Fritz Wiessner – wspinacz wyklęty. Portret na tle epoki – część 2: wyprawa na K2 w 1939 roku
Spis treści
Fritz Wiessner to postać niezwykła w historii światowego wspinania skalnego i himalaizmu. Mistrz wspinaczki skalnej, który w 1939 roku jakże był bliski sukcesu na najtrudniejszym ośmiotysięczniku czyli K2. Postać, której burzliwe losy wykraczają poza wspinaczkowe annały. Doświadczył emigracji, ostracyzmu, zapomnienia, a w końcu – po latach – swoistej rehabilitacji. O życiu i wspinaczkowym dziele Wiessnera pisze we wciągającej biografii Piotr Korczak, podkreślając, że „polscy wspinacze o istnieniu Fritza Wiessnera nigdy nie słyszeli! A to postać wręcz niewiarygodna”! Oto część druga tej historii.
Zablokowany triumf woli
Do prowadzenia wojny i uprawiania himalaizmu potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Właściwe „kadry”, jak i towarzysząca im motywacja, bez pierwszych trzech czynników nic nie znaczą. W USA lat 30. nie było publicznych środków na takie fanaberie jak wspinanie, nawet gdyby miała to być wyprawa narodowa. Pozostawały środki prywatne, ewentualnie klubowe, czyli, de facto, też prywatne, dlatego jeśli ktoś chciał pojechać na wyprawę, musiał sam zdobyć fundusze. Z tego powodu wyeliminowanych zostało gros uczestników wyprawy z 1938 roku.
Innym czynnikiem eliminującym był charakter Wiessnera, który spowodował, że przynajmniej dwie osoby odrzuciły możliwość dołączenia do składu. Charlie Houston uważał przytomnie, że wyprawa musi mieć jednego kierownika, a nie dwóch, natomiast Bill House już dość się nanosił plecaka za Wiessnerem podczas ich „wspólnych” wspinaczek. Podczas wyprawy w poprzednim roku pokazał, na co go samodzielnie stać. Trzeci murowany kandydat, czyli Paul Petzoldt, był skreślony raz na zawsze. Z tuzów amerykańskiego wspinania jedynie Bestor Robinson zgłosił akces. Miał środki, jak i kompetencje, niemniej w ostatniej chwili niespodziewanie się wycofał.
Wielkimi wydarzeniami w historii często rządzi przypadek i tak było i wtedy, gdy Alice Wolfe (z domu Damrosch), znajoma Wiessnera i znakomita amerykańska narciarka, zaprosiła go na pokaz slajdów z Alp z udziałem swojego męża Dudleya Wolfe’a. Dudley, którego, używając dzisiejszej terminologii, można by nazwać celebrytą-adventurerem, był człowiekiem niezwykle bogatym, przebierającym w jachtach i samochodach, lecz mającym jeden zasadniczy problem: co zrobić ze swoim życiem, aby było o nim głośno. Można powiedzieć, że stanowił pewną uproszczona wersję księcia Abruzzów, tym że prawdziwy książę miał jednak na koncie kilka rzetelnych osiągnięć.
Wolfe, niespełniony żołnierz Legii Cudzoziemskiej, która nie dostarczyła mu stosownych przygód, pod wpływem swojej żony zainteresował się narciarstwem i górami. W tej pierwszej dziedzinie nie mógł jej dorównać, jednak stać go było na dowolnie drogiego przewodnika w Alpach i mógł wybrać cel wedle własnego widzimisię. W jeden wieczór zgłosił akces do amerykańskiej ekspedycji na K2 mającej odbyć się w 1939 roku i tym samym zapewnił pierwsze trzy niezbędne rzeczy, aby ta wyprawa mogła się odbyć. Pytany o polisę ubezpieczeniową miał odrzec, że będzie nią świeżo poznany Fritz Wiessner.
Skoro w Alpach od dawien dawna kwitło przewodnictwo za pieniądze, dlaczego nie można by spróbować czegoś podobnego na K2? Tym bardziej, że z Wiessnerem połączyła Dudleya podobna motywacja: zaimponować światu czy kobiecie, co to za różnica? Dudley Wolfe w chwili, gdy podejmował decyzję o przygodzie życia, miał czterdzieści dwa lata.
Najstarszym uczestnikiem wyprawy został Tony Cromwell (właściwie Oliver Eaton Cromwell ur. 1892 roku). Był nie tyle wybitnym wspinaczem, ile doświadczonym eksploratorem gór Kanady, którego największą zaletą była chęć dołączenia do teamu i zapłacenia za uczestnictwo. Zastrzegł jednak, że raczej nie odważy się wyjść powyżej 21000 stóp. Tym samym została mu rola kierownika bazy i koordynatora logistyki.
Pozostali zostali zrekrutowani na drodze swoistej kumoterskiej łapanki. Dwudziestoletni (sic!) Chappel Cranmer wspinał się z Wiessnerem w 1938 roku w Kanadzie jako zupełnie przypadkowy partner, niemniej zrobił na Fritzu bardzo dobre wrażenie. Namówił on do udziału w wyprawie swojego szkolnego kolegę George’a Sheldona, który też się wspinał, wykazywał stosowny entuzjazm i miał środki finansowe.
Ostatnim niespodziewanym partycypantem okazał się Jack Durrance. Był na liście rezerwowej, w ostatniej chwili, po rezygnacji Robinsona, udało mu się zebrać pożądane wpisowe (niebagatelne wtedy dwa i pół tysiąca dolarów) i pojawił się na miejscu zbiórki w Genui zamiast Bestora Robinsona, budząc ogromną konsternację Fritza, którego nikt o tej zmianie nie poinformował.
Durrance był z pewnością najbardziej wyrobionym wspinaczkowo członkiem wyprawy – miał na koncie podkoszenie problemu na północnej ścianie Grand Teton i nową drogę na Devil’s Tower, którą przeszedł rok po premierowym wejściu Fritza. Mimo młodego wieku (dwadzieścia sześć lat) był w zasadzie jedynym członkiem wyprawy, który mógł z Wiessnerem stworzyć zespół wspinaczkowy.

Uczestnicy wyprawy, stoją, od lewej: George Sheldon, Chappell Cranmer, Jack Durrance, George Trench, siedzą: Eaton Cromwell, Fritz Wiessner oraz Dudley Wolfe (fot. Kolekcja Jack Durrance / American Alpine Club)
Widać gołym okiem, że skład był bardzo niespójny i mógł jedynie grać pod swojego lidera. Taki stan rzeczy specjalnie Wiessnerowi nie przeszkadzał, ba, był mu na rękę z jednym tylko wyjątkiem: chciał mieć w składzie Bestora Robinsona i nagła zmiana spowodowała, że dał Durrance’owi odczuć swoje niezadowolenie. Nie było chemii…
Zdecydowanie odmiennie prezentowała się sprawa Szerpów. Wynajęto najlepszych z najlepszych pod wodzą renomowanego Pasanga Kikulego, który zadebiutował na tragicznej dla Niemców wyprawie na Nanga Parbat w 1934 roku, gdzie wykazał się poświęceniem, pozostając do ostatnich chwil u boku swojego sahiba Ulego Wielanda, za cenę bardzo poważnych odmrożeń. Brał też udział w brytyjsko-amerykańskiej ekspedycji na Nanga Devi, wreszcie był sirdarem wyprawy Charliego Houstona na K2. Mimo młodego wieku stał się postacią legendarną o ogromnym autorytecie zarówno wśród Szerpów, jak i sahibów. Poza tym był biegły w technikach wspinaczkowych na tyle, że Wiessner upatrywał w nim potencjalnego trzeciego partnera.
Pasang Kikuli, urodzony w 1911 roku, nie przewidywał jednak dla siebie roli zdobywcy K2. Tak naprawdę nie zakończył pełnej rekonwalescencji i nie chciał narażać swojego zdrowia, bo choroba mogłaby wykluczyć go z zawodu. Przyprowadził ze sobą bardzo kompetentny zespół, ludzi otrzaskanych w swoim fachu. W jego skład weszli: Pasang Dawa Lama (zastępca), Pasang Kitar, Pemba Kitar, Phinsoo, Tsering Norbu, Sonam (brat Pasanga Kikulego), Tse Tendrup i Dawa Thondup.
O ile skład sahibów był po prostu słaby (Houston zalecał nawet Wiessnerowi rezygnację z wyprawy), o tyle zespół Szerpów stanowił crème de la crème epoki. Lepszych fachowców po prostu nie było!
Problem leżał jednak w tym, że ówczesny himalajski modus operandi nie przewidywał samodzielnego działania Szerpów czy innych tragarzy: musieli pozostawać pod kierownictwem przynajmniej jednego sahiba. Dopiero w 1938 roku Brytyjczycy, podczas ostatniej przedwojennej wyprawy na Everest, pozwolili Szerpom na pewną samodzielność – mogli sami przemieszczać się pomiędzy poszczególnymi obozami, co było wymuszone brakami kadrowymi tej niewielkiej wyprawy. Nie było jednak mowy o samodzielnym prowadzeniu przez Szerpów akcji górskiej czy o podejmowaniu kluczowych taktycznych decyzji.
Innym problemem była utrudniona komunikacja. Brytyjczycy zawsze mieli w składzie wypraw osoby biegle władające językiem tybetańskim (np. Edward Felix Norton 1922, 1924), którzy potrafili nie tylko tłumaczyć, ale też rozmawiać z Szerpami na temat działania w górach, jednak na wyprawie Wiessnera możliwości komunikacji ograniczały się do łamanej angielszczyzny i gestykulacji.
Tak czy owak, dystans pomiędzy himalajskim doświadczeniem i kompetencjami sahibów i Szerpów na wyprawie z 1939 roku był ogromny. Sam Wiessner na wysokości 7000 metrów był tylko raz w życiu, na wyprawie na Nanga Parbat w 1932 roku.
Wiessner i Wolfe udali się do Europy, by kupić sprzęt. Najbardziej renomowany i niezawodny w tamtych czasach był sprzęt brytyjski, dlatego ich pierwszym celem stał się Londyn. Przez dziesięć dni trwała istna orgia zakupów, w których kluczową rolę odgrywał dobrze wypchany portfel Dudley’a Wolfe’a. Kupowano to, co najdroższe i najlepsze – oczywiście dla sahibów. Szerpowie mieli się zadowolić butami o znacząco gorszych własnościach termicznych, co miało się okazać poważnym błędem, zważywszy na opisaną powyżej strukturę ekspedycji.
Wiessner, Wolfe i Durrance wyruszyli 29 marca z Genui na pokładzie SS „Conte Biancamano”, aby w Neapolu zabrać resztę składu. Tuż przed zaokrętowaniem spotkali się z Vittorio Sellą, legendarnym fotografem włoskiej wyprawy z 1909 roku. Jego zdjęcia wciąż były bardzo użyteczne dla eksploratorów.
Podróż morska w 1939 roku różniła się zdecydowanie od tej, którą Fritz odbył w ramach niemieckiej (z amerykańskim dodatkiem) ekspedycji w 1932 roku. Teutoński plan dnia zaczynał się wtedy zawsze od godzinnej zaprawy, tymczasem poranki w marcu i kwietniu 1939 roku wskazywały na ciężkie nocne przejścia i bujne życie towarzyskie młodszej części amerykańskiej ekipy. Nie na darmo Wolfe zafundował wszystkim pierwszą klasę.
Wiessner, zdecydowanie nie imprezowicz, spotkał na pokładzie niespodziewanego kompana. Był nim Hjalmar Schacht, znany niemiecki finansista, architekt odbudowy finansów Republiki Weimarskiej i jeden z tych, którzy otworzyli Führerowi Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei (Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników) i serca niemieckiej finansjery, umożliwiając mu następnie przejęcie i utrzymanie władzy. Schacht był interesującym rozmówcą, w Norymberdze miał się okazać intelektualnym rekordzistą wśród podsądnych – z IQ wynoszącym 143. Był to pierwszy poważny faux pas wyprawy.
Tym samym statkiem podróżowało kilkuset Żydów uchodzących do Szanghaju przed „człowiekiem roku 1938”. Być może wśród nich znajdował się ten, który później na pytanie Japończyków „Dlaczego Niemcy tak nalegają, aby was im wydać?” miał odpowiedzieć: „Bo uważają nas za Azjatów”. Bywają zdania ratujące życie, lecz są i takie, które mogą je przekreślić. Wiessner nie miał na razie powodu, aby się zastanawiać nad retoryką.
Wyprawa dotarła na Lodowiec Baltoro 31 maja 1939 i założyła na Concordii bazę. Szczegółowy opis przebiegu wyprawy wykraczałby daleko poza założenia niniejszego rysu biograficznego, dlatego skupię się na najważniejszych wydarzeniach czy punktach zwrotnych.
Początek przyniósł chorobę – Cranmer zapadł na ciężką postać infekcji płucnej. Jedynie wiedzy i poświeceniu Jacka Durrance’a (studiował medycynę) udało mu się wyjść cało z tej opresji, nie odzyskał jednak sił na tyle, by mógł brać udział w akcji górskiej. Jedna trzecia składu sahibów na wstępie nie była dyspozycyjna, reszta, całkiem sprawnie, założyła pod Kominem House’a obóz IV, na tym jednak zakończył się zespołowy wysiłek. Co było niespodziewane, już w tych pierwszych dniach wielkim zaangażowaniem, motywacją i entuzjazmem wyróżnił się Dudley Wolfe.
Pomimo wielkiej sympatii i szacunku, jakie wzbudzał tak wśród sahibów, jak Szerpów, miał pewną wadę: był fatalnym wspinaczem, niejednokrotnie musiał korzystać z „krótkiej liny” przewodnickiej czy to Wiessnera, czy Pasanga Kikulego. W tamtych czasach poręczówki zakładano jedynie na najtrudniejszych fragmentach, a nie po całości, a technika poruszania się po linowych ferratach była zupełnie inna niż dziś: małpy, jumary czy płaniety zastępował mocny chwyt dłonią. Żelazna psycha była niezbędna. Asekuracja podczas transportu zaopatrzenia obozów nie istniała, a ewentualne przesuwanie prusika byłoby zbyt czasochłonne. Poza tym wymagało ogromnej siły zwłaszcza od Szerpów, którzy nieraz nosili trzydziestokilogramowe ładunki.
To wszystko sprawiało, że należało stosować prostą taktykę nieoddawania terenu, który zdobyto: nie schodzono na dół nawet w trakcie poważnego załamania pogody. Wiessner i Wolfe doświadczyli takiego aż przez osiem dni, gdy utknęli w obozie IV na wysokości 6550 metrów. Kontakt z reszta zespołu był niemożliwy. Dla Wiessnera wkrótce stało się jasne, że jedynym jego „białym” towarzyszem może być Wolfe, jego klient, a zdobycie z nim wierzchołka będzie po prostu niewykonalne i siłą rzeczy do ataku szczytowego będzie musiał zaangażować z któregoś z Szerpów. Najlepiej, żeby był to doświadczony Pasang Kikuli.
Poprawa pogody sprawiła, że Wiessner pokonał Komin House’a. Asekurował go Kikuli, a Fritz bardzo dbał o to, żeby nie chwycić się starej liny zostawionej przez poprzedników. Był pełen uznania dla swojego byłego partnera, Billa House’a, który rok wcześniej pokonał tę formację i następnie ją zaporęczował. Nieco wyżej, na wysokości 6700, metrów stanął obóz V i rozpoczęto procedurę „wciągania” Dudleya Wolfa, który był najcięższym uczestnikiem wyprawy. Gdy operacja się powiodła, Wolfe zajął się obsługą swoistej kolejki linowej, za której pomocą transportowano sprzęt przez Komin House’a. Szerpowie, w tak stromym terenie, z ciężkim ładunkiem, gdy jedynym sposobem asekuracji było trzymanie się liny, nie byliby w stanie tego dokonać.
Kolejne załamanie pogody zatrzymało postęp akcji górskiej na trzy dni, a gdy się wypogodziło, Wiessner i Szerpowie zdołali założyć dwa kolejne obozy. Najwyższy, VII, znajdował się na wysokości 7529 metrów, w miejscu ostatniego stałego obozu wyprawy z 1938 roku. Brzmi to niewiarygodnie, ale Dudley Wolfe dotarł i tam. Pomimo trudów jego entuzjazm do parcia naprzód nie słabł, nigdy na nic się nie skarżył, w przeciwieństwie do pozostałych członków amerykańskiego składu, którzy w tej części rozgrywki w ogóle nie uczestniczyli, oddając się marudzeniu w bazie albo niższych obozach i tracąc morale.
Wiessner tylko raz zszedł niżej: zaniepokojony brakiem dostaw do wyższych obozów, postanowił sprawdzić na miejscu, w czym rzecz, i dotarł aż do dwójki. Durrance i Cromwell byli zaszokowani jego postępami i postanowili ruszyć w górę. To wejście im na ambicję niewiele jednak dało – Cromwell zadowolił się rekordem wysokości nad Kominem House’a, a bardziej wytrwały Durrance wspiął się aż do obozu VII, aby tam skapitulować ze względu na złe samopoczucie. Jako przyszły medyk bardzo uważnie wsłuchiwał się w każdy sygnał płynący z własnego organizmu, co było objawem strachu przed ogromem góry i skalą zadania. Uczucie to dzielił z najmłodszymi kolegami od momentu, gdy ujrzał K2 z Concordii. Ten widok zrujnował już na wstępie psychikę całej trójki, a ciężka choroba Cramnera stanowiła memento.
Durrance próbował odwieść Wolfe’a od kontynuowania akcji, namawiał też Wiessnera, żeby nie ciągnął go wyżej. W odpowiedzi miał zobaczyć przed swoim nosem uniesiony palec i usłyszeć, „że jeśli im się uda, to będą najbardziej znanymi alpinistami na świecie”.
Durrance zszedł na dół, zmagając się z kiepskim samopoczuciem i przekonaniem, że sprawami na górze zawiaduje nie tyle bardzo mocno zmotywowany człowiek, ile wspinający się fanatyk. Wiessner, Wolfe i Pasang Dawa Lama ruszyli ku przeznaczeniu, czyli, w mniemaniu Wiessnera, po satysfakcję zdobywców.
Założyli obóz VIII (na ok. 7700 m), tuż pod plateau na Ramieniu, które miało stanowić punkt wyjścia do ataku szczytowego, który rozpoczęli 17 lipca. Niestety natrafili na poważną przeszkodę w postaci ogromnej szczeliny wypełnionej sypkim śniegiem. Jej sforsowanie zajęło Wiessnerowi dwie godziny – zrobił to za pomocą ruchów pływaka i wspinaczki po lodowej ścianie, w którym to ostatnim rzemiośle nigdy nie był tak mocny, jak we wspinaczce skalnej. Wolfe’owi tej przeszkody nie udało się pokonać i musiał zawrócić do obozu VIII, gdzie miał czekać na Szerpów mających przynieść zaopatrzenie. Pasang i Wiessner założyli biwak, by dzień później przenieść go wysoko pod skały, na lewo od Szyjki Butelki (Bottleneck). Obóz IX (7940 m) wydawał się idealnym miejscem, do szczytu brakowało stamtąd jedynie 670 metrów, a pogoda była wyśmienita.

Obozy wyprawy na K2 1939 roku. Zaznaczono również najwyższy punkt osiągnięty przez Wiessnera i Pasang Dawa Lamę (oprac. wspinanie.pl, fot. Maria Ly / Wikipedia)
Wiessner wspominał: „Nasza pozycja na górze była niezwykle korzystna. Zbudowaliśmy kilka w pełni zaopatrzonych obozów. W obozach II, IV, VI i VII czekały namioty, śpiwory i prowiant na wiele tygodni. Wolfe czekał w obozie VIII z zapasami (o ile nie był już w drodze do nas), a tutaj, w obozie IX, mieliśmy prowiant na sześć dni i benzynę na jeszcze dłużej”.
19 lipca 1939 roku o dziewiątej rano Wiessner i Pasang Dawa Lama ruszyli do akcji. Było to bardzo późne wyjście – brytyjskie wyprawy na Everest rozpoczynały akcję szczytową koło szóstej, mniej więcej godzinę po świcie. Fritz nie wyjaśnił, dlaczego wyszli tak późno. Być może była nią zbytnia pewność siebie spowodowana tym, że do szczytu było stosunkowo blisko.
Wypatrzył dwie drogi na wierzchołek: pierwsza wiodła lodowym żlebem (później nazwanym Szyjką Butelki), nad którym zwieszał się przerażający serak, w jego ocenie grożący zwaleniem się albo prysznicem brył lodu. Nie mieli kasków – wtedy ich nie używano. Całe zabezpieczenie przed kamieniami i lodem stanowiły chustki i kawałki materiału upchane pod czapki. Druga droga prowadziła na lewo, skalnym terenem, który był trudny, jednak względnie bezpieczny, można było wspinać się bez raków po suchej skale, w czym Wiessner był dobry i co kochał. Pola śnieżne pod szczytem nie wyglądały na poważną przeszkodę.
Następnych dziewięć godzin Wiessner spędził, wspinając się w tak trudnym terenie, że krótki odcinek Komina House’a wydawał się przy nim łatwy. Wspaniała pogoda i słońce umożliwiły mu ściągniecie rękawiczek (sic!). Do szczęścia brakowało jedynie możliwości skorzystania ze sznurkowych kleterek. Dwie pary raków wisiały bezużytecznie na plecaku Pasanga. Po pokonaniu ponad 90 metrów skalnego terenu w ferworze walki Fritz dostrzegł, że od łatwych pól śnieżnych dzieli go jedynie krotki trawers i że za dwie, może trzy godziny będzie pierwszym człowiekiem na drugiej górze świata i pierwszym na ośmiotysięczniku. I wtedy poczuł blok na linie…

Linia jaką wspinał się Fritz i Pasang (ilustracja pochodzi z książki „K2: Tragödien und Sieg am zweithöchsten Berg der Erde” (K2. Tragedie i zwycięstwa na drugiej najwyższej górze świata), autorstwa Fritza Wiessnera
Była osiemnasta trzydzieści, słońce chyliło się ku zachodowi. Pasang nie był w drodze po wspinaczkową koronę, był w pracy, chciał wrócić do domu żywy i ze stosowna zapłatą. Od stania na stanowiskach miał przemarznięte nogi (jego buty były o wiele gorszej jakości niż buty Westmenów), miał świadomość, że kończy im się picie, a czeka ich jeszcze kilkanaście godzin akcji górskiej. Trudności, które pokonał na drugiego, przerastały go i przerażały, nie widział jednak u Wiessnera momentu refleksji i zawahania – po prostu parł do celu. Za pomocą irracjonalnej frazy o czyhających na wierzchołku nocnych demonach Szerpa przekazał Wiessnerowi komunikat: „No, sahib, tommorow!”.
Triumf woli Fritza Wiessnera został więc nagle zablokowany przez naprężoną linę, a następnie za pomocą mentalnej konfrontacji, w której to Szerpa był górą. Wycof i zjazdy zajęły im aż sześć godzin – do obozu dotarli dopiero o drugiej trzydzieści. Wcześniej jednak ponieśli katastrofalną stratę: lina zahaczyła o raki przypięte do plecaka Pasanga, te odpięły się i poleciały w przepaść.
Wiessner jednak ani myślał odpuszczać. Następny dzień poświecili na odpoczynek. Warunki były tak dobre i było tak ciepło, że Fritz przez moment mógł się poopalać się, czyli oddać niemieckiej pasji zwanej Freikörperkultur – przebywaniu na łonie natury w stroju jak pan Bóg stworzył. Jest to nie pobity po dziś dzień wysokościowy rekord tej „dyscypliny”.
Zamysł ataku na kolejny dzień był inny – żleb pod serakiem i rąbanie w nim stopni. Tak zrobili, jednak po 90 może 100 wyrąbanych stopniach Wiessner zrozumiał, że tą techniką wierzchołka nie zdobędzie. Trzeba by wyrąbać w lodzie dalszych 300-400 stopni, a może i więcej.
Samo to, że na tę lodową formację porwał się zespół niedysponujący rakami był najlepszym potwierdzeniem opinii Jacka Durrance’a o Wiessnerze. Na szczęście dla Pasanga Fritza szybko opuściły siły. Szerpa odetchnął, licząc na to, że w kolejnym podejściu to inny z jego krajanów stanie się towarzyszem niereformowalnego sahiba, dla którego nie istnieje żaden inny priorytet oprócz wspinaczki na szczyt.
Należało teraz zejść do obozu VIII, w którym przebywał Wolfe i w którym powinni już być inni Szerpowie – spośród nich Fritz będzie mógł zwerbować towarzysza kolejnej próby i zabrać raki.
Tymczasem w obozie zastali niemiłą niespodziankę: był tam tylko Wolfe, który od paru dni nie jadł i nie pił nic ciepłego, bo skończyły mu się zapałki. Żywił się tylko pemmikanem i śniegiem, a jego stan mentalny nieco odbiegał od kontaktowego. Decyzja była natychmiastowa: zejście do obozu VII, gdzie w założeniu miały być duże zapasy jedzenia. Zejście było dramatyczne. Wiessner i Pasang Dawa Lama nie mieli raków, a Wolfe, mimo że je miał, w ogóle sobie nie radził.
Doszło do wypadku: Wiessner ledwie utrzymał na linie resztę zespołu. Pasang był bardzo mocno potłuczony. Wiessner przejął raki od Wolfe’a i kontynuowali zejście, czyli asekurował partnerów, a ci schodzili krok po kroku.
Widok resztek obozu VII był przerażający. Wszytko było dosłownie wypatroszone, a resztki zapasów rozrzucone po okolicy. Cudem udało im się odzyskać jeden namiot, kuchenkę i paliwo. Wolfe ochoczo zgodził się zostać na miejscu. Schodził najwolniej, a Fritz ciągle rozmyślał o tym, jak zdobyć sprzęt, jedzenie i powtórzyć atak.
To co Wiessner i Pasang zastali w obozie VI sprawiło, że znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Obóz nie istniał, widać było, że został po prostu zlikwidowany ludzką ręką, a nie siłami natury! Od tego momentu jedynym ratunkiem dla tej dwójki stało się zejście do podstawy Żebra Abruzzich, bez sprzętu biwakowego i bez jedzenia, poza resztkami, które udało im się znaleźć. Zanim dotarli do bazy, musieli spędzić dwa biwaki pod gołym niebem – rzecz bez precedensu w przedwojennych himalajskich realiach. Wszystkie niższe obozy zostały zlikwidowane z ewidentną premedytacją, na szczęście ich marne pozostałości pozwoliły górskim rozbitkom, a nie zdobywcom, na kontynuowanie odwrotu.
Pasang z pewnością nie znał słowa „sabotaż”, którym Wiessner raz po raz kwitował to, co zobaczył.
24 lipca dotarli do bazy, budząc konsternację, ponieważ „uznano ich za zmarłych”. Dzień wcześniej przybyli tragarze i baza była w trakcie likwidacji.
Co się stało?
Po zejściu Durrance’a do bazy cała motywacja i uwaga pozostałych uczestników skupiona była na jak najszybszym zakończeniu wyprawy i dotarciu do cywilizacji. Dzień po dniu obserwowali górę przez lornetki w nadziei, że dostrzegą jakiś postęp w akcji górskiej albo po prostu oznaki życia. Niczego nie zobaczyli, tymczasem nieubłaganie zbliżał się moment nadejścia tragarzy (23 sierpnia). Podjęto decyzję o odzyskaniu jak największej ilości sprzętu z niskich obozów, do IV włącznie. Taka procedura miała jednocześnie przyspieszyć pakowanie się. W tym celu zostali wysłani Szerpowie.
Wydano im stosowne polecenia, niemniej brak kompetentnego tłumacza i ogólna atmosfera inercji panująca w bazie zrobiły swoje. Wystąpił chaos komunikacyjny. Szerpowie mieli w założeniu przeprowadzić rekonesans aż do obozu VIII obozu, a te wyższe miały pozostać nienaruszone, ponieważ uznano, że zniesienie sprzętu na dół będzie zbyt trudne. Żaden z sahibów nie pofatygował się, by kierować tą akcją. Durrance miał dla swoich towarzyszy lepszą propozycję niż noszenie ciężkich ładunków: fetowanie swoich dwudziestych siódmych urodzin.
Szerpowie zrozumieli, że mają zlikwidować wszystkie obozy, do których dotrą. Dotarli do siódemki, jeden z nich, Tendrup, podszedł jeszcze ze 100 metrów, po czym zaczął nawoływać i jodłować, lecz bez odzewu. Znajdował się wtedy może 150 metrów od namiotu (obóz VIII), w którym siedział Wolfe.
Komunikacja głosowa za pomocą okrzyków to raczej słaby pomysł na K2, zwłaszcza że Wolfe najprawdopodobniej po prostu w tym czasie spał. Już prawie od miesiąca przebywał powyżej 7000 metrów, a prawie dwa tygodnie powyżej 7500 metrów, w dodatku od paru dni bez ciepłej strawy.
Tendrup usłyszał w oddali odgłos lawiny i to, wraz z przerażeniem, że sam znajduje się na lawiniastym stoku, nasunął mu prosty wniosek: wszyscy, którzy byli wyżej, zginęli. Dowodem był… brak kontaktu głosowego. W istocie ani śpiący Wolfe, ani wylegujący się w promieniach słońca Wiessner nie mogli go usłyszeć. Wieść o śmierci „wszystkich na górze” w bazie przyjęto z pewną ulgą. Tak sahibowie, jak i Szerpowie mieli po prostu dość. Dwaj najmłodsi uczestnicy, Sheldon i Cranmer, opuścili już wcześniej wyprawę i rozpoczęli zejście.
Tymczasem przed Tonym Cromwellem, kierownikiem bazy, stanął Wiessner i oskarżył go najpierw o to, że zostawił go na śmierć, a następnie o sabotaż – uniemożliwił mu powtórny atak szczytowy. Fritz opisał pokrótce, co się wydarzyło, jak blisko celu byli z Pasangiem. Na koniec oznajmił… że Dudley Wolfe wsadzi ich wszystkich do więzienia.
Cromwell przytomnie odparował, że jeśli już, to jedynym podsądnym może być Wiessner. A to dlatego, że porzucił człowieka, któremu winien jest tysiąc trzysta dolarów (tyle zabrakło Wiessnerowi do wpisowego wynoszącego 2500 dolarów, i pieniądze założył Wolfe).
Fritz w tym momencie musiał zdawać sobie sprawę, że gdy zostawił Wolfe’a w obozie VII, ten był w bardzo złym stanie i jedynym problemem było to, czy da radę zejść z góry. W jego przypadku uczestnictwo w ataku szczytowym nigdy przecież nie wchodziło w grę, Fritz użył więc Wolfe’a jako „straszaka”. Miał nadzieję na jeszcze jedną próbę ataku na szczyt, zupełnie jakby nie zdawał sobie sprawy, że jego kondycja fizyczna na to nie pozwala. On i Pasang przecież ledwie uszli z życiem. Zaszokowani Cromwell i Durrance usłyszeli: „Poza tym w Himalajach jest jak na wojnie, kilka ofiar musi być!”.
W historii wspinania niewiele było wypowiedzi, które równie trafnie oddawały brutalną rzeczywistość, czyli to, co widać gołym okiem. Eufemizmy byłyby tu nie na miejscu.
Być może konkurencyjne w brutalnym przekazie są tutaj jedynie „Stefano przyjdziemy po Ciebie jutro!’ albo „A ja Ci kurwa nie wierzę!”.
To jedno zdanie i zawarta w nim diagnoza zrujnowały reputację Fritza Wiessnera. W jednej chwili z pretendenta do tytułu najbardziej znanego alpinisty na świecie stał się wyrzutkiem. Tym bardziej, że katastrofa miała dopiero nadejść i nie ograniczyła się ona do „kilku ofiar”.
Ktoś musiał sprowadzić Dudleya Wolfe’a z góry. Wiessner, pomimo zapalczywej retoryki, był bardzo wyczerpany, Durrance do niczego się nie nadawał – najwyraźniej to nie była góra jego przeznaczenia, a kufry wyprawy już praktycznie spakowano. Co więc robić?
I wtedy na scenę wkroczył Pasang Kikuli. Po raz pierwszy w dziejach himalaizmu to Szerpa, a nie sahib przejął dowodzenie akcją górską, stał się de facto liderem wyprawy, i to w sytuacji kryzysowej.
Pasang Kikuli, Tsering Norbu, Pasang Kitar i Phinsoo wyruszyli z bazy 28 lipca o szóstej rano, by po pokonaniu 2100 metrów w pionie dotrzeć pod koniec dnia do obozu VI. Był to wyczyn bez precedensu. Norbu poczuł się źle, a następnego dnia pozostała trójka dotarła do Dudleya Wolfe’a. To, co Szerpowie zastali, było tragiczne i odrażające.
Milioner i celebryta, a jednocześnie pierwszy w historii klient i turysta wysokogórski, który chciał zaimponować światu i swojej kobiecie, leżał w namiocie wśród fekaliów i innych wydzielin, a nawiązanie z nim kontaktu było z początku niemożliwe. Po napojeniu i podaniu Wolfe’owi jedzenia udało się zamienić z nim parę zdań. Odmówił schodzenia na dół, twierdząc, że będzie na to gotowy, ale następnego dnia. Kikuli nie miał wyboru (brak sprzętu biwakowego), więc po uprzątnięciu nieczystości z namiotu i ogarnięciu Wolfe’a musiał zejść z towarzyszami do obozu poniżej.

Fritz Wiessner pod K2 w czasie wyprawy w 1939 roku (fot. Kolekcja Jack Durrance / American Alpine Club)
Tam uświadomił sobie, że sytuacja jest beznadziejna i jedyne, co można zrobić, to podejść raz jeszcze do wyższego obozu i jeśli Wolfe nie w da rady schodzić, trzeba będzie wymóc na nim podpis pod stosownym oświadczeniem, że chciał zostać na górze. Nietrudno zauważyć, że plan ten był echem retoryki Wiessnera, którą ten zaprezentował po zejściu do bazy.
Nazajutrz pogoda się załamała i trzej Szerpowie ruszyli do góry dopiero dnia następnego. Nikt już ich nie zobaczył, najprawdopodobniej zginęli w lawinie. Do bazy dotarł jedynie Tsering Norbu.
Fritz Wiessner nie tylko więc porzucił swojego towarzysza w górach, ale stał się poczwórnym mordercą. Wieść o tym wyprzedziła karawanę i w jednej chwili stracił renomę, którą budował przez lata w USA.
Piotr Korczak
***
O początkach kariery wspinaczkowej Wiessnera w Szwajcarii Saksońskiej, Wilder Kaiser, emigracji do USA i wspinaczkach za oceanem (Shawangunks, Devils Tower) oraz wyprawie na Nanga Parbat w 1932 roku, przeczytacie w pierwszej części biografii:
Okres powojenny opisuje z kolei część 3:
***
Na podstawie:
- Mick Conefrey, Duchy K2. Epicka historia zdobycia szczytu, przekład K. Krzyżanowski, Bezdroża, Kraków 2019, oryginalne wydanie
- Jennifer Jordan, The Last Man on the Mountain: The Death of an American Adventurer on K2, Norton&Company, Nowy Jork 2011.
- Andrew Kauffman William Putnam, K2:The 1939 Tragedy, Mountaineers Books, Seattle 1993
- Fritz Wiessner, K2: Tragödien und Sieg am zweithöchsten Berg der Erde (K2. Tragedie i zwycięstwa na drugiej najwyższej górze świata), Rother, Monachium, 1955
- https://www.adirondacklife.com/2019/07/25/routes-revival/
- https://www.climbing.com/people/rock-climbing-dangerous-style-dresden-germany/
- https://www.bigwallgear.com/p/mystery-mountain-part-2
- https://gognablog.sherpa-gate.com/il-tentativo-del-1939-al-k2/
- https://saebi.isgv.de/biografie/Fritz_Wiessner_(1900-1988)
- https://en.wikipedia.org/wiki/1939_American_Karakoram_expedition_to_K2
- https://en.wikipedia.org/wiki/Fritz_Wiessner
***
Polecamy również inne teksty Piotra Korczaka:
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA




