznaczone są do użytku na ściankach wspinaczkowych wewnątrz budynków, a nie do montażu w skale w warunkach zewnętrznych, gdzie są narażone na korozję. Po drugie, wśród części lokalnych developerów panuje przekonanie, że asekuracja ma być „lotna” i minimalistyczna, traktowana jako element wyzwania.
Droga Place of Happiness, po której częściowo się wspinaliśmy, jest tego doskonałym przykładem. Została ona wyposażona jako indywidualne wyzwanie dotarcia do szczytu, a nie jako bezpieczna i trwała infrastruktura dla przyszłych pokoleń wspinaczy. Mieliśmy okazję porozmawiać na ten temat z jednym z jej twórców, który odwiedził nas pod Pedra Riscada. W efekcie takiego podejścia droga praktycznie nie ma powtórzeń, ponieważ jest bardzo niebezpieczna – nie tylko ze względu na rzadko rozmieszczone punkty asekuracji, ale przede wszystkim z powodu niskiej jakości i zwyczajnie zardzewiałego sprzętu, który szybko traci wytrzymałość (szacowane jest, że kotwy stalowe w dobrych warunkach o niskiej korozji (!) potrafią przetrwać do 20 lat).
W mojej opinii taka mentalność nie ma miejsca we współczesnym świecie wspinaczkowym. Wiercenie dziur w skałach liczących sobie miliony lat musi nieść za sobą ogromny szacunek i poczucie odpowiedzialności. Otwieranie dróg sportowych jest aktem nieodwracalnym, który na zawsze zmienia charakter skały, dlatego tak ważne jest, by stale podnosić standardy i etykę wśród osób je zakładających. Rozumiem, że nie w każdym zakątku świata wspinacze mają dostęp do najwyższej jakości materiałów ze stali nierdzewnej. Często jednak argument finansowy jest wygodną wymówką, a nie rzeczywistą przeszkodą. Zauważyliśmy, że wielu ekiperów woli przeznaczyć ograniczone środki na otwieranie kolejnych nowych linii, czerpiąc z tego przyjemność, niż na pracochłonne i kosztowne wymiany zardzewiałego sprzętu na istniejących, często klasycznych już drogach, otwartych przez inne zespoły. To krótkowzroczne podejście, które zamiast budować trwały, bezpieczny i wysokiej jakości areał wspinaczkowy, pozostawia po sobie niebezpieczny bałagan, zrzucając odpowiedzialność i koszty ewentualnej wymiany na przyszłych użytkowników.
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA
Brawo!
Pięknie to wygląda Olu :) Widać, że jest moc! Takie drogi, w takim stylu, robią tylko najlepsi. Świetne podsumowanie nt.…
Odpowiedzi: 4