13 października 2020 00:28

O wspinaniu i powrotach na Sardynię rozmawiamy z Olą Taistrą

We włoskiej wyspie można się zakochać. Sardyński krajobraz i tutejsze wspinanie oczarowały Olę Taistrę (AMC, Ferrino, Rock Slave, Friction Labs, Climbskin). Zwłaszcza piękne, trudne wielowyciągówki. Jeszcze w ubiegłym roku udało jej się poprowadzić klasyk – Hotel Supramonte (8b, 400 m). W tym roku dodała kolejne długie drogi. Ola opowiada nam o powrotach na Sardynię, wspinaniu i swoich planach na najbliższy czas.

Wyspa oferuje fajne wspinanie na każdym poziomie oraz gratisowo to, czego nie znajdziemy w Margalefie czy np. na Frankenjurze – samo miejsce jest po prostu przepiękne!

Wspinanie na Sardynii (fot. arch. Ola Taistra)

***

Piotr Turkot: W ostatnim czasie zapisałaś na swoje konto trudne wielowyciągówki na Sardynii. Na początek powiedz, jak tam trafiłaś. Z tego, co pisałaś, spędziłaś tam lockdown’owy czas i ciepło wspominasz ludzi, których spotkałaś. Jak wspominasz ten okres?

Ola Taistra: Na Sardynię wyjechałam przed epidemią i nic nie wskazywało na katastrofę, jaka się miała niebawem wydarzyć. Zamieszkałam w maleńkim, oddalonym od wszystkiego Santa Maria Navarrese, obok którego znajduje się Punta Giradili i moje dwa pierwsze cele na sezon. Przez pierwszych kilka dni spotykałam na ulicach miejscową policję w białych mundurach, następnie w niebieskich, a następnie armię miłych, mniej miłych i bardzo nieprzyjemnych funkcjonariuszy, którym każdego dnia musiałam wylewnie tłumaczyć, dlaczego wspinanie jest moją pracą i po jakiego grzyba wożę kilometry liny w bagażniku.

Finalnie usłyszałam, że jeśli mam wirusa, to w trakcie wspinania coraz wyżej rozprzestrzeniam go w powietrzu i tym samym zarażę sardyńska ludność… Zostawiłam to bez komentarza, jednocześnie mocno biorąc sobie do serca fakt, że w sumie mogłam nieświadomie przywieźć im na wyspę wirusa. Wspinanie to sport ekstremalny, a w tych okolicznościach jakikolwiek wypadek i wizyta w szpitalu absolutnie nie mogły mieć miejsca. Znajomy z Warszawy po stresujących rozmowach z ambasadą, lotniskami i innymi prywatnymi przewoźnikami prędko wyjechał z Sardynii. Tym sposobem zostałam sama. Tylko z psem Jasonem i samochodem, bez możliwości wyjazdu z wyspy.

Zamknięto porty i lotniska, ludzie byli poważnie wystraszeni, bo na całej Sardynii są tylko dwa nieduże szpitale. Postanowiłam zrobić zapasy na dwa tygodnie i w ogóle nie pokazywać się w miasteczku. Długie spacery po słynnej Salviagioblu zamieniłam na chodzenie po schodach na taras… przez kolejne 4 tygodnie. Lockdown. To było bardzo trudne doświadczenie, tym bardziej, że tamtejsze władze były dla mnie bardzo nieprzyjemne. Nie zapomnę sytuacji, kiedy wyszłam na kilkuminutowy spacer z Jasonem do swojego ogródka i nagle podjechał radiowóz, facet dobrze wiedział, że kibluję w Santa Maria Navarese od miesiąca, a mimo to wydzierał się, nie dając mi dojść do słowa, że pies nie może być poza domem i w ogóle to mam wracać do swojego kraju.

DWS na Sardynii (fot. arch. Ola Taistra)

To zdecydowanie mniej przyjemna strona pobytu na wyspie…

Tak, ale była też ta dobra strona, której bym się w tamtejszej sytuacji zupełnie nie spodziewała. W drugim miesiącu pobytu na wyspie, po zrobieniu chyba tysięcznego treningu obwodowego na tarasie, dostałam wiadomość na Instagramie od lokalnego wspinacza, że w sąsiednim miasteczku ma prywatną ściankę i fajne mieszkanie do dyspozycji. Nie zastanawiałam się ani chwili i przeniosłam się na kolejne 6 tygodni do Lotzorai, w którym mogłam przynajmniej spokojnie trenować. Wciąż jednak nie miałam możliwości wydostać się z wyspy, choć marzyłam o tym najbardziej na świecie! Tak czy inaczej miałam pod nosem ściankę oraz poznałam fantastycznych ludzi ze środowiska wspinaczkowego, z którymi się zaprzyjaźniłam. Pod koniec maja pozwolono nam wreszcie na uprawianie sportów outdoorowych. Niestety, było już za późno na wspinaczkę na Punta Giradili. Odzyskałam swój sprzęt, który czekał tam na mnie przez 2,5 miesiąca pod ścianą i zaczęłam zastanawiać się, co dalej…

Cala Gonone, Grota Millenium (fot. Read Macadam / Explore Climbing)

Sardynia słynie z pięknych plenerów, choć o samym wspinaniu sportowym można usłyszeć mieszane komentarze. Jakie są Twoje doświadczenia z tamtejszymi rejonami sportowymi?

Mieszane? Serio? Gdybym pojechała tam z nastawieniem na wspinanie po “krótkich” drogach, to byłabym zachwycona. Wyspa oferuje fajne wspinanie na każdym poziomie oraz gratisowo to, czego nie znajdziemy w Margalefie czy np. na Frankenjurze – samo miejsce jest po prostu przepiękne! Przygotowując się pod wielowyciągówki, obskoczyłam większość sektorów w Cala Gonone, Baunei i Ulassai, prowadząc drogi sportowe do 8b/b+ włącznie i śmiało mogę stwierdzić, że były to jedne z moich najfajniejszych sportowych wspinaczek. Oczywiście wszystko zależy od tego, czego oczekujesz od rejonu. Jeżeli szukasz na Sardynii drugiej hiszpańskiej Oliany, to niestety się rozczarujesz, ale jeżeli szukasz czegoś widokowo spektakularnego, to kupuj bilety!

Na drodze “Hotel Supramonte” (fot. Read Macadam / Explore Climbing)

Sportowe wspinanie to jedno, ale ponownie wróciłaś do wspinu na długich drogach. Pamiętam sukces na Hotelu Supramonte (8b, 400 m) – wracasz jeszcze myślami do tej wspinaczki?

Generalnie nie. O tym, że Hotel był wymagający, przypomniały mi nowe, świeżo dotknięte wielowyciągówki w kanionie Pentumas i Donnanaittu, które miały tylko po jednym ósemkowym odcinku. Pomyślałam sobie wtedy, jaką wariatką byłam, przygotowując się do prowadzenia wszystkiego ciągiem na Hotelu. Wspomnienia wróciły też w momencie, kiedy obejrzałam po raz pierwszy film Gorropu. Siedziałam wtedy w Verdon w samochodzie sama i marzłam jak cholera. Oglądałam i beczałam.. Znowu naszła mnie podobna myśl – jaka szalona byłam, robiąc to wszystko głównie sama. Ale nie minęło 12 godzin, a ja ponownie dźwigałam 100-metrowego statyka w drodze na przepiękne 8b+ w Verdon, więc właściwie nic się nie zmieniło… A może zmieniło, bo dzięki Hotelowi próbuję czegoś ciut trudniejszego.

Wspominasz film Gorropu. Jak w ogóle zrodził się pomysł na ten dokument?

Zupełnie niespodziewanie. Z Francesco poznaliśmy się przez przypadek online kilka miesięcy wcześniej i luźno zaczęliśmy rozmawiać o możliwościach potencjalnej współpracy. Odwiedził mnie na Sardynii przy okazji swojego projektu fotograficznego. Zaproponowałam, aby zrobił sobie spacer do Gorropu i ocenił, czy jest to warte zachodu. No i bammm. Kilka tygodni później przywiózł ze sobą ekipę filmową.

Twoja reakcja na Gorropu była bardzo emocjonalna, ten obraz przypomniał Ci m.in. jak wiele trzeba poświęcić aby osiągnąć swój cel?

Hym… jeżeli jest to po prostu twoje życie i sposób w jaki kochasz funkcjonować, to w sumie nie POŚWIĘCASZ wiele ;-)
Z pewnością często zostawiam w domu ukochanego partnera…

W czerwcu wspinałaś się wspólnie z Gianfranco Boi na Unchìnos (8b max, 185 m). Wspomniałaś, że nie jest to jednak popularna linia. Co spowodowało, że jednak ją wybrałaś?

Tak jak wcześniej wspomniałam, mój plan się nieco rozjechał. Wstępem do rozpoczęcia pracy nad głównym projektem, który znajduje się znowu w Gorropu (8c 400m), miały być drogi na ścianie Giradili oraz, jeżeli starczy czasu, to również droga, o którą pytasz – Unchinos. Wszystko miało się zakończyć w połowie maja, kiedy kończą warunki wspinaczkowe na Sardynii. Wspinanie w czerwcu było niepoważne, nawet masochistyczne ;). Jednak wyszłam z założenia, że jeśli tyle „wycierpiałam” przez lockdown na Sardynii to już nic nie może być gorsze, nawet codzienne pobudki o 04:30. Tak naprawdę to chciałam coś wycisnąć z tego nietypowego okresu i zrobić którąś z dróg z mojej listy; na szczęście Unchinos jest na jednej z bardzo niewielu ścian, które do godziny 14:00 są w cieniu. Wiedziałam, że droga nie ma powtórzenia i że jest w miarę nowa. Dodatkowo długi spacer pod ścianę zmotywował mnie do szybkiego powrotu do formy. No i tak się zaczęło. Człowieka o imieniu Gianfranco poznałam przez zupełny przypadek i zgraliśmy się świetnie.

Czy to, że najtrudniejszy wyciąg 8b jest pierwszy, czyni tę drogę bardziej przystępną?

Niestety nie :-)

Też tak pomyślałam na początku. „Juhu! Pierwszy wyciąg robię i all the way up”. Kilkukrotnie musiałam wstawić się do górnej części drogi i wyczyścić ją (7c, 7c, 7c+, dalszej części nie znałam), aby mieć pewność, że jak przewspinam L1 to “all the way up i nie obsraj się w mega wytrzymałościowym i skóro-żernym L2. NIE odpadnij więcej niż 2 razy na strasznie patenciarskim (kilka ruchów) L3. NIE daj się górskiej przygodzie na L4, jak spadniesz na górnym boulderze, to pozamiatane i całości NIE kończysz” :-). Wyciągami L5 i L6 się nie stresowałam, bo wiedziałam, że nawet gdybym od 14:00 do 20:00 miała czekać w ścianie na cień i niższą temperaturę, to i tak bym to zrobiła.

Na “Unchinos” (fot. Read Macadam / Explore Climbing)

W jednym z komentarzy napisałaś, że górna część drogi ma kruche odcinki – co to oznaczało w praktyce? Jaki był charakter wspinania?

Po bardzo sportowym, krótkim i boulderowym 8b ściana zaczyna zmieniać się pod kątem jakości skały. Jest krucho lub bardzo krucho – często coś leciało mi spod nóg, a chwyty, które były ruchome, obrywałam w trakcie prób lub nie dotykałam ich w trakcie finalnego prowadzenia. Mój partner wspinaczkowy Gianfranco wykazał się niezwykłym talentem w kwestii urywania tego, co „ważne”. W pewnym momencie ładnie go poprosiłam, aby zaprzestał szarpania się z wyciągami ,na których mu nie zależy, bo nieco utrudni mi zadanie.

Twój kolejny cel to Amico Fragile – o wycenie 8b i długości 280 m. Znowu wielowyciągowa przygoda. Aby osiągnąć trudności 8b, trzeba połączyć 2 wyciągi – to naturalne, narzucające się rozwiązanie?

Pamiętam newsa Cavaldini i Pearsona dotyczącego Amico Fragile, w którym wyraźnie było napisane 8b max oraz, że można poprowadzić wersję łatwiejszą, a mianowicie zatrzymać się w stanowisku pośrednim (co jest również bardzo logiczne, ponieważ ciąg jest straszny). Ja wybrałam opcję pierwszą, która jest naturalnym rozwiązaniem.

Amico Fragile jest bardzo nietypową i mało powtarzaną drogą ze względu na swój charakter. Coś, co w topo prezentuje się bardzo przystępnie, w rzeczywistości okazuje się zupełnie inne. Bardzo kruchy start (dwa pierwsze wyciągi), L4 z drzewem figowym (które nagle wydało mi się kluczem do poprowadzenia całości) oraz końcowe 3 wyciągi znowu bardzo kruche.

Na “Amico Fragile” (fot. Read Macadam / Explore Climbing)

Patrząc na zdjęcia, wspinanie na Amico musiało być chyba niezwykle estetyczne. Faktycznie tak było? 

Tak, to kulinarny Michelin. Z pewnością, gdyby ten wyciąg był w sportowym rejonie, byłaby do niego długa kolejka.

Inna sprawa, że walczyłaś na tym odcinku długo – ponad 1,5 godziny. Dlaczego? :-)

Haha, po pierwsze mam tendencję do zbyt długiego wspinania ;). A także po raz pierwszy prowadziłam ten wyciąg z założeniem, że jeśli przewspinam pierwsze metry 8b, to nie spadnę wyżej, a tym samym pociągnę całość. Tak bardzo nie chciałam odpaść, że zatrzymywałam się i restowałam wszędzie, gdzie się dało.

Na “Amico Fragile” (fot. Read Macadam / Explore Climbing)

Często jesteś we Włoszech, przebywasz tam na stałe? Gdzie wspinasz się na co dzień?

Mieszkam we Włoszech od trzech lat, ale regularnie odwiedzam Polskę, ponieważ wciąż współpracuję ze wspinaczami z Polski. Teraz wracam do Verdon. Następnie Sardynia.

Na co dzień wspinam się w Pian Bernardo, Albendze, Valle del Orco i kilku fajnych miejscach w okolicach Turynu. Wszędzie mam w miarę blisko, max. 2 godziny drogi.

Ola w rejonie Pian Bernardo, Włochy (fot. arch. Ola Taistra)

Nie sposób nie zapytać o dalsze plany. Czy dalej będziesz skupiać się na wielowyciągowych drogach?

Moim głównym projektem w tym sezonie była droga wielowyciągowa autorstwa Beata Kammerlandera i Pietro dal Pra w Gorropu, 8c bez powtórzenia. Myślę, że w listopadzie, jeśli nie będzie bardzo mokro, to mam jedynie szanse „pomacać” chwyty. Na horyzoncie było również Voi Petit 8b w Chamonix. Przygotowywałam się pod nią cały lipiec, niestety, w ostatnim momencie „wysypała” mi się partnerka. Tak więc oba projekty wrzucam do kalendarza 2021.

Marzy mi się również kanadyjski The Path 8b+ (trad) w Lake Luis. Tak się składa, że wybieramy się z moim chłopakiem do Kanady, który notabene powtórzył tę drogę kilka lat temu (więcej o tym przejściu TUTAJ – red.), więc być może nadarzy się okazja do spróbowania czegoś totalnie innego niż dotychczas. W sumie planowanie brzmi trochę śmiesznie w dobie koronawirusa, jednak chciałabym od połowy kolejnego sezonu skupić się na wspinaniu tradowym w Cadaresse, Valle del Orco, które mam nadzieję zaprowadzi mnie do Chamonix, a następnie do USA (stąd pozdrawiam Michała Króla ;-), z którym być może zrealizujemy jakiś fajny projekt).

Uff… No, ale w tym roku chciałabym powalczyć jeszcze na wielowyciagówkach w Verdon (8b, 8b+) oraz mam dwie upatrzone drogi na Punta Giradili o tych samych wycenach*. Na dokładkę planuję dużo wyjazdów komercyjnych ze wspinaczkami początkującymi i rozwinięcie mojej działalności treningowej online. W planach było grudniowe Saudi i projekt wspinających się kobiet w Arabii, ale przypuszczam, że ze względu na wirusa plan zostanie przesunięty na przyszły rok.

Hm… Kto wie, być może za tydzień znowu zostanę zamknięta na 2,5 miesiąca w apartamencie, więc od razu skoryguję plany: „być zdrowa, uśmiechnięta, i używać exploreclimbing trenażerów ile wlezie” ;-).

Na sam koniec. W filmie Gorropu mówisz o swoim podejściu do wspinania, wspominasz o “sposobie myślenia”, dzięki któremu to, co wydarza się podczas wspinania, procentuje później w codziennym życiu. Poświęcenie, stres, frustracje podczas realizowania skalnych projektów są ceną za życiową równowagę?

Nie użyłabym tak mocnego zwrotu jak „cena za życiowa równowagę”. Po prostu w moim przypadku to, co przeżywam TAM wysoko, mocno mnie dystansuje do tego, co jest TU na dole. Kilka miesięcy temu w Omanie w trakcie wspinania w stylu alpejskim wyrwałam ogromny głaz. Spadałam, nie widząc końca lotu, a asekuracja, którą założyłam 10 m niżej, była naprawdę dupiata. Głaz spadał dokładnie w kierunku mojego partnera… zabrzmi to śmiesznie, ale zdążyłam się zastanowić, czy jeżeli zaliczę 60 m lot, to czy coś ze mnie zostanie. Takie i podobne akcje we wspinaniu mocno mnie przekonują, że nie należy się przejmować w życiu pierdołami. Życie w wielkim mieście to przede wszystkim przestrzeganie zasad lepszych lub gorszych, narzuconych przez kogoś, kto stoi na najwyższym szczebelku piramidy konsumpcji, przemysłu, władzy. Fajne jest to, że w skałach czy górach jesteśmy od tego wolni.

***

PS Życie dopisało również mało sympatyczne postscriptum do wyjazdu do Verdon. Jak relacjonuje Ola: “plany w Verdon zakończyły się skradzioną kartą płatniczą w drodze do rejonu i wyczyszczeniem mi konta przez kogoś w Marsylii… oraz przeciętymi oponami na parkingu na dojściu do Tom et Je Ris




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum