29 grudnia 2020 19:12

Tomasz Klimczak: Superday, czyli Superdirettissima Kazalnicy Mięguszowieckiej zimowo-klasycznie [aktualizacja]

16 grudnia zespół w składzie Tomasz “Klimas” Klimczak (KW Warszawa), Jan Kuczera (KW Kraków, TOPR, hardrock-wspinanie.pl) i Damian Granowski (KW Kraków, drytooling.com.pl) dokonali pierwszego zimowo-klasycznego przejścia Superdirettissimy Kazalnicy Mięguszowieckiej. 11 wyciągów pokonali w 14 godz. i 40 min. Trudności drogi to VII+ (M8). To jedna z najtrudniejszych tatrzańskich dróg, której przejście wymaga doświadczenia, a także kondycji i odporności psychicznej. Zapraszamy do przeczytania relacji Tomka Klimczaka z tego wyjątkowego przejścia.

***

Podczas Zgrupowania Młodzieżowego PZA w Morskim Oku zgaduję się z Jaśkiem Kuczerą  i Damianem Granowskim na jeden dzień wspólnego wspinania. Jasiek proponuje uderzyć zimowo-klasycznie na drogę Chrobaka-Heinricha na Kazalnicy. Z Damianem próbowaliśmy swoich sił na tej linii zimą dwa lata temu i dobrze wiemy, że w ciągu jednego dnia ciężko będzie ją skończyć.

Chłopaki są instruktorami na obozie i nie chcą zostawiać swoich podopiecznych na kilka dni samych. Umawiamy się więc na Superdirettissimę Kazalnicy (w skrócie Superkę), która biegnie nieco na prawo od drogi Chrobaka-Heinricha. W porównaniu do tej drugiej Superka wychodzi wcześniej w łatwiejszy teren, dając szansę na szybkie jednodniowe przejście. Tym sposobem, jeśli zaczniemy wspinać się bardzo wcześnie rano, mamy szansę wrócić około północy do schroniska. Warunkiem jest bardzo sprawne wspinanie i maksymalne wykorzystanie światła dziennego, aby pokonać kluczowe trudności. Ilość wody, jedzenia i sił jest ograniczona. Pomylenie drogi, odpoczynki lub mozolne patentowanie ruchów są poza dyskusją. Już wkrótce mam się o tym boleśnie przekonać.

Superdirettissima Kazalnicy Mięguszowieckiej VII+ (M8), topo drytooling.pl

Superdirettissima Kazalnicy odważnie kreśli prostą linię z prawej strony ściany, nie unikając trudności. Należy do wąskiego grona najtrudniejszych dróg w Tatrach. Wymaga sporego doświadczenia, odporności psychicznej i solidnego przygotowania fizycznego. Występujące na niej zaklinowane luźne bloki utrudniają asekurację, stwarzając ryzyko przecięcia liny lub zranienia partnera. Od początku Wielkiego A aż do połączenia z drogą Łapińskiego-Paszuchy oferuje 7 wyciągów nieprzerwanych trudności fizycznych i mentalnych. Być może dlatego ma tak niewiele powtórzeń.

Jednak 16 grudnia najważniejszy jest dla nas fakt, że Superdirettissima Kazalnicy jeszcze nigdy nie została pokonana zimowo-klasycznie.

4 rano dzwoni budzik. Sprzęt i ciuchy czekają naszykowane w korytarzu. Ubieram się, bułka, herbata, i wychodzimy. Jest 4.45. Zapalamy czołówki. Jasiek ewidentnie nie może się doczekać, bo gna z przodu wokół Morskiego Oka. Próbuję nadążać, ale naderwany przyczep w kolanie kłuje mnie, kiedy tylko przyspieszam. W jednym miejscu zamiast szlaku jest lodowisko. Jakiś turysta zakłada tu raki.

– Na co idziecie? – pyta, licząc pewnie, że znajdzie kompanów, którzy o tej porze wejdą z nim na Rysy.
– Wspinać się na Kazalnicę – odpowiada Jasiek, przemykając obok niego po lodzie bez raków.

Turysta życzy powodzenia, a do mnie dociera, że szykuje się długi, emocjonujący dzień. Jeden z tych, które się długo pamięta.

Dochodzimy nad Czarny Staw pod Rysami. Nadal jest noc. Kazalnica jest wielką czarną plamą. Widząc ślady na stawie odruchowo wchodzę na lód i zaczynam iść w jej stronę. Chłopaki zatrzymują mnie. Nie ufają, że lód wytrzyma. Jest wczesny sezon. Zmoczenie butów oznaczałoby nici ze wspinania. Obchodzimy staw od lewej strony, czyli naokoło. Po dłuższej chwili jesteśmy pod ścianą, ale nadal jest zupełnie ciemno. Gdzie jest początek drogi? W mroku ciężko się połapać. To chyba tutaj. Szpeimy się. Ustaliliśmy wcześniej, że Jasiek poprowadzi dolną część ściany. Nad Wielkim A przejmuję stery ja, a nad okapem Motyl Damian. W międzyczasie lekko się rozwidnia, choć wciąż panuje półmrok. Uświadamiamy sobie, że jesteśmy za bardzo z prawej strony ściany. To by dopiero było! Pójść na Superkę, a zrobić łatwą drogę Korosadowicza. Złote jajo murowane.

Szpeimy się pod ścianą (fot. Damian Granowski)

Przenosimy się w lewo pod właściwą drogę. Wchodzimy w łatwe zachody trawkowe, które mają nas doprowadzić pod główne spiętrzenie. Jasiek szybko pobiera teren, a my za nim na lotnej. Kilkadziesiąt minut później jesteśmy w trójkę na stanowisku u spodu Wielkiego A. Wyżej zaczyna się właściwe wspinanie. Nad głową mamy 50-metrowe pionowe płyty ograniczone z każdej strony okapami, tworzące groteskową literę A – być może pradawny obryw tej części ściany. Wygląda trudno i ponuro. Przewodnik informuje o dużej kruszyźnie. Wiem z opowieści, że jest to jedna z największych „dupotłuczni” w rejonie Morskiego Oka. Jasiek zaczyna prowadzić i ostrożnie pnie się do góry. Przechodzi przez przewieszoną płytę i skręca nieco w prawo. Kibicujemy mu ochoczo. Nie mamy wątpliwości, że jest to trudny wyciąg. W międzyczasie kilkanaście metrów z lewej, pod Wielkim A, pojawia Kuba Radziejowski i ściąga do stanowiska Wadima Jabłońskiego i Michała Czecha. Chłopaki planują przejść klasycznie w dwa dni drogę Chrobaka-Heinricha. Są w świetnych nastrojach. Pozdrawiamy się. Ja asekuruję Jaśka, a Damian z braku zajęcia wymyśla zabawę polegającą na rzucaniu w nich śnieżkami. Co za dzień!

Jasiek prowadzi wyciąg za M8 w Wielkim A (fot. Damian Granowski)

Po pewnym czasie Jasiek zakłada stan i ruszamy z Damianem do góry. Wyciąg to trudne M8. Biegnie przewieszającym się płytowym terenem, bez wyraźnej formacji. Na szczęście co pewien czas są spity i stare haki. Próbując iść jak najszybciej, nabija mi przedramiona. W połowie wyciągu jest pionowy trawers bez chwytów na dziabki, który Jasiek przeszedł na rękach, skuwając uprzednio z krawądek lód. Po dojściu do stanowiska gratuluję mu kapitalnej roboty.

Kolejny wyciąg prowadzi znowu Jasiek. Przechodzi za przełamanie i niknie nam z oczu. Lina wolno się wysuwa. Czyżby dalej też było trudno? Jasiek w końcu zakłada stan i ściąga nas do siebie. Od razu uświadamiamy sobie w czym tkwi problem. Większość wyciągu stanowią kompletnie luźne, dudniące bloki skalne poukładane jeden na drugim. Najgorsze jest jednak to, że trzeba się ich chwytać bo nie ma innej drogi. Teren jest pionowy. Jeden nieopatrzny ruch, lub zwykły pech może doprowadzić do zawalenia się tej układanki. O dobrej asekuracji z kości lub friendów nie ma mowy. Wyciągam ręką buldoga zahaczonego o kamień – przelot Jaśka. Podążając na drugiego, zrzucam trochę kamieni. Kątem oka widzę, że daleko pod nami kolejny zespół próbuje podejść pod drogę Wish you were here, która biegnie tuż obok naszej. Widząc jednak odbywające się bombardowanie, odpuszczają.





Na następnym wyciągu przejmuję prowadzenie. Ruszam w połogie płyty pod okapem Hokej. Muszę czyścić śnieg, żeby znaleźć stopnie. Tu dla odmiany skała jest bardzo lita i ciężko znaleźć szczelinę do asekuracji. Niewygodnie stojąc, w końcu udaje mi się wbić odwróconą jedynkę. Kompletnie jej jednak nie ufam. Czeka mnie trawers w prawo i wyjście do góry w płyty. I to na tak parszywym przelocie. Wpinam do jedynki absorber zamiast ekspresu i ruszam na wiarę. Dobrze, że mam ostre raki. Wychodzę wysoko nad ten kaprawy przelot, balansując na przednich zębach raków. Dziabki haczą o malutkie krawądki. Nie ma żadnej rysy, tylko kępki traw wyżej do których muszę się jakoś dostać. Ewentualny lot byłby bardzo długi. W końcu zabijam dziabki w trawy i wkrótce zakładam stan.

Start w czujne płyty pod Hokejem (fot. Jan Kuczera)

Startując w kolejny wyciąg, podjeżdża mi dziabka i obciążam linę, stojąc jeszcze przy stanowisku. Co za pech. Onsajt spalony. Dla formalności wypinam i wpinam przelot wysyłowy. Trochę to głupie, ale styl to zasady. Po krótkim wspinaniu zakładam stan i ściągam chłopaków do siebie.

Wyciąg doprowadzający pod okap Motyl (fot. Jan Kuczera)

Na prawo, niżej od nas, widzimy Maćka Bukowskiego i Kubę Siwińskiego na drodze Schody do Nieba. Trzy zespoły jednocześnie na Kazalnicy! Tego dawno nie grali.

Spoglądam w górę. Nad nami wspólny wyciąg z Direttissimą Kazalnicy, biegnący przez okap „Motyl”. Jasiek jako jedyny przeszedł go zimowo-klasycznie, gdy w 2012 roku uklasyczniali tę drogę z Marcinem Księżakiem. I to do tego onsajtem, dając M8 (8+). Wygląda ciężko. Ukośny trawers, przejście przez okapik i lita pionowa ścianka nad nim. Chłopaki dodają mi otuchy, ale i tak czuję stres. Ruszam. Przechodzę trawers. Napotykam starą kostkę i wpinam się do niej. Dwa kolejne sięgnięcia w górę. Zahaczam prawą dziabkę. Szarpię w dół. Trzyma. Rutynowo odchylam 30 stopni i ponownie szarpię. Trzyma. Wyciągam lewą dziabkę i próbuję sięgnąć wyżej. Lecę! Kość wyrywa się. Lot jest długi. Walę tyłkiem, łokciem i plecami o ścianę. Siła uderzenia zgina mi tylni ząb w raku.

– Nic Ci nie jest? – dolatuje pytanie.
– Jeszcze nie wiem – odpowiadam w szoku – opuśćcie mnie.

Pośladek zaczyna boleć. Jestem jednak nabuzowany adrenaliną. Opuszczają mnie do stanowiska. Rozwiązuję się, ściągam linę i przywiązuję ponownie. Ruszam znowu, żartując, że przynajmniej się rozgrzałem. Jasiek zwraca mi uwagę, że powinienem iść spokojniej. Ma rację. Ruszam się jak robot. Zero luzu. Stres powoduje, że za bardzo ściskam dziabki i szybko się męczę. Znowu pokonuję ukośny trawers i dochodzę do feralnego miejsca. Zanim jednak zdążam sięgnąć tym razem wyskakuje lewa dziabka. Lecę ponownie. Lot jest jednak krótszy, bo wpiąłem się do starych pętli. Co za porażka!

Kolejna wstawka na nic. Przewspinuję wyciąg do końca, częściowo podhaczając. Przy okazji odkrywam, że chwyty, z których poleciałem, ruszają się. Skała nie jest dobrze zmrożona. Ze stanowiska każę opuścić się poniżej okapu i przechodzę na wędkę kluczową sekwencję. Zapamiętuję ruchy. Opuszczają mnie już trzeci raz do stanowiska. Ponownie rozwiązuję się, ściągam linę i przywiązuję. Przegryzam w pośpiechu suszone mango i popijam herbatą.

Zbliża się wieczór. Kolejny wyciąg nie wygląda lekko i dobrze by było robić go w świetle dziennym zamiast na latarkach. Tymczasem przeze mnie tracimy tak cenny czas. Z drugiej strony chcemy przejść drogę klasycznie, w co włożyliśmy już sporo wysiłku. Przehaczenie byłoby poddaniem się. Chłopaki nie poganiają mnie, ale czuję presję. Nie ma czasu na długie restowanie. Uspokajam oddech i wstawiam się ponownie. Tym razem przeloty wiszą. Wystarczy wykonać sekwencję ruchów. Czuję jednak zmęczenie. To już trzeci raz, kiedy pokonuję ten wyciąg bez pełnych odpoczynków. Skupiam się na oddechu i tym razem spokojniej idę do góry. Uświadamiam sobie, że po powrocie muszę zmodyfikować treningi. Co kilka przechwytów zatrzymuję się i uspokajam myśli. W pionowym terenie potrafię się „wyzerować”, ale nie mamy tyle czasu. Jeszcze kilka rześkich ruchów w płycie nad okapem i krzyczę „mam auto”. Jestem na stanowisku. Z dołu słyszę wesoły okrzyk Wadima z drugiego zespołu. Udało się. Wyciąg puścił klasycznie choć w stylu PP.

Tomek na wyciągu za M8 przez okap Motyl (fot. Damian Granowski)

Tymczasem pod nami rozgrywa się nietypowe widowisko. Michał Czech prowadzi trawers na drodze Chrobaka-Heinricha ubrany w letnie butki pomimo zimowej aury. Przy pasie woreczek z magnezją, a na ramieniu dziabki. Zręcznie omija płaty śniegu, chwytając przymagnezjowaną ręką dziabkę lub skałę – zależnie od potrzeb i sytuacji.

Damian wspina się do stanowiska nad okapem Motyl (fot. Tomasz Klimczak)

Kolejne wyciągi prowadzi sprawnie Damian. Pierwszy dość trudny pokonuje pionowe zacięcie i wychodzi do stanowiska wspólnego z drogą Łapińskiego-Paszuchy.

Damian prowadzi trudny wyciąg nad okapem (fot. Tomasz Klimczak)

Kiedy dochodzimy do Damiana, zapada zmrok. Włączamy czołówki. Następna długość liny doprowadza nas pod Górny Komin. Jest czarny, szeroki na kilkanaście metrów i kompletnie pozbawiony lodu. Asekuracja nie rozpieszcza, ale za to są dobre stopnie. Dalej już łatwo. Wyciąg do Turni nad Schodami, piątkowy prożek skalny i Kominy Wyjściowe z niewielką ilością śniegu. Prowadzi Jasiek. Przypominam sobie, jak dużo łatwego ale wspinaczkowego terenu trzeba jeszcze pokonać od miejsca ucieczki trawersem za Turnią nad Schodami.

Nocne wspinanie w Kominach Wyjściowych (fot. Damian Granowski)

Na szczycie Kazalnicy stajemy po godzinie 22. Za nami 14.40 h wspinania, 11 wyciągów, sporo terenu na lotnej i ponad 500 m deniwelacji. Chce mi się pić, ale wody już dawno nie ma. Robimy przepak. Wyciągam z plecaka kijek teleskopowy, który ma ocalić moje kolano na zejściu. Chłopaki proponują, że zniosą cały szpej.

Superday kończymy na szczycie Kazalanicy. Od lewej: Jasiek Kuczera, Tomek Klimczak i Damian Granowski (fot. Damian Granowski)

Wyłączamy światła i pozwalamy rozszerzyć się źrenicom. Jest pochmurna, bezwietrzna, grudniowa noc. Cisza. Przed nami na wyciągnięcie ręki zaśnieżone Rysy, Żabi Koń, Wołowa Turnia. Obok wyrasta masywna kopuła Czarnego Mięgusza – naturalna kontynuacja drogi do góry. Za plecami majestatycznie czernieje wschodnia ściana Mięgusza Wielkiego oraz jego sławny filar północny. Jesteśmy w kolebce polskiego taternictwa. Wciągam do płuc mroźne powietrze i spoglądam w dół. Próbuję sobie przypomnieć, jak wiele sukcesów i tragedii się tu rozegrało. Ilu śmiałków tych i poprzednich pokoleń zostawiło tu swoje szczęście, łzy i odwagę. Tu, na tej Ścianie. Pod nami.

Tomasz “Klimas” Klimczak




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    Gratulacje [1]
    Ladne przejscie i fajny filmik.

    5-01-2021
    jerrygwizdek