23 maja 2024 09:53

Wczesne Lwy. Wojtek Kurtyka wspomina Riko Malczyka

Nieraz ludzie pytają: czy pamiętasz Rika? A ja nie wiem, co jest bardziej wyraziste – nostalgia za nim, czy wspomnienie pewnych wydarzeń. Sytuacje z Rikiem często bywały zabawne, nieraz jednak przejmująco smutne. To dziwne, że poczucie głębokiej więzi silniej kształtuje się w sytuacjach trudnych i bolesnych niż w tych związanych z uciechami życia. Dlatego chcę nawiązać do śmierci matki Rika, która niewątpliwie tkwiła w nim głęboko, zaś między nami pozostawiła przejmujący ślad, dotąd we mnie żywy.

Rico w skałkach (arch. Krzysztof Baran)

***

List

Pewnego razu zdarzyło mi się być w mieszkaniu Rika na Flisackiej. Wiedziałem, że jego relacje z żoną bywały trudne, ale Riko taktownie wyczuł moje zakłopotanie i uspokoił mnie mówiąc, że nie ma jej w domu. Mieszkanie było dość zapuszczone, wiadomo, gniazdo domowe nie było bajką Rika, najwyraźniej jego żony też nie. Czułem się nieco zakłopotany, bo było to jak wejście w jakąś trudną osobistą przestrzeń.

Riko sporządzał w pośpiechu szybką przekąskę. Na stole w kuchni leżały różne szpargały. Moją uwagę przyciągnął jego sławny kapownik (czyli pamiętnik wspinaczkowy). Spytałem, czy mogę do niego zajrzeć. Riko się zgodził. Oglądałem go po raz pierwszy. Mimo niezdarnego odręcznego pisma, litery były czytelne. Zaskoczyła mnie schludność w kapowniku – podyktowana potrzebą i porządkiem z innego świata niż bałagan w kuchni. Przekartkowałem go i odkładając zauważyłem obok kartkę, jakby wypadła z kapownika, więc odruchowo sięgnąłem po nią. Natychmiast zauważyłem nagłówek – Kochany synu. Zrobiło mi się głupio i pośpiesznie kartkę odłożyłem, a na to z boku słyszę głos Rika – jak chcesz, to możesz to przeczytać. Zapadła między nami kłopotliwa cisza. Hmm… kochany synu… Naprawdę powinienem to przeczytać? Spojrzałem na Rika, a on powtórzył – przeczytaj, to jest list mojej  mamy, który zostawiła mi po samobójstwie. Tym razem w jego słowach wyczułem coś więcej niż przyzwolenie, wyczułem prośbę. Zdałem sobie sprawę, że chce się podzielić czymś ważnym. Cisza się przedłużała, a ja zacząłem czytać ten list i czułem jak gula wzbiera w gardle.

Do tej pory wraca wrażenie, jakie na mnie zrobił. Treści tego listu dzisiaj już dokładnie nie pamiętam, ale w jego części końcowej matka dzieliła się z synem strasznym przekazem, że życie jest beznadziejne i nie jest nic warte. W ostatnim zdaniu wyrażała jakąś pesymistyczną i niewyraźną nadzieję, że synowi powiedzie się lepiej. W jej pożegnaniu brzmiała pustka i rozpacz. Po tych ostatnich słowach się powiesiła.

Cholera, samobójcy są grzechem pana boga, podobnie jak matka tuląca dziecko do piersi i szepcząca daremną modlitwę przed wejściem do komory gazowej. Samobójcy wyznaczyli moją ostateczną schizmę z kłamstwem o miłosierdziu bożym – odtąd fraza z Rob Roya: „nikt o łaskę prosił nie będzie, łaska nie zostanie udzielona”, nie opuszczała mnie, nawet kiedy oczekiwałem na sentencję wyroku na biwaku śmierci na Gasherbrumie IV.

Po przeczytaniu tego listu nie byłem w stanie wykrztusić słowa. Między nami trwało milczenie, ciężkie jak grób, okrutne jak sznur. W tym milczeniu tworzyła się moja więź z Rikiem na resztę życia.

Wspomnienie listu mnie prześladowało. Kiedy Riko zmarł, próbowałem ten list odnaleźć i odtworzyć jego środkową część.  Jego poszukiwanie było jak próba odzyskania utraconej więzi. Dotarłem do Magdy, jego dziewczyny, i okazało się, że ona również znała treść listu, ale niestety nie potrafiła powiedzieć, co się z nim stało. Nigdy go już nie znalazłem, pozostała mi tylko gorzko-słodka świadomość, czym była prośba Rika o jego przeczytanie.

Nieraz zastanawiałem się, jak Riko radził sobie z tym przekazem od matki. Po przeczytaniu listu nie byłem zdolny do jakiejkolwiek rozmowy. Obaj milczeliśmy. Trudno się rozmawia o grzechach boga. Myślę, że samobójstwo matki dotknęło go w potężny sposób. Jeżeli lata po tym wydarzeniu ten list leży w na wierzchu w kuchni, a on prosi, żeby go przeczytać, to przecież znaczy, że sznur i przekąski stały się nierozłączne.

Riko trenuje na Zakrzówku (fot. Ryszard Urbanik)

Kliknięcia

Postać Rika wraca do mnie w zadziwiająco uporczywy sposób. Prawdopodobnie każdy z nas ma w życiu sytuacje, okoliczności i postaci, które ciągle do niego wracają, szczególnie dotyczy to wspomnień pewnych osób. Zapewne każdy doświadcza powracania postaci matki, ojca czy własnych dzieci. Sądzę, że wywołuje je zew genetyczny, o podobnej naturze i równie silny i tajemniczy jak instynkt macierzyński. Uznaję go za dowód istnienia przestrzeni pozamaterialnej. Ale u mnie ten zew działa dziwnie mocno również poza więzami genetycznymi i dotyczy partnerów wspinaczkowych. Ich powroty są dla mnie zagadką. Wracają z podobnym uporem, jakby łączyły nas więzi krwi. Myślę, że każda z tych postaci jest dla mnie jakąś ważną wskazówką życiową.

Wierzę, że jakość naszego życia jest tożsama z jakością więzi, które ukształtowaliśmy z ludźmi. Jeśli te więzi stają się w pamięci rodzajem serdecznego, pozytywnego depozytu, tworzą fundament, który trwale określa jakość naszego życia. Nie naruszają go okresy niedoli, osobiste niepowodzenia ani nikczemność świata.

Jedną z takich powracających postaci jest Riko. Okoliczności jego objawień są doprawdy osobliwością. Riko najczęściej objawia się, kiedy błąkam się gdzieś po wertepach naszych dolinek i nagle doznaję efektu „klik”, coś jak flesz – i nagle czuję postać Rika obok siebie. Nie chodzi mi o jakieś konkretne wydarzenie czy krotochwilę, które często wydarzały się wokół Rika, tylko wraca wyczucie jego osoby, jak ducha obok mnie.

Jeszcze bardziej zadziwiają miejsca tych objawień. Riko wcale nie jawi się w sąsiedztwie wielkich formacji skalnych czy słynnych dróg, jak imponujące Cimy czy Filar Abazego, tylko w niepozornych zakamarkach dolinek, zwykle z dala od wspinaczkowej popularności i zgiełku świata. Zawsze są to miejsca, które budziły naszą wspólną wrażliwości na magię skalnej rzeczywistości.

Klik i jawi się Riko! Zatrzymuje nas jakiś dziwny kształt skały albo ‘bulderowy’ walor kamienia. Obaj doznajemy wrażenia powabu i dziwności miejsca. Wgapiamy się w nie bez słowa, tylko czasem Riko podejmuje przewrotną próbę interpretacji tajemnicy i powiada – o, patrz, cipa mamuta. Nieraz ni stąd, ni zowąd Riko przystawał i wpatrywał się w jakiś skalny twór bez znaczenia, podchodził do niego bez słowa i dotykał skały, jakby zawierał z nią przymierze. Nieraz wykonywał zwis na wypatrzonej dziurce, na jednym palcu. A ja zawsze podzielałem jego zaciekawienie. Po czym bez komentarza szliśmy dalej. Innym razem zatrzymywały nas dziewicze leśne turnie, przy których natychmiast iskrzyła wspólna wspinaczkowa wyobraźnia.

W ten sposób do dzisiaj, bez słów, nawiązujemy łączność w tych tajemnych miejscach. Zresztą magii miejsc nie da się zwerbalizować. Nieraz Riko nawiązywał do niej swoimi półsłówkami – spójrz, wskazywał na mini maczugę – „mała jak płotek”, istotnie „pała jak młotek”. Komentarze bywały zwykle prześmiewcze. Pamiętam, jak pewna zabawna fraza zaistniała miedzy nami na lata. Pewnego razu dopadła nas ochota na wypad rozpoznawczy do Modlniczki, która uchodziła za teren dziewiczy. Riko słyszał, że gdzieś tam jest nieodkryta przez wspinaczy skała. Dotarliśmy w okolicę moim fiatem 126, a tam żadnej skały ani widu, ani słychu. Pytamy lokalsa, a on jak Jezus dostojnie doradza – szukajcie, a znajdziecie, i wyjaśnia gdzie szukać tej skały. Pełni nadziei zapytaliśmy go, czy to wielka i piękna skała. A on na to z wielką powagą – o panie, i to jeszcze jaka! Napaleni szukaliśmy cierpliwie i w końcu znaleźliśmy. Skała okazała się zarośniętym chwastami parchem.

– Piękna, proszę pana, no nie? – zagadnąłem.

– O panie, i to jeszcze jaka ! – zachichotał Riko.

I tak nam zostało na lata. Fraza wracała jak tajemna mantra w różnych okolicznościach. Np. rozmawiamy na temat jakiejś turni w Dolinie Kościeliskiej, więc pytam Rika, czy fajna, a on odpowiada – „oj panie, i to jeszcze jaka!”. Od tego czasu ilekroć mieliśmy do czynienia z jakimś parchem wspinaczkowym, fraza „i to jeszcze jaka” wszystko wyjaśniała.

Po jego śmierci do dzisiaj doznaję w różnych miejscach efektu „klik” i pojawia się Riko. Wraca uporczywie i zagadkowo. Nie wiem, czy istnieje jakaś konkluzja. Zawsze łączy nas nieokreślona magia miejsca, ale też coś więcej, te wirtualne spotkania zawsze są serdeczne, czasem wzruszające. Dobrze mi z nimi.

Rico w skałkach (arch. Krzysztof Baran)

Rico w Tatrach (arch. Krzysztof Baran)

Paharganj-Riko

Ciągłe powroty postaci Rika zaczęły budzić we mnie potrzebę spisania kilku ważnych wspomnień w formie tryptyku literackiego. Historia tego listu miała być jedną z jego części. Kolejną byłoby pewne wydarzenie w Indiach, które też bardzo silnie mnie poruszyło. Niektórzy uznają je za przejaw jakiegoś nawalenia. Ale przysięgam, nawalony nie byłem. Chociaż przyznaję, że miewałem w życiu okresy na haju, tyle że bez prochów. Na osławionym Paharganj w Delhi, gdzie robiłem interesy, funkcjonowała cała gama indywidualności, jeszcze z hippisowskim rodowodem. Jedną z nich był wychudzony, ale zwykle ożywiony białas, którego co jakiś czas spotykałem. Nieraz pozdrawialiśmy się skinięciem głowy lub uniesieniem dłoni, ale nigdy nie dochodziło do rozmowy. Wydawał mi się dziwnie swojskim i znajomym typem, jednak nie kojarzyłem dlaczego.

Wiedziałem, że od lat był rezydentem Paharganju. Hmm, pomyślałem – może spotkałem go kiedyś w podróży? Bez wątpienia wiódł tutaj żebracze życie. Intrygowało mnie, jak się na Paharganju zadomowił, skąd się tutaj wziął. Pewnego dnia doszło do rozmowy. Byłem zaskoczony jego eleganckim brytyjskim akcentem i dziwnie znajomą swadą. I znowu doznałem zagadkowego wrażenia – skąd ja tę swadę znam? Okazało się, że jest dzieckiem Brytyjczyków, z którymi stracił kontakt w migracyjnym piekle lat pięćdziesiątych, po odzyskaniu przez Indie niepodległości. Wychowany przez lokalsów nigdy stąd nie wyjechał i  tutaj dorastał.

Zagadnąłem go, dlaczego nie próbował nawiązać kontaktu z ambasadą i wrócić do Wielkiej Brytanii. Wyjaśnił, że kiedyś, owszem, pożyczył garnitur od kumpla i poszedł do ambasady, ale nic z tego nie wyszło.

– To beznadziejni ludzie, szkoda na nich słów  – wyjaśnił z pogodną rezygnacją, po czym potrząsnął blond czupryną i zaśmiał się, pokazując ubytek w zębie.

Ryszard Malczyk i Magda Malczyk w Jaskini Studnisko w Sokolich Górach (fot. Jurek Zygmunt - Speleoklub Częstochowa)

Ryszard Malczyk i Magda Malczyk w Jaskini Studnisko w Sokolich Górach (fot. Jurek Zygmunt – Speleoklub Częstochowa)

I w tym momencie olśniło mnie – przecież to Riko!!

Wszystko się zgadzało, te same gesty szczupłych dłoni, znajoma swada w mówieniu, te same spływające blond włosy i uszczerbek w uzębieniu. No i te same porąbane koleje życia.

Ożeż, toż to inkarnacja Rika na Paharganju? – pomyślałem niedorzecznie! W końcu to Indie! Ale hola hola, jeśli to inkarnacja, to przecież Pahar-Riko powinien być dzieciakiem, a jest raczej moim rówieśnikiem. Doprawdy nie wiedziałem, co jest grane.

– A w którym roku się urodziłeś? – zapytałem na wszelki wypadek.

– W 1949, 25 lipca – odparł płynnie. Ja zaś płynnie odjechałem ze zdumienia, bo była to dokładnie data urodzenia Rika.

Ha!, więc to bliźniaki astralne!

Datę 25 lipca pamiętałem znakomicie z prostej przyczyny, bo jest datą urodzenia zarówno moją, jak i Rika. Tyle że Riko urodził się w 1949, a ja w 1947.  W istocie, wszyscy troje, Riko, Pahar-Riko i ja jesteśmy bliźniakami astralnymi. Nawet kiedyś z okazji tej astralnej wspólnoty zrobiliśmy z Rikiem w skałkach nową drogę o nazwie Wczesne Lwy, wczesne dlatego, bo zodiakalny Lew zaczyna się 22 lipca. Czy coś z tego rozumiecie??

Doprawdy, gubiłem się w znaczeniu tej okoliczności! Kim jesteś, przyjacielu? Relacja między nami była też dziwnie astralna. Chciałem to spotkanie z Pahar-Rikiem jakoś uczcić, więc zaprosiłem go do sąsiedniej, dosyć drogiej europejskiej restauracji, na co on zareagował słowami:

– A po co tam? Przecież tam nie ma co zjeść i jest drogo, a lokalne knajpki są najlepsze. Popatrzyłem na niego zdumiony, bo doprawdy, tako rzecze tylko Riko.

Trzecią historią w tryptyku miały być wizyty Rika u mnie na ulicy Królowej Jadwigi. Wpadał dosyć często, bo mieszkał blisko, w mini komunie, na ulicy Owcy-Orwicza. Były to dziwne wizyty, często prawie bez rozmowy, a jednak pełne treści. Nieraz wpadał podszyty smutkiem, który niepokoił mnie jak złe przeczucie. Czułem bezradność, bo nie potrafiłem mu pomóc. Wiedziałem, że to najtrudniejsza do opisania część tryptyku, bo jak wyrazić niewyrażalne? Nie wiem, czy temu kiedykolwiek podołam!  To przykre, że tych niewyrażalnych treści wlecze się za moim życiem coraz więcej.

Dyplom I Ogólnopolskich Zawodów Wspinaczkowych, Bolechowice, 2 czerwca 1973 (fot. Agnieszka Malczyk)

Rywalizacja

Nieraz głodne duchy zapytują – a który z was był lepszym wspinaczem w skale? Trudną cechą środowiska wspinaczkowego jest egocentryzm. Wspinacze są jak zombie, maniakalnie pożądające wciąż tego samego mięcha, wykazania, że są wybitniejsi, mądrzejsi, że lepiej się wspinają. Śledzenie portali wspinaczkowych w internecie jest jak relacja na żywo z psychiatryka. Zombie mocno doświadczają swoich upadków i wzlotów. Jestem przekonany, że to cecha każdej wybitnie kreatywnej dyscypliny. Im piękniejsza kreacja, tym większa duma z własnego wzlotu, im piękniejszy wzlot tym boleśniejszy upadek. Rzadko pojawia się wybitny artysta niezadurzony w sobie samym. Nie od przypadku wśród wspinaczy pojawiają się typy o ksywie „boski”, lub powstają drogi o nazwie „Deklaracja nieśmiertelności” jako ślad własnej wielkości.

Szczerze złości mnie postrzeganie mojej relacji z Rikiem jako rywalizacji. Podobne prostactwo medialne odnosi się do mojego partnerstwa z Kukuczką, z którym przez cztery lata dzielnej samotności w Himalajach nie doznałem ani jednego impulsu rywalizacji.  Zastępy chorych z ambicji zombie nie rozumieją natury głębszych więzi ani przyjaźni i nie pojmują, że przy nich rywalizacja zmienia cały swój sens, podobnie jak miedzy ojcem i synem. Dopatrywanie się rywalizacji między nami poniekąd ośmiesza jej ideę, bo co to za rywalizacja, w której rywale chętnie oddają sobie nawzajem pierwszeństwo. Toż to profanacja rywalizacji. Owszem, ona się między nami pojawiała, ale w zupełnie niewinnej i bezinteresownej wersji, powiedzmy, jak przy zabawie dzieciaków. Ale żaden zombie, węszący za tym cholernym mięchem kurwy-sławy, nie zrozumie tego.

Kiedyś parsknąłem śmiechem, kiedy po latach Riko wspominał nasz pierwszy kontakt wspinaczkowy w 1971 roku. Były to moje pierwsze odwiedziny w Jurze Krakowskiej, a Riko robił za przewodnika. Tak to wspominał:

– No i przyjechała ta gwiazda z Sokolików. Myślę sobie, trzeba go przetestować. Więc wypuszczam gwiazdę na trzeci filarek (VI), ale cholera, gładko go przechodzi. No dobrze, myślę, może się zwali z Heinrichówki (VI+). Ale cholera, znowu przeszedł go gładko i nagle dociera do mnie – oj niedobrze, oj niedobrze! Snuł tę opowieść i obaj pękaliśmy ze śmiechu.

Kiedy któryś z nas przegrywał w skalnej zabawie, owszem, pojawiało zabawowe rozczarowanko, ale sukces w przejściu trudnego miejsca bywał jedynie przyjaźnie  komentowany – „o kurde, zawsze coś innego wymyślisz!”, albo „jak ty to zrobiłeś!”

Każdy z nas zachowywał  piękną lekkość bytu. Ale jak przekonać te ambitne głodne duchy, że ani we mnie ani w Riku nie było śladu rywalizacyjnej zazdrości czy urazy. Więc cóż to za rywalizacja?

Charyzma

Po jego śmierci te powtarzające się „kliki” w dolinkach i jego powroty były zawsze orzeźwiającą przyjemnością i  wywoływały we mnie zdziwienie  – Riko, dlaczego powracasz tak serdecznie? Chyba jego dar bezinteresownej zabawy najbardziej zbliża do jego charyzmy. Być może w postaci Rika objawia się odpowiedź na zrozumienie szeroko pojmowanej mocy charyzmatycznej. Warto zauważyć, że nawet przerażająca charyzma Hannibala Lectera z „Milczenia owiec” też poniekąd uwodziła pozornie przyjazną zabawą z ofiarą.

Riko był prawdziwym guru wspinaczkowej zabawy. Podobny przepływ aury bezinteresownej zabawy często zauważam w muzyce lub w tańcu. Riko był jazzmanem skały, tak szczerze zatopionym w grze, że zapominał „deklarować nieśmiertelności”. W swojej relacji ze wspinaniem był ujmująco autentyczny i bezinteresowny, i wyzbyty tego nękającego głodu wykazania swojej wyższości. Kontakt z jego osobą nie wystawiał jego partnerów na gierki próżności i pozwalał zachować lekkość bytu. Riko poniekąd do dzisiaj ratuje sens wspinania i magię skały. Pamięć jego osoby jest jak reduta mentalna, chroniąca ideę wspinania przed degradacją w tępą rywalizację i nachalny kult indywiduum. To istotna część jego charyzmy.

Wspomnienie jego osoby zawsze przełącza mnie w najbardziej pozytywny nurt wrażliwości, w doświadczenie wspólnej, tajemnej więzi z przyrodą. Ale dzielenie się tym nurtem w świecie opętanym kultem sukcesu i rywalizacji jest jak daremne poszukiwanie wspólnoty w psychiatryku. Więc pogodnie macham ręką i powiadam jak Riko na Paharganj– szkoda na nich słów. I wędruję przez wertepy dolinek z nadzieją na kolejny klik.

Riko outsider

Częścią charyzmy Rika była jego natura outsidera. Był urodzonym społeczno-obyczajowym outsiderem, nieufnym wobec społecznego porządku i autorytetów, szyderczym wobec tandetnych kultów i  hipokryzji. Trochę był  buntownikiem. Odrzucał autorytety, lecz okazywał wrażliwe zainteresowanie świrami, np. zauważał postać „Psa”- Ryszarda Terleckiego, jednak kontaktu z nim nie miał. Za to margines społeczny miewał kontakty z nim. Lgnęły do niego fiolety-pijaczki, dokujący regularnie między skałkami na Zakrzówku, i dawali mu, a jakże, pociągnąć jabola z gwinta.  Nawet obrzeża świata przestępczego bywały dumne z podania ręki Rikowi. W tych rewirach Riko był moim guru – o, popatrz, wskazywał, ten zabił żonę, a ten siedział za włamania. Jednak to nie było jego środowisko, tylko obiekt przyjaznego zaciekawienia i kontemplacji. Wyraźnie sympatyzował ze środowiskiem artystycznym, wspominał o Korze,  kręciła go też Anna Dymna.

Oczywiście środki do życia Riko pozyskiwał od przypadku do przypadku, jak mu się fucha trafiła. Ale wspinanie ratowało go i dyscyplinowało. Oprócz pociągu do alkoholu nie zauważyłem u niego jakiegokolwiek uzależnienia narkotycznego czy skłonności do rozwiązłości. Kobiety odgrywały w jego życiu fajną rolę. Wydaje mi się, że był wierny swoim partnerkom. Ale kto go tam wie.

Nosił się jak hipis, poniekąd zresztą jak ja, ale był w tym bardziej wyrazisty. W tamtych czasach dominowały rozszerzane u dołu spodnie, tzw. dzwony, luźne koszule, długie włosy. Miał też zużyty ząbek, który po jego śmierci rozpoznałem u lokalsa na Paharze. Rico nie był wiernym naśladowcą obowiązujących mód, ale czerpał z nich z artystyczną fantazją i w swoim stylu. Nieraz mnie zaskakiwał i pojawiał się w czymś odjechanym, niezgodnym z trendami.

W środowisku zanikła już świadomość, że na początku wspinania Riko podlegał pewnej potępieńczej stygmatyzacji. Zarówno on, jak i zapatrzona w niego jak w guru grupka wspinaczy, zwana „kaskaderami”, byli obiektem szyderstwa i krytyki. Riko uchodził za niesfornego chuligana tatrzańskich ścian. Moje pierwsze wspomnienie Rika to właśnie obraz taternickiego łobuza. Kiedy po raz pierwszy w życiu w 1968 dotarłem w Tatry, z kocykiem w parcianym plecaku, z zamiarem wspinania się, w schronisku na Hali Gąsienicowej moją uwagę zahipnotyzował widok rozwydrzonej grupy wspinaczy. Wiedziałem, że to krąg wybrańców wtajemniczonych w świat, który był moim jasnym obiektem pożądania. Wpatrywałem się zafascynowany w arogancką, hałaśliwą gromadkę, zgromadzoną wokół cherubinka w obłoku blond włosów.

Kto to?

Cherubinek, jak pantomim, pięknymi dłońmi kreślił w powietrzu ekspresyjne gesty i zorientowałem si,ę że naśladował konfiguracje chwytów i ruchów na jakiejś tatrzańskiej zerwie.

Gdzie to?

W żywiołowej opowieści, jak tajemne zaklęcia, padały nieznane słowa – Dzięgiel, Sprężyna. Działały na moją wyobraźnię jak nazwy nieznanych i niedostępnych krain.

Co to?

W gromadce raz po raz rozlegały się wybuchy śmiechu, skierowane wyraźnie do najniższego ze wspinaczy, chyba był to Tyrpa. Cherubinek opisywał kolejne fazy dygotek nóg Tyrpy na jakiejś trudnej wspinaczce i opisywał je jako „tyrp”  pierwszego, drugiego i wreszcie trzeciego stopnia, tuż przed odpadnięciem od ściany. Śledziłem pantomimę z dotkliwym żalem, że nie należę do kręgu wybrańców – cóż bym dał, aby być jednym z nich, wydawali mi się nieosiągalni. Kiedy nogi Tyrpy osiągnęły w pantomimie dramatyczny „tyrp” trzeciego stopnia, rozwydrzona gromadka rechotała ze śmiechu, a cherubinek wydawał mi się bezlitosnym szydercą. Szczerze współczułem Tyrpie, ale było to daremne współczucie, bo Tyrpa był zachwycony.

Kto to? – zapytałem mojego opiekuna Józka Osadę, a Józek dziwnie cicho wyszeptał – to kaskaderzy.

– A kto to? – powtórzyłem.

– A to tacy jajcarze – wyjaśnił jeszcze ciszej – właśnie wrócili z zachodniej Kościelca. Na pewno się pozabijają.

Cherubinkiem w aureoli blond włosów był właśnie Riko. Istotnie zginął, jak przepowiadał J. Osada, ale nie na tajemnej Sprężynie czy Dziędzięlu, tylko odpadając na trawersie między oknami, na 6. piętrze, próbując sięgnąć okna swojej dziewczyny.

Ceną każdego outsaiderstwa jest życie na peryferiach publicznego porządku. Outsajderstwo skazuje na dzielność, a kiedy nie dajemy rady na samotność, nieraz na cierpienie. Częścią mojej przyjaźni z Rikiem był ten wspólny stan umysłu, który skazywał nas na odosobnienie w strukturach ładu publicznego. Obaj wspinaliśmy się inaczej, z bogiem byliśmy na bakier, ład społeczny był opresją. Tylko kochaliśmy po bożemu.

Wrażliwość religijna

Miewałem odruch zaczepek o tematy religijne, ale z kumplami łatwiej się rozmawia o dupach czy masturbacji niż o bogu. Szczerze mówiąc, nie wiem, co Riko roił o bogu. Tyle, że był na „nie”. Nie zauważyłem u niego żadnego kontaktu z kościółkiem. W porze mszy albo odsypiał kaca, albo się wspinał. W PRLu religijność funkcjonowała poniekąd w podziemiu i nie wywoływała w naszym życiu trudnych polemik ideowych, nie dzieliła nas jak dzisiaj. We mnie jednak oznaki buntu zawsze były silne, bo już w szesnastym roku życia odmówiłem chodzenia do kościoła. Tata zareagował gniewem, mama smutkiem i troską.

Dzisiaj z przekonaniem sprzeciwiam się mentalnej spuściźnie chrześcijaństwa, którą postrzegam jako toksyczny balast duchowy. Wizja boga w tradycji judeochrześcijańskiej jest po prostu ponurą projekcją ludzkiej żądzy władzy i posiadania, jest repliką  ziemskiego króla-dyktatora, który pod sankcją nieba-piekła wymusza lojalność. Ta wizja jest trucizną ważącą na historii ludzkiej cywilizacji jak cholera. Ten boski wzorzec wymusił umocowanie w zbiorowej świadomości zgubnego kultu indywiduum. Skoro jesteśmy stworzeni na wzór boga, zatem wzorzec zobowiązuje do zwyciężania i dominacji. Tymczasem ta postawa jest zaprzeczeniem przeżywania więzi międzyludzkich i doświadczania miłości. Kult indywiduum i rywalizacji jest niszczącym genem ludzkiego matrixu i wyznacza trajektorię rządzy władzy i wojen. Co drugi psycho-celebryta nadaje sobie boskie rodowód i atrybuty. Ludzie nie dostrzegają innej drogi, lecz zapewniam, że ona istnieje.

Od czasu mojej schizmy religijnej poczucie przestrzeni duchowej i zrozumienie wartości najwyższej uległo we mnie transformacji w pogański kult przestrzeni i światła oraz w nabożne postrzeganie magii przyrody, która zatrzymywała nas z Rikiem w tych osobliwych miejscach skalnych. Bliżej mi do animistycznych kultów Słowian czy Wikingów, postrzegających ducha w rzekach, górach, drzewach, niż do „ukrzyżowanego” i jego nakazu: „nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”.

Miłe Kocie

Dopiero kiedy ludzie odchodzą, zaczynamy rozumieć klejnot, który lśnił w ich spojrzeniu, a ich gesty przyjaźni urastają do rangi drogowskazu życiowego. Środowisko dostrzegało ten rodzaj buntowniczej postawy, poniekąd wyzwolonej z fałszu publicznego. Dzisiaj autsajderska krnąbrność wobec ładu i porządku świata urasta we mnie do rangi zobowiązania etycznego. Społeczeństwa i narody stają się niewolnikami globalnych, mafijnych układów władzy i posiadania.  Demokracja jest jednym wielkim szwindlem i manipulacją. Wśród uciech i konsumpcji nawet nie zauważamy obsuwania się w niewolę matrixu. Poniekąd zawsze tak było, tyle że dzisiaj to zjawisko globalne, które determinuje i przyśpiesza ponure losy rasy ludzkiej i planety. Postawa buntu i protestu, jak nigdy wcześniej, staje się jedyną szansą na przetrwanie planety i ludzkości.

Gniew nęka mnie i niestety zakłóca lekkość bytu. Wspomnienie Rika przynosi ulgę, bo jego krytyczny i gniewny stosunek do niegodziwego świata pozbawiony był agresji i ślepej zaciekłości. Wyrażał się poprzez  prześmiewczość.

Riko wzdragał się przed agresywnym opisem nielubianych osób, dlatego chętnie sięgał po półsłówka, które bardziej obśmiewały i bawiły niż gorszyły. Te prześmiewcze, nieraz wulgarne półsłówka doprawdy trafiały i zatapiały, ale nie zacytuję; nie ma sensu naruszać dóbr osobistych tych zatopionych biedaków. W ten sposób Riko ratował swoją piękną duszę.

Nie był typem wojownika, do tego stopnia, że podczas pewnej bójki na stacji PKP w Zabierzowie wiedziałem, że biję się z pięcioma facetami nie tylko w obronie byłej żony Ewy, ale też Rika.

Do dzisiaj w moim sprzeciwie wobec zakłamanych w swej interesowności mediów, używam jego półsłówka „miłe kocie”. To cholernie trafne określenie kulturalnych i miłych redaktorów, pozbawionych wewnętrznego zgorszenia i gniewu wobec cynicznego wyrachowania i cwaniactwa. To kasta dziennikarska, która elegancko, w białych rękawiczkach żeruje na celebryckich kultach, więc mówię o nich „kiłę mocie”.

Bardzo bym chciał, aby to wspomnienie o Riku obudziło zrozumienie natury więzi partnerskich w alpinizmie. To braterstwo szczególne. To coś jak więzi krwi. Widma partnerskie powracają niekontrolowane przez resztę życia. Stąd słowa W. Żuławskiego: „Partnera się nie zostawia, nawet jeśli jest już tylko bryłą lodu”. Oczywiście to raczej alegoria pewnej postawy etycznej niż obowiązujący nakaz. A jednak ta niedorzeczna alegoria ma moc i wciąż jest zdumiewająco żywa wśród wspinaczy. Tyle że nie rządzi wśród „miłych kociąt”. Ani w szerokim ani we wspinaczkowym nurcie medialnym nie zdarzyła się choćby śladowa refleksja nad ponurym śmiertelnym żniwem celebryckich karier. Żaden redaktor „miłe kocie” nie doznał zdumienia, że 4 polskich himalajskich celebrytów asystowało przy 20 partnerskich śmierciach (wliczając swoje własne). To doprawdy imponująca zażyłość ze śmiercią bratniej duszy w imię spektakularnej kariery, niespotykana w żadnej innej dyscyplinie. Asystowanie w tych śmierciach jest poniekąd jak tracenie własnych dzieci i dalsze napieranie do sławy, jakby nic się nie wydarzyło.

Redaktorzy „miłe kocie” poruszają się w rewirach śmierci z wdziękiem i taktem. Nie bulwersują, nie obrażają, chętnie wyrażają współczucie. Kasta „miłe kocie” ukształtowała wizerunek polskiego himalaizmu – przygarnęła igrzyska śmierci i zadrwiła z idei wspinania.

W imię celebryckich kultów i biznesu „miłe kocięta” wynoszą najbardziej cyniczne i egoistyczne sępy w historii polskiego wspinania do wymiaru celebryty. Spójrzcie, jak celebryta wabi i rządzi; z wdziękiem przestawia się z eksploracji górskiej na górsko-seksualną, sięga po wyświechtane chwyty popkultury i eksponuje powab męskiej golizny na okładce książki, a dyskretna plotka podpowiada szeptane seksualne rekordy wysokościowe. „Show must go on”.

Kurwa, ile w tym jeszcze zostało szlachetnej sztuki wzlotu!

Słyszycie mój gniew? Doprawdy jest mi z nim źle. Gniew jest nieodzowny, ale wiele bym dał, aby dysponować nim z tym samym prześmiewczym wdziękiem i życzliwością wobec ludzi, którymi Riko obdarzał świat w swoich  półsłówkach.

Wojtek Kurtyka

***

„Riko - niebiografia Ryśka Malczyka”, Andrzej Mirek, 2024

„Riko – niebiografia Ryśka Malczyka”, Andrzej Mirek, 2024

Tekst Wojtka Kurtki jest twórczym rozwinięciem wywiadu, jaki przeprowadził z nim Andrzej Mirek. Rozmowę możecie znaleźć w książce „Riko – niebiografia Ryśka Malczyka”. Pozycja jest dostępna w księgarni wspinanie.pl.

O pomyśle na książkę, pracy nad nią i poznawaniu legendarnego wspinacza możecie przeczytać w wywiadzie: Rozmawiamy z Andrzejem Mirkiem, autorem książki „Riko – niebiografia Ryśka Malczyka”




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    Hołd oddaję [21]
    Hołd oddaję temu tekstowi i myślom i nim zawartych. Dotyka…

    23-05-2024
    Jumbo