„Rolery tak, ale!” – o tym, czy korzystanie z automatów może być bezpieczne, pisze Paweł „Pablo” Sikorski
Wypadek, jaki zdarzył się na warszawskiej ściance, wzbudził wiele komentarzy. Opublikowaliśmy rozmowę z Bogusławem Kowalskim, teraz pora na wypowiedź praktyka – jednego z właścicieli ścian wspinaczkowych. O swoim doświadczeniu i sposobie na „automaty” pisze Paweł „Pablo” Sikorski.
W związku z wieloma pytaniami znajomych oraz klientów, dotyczących ostatniego wypadku na ściance wspinaczkowej – niestety ze skutkiem śmiertelnym, postanowiłem zająć stanowisko. Choć tak naprawdę po raz kolejny je powtórzę. Rozumiejąc Waszą miłość do rolerów autoasekuracyjnych, muszę zaznaczyć, że ja jej nie podzielam. Mam automaty, bo „muszę”. Komercja tego wymaga…
Co się wydarzyło? Oto krótkie wyjaśnienie. Ponownie użytkownik ściany wspinaczkowej nie przypiął się do urządzenia zwanego rolerem/nawijakiem/zwijakiem i niestety spadł z dużej wysokości. Jak wiemy, powyżej 8 metrów statystyka i grawitacja nie dają nam wielkich szans.
Co się dzieje na tych ścianach!? Nie dziwię się tym nerwowym zapytaniom. Choć muszę zaznaczyć, że moim zdaniem te pytania są zadane niewłaściwie – nie chodzi bowiem o same ściany. Trzeba zadać pytanie – co się dzieje z użytkownikami ścian. Odbijam pytanie. Może ktoś z drugiej strony mi odpowie?

Wypadki i incydenty
Na szczęście wypadki i incydenty nie zdarzają się często. Jako wypadek rozumiem zdarzenie, które kończy się obrażeniami. Z kolei incydent to zdarzenie, które zostaje wyratowane, odnotowane jako potencjalnie niebezpieczne! Co to oznacza?
Na ścianie, której jestem kierownikiem od 14 lat, w książce incydentów i wypadków mamy kilkanaście wpisów. Na drugiej ścianie, której jestem kierownikiem od pół roku, mamy ich trzy. Są to głównie typowe sportowe kontuzje: zwichnięcia, rzadziej złamania, stłuczenia, wybicie palców, naderwania mięśni etc. Odnotowaliśmy nawet odklejenie siatkówki oka z wysiłku! Prym wiodą wypadki na boulderowni. Bouldering to najbardziej kontuzjogenna dyscyplina, na szczęście materac i coraz mniejsza moda na wysokie boulderownie pozwala właścicielom spać lepiej, jednak wciąż niespokojnie.
Wypadki i incydenty z rolerami
Ta kategoria wypadków jest szczególnie niebezpieczna. Błąd, jakim jest nieprzypięcie się do urządzenia i rozpoczęcie wspinaczki, powoduje, że niestety szybko znajdujemy się na dużej wysokości. I co niezrozumiałe (!), wspinający absolutnie nie kontroluje swojego otoczenia. Nie sprawdza, czy jest zabezpieczony. Nie zwraca uwagi na skrajne niebezpieczeństwo, które na siebie sprowadza.
Tak było w przypadku większości przypadków. Również w tych trzech zakończonych tragicznie oraz tym słynnym medialnie (filmik z czasówkowiczem krążył po Internecie). Co więcej, te wypadki zdarzyły się z udziałem doświadczonych, wyrobionych wspinaczy (w tym zawodnika). Z własnej obserwacji potwierdzę – początkujący dużo rzadziej ulegają wypadkom czy kontuzjom. Są bardziej zachowawczy, mniej skłonni do ryzyka – czują strach, ograniczenia fizyczne i respekt.
Schematy wypadków na automatach
1. Wspinacz sam zauważył, że jest nieprzypięty lub ktoś zauważył i zwrócił uwagę, podniósł alarm. Często wspinacz znajduje się już wysoko.
Wtedy następuje irracjonalne i absolutnie zaprzeczające wyuczonym nawykom zachowanie. Delikwent skacze bez żadnej refleksji – mając pewność, że urządzenie zadziała. Przypominam, nie może zadziałać, to przecież proste, gdy jesteśmy nieprzypięci.
Wychodzi na to, że użytkownik, który podpisuje oświadczenie iż potrafi asekurować oraz zapoznaje się z Regulaminem Obiektu/Urządzenia, działa absolutnie niezgodnie z logiką oraz zasadami asekuracji, które przecież ma wyuczone… I w takiej sytuacji podejmuje on decyzję o skoku ze ściany! Choć to niepojęte, to się niestety dzieje.
Tutaj dygresja: odpadanie od ściany zawsze wiąże się z negatywną emocją. Staramy się go unikać. Uczymy się odpadać bezpiecznie. Każdy z nas wielokrotnie zewspinywał się w dół byle nie polecieć, byle zejść niżej do przelotu. Dzieje się to również podczas wspinaczek skalnych, górskich, gdzie przeważnie mamy mniej asekuracji lub bywa ona niezadowalająca. Taki manewr to podstawa warsztatu i umiejętności. Na kursach nauka przewiązania się w punkcie przelotowym to jest przedszkole! Uczymy się całe życie jak unikać zagrożenia upadku. Zwłaszcza upadku bez kontroli! U nas na ścianach zawsze w linii rolerów ustawiamy jeden układ chwytów – banalnie prosty. Taki, który pozwoli zewspinać się w dół – to nasz sposób, aby ułatwić takie awaryjne sytuacje. A przecież wspinacz ma do dyspozycji wszystkie chwyty i stopnie, nie tylko „kolor”, który był trudny.
A w tym przypadku, kiedy wspinacz orientuje się, że nie jest przypięty, podejmuje irracjonalne działanie i wykonuje skok!
Miałem okazję rozmawiać po czasie z dwiema takimi osobami. Nie potrafią powiedzieć, dlaczego to zrobiły. W rozmowie padały mocniejsze słowa – przecież mogłem zejść, dopiąć się, stanąć poczekać w klamach.
2. Wspinacz nie widzi, że jest nieprzypięty do urządzenia.
Czyli świadomie lub nie podejmuje decyzję o wspinaczce bez asekuracji.
Tu posypią się na mnie gromy – o kontrolera, który ma stać i sprawdzać, o sygnały świetlne, o kształt płachty zasłaniającej ścianę, o znalezienie innych rozwiązań. Do tego muzyka jest za głośno etc
Przyznaję, że dość infantylne są te wywody internetowe. Oczywiście zawsze winnym jest ktoś inny! Bicie się w pierś nie jest proste.
Szanowni Państwo: podejmując decyzję o wspinaczce solo jako wyrobieni wspinacze znacie konsekwencje! Po za tym ściana to nie miejsce na zabawy!
Co więc do cholery się dzieje? Otóż kluczem do zrozumienia zjawiska jest automatyka (rutyna) wspinacza lub jej tragiczny brak.
Gdy wspinamy się z liną to normalnym jest, że na początku wspinaczki spoglądamy na swoją uprząż, węzeł, asekuranta – kontrolujemy otoczenie. Potem zastanawiamy się nad przechwytami – patrzymy, gdzie postawić stopę, który chwyt złapać. W trudnym momencie lub w chwili, gdy czuję, że grozi mi odpadnięcie, kątem oka spoglądam, czy wszystko jest OK (czy mam dobrze zawiązany węzeł) etc. Oczywiście wszyscy tak robimy.
Ale dziwnym trafem w zetknięciu z urządzeniem, które ma w nazwie „automat”, w każdym przypadku dzieje się inaczej – wyłączamy autokontrolę! Przecież nie da się nie zauważyć, że jestem bez asekuracji! A jednak to się zdarza!
3. Przypięcie się jest niewłaściwe
Przypięcie do woreczka magnezji, szelki sprzętowej, tudzież nieszczęśliwie do liny, którą ćwiczyliśmy wpinki (notabene nieprzywiązanej do uprzęży). Absolutne nieszczęścia – cały zestaw błędów kardynalnych! Tu nie ma o czym pisać!
Te wszystkie bardzo negatywne doświadczenia w mojej opinii są przypadkami marginalnymi. Jednak jest ich o te trzy tragedie za dużo! Niestety, są także przypadki z Francji, Republiki Czeskiej oraz Niemiec. Buduje się pewien spójny obraz splotu nieszczęśliwych okoliczności.
Dla porządku odnotujmy jeszcze możliwość próby samobójczej – po którymś wypadku pytała mnie o taką możliwość policja. W takie opcje nie wierzę. Dodam jeszcze, że poruszano również sprawę używek.
Buduje się pewien spójny obraz splotu nieszczęśliwych okoliczności
Wspinacz doświadczony, z kilkuletnim stażem, w tym skalno-górskim, chcący zrobić sobie tzw. trening obwodowy, polegający na chodzeniu na ilość – zakodowany jest na wspinanie „szybko i dużo”.
Wspina się samotnie, czyli wyłączona jest wzajemna partnerska kontrola. Na siebie nie patrzę, patrzę na partnera, on na mnie. W tym przypadku partnera nie ma, więc… nie popatrzyłem na siebie. Przecież to on zawsze patrzył. Najbardziej prozaiczna sytuacja, która okazuje się być kluczem do wypadku. Tutaj dodam jeszcze szybką odpowiedź na forumowe pytanie – tak, wpięcie w roler jest wyraźnie odczuwalne! Taśma ciągnie do góry z siłą ok. 2,3 kg.
Grupa, która trenuje razem. Ktoś idzie się rozgrzać na roler. Czyli nie zastanawiamy się, co tam robi. Układ który jest w 100 proc. bezpieczny dla naszej podświadomości. Nie ma prowadzenia. Nie będzie latane – LUZ, więc nie zwracamy uwagi na to, co robi kolega.
***
Jak staram się bronić przed takimi zdarzeniami, jako kierownik dwóch dużych obiektów wspinaczkowych?
Tu dla wyjaśnienia – mieliśmy na ścianie jeden skok zakończony otwartym złamaniem, drugi skończył się podobnie. Kolejne zdarzenia kończyły się sprowadzeniem z wysokości przez instruktora dwóch czy trzech delikwentów. Kolejny, po pilotowaniu głosem, wpiął się do stanowiska na 12,5. metrze!
Otóż stwierdziłem, iż na tak wysokiej ścianie nie mam ochoty ryzykować i rolery trafiły do magazynu. Lata temu. Pierwsze było Perfect Descent. Co się wtedy wydarzyło!? No histeria środowiskowa – ostracyzm! Jednak zwyczajnie nie panowaliśmy nad Wami. Wspinanie z wahadłem przez trzy linie to była „norma’. Instruktorzy nie dawali już rady wykłócać się i wysłuchiwać, że to przecież „lajt jest”. Pas!
Na drugim obiekcie zrobiliśmy jednak coś, co może być rozwiązaniem problemu. Otóż panel dedykowany pod rolery ma 8.5 metra wysokości. Realne wspinanie kończy się, gdy stopy są gdzieś na 7. metrze. Do tego na dole jest materac. Sam panel jest przewieszony na 5 st. Nie ma na nim innej możliwości wspinania – tylko roler! Czyli bez punktów przelotowych i bez wędek – taki spory spray wall. Dodatkowo rolery są na szynie jezdnej umożliwiającej korzystanie z kilku linii na jednym urządzeniu. Zaparkowane są w jednym miejscu, więc osoba chcąca się wspinać musi podejść i odpiąć karabinek, po czym przeciągnąć roler pod wybraną linię. Ze względu na ten układ nie możemy zastosować słynnych płacht (nad których kształtem i rozmiarem obradują internetowe konsylia). W sumie nie zauważam w tym układzie potrzeby ich zastosowania.

Przed otwarciem obiektu testowaliśmy to rozwiązanie. Okazuje się że, parkowanie rolerów w jednym miejscu powoduje, że pod samą ścianę wspinacz podchodzi „z niczym” i w naturalny sposób zaczyna szukać czegoś do wpięcia. Nic nie burzy porządku w głowie. „Goła” ściana powoduje wyostrzenie zmysłu! Fakt: mieliśmy delikwenta, który wyszedł na ścianę bez asekuracji. Uznajemy to za akt wariactwa i próbę samobójczą! Tłumaczył, że pomylił boulder ze ścianą, że go materac zmylił…
Podsumowując: rolery tak, ale:
- Tylko na niskiej ścianie dedykowanej tylko pod takie wspinanie.
- Tylko z materacem.
- Ściana bez przelotów – oczywiście przeloty dają możliwość przypięcia. Dyskutowaliśmy nad tym. Jednak więcej było „lotników” niż chętnych do ratowania się w przelocie. Cały czas staramy się do minimum upraszczać procedury bezpieczeństwa.
- Brak możliwości prowadzenia. To natychmiast inaczej ustawia głowy wspinaczy: nie ma przelotów, nie ma wędki – szukamy asekuracji. Trzeba podejść, odpiąć roler z miejsca, gdzie są dwa lub trzy, a potem przypiąć go do siebie (idealnie, aby to nie był woreczek z magnezją).
- W każdej linii droga o trudności III/IV, dającą możliwość wycofania się ze ściany.
- Czujne oko personelu pokładowego!, który powinien być przeszkolony z zakresu sytuacji awaryjnej. Tj. sprowadzanie zadaniowe głosem w dół. Im niżej, tym większa szansa. Oraz ewentualne wejście z wykorzystaniem sąsiedniej maszyny/rolera (jest taki film w sieci – kozacki, ale ryzykowny). My wolimy opanowane działania.
Tymczasem do drzwi ścian puka już włoskie urządzenie do wspinaczki z dołem bez partnera… Przywiązujemy się do czarnej skrzynki i latamy. Italska czarna skrzynka zrobi wszystko za drugiego ancymona (czyli asekuranta). Ja chcę na emeryturę!
Wiem, że fajnie by było sobie przyjść i podładować na przewieszeniu 18 metrów na rolerku! Pewnie! Jeszcze jak. Ale ja mam już wystarczająco dużo siwych włosów!
Paweł „Pablo” Sikorski
PS
Myślę, że w podsumowaniu i autoreklamie nieistotne będą moje górskie dokonania czy inne onasajty A także to, że to już 30 lat minęło… Ważne natomiast jest to, że na co dzień, od 14 lat, prowadzę Centrum Wspinaczkowe Tarnogaj Wrocław, a od pół roku Wibrem Arena. To jedne z większych centrów wspinaczkowych w Polsce.
Zatrudniam, współpracuje z wieloma instruktorami różnych kompetencji. Ale to na mnie spoczywa odpowiedzialność za obie firmy i za bezpieczeństwo na ich terenie. W sumie, z moimi Wspólnikami, mamy takich obiektów sześć, czyli blisko 1000 linii do wspinania plus boulderownie. Odwiedza je tysiące wspinaczy, amatorów, dzieciaków.
Mam za sobą setki godzin spędzonych na dyskusjach o bezpieczeństwie i lata budowania i wdrażania procedur bezpieczeństwa, implementowania najbardziej idealnych rozwiązań asekuracji. Do tego dochodzą lata ścierania się z instruktorami, tworzenie gotowych rozwiązań na wszelakiego poziomu szkolenia z zakresu wspinania na ścianie wspinaczkowej. Plus praca z projektantami i designerami ścian wspinaczkowych. Wszystko po to, aby zawczasu wyłapać różne pomysły odwiedzających. TR-Walls to trzydzieści lat doświadczenia i setki realizacji ścian.
Dlatego postanowiłem zająć stanowisko W SPRAWIE! Stanowisko wielopunktowe i wielowątkowe! Gamonie, asekurować się!
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA