1 września 2022 12:50

Historia jednego zdjęcia Marcina Ciepielewskiego: „The X”

Kolejny odcinek z cyklu „Historia jednego zdjęcia”. O swoich fotografiach „od kuchni” opowiada Marcin Ciepielewski, którego prace pewnie doskonale znacie. Marcin: „to dla mnie świetna okazja na podzielenie się kilkoma historiami z sesji fotograficznych, a także przedstawienia okoliczności powstania zdjęć”. Tym razem Paweł Zieliński na drodze Vnitřní komín w Adrspachu, czyli „The X”.

Paweł Zieliński na drodze "Vnitřní komín" w Adrspachu, czyli "The X" (fot. Marcin Ciepielewski)

Paweł Zieliński na drodze „Vnitřní komín” w Adrspachu, czyli „The X” (fot. Marcin Ciepielewski)

***

Fotografowanie wspinania jest czynnością bardzo angażującą, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Wynika to w dużej mierze z faktu, że działamy z definicji w trudnym terenie, narażeni na szereg czynników utrudniających nam pracę – eksponowany teren z ryzykownym dostępem, fotografowanie najczęściej z lin, z użyciem sporej ilości sprzętu wspinaczkowego, skomplikowana logistyka obejmująca montaż poręczówek, podejście na linach i szereg operacji sprzętowych, często trudności z zajęciem odpowiedniego miejsca i uzyskanie właściwej perspektywy, ograniczona ilość sprzętu fotograficznego, który możemy zabrać, zależność od chęci, dyspozycji i bezpieczeństwa naszych modeli, spory wysiłek na podejściu do lokacji, zależność od warunków atmosferycznych. Fotografowanie nieraz związane jest także z ryzykiem i sporym dyskomfortem, zwłaszcza, kiedy działamy w górach.

Fotograf zajmujący się sportami ekstremalnymi już na wstępie obciążony jest szeregiem wyczerpujących przygotowań, zanim jeszcze w ogóle wyciągnie aparat fotograficzny z plecaka… Warto jednak zauważyć, że przy fotografowaniu z ambicjami nie wystarczy skupić się tylko na powieszeniu sobie liny i fotografowaniu z miejsca niedostępnego laikowi – ponieważ tak naprawdę praca fotografa zaczyna się na długo przed, jak i zaraz po ogarnięciu tych wszystkich – ważnych, angażujących i męczących – przygotowań. Powieszenie liny i wymałpowanie tych kilkudziesięciu metrów w pocie czoła jest tylko i wyłącznie uwerturą do prawdziwej pracy fotografa, czyli skomponowania kadru, uchwycenia momentu, ułożenia wszystkich elementów zdjęcia w oddziałującą na widza całość. Brzmi banalnie? Przecież jak już jesteś na górze, to co za problem, przystawiasz aparat do oka i strzelasz, abyś miał tylko dobry aparat ;-).

Przygotowania do zdjęcia, które finalnie zatytułowałem „The X”, a które stało się chyba najważniejszym pod względem artystycznym zdjęciem w mojej dotychczasowej karierze, można podzielić na dwie sfery. Pierwsza, którą mogę określić, jako przygotowanie czysto praktyczne, nie trwała zbyt długo. Na pewno bardzo ważnym elementem tego etapu było poznanie Pawła Zielińskiego, z którym (oraz Gabrysiem Korbielem) trochę przez przypadek pojechałem po raz pierwszy w czeskie piachy. Chłopaki szukali przez FB osób chętnych na wypad do Teplic, a ja – zainspirowany znakomitymi fotami Adama Kokota i Jakuba Frica, bardzo chciałem tam pojechać z aparatem. Wypad z tak mocnymi wspinaczami – i jak się okazało mega sympatycznymi, otwartymi i chętnymi do zdjęć chłopakami – był na tyle fajny, że wspólnie (oraz kolejnymi osobami) zaczęliśmy wspólnie odwiedzać piachy w miarę regularnie.

Po szeregu wizyt w tych magicznych skałach wymyśliłem sobie pewien projekt – chciałem zrobić zdjęcie w szerokim, ciemnym kominie, ze wspinaczem szeroko rozstawionym na obu ścianach, doświetlony kontrowo lampami błyskowymi. Problemem był wybór drogi, ale wkrótce dostałem od Pawła wiadomość z Adrspachu, że właśnie wspinał się kominem, który bardzo by mi się spodobał. Na sesję pojechaliśmy w sumie rzutem na taśmę, już w październiku, przy dość niepewnej pogodzie – ale zgodnie z zasadą, wybraliśmy najkorzystniejszą prognozę, więc miało się udać. Przy Vnitřní komín zameldowaliśmy się z samego rana, Paweł sprawnie zaczął się wspinać, a ja w międzyczasie zacząłem przygotowywać sprzęt. Konieczne było użycie lampy błyskowej, spojrzałem więc przez wizjer aparatu w górę, aby ustawić parametry ekspozycji i dobrać moc błysku. Paweł był już wysoko, ale podczas tych testowych strzałów dostrzegłem idealnie zbiegające się linie krawędzi skał i przez głowę mi przeszło, że wygląda to całkiem ciekawie, kwestia tylko, jak wyglądałoby to ze wspinaczem. Mimo to starałem się koncentrować na pierwotnych założeniach, wpiąłem linę do małpy, aby szybko podejść po właśnie zrzuconej poręczówce… po chwili jednak zaczęło padać, optymistyczne prognozy się nie sprawdziły – i deszcz narastał z minuty na minutę. Wiadomo było, że ze zdjęć już nic nie będzie.

Paweł w strugach deszczu zdemontował poręczówkę i zjechał szybko na dół. Zrezygnowani schowaliśmy się gdzieś pod skałką. Po kilku kwadransach, gdy deszcz ustał i powoli zbieraliśmy się do odwrotu, postanowiłem na szybko sprawdzić, jak wyglądają jeszcze warunki w naszym kominie. Po stwierdzeniu, że jest sucho i deszcz nie dostał się do środka, postanowiliśmy wykonać choć plan minimum i spróbować na szybko popracować nad kadrem, który zauważyłem w czasie przygotowań. Bardzo rzadko fotografuję z ziemi, po prostu uważam takie kadry za niezbyt ciekawe, teraz jednak postanowiłem zaryzykować, zwłaszcza, że lada moment znów mogło zacząć padać. Poza tym górna część komina była mokra i nie było opcji wspiąć się do samej góry i wieszać ponownie poręczówkę. Paweł założył uprząż i buty, a ja w tym czasie kolejny raz przymierzyłem się do kadru, tym razem nieco uważniej.

Trzem wiodący liniom skośnym, które przyciągnęły moją uwagę, ewidentnie czegoś brakowało, w głowie majaczyła mi litera X, ale obraz był niepełny. Sprawdzając pod różnymi kątami kadr przekonałem się, że nie uda się go tak skomponować bez jakiegoś zabiegu, który wyodrębni linie przekątne. Skoro same kształty nie wystarczyły, szybko wyciągnąłem lampę i z pomocą Marty ustawiliśmy kierunek padania błysku, tak, aby tylko liznął krawędzie skał wewnątrz komina. Już po dwóch, trzech próbach widziałem, że to działa – krawędzie skał oraz przedłużenie ich w postali linii światła wykreowały mi idealnie symetryczny krzyż. Teraz nadeszła kolej na Pawła, który zwinnie i praktycznie bez asekuracji już wspinał się w kominie, poprosiłem go tylko, aby wyszedł nieco bardziej na zewnątrz i wychylił się tak, aby padający z góry promień światła oświetlił jego postać. Lekko przekomponowałem kadr, aby Paweł znalazł się w tzw. mocnym punkcie – to spowodowało zaburzenie symetrii, ale dodatkowo zdynamizowało kompozycję. Obróciłem lekko aparat, by krawędzie skał i smugi światła znalazły się dokładnie po przekątnych… i zwolniłem spust migawki. Nie było dużo czasu, nadchodziła kolejna chmura, więc tylko zrobiliśmy jeszcze kilka powtórzeń, aby dograć pozę…

Mimo wszystko nie do końca wierzyłem w potencjał tego zdjęcia, po powrocie do Polski minęło kilka tygodni, zanim zdecydowałem się na jego edycję. Jednak z każdym kolejnym ruchem suwaka w Lightroomie powoli zaczynałem sobie zdawać sprawę, że udało mi się zrobić coś niezwykłego, coś ponad kolejne wspinaczkowe zdjęcie.

To zdjęcie traktuję jako pewne podsumowanie moich dotychczasowych doświadczeń fotograficznych. Myślę, że jest to zamknięcie pewnego etapu, który zaczął się już na studiach, kiedy uczyłem się patrzeć i analizować rzeczywistość pod kątem zamknięcia jej w ramach kompozycji. Kiedy studiowałem płótna starych mistrzów, z fascynacją podglądałem Rubensa, który spiętrzeniem osi diagonalnych nadawał swoim scenom niespotykane pokłady energii i dynamiki; Rembrandta, który za pomocą promienia światła wydobywał całą prawdę o człowieku; Tycjana, który tylko odpowiednim doborem kolorów potrafił zbudować kompozycję; Maurice’a Denisa, którego słowa „obraz, zanim stanie się koniem bojowym, aktem lub anegdotą, jest przede wszystkim płaską powierzchnią pokrytą farbami w określonym porządku” – stały się swego rodzaju drogowskazem w moim myśleniu o fotografii…

Wszystkie te spostrzeżenia próbowałem zaadaptować do fotografii sportowej, gdzie jednym z moich podstawowych założeń było zachowanie geometrycznej dyscypliny kadru i za pomocą zabiegów kompozycyjnych, precyzyjnie poprowadzonych linii skierować wzrok widza na centrum, podkreślić je akcentem kolorystycznym lub światłem oraz nadać całości dynamiki przez nagromadzenie kierunków diagonalnych. Patrząc wstecz – wszystkie te założenia realizowałem w zdjęciach Daszki na Maharadży, Jacy na Metallice czy Michała Czecha na Babybell – żeby wspomnieć tylko o tych, o których ostatnio pisałem w tym cyklu. Ta wiedza z zakresu rozwiązań kompozycyjnych, umiejętność analizy formalnej kadru w połączeniu ze świadomością ruchu wspinacza, którą nabyłem w ciągu 20 lat intensywnego wspinania w skałach i górach sprawiły, że w tym zdjęciu udało mi się zawrzeć te wszystkie elementy w najbardziej czystej i skondensowanej, niemal abstrakcyjnej formie.

Myślę, że musiało minąć sporo czasu i wiele trzaśnięć migawki, zanim byłem gotów dostrzec, ułożyć i uporządkować, a w końcu zarejestrować tę kompozycję na matrycy mojego aparatu. W tym sensie do tego kadru przygotowywałem się ponad 20 lat.

Jest to jednocześnie moje najbardziej zagradzane zdjęcie, dzięki niemu zwyciężyłem w bardzo prestiżowych konkursach: XXXI Memorial Maria Luisa w Oviedo oraz 7 edycji CVCE PhotoContest w San Sebastian. Ponadto zdjęcie zostało wybrane na okładkę jednego z wydań legendarnego „Climbing Magazine” w USA.

Zdjęcie "The X" Marcina Ciepielewskiego na okładce Magazynu Climbing

Zdjęcie „The X” Marcina Ciepielewskiego na okładce Magazynu Climbing

Marcin Ciepielewski




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum