16 lutego 2024 10:42

Jurewicz i Soszyński drogą „Allain-Leininger” na Petit Dru – świetna relacja z przejścia!

W dniach 3-6 lutego Małgorzata Jurewicz i Józek Soszyński przeszli drogę Allain-Leininger na północnej, 900-metrowej ścianie Petit Dru. Choć wspinacze nie zrealizowali dokładnie zamierzonego celu, ich przygoda robi wrażenie. Zwłaszcza, że Józek świetnie ją opowiada. Oto jego relacja.

Małgorzata Jurewicz i Józek Soszyński (fot. Józek Soszyński FB)

***

Jeszcze nigdy nie dostaliśmy tak w kość od gór. Realnie planowaliśmy wspinać się dwa dni i trzeciego zjechać Kuluarem Północnym z przełączki pomiędzy Grand i Petit Dru, choć po cichu aspirowaliśmy do jednodniowego przejścia zimowo-klasycznego i tak też taktycznie się do tego zabraliśmy.

Wystartowaliśmy już o 3 w nocy, przez 9 pierwszych wyciągów wpinaliśmy się bardzo szybko symultanicznie, na tzw. „lotnej asekuracji”. Pierwsze trudne (M5/6) zacięcia pokonaliśmy jeszcze w nocy, pod kluczowym wyciągiem byliśmy o świcie. Wycenę M7+ zaproponował przy pierwszym polskim, zimowym przejściu Marcin Księżak i ja się do niej skłaniam – to było jedno z moich najlepszych prowadzeń w górach. Pierwszą półkę biwakową osiągnęliśmy w południe, a na drugim dobrym biwaku zameldowaliśmy się o 14. Przejście „one push” stawało się realne.

Szliśmy jak dzik w jeżyny, zamieniając się co jakiś czas na prowadzeniu, ryjąc na zmianę w lodzie i skale. Jaja zaczęły się na 21-ym wyciągu. Najpierw zapchałem się w przewieszoną rysę, która wypluła mnie po srogiej walce. To był pierwszy z trzech lotów, które miały nastąpić tego dnia. Odnalazłem prawidłową linię drogi, ale nie zatrzymałem się na stanowisku, uznając je za niewystarczająco wygodne. Tymczasem teren stawał dęba i po chwili tłoczyliśmy się na stanowisku wiszącym, podczas gdy ciemności wypełzały właśnie ze szczelin. Najgorsze jednak było to, że coraz mocniej wiało. Już od pewnego czasu w kuluarach i kominach, którymi pięliśmy się do góry dokuczały nam pyłówki. Teraz zbliżaliśmy się do skraju północnej ściany, w miejsce spływu z niej strumienia powietrza. Tu wiatr wzmagał się, co wynikało ze znanej powszechnie dynamiki gazów. Przez następne 2 dni mieliśmy mieć z tym duże problemy.

Moim pomysłem „light and fast” było, żeby zabrać jedną puchówkę na spółkę. Teraz prowadziłem w niej a Gosia owijała się śpiworem na stanowiskach. Mieliśmy za sobą przeszło 20 godzin akcji i podobną ilość pokonanych wyciągów. Zmęczenie zaczęło niepostrzeżenie wychodzić spod adrenaliny. W pewnym momencie, nie z powodu trudności, tylko przez nieuwagę poleciałem drugi raz. Podczas tego lotu zerwałem lonżę czekana i obiłem się boleśnie o skalny prożek. Czekan na szczęście został zaklinowany na swoim chwycie, nie straciłem go. Porzuciliśmy ideę przejścia klasycznego na rzecz napierania w stylu A0, czyli używając przelotów do wspinania. Nie oznaczało to bynajmniej, żeby wspinaczka stała się przez to banalna. O nie! Mieliśmy ciągłe wrażenie, że jesteśmy „na zapychu”. Patrzyliśmy na pionowe rysy i przewieszki, starając się dopasować do tego czwórkowe trudności ze schematu. Nie wiem, czy wiecie, że Allain wymyślił bouldering?

Zacięcie przed nami zamykał wielki dach. Zawalczyłem desperacko prawą ścianą zacięcia, ponad dachem wytrawersowałem „na odlocie” w lewo i kiedy wyszedłem w łatwy teren, stało się to samo, co wcześniej: odpadłem przez nieuwagę. Epicko zanurkowałem saltem pod okap. Plecak ustabilizował mnie do góry nogami i miotałem się w powietrzu dobrą chwilę, jak nawalony koliber, zanim udało mi się spionizować i dobujać do ściany ponownie. Co ciekawe nie czułem w ogóle strachu, nawet brewka mi nie drgnęła.

Jasnym się stało, że musimy odpocząć, bo ta zabawa staje się niebezpieczna, lecz byliśmy nieustannie w eksponowanym terenie. Na kolejnym wyciągu pokonałem okap i długą rysę offwidh. Ciągle nie mogliśmy znaleźć biwaku. Nie zorientowaliśmy się też, że wspinamy się terenem znanym nam przecież z letniego przejścia American Direct, które na tym odcinku biegnie wspólnie z Allain-Leininger. Latem to jakoś łatwiej wyglądało. Zdecydowaliśmy się na biwak na nędznej, wyjeżdżającej w przepaść półeczce na 25 stanowisku.

Noc spędziłem w śpiworze na klęczkach, półwisząc w uprzęży, bez puchówki. Głowa oparta o napiętą linę asekuracyjną, jedna ręka trzyma płachtę biwakową, którą wiatr próbuje z nas zedrzeć, druga między nogami, dreszcze. Czasem na lewy bok, ale wtedy bardziej boli obtłuczone udo. Gosia obok cierpiała podobnie, dając wyraz dezaprobacie dla standardów rodzinnych wakacji dyskretnym pojękiwaniem a czasami karczemną wiązanką, której nie powstydziłby się bieszczadzki wozak w latach ’80 w piwiarni „Pod Żubrem” w Lutowiskach.

Udało nam się zdjąć buty wewnątrz śpiworów, zmienić skarpety na suche i ugotować termos kisielu. Tyle z sukcesów. Wicher się cały czas wzmagał. W prognozie pogody pojawiło się teraz w porywach do 86 km/h na wierzchołku. Tkwiliśmy we wspomnianej kulminacji strumienia powietrza, na krawędzi północnej ściany jak w rurze wydechowej. Wiatr mielił nas, niszczył, szarpał, kąsał. Układ półki nie pozwalał odwrócić się do niego tyłem. Sytuację nieco ratowały śpiwory Fjorda Nansena wypełnione polskim puchem hydrofobowym 900. Gazu do gotowania mieliśmy jeszcze na 2 dni, głównie z tego powodu, że nic dziś nie jedliśmy.

Tak przeszło żyćko od 3 w nocy do 12 w południe, kiedy to Gosia poderwała nas do działania. Wiatr osłabł do 20-30 km/h, temperatura -10C. Zebranie się z biwaku było bardzo trudne. Wiatr i przepaść wyciągają łapy po wszystko a upuszczenie śpiwora, buta, termosu, palnika, gazu, plecaka, płachty albo raka to koniec. Wszystko jednak się udało i po południu przenieśliśmy się 80 metrów wyżej na piarżysty taras z miejscem prawie płaskim pod wiszącą skałą. Tu położyliśmy się tyłem do wiatru, który znów przybrał na sile do 40-50 km/h. Mogliśmy jednak teraz ugotować coś, zjeść i czekać dalej.

Około 17 zauważył nas pilot helikoptera ratowniczego SAF, patrolującego ściany w poszukiwaniu zaskoczonych wietrzną pogodą alpinistów i podleciał bez wezwania. Zawisł obok nas. Jeden gest i sprawna akcja na linie uwolniłaby nas od decydowania, co dalej. Chcieliśmy skończyć tą drogę. Szczyt był już w zasięgu wzroku. Nie pokazaliśmy ani „YES” ani „NO”. Może jutro chłopaki, na razie lećcie. Gapiliśmy się na nich, oni na nas. Odlecieli a my wcisnęliśmy się najgłębiej jak się da w śpiwory, wsłuchując się w monotonny łopot płachty.

Na tym biwaku spałem 3 godziny ćwierć wisząc w uprzęży. Ranek wstał mroźny, ale wiatr wyraźnie zelżał. Czuliśmy się jak koty przypadkowo zamknięte w lodówce na noc. Mieliśmy problemy z krążeniem. Rozcieraliśmy sobie stopy i w końcu jakoś tam udało się z powrotem odpalić machinerię wspinaczkową. Tego dnia doszliśmy w pięknej pogodzie do słynnego okna skalnego, którym przecisnęliśmy się na południową, zaciszną i słoneczną stronę świata. W kopule szczytowej znaleźliśmy płaską, szeroką platformę, na której totalnie wyczerpani, po ledwie 5 wyciągach, padliśmy wczesnym popołudniem do śpiworów na pierwszy od 3 dni prawdziwy odpoczynek. Kolejnego pięknego dnia dokończyliśmy drogę i zeszliśmy granią do przełęczy pomiędzy Grand i Petit Dru. Stamtąd dwudziestoma zjazdami opuściliśmy się Kuluarem Północnym do podstawy ściany, zgarnęliśmy nasz depozyt, w którym była mała puszeczka gazu i przepyszna zupka chińska. Ciepły posiłek postawił nas na nogi. Dalsza marszruta to zejście lodowcem do wylotu Poubelle Coloir i podejście nim prawie 500 metrów na górną stację kolejki Grands Montents. Wreszcie w środku nocy, mijając surrealistyczne ratraki przy pracy, zsunęliśmy się 1500 metrów na nartach do Argentiere. Test cierpliwości trwał: marzyliśmy o ciepłej kąpieli, ale na to musieliśmy jeszcze poczekać. Cieszyliśmy się na razie garnkiem ciepłej wody i miękkim łóżkiem w naszym aucie.

Józek Soszyński

Jurewicz i Soszyński drogą „Allain-Leininger” na Petit Dru (fot. Józek Soszyński FB)

Jurewicz i Soszyński drogą „Allain-Leininger” na Petit Dru (fot. Józek Soszyński FB)

Jurewicz i Soszyński drogą „Allain-Leininger” na Petit Dru (fot. Józek Soszyński FB)




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    To jest to! [4]
    Gratulacje! Super, to jest to!

    20-02-2024
    peresada