23 października 2020 09:42

Nomadyzm wspinaczkowy uprawiam od 10 lat – rozmawiamy z Michałem Kwiatkowskim

W połowie października Michał „Kwiato” Kwiatkowski (DMM, Tenaya, Heartbeat, camper.pl) powtórzył La Rubię 8c+ w Villanueva del Rosario. To najtrudniejsza droga Michała. Nie mogliśmy więc nie zapytać o szczegóły. Kwiato prowadzi zresztą ciekawe życie wspinaczkowego nomada, i o tym też będzie w poniższej rozmowie.

Rosario stało się moim drugim domem, jeśli będę miał ochotę na kolejny duży projekt (8c+, może 9a), to ten rejon jest dla mnie idealnym miejscem. Bardzo odpowiada mi tutejszy charakter wspinania, a w związku z tym, że często wspinam się z lepszymi od siebie, miałem okazję obserwować zmagania innych na trudniejszych rzeczach.

Michał i jego kamper

***

Dorota Dubicka / wspinanie: Jak tam życie w Hiszpanii w tych niełatwych czasach?

Michał Kwiatkowski: Hiszpanie wydają się dość mocno wystraszeni wiosennymi zachorowaniami – przestrzegają wszelkich zasad, czasem aż do przesady. Często widuję kierowców w swoich autach w maseczce czy rowerzystę na przejażdżce w maseczce. Poza takimi widokami życie z mojej perspektywy wygląda dość normalnie, choć nie byłem jeszcze na komercyjnej ściance – widziałem relacje znajomych i wyglądało na to, że nawet wspinają się w maseczkach…

Twoim ukochanym rejonem od zawsze był Rodellar, a tu proszę… życiówka zrobiona w Villanueva del Rosario.

Villanueva del Rosario jest moim stałym punktem wiosenno-jesiennych wizyt od czasu, kiedy zrobiłem Floridę 8c w Rodellarze. Po jej przejściu wróciłem do Rode jedynie na 2-3 tygodnie, by poprowadzić zajęcia w skałach z klientami oraz słynnego Geminisa 8b+.

Rosario odwiedziłem po raz pierwszy w 2012 roku i to było coś niesamowitego. Ta skała jest ogromna, pięknie położona, a wapień jest bardzo dobrej jakości. Tak pamiętam swoje pierwsze wrażenia. Wracałem tu kilkukrotnie, ale dopiero po uporaniu się z Floridą przeniosłem się do Rosario na stałe.

Michał Kwiatkowski na “La Planta de Shiva” (L1) 8c, Villanueva del Rosario (fot. Marvin Winkler)

Jak prezentuje się z bliska Twoja najtrudniejsza droga?

Posłużę się opisem znajomego: “to chyba najpiękniejsza droga w całej Hiszpanii, w takich trudnościach, dorównuje urodzie Cossi Fan Tutte” (spektakularna droga sektora Piscineta w Rodellarze, z pierwszym przejściem Ramoneta – red.). 55-metrowy maraton z wieloma trudnymi miejscami oraz duży sprawdzian z wytrzymałości całego ciała, bo im wyżej, tym bardziej się przewiesza, a na samym końcu jest naprawdę stromo.

La Rubia posiada boulder, który znajduje się po terenie, który oceniam na 8b. Sam boulder jest dość długi, bo trzeba wykonać 12 ruchów (a na 13 zdarzyło mi się nawet dwa razy spaść, więc przyjmijmy, że 16 ruchów :). Po boulderze do przewspinania jest 30 metrów – odcinek ten oceniam również na 8b, ale mocno trikowe, głównie po tufach, więc konieczna jest ciągła praca kolanami, by móc przekładać ręce po kaloryferach. Całość uznałbym za wytrzymałościową, bo pomimo że cruxem jest ewidentny boulder, trzeba dojść do niego na świeżo, a po jego zrobieniu odpocząć i utrzymać względną świeżość do samego stanowiska. Po drodze do łańcucha jest jeszcze do zrobienia kilka “miejsc”, a końcówka jest naprawdę długa i wymagająca.

Film z przejścia Michała drogi La Rubia:



Długo polowałeś na La Rubię?

Pierwsze wstawki oddałem na początku marca. Po 10 dniach już wiedziałem, że chcę tej drodze poświęcić całą wiosnę, a może nawet więcej czasu. Gdy przyszedł lockdown, byłem w stu procentach pochłonięty drogą, prawie robiłem boulder w ciągu, lecz dojście i góra wymagały dopracowania, by móc myśleć o całości. W lockdownie trenowałem z zamierzeniem próbowania tej drogi na poważnie. Wiedziałem, że muszę wzmocnić palce pod boulder, wzmocnić korpus, by móc odpoczywać w trudnych “dociskanych” kolanach, rozbudować wytrzymałość na 55-metrową drogę oraz poprawić wytrzymałość siłową, bo boulder jest długi! I to wszystko na panelu 2 na 3 metry oraz przy pomocy chwytotablicy. Dało się!

Po lockdownie z dnia na dzień robiło się coraz goręcej i mogłem próbować drogi jedynie przez 2 tygodnie. Ostatniego dnia dochodziłem do boulderu w ciągu i tam spadałem, sam boulder z miejsca robiłem! Po dłuższym wiszeniu za boulderem udało mi się raz doczołgać w ciągu do łańcucha. To był duży sukces i dobra prognoza na jesień!

Następnie był letni wyjazd do La Hermidy, tam robienie wytrzymałości, i potem miesięczny wrześniowy trening w Warszawie, poświęcony głównie budowaniu siły (Moonboard, chwytotablica, kampus, ćwiczenia). Gdy dotarłem do Rosario jesienią, po dwóch tygodniach mogłem ponownie próbować a muerte i z dnia na dzień spadałem coraz wyżej. Miałem wrażenie, że jak przejdę boulder, to później już nie spadnę. Po 3 tygodniach udało mi się go zrobić, dojść do pierwszego kolanka za nim i skończyć drogę – z góry udało się nie spaść!

Michał na drodze „La Rubia” (fot. Marvin Winkler)

Niezła motywacja…

Ogromna motywacja jest motorem napędowym, by ustawić życie pod taki cel. DROGA musi być ambitna, ważna i piękna, żebym miał ochotę się jej poświęcić.

Inspirujące jest to, że mam możliwość obserwowania, jak trenują najlepsi Hiszpanie. Dla nich to norma, że trenują 1/3 czasu, a przez większość roku się wspinają. Polski wspinacz zwykle wspina się 1/3 sezonu, a trenuje 2/3 roku… więc naturalne jest, że bardziej wartościowe dla mnie jest podglądanie, jak trenują Hiszpanie. Dzięki temu łatwiej mi o motywację do skondensowanych treningów.

Co jeszcze jest ważne?

Wytrwałość oraz wiedza, co należy dotrenować, poprawić, by móc liczyć na sukces. Konieczna jest wiara w sukces i własne możliwości, a do tego potrzebna jest baza dróg zrobionych kiedyś i tuż przed – sławna piramida wspinaczkowa. Pewność siebie to chyba najważniejszy atrybut wspinacza, ale równie ważna jest pewnego rodzaju skromność, by odpowiednio dobrać cel.

Poza tym dogłębne poznanie rejonu, by zrozumieć, o co chodzi we wspinaniu w danym miejscu. Brzmi dziwnie, ale każdy rejon ma swój charakter i trzeba go pojąć, nauczyć się go, pokochać i cieszyć się takim rodzajem wspinania. Istotne są taktyka i analiza drogi. Bardzo ważny jest odpowiedni trening pod dany projekt oraz pojawienie się pod nim w odpowiednim czasie – włącznie z dobraniem właściwego dnia pod poważne wstawki (pod względem pogody, samopoczucia i formy).

“Kolankowanie” na drodze „La Rubia” (fot. Marvin Winkler)

Myślę, że moją przewagą jest możliwość spędzania dużej ilości czasu w skałach. Komfort, jakim jest czas na próbowanie trudnej drogi. Prawdą jest, że do wszystkiego dochodziłem sam, lecz ogromny wpływ na moje podejście do wspinania i treningu mieli ludzie, z którymi się wspinałem, i ci, których obserwowałem w skałach – nazwę ich inspiratorami. Wielokrotnie zmieniałem parterów, środowisko oraz idoli, by naturalnie poznawać więcej, poszerzać horyzonty. Nadal uczę się wspinania i myślę, że jeszcze wiele przede mną. Staram się czerpać wiedzę, inspirację i motywację od coraz to nowych osób.

Nie od dziś wiadomo, że jesteś wspinaczkowym nomadem, ciągle w drodze, ciągle w ruchu. Zawsze o tym marzyłeś?

Zacząłem się wspinać mając 19, 20 lat i już po pierwszych wyjazdach do Hiszpanii wiedziałem, że chcę to robić i chcę się w tym kierunku rozwijać. Motywacja była silna, a ja nie traciłem czasu na przygotowania pod zawody czy uczenie się biegania na czas. W odróżnieniu od ludzi na podobnym poziomie (byłem od nich zawsze dużo starszy, ale jednocześnie miałem mniejszy staż) mogłem ułożyć życie pod wspinanie, a nie układać wspinanie pod życie. Miałem odwagę i możliwości na taki priorytet. Gdy ludzie na podobnym poziomie borykali się z dylematem, które studia wybrać, ja – mając już skończone studia –  stanąłem przed dylematem, który model busa będzie najodpowiedniejszy pod budowę kampera…

Myślę, że po moim trzecim sezonie wspinaczkowym na jednym z hiszpańskich wyjazdów, zainspirowany vanlifem, podążyłem w tym kierunku. Uważałem to za konieczne, by móc się więcej wspinać. Mogę śmiało powiedzieć, że nomadyzm wspinaczkowy uprawiam od 10 lat, a podróżowanie kamperem chyba od 6.

W wywiadzie dla magazynu Wogü mówiłeś o swoim kamperze: “Jest w nim wszystko, czego potrzebuję. Jestem zupełnie niezależny, ponieważ korzystam z energii słonecznej i całe wyposażenie (lodówka, kuchenka, piekarnik, ogrzewanie…) zasilane jest gazem, który uzupełniam na stacjach benzynowych. Zbiornik na wodę, który zainstalowałem, wystarcza na 7-10 dni.”. Brzmi świetnie. Ale życie „na czterech kółkach” pewnie nie zawsze jest łatwe… Nie brakuje Ci czasami tradycyjnych czterech kątów?

Z tymi czterema kątami to jest trudno. Ciężko mi nazwać jakieś miejsce domem, chyba nie mam takiego… Więcej czasu spędzam w kamperze niż w “czterech kątach”. Mam mieszkanie, ale przez 8 lat spędziłem w nim zaledwie 2 tygodnie. Wynajmuję je, by nie stało puste. Wiadomo, jest to także jakaś podstawa finansowa moich wyjazdów. Podczas pobytu w Warszawie, o ile nie ma ze mną mojego kampera, zawsze miałem gdzie mieszkać lub organizowałem sobie krótki wynajem. Ostatnio jednak musiałem spakować wszystkie swoje rzeczy, bo takiego kąta w stolicy zabrakło. Z powodzeniem zmieściłem je wszystkie w samochodzie kombi (wraz z rowerem). Myślę, że dla części ludzi mała ilość rzeczy oznacza biedę, ale dla mnie to wolność.

Kamper (fot. Michał Kwiatkowski)

Jak zarabiasz na swoje wspinaczkowe podróże?

Jestem instruktorem wspinaczkowym, choć wolę określenie trener. Legitymację instruktorską posiadam od 10 lat i od tego czasu nieprzerwanie zajmuję się trenowaniem. Głównie skupiam się na zajęciach indywidualnych, ale mam też kilka sekcji, i jestem z tego bardzo dumny – moi uczniowie są wierni, lojalni, cierpliwi i podchodzą z wyrozumiałością do moich długich wyjazdów –  przy okazji serdecznie ich pozdrawiam! To również moi najwierniejsi kibice oraz chlebodawcy :). W czasach covidowych udaje się z powodzeniem prowadzić rozpiski treningowe on-line. Sponsorzy, których posiadam, są wsparciem zaledwie sprzętowym i nadal szczątkowym, więc pieniądze na wyjazdy zarabiam swoim doświadczeniem i dzieleniem się nim z innymi.

Liczyłeś już, ile hiszpańskich rejonów odwiedziłeś? Które z nich, poza popularnym Rodellarem czy Villanueva del Rosario, byś polecił?

Nie da się tego zliczyć, ale zdecydowanie większej części jeszcze nie odwiedziłem :). Gorąco polecam północ Hiszpanii, która jest idealna na lato – jakże trudny okres w roku do wspinania. Panują tam dobre warunki, a skały obfitują w tufy i przewieszenia. Polecam tam La Hermidę i kilka okolicznych rejonów. Teverga jest rejonem godnym uwagi, podobnie jak Onate i kilka mniejszych. To są moje odkrycia z tego roku, wciąż jestem pod wrażeniem tamtejszego wspinania, bliskości Oceanu i uroku tych miejsc.

Michał walczy na drodze “Florida” 8c, Rodellar (fot. Jonathan Shen)

A myślałeś o tym, żeby ruszyć poza Hiszpanię? Zatrzymać się na dłużej w innym kraju, posmakować innej skały?

4 miesiące wspinałem się w Turcji i 4 miesiące w Grecji. To są również świetne miejsca, lecz bardziej komfortowo czuję się w Hiszpanii. Mogę powiedzieć, że mówię już w tym języku i znam wielu lokalnych wspinaczy, co mocno ułatwia poznawanie nowych miejsc oraz znalezienie partnera. W przyszłym roku bardzo chciałbym objechać Norwegię, może kosztem Hiszpanii? Ciężko teraz cokolwiek planować, ale marzyć zawsze warto.

***

Patrz też: A muerte siempre! Michał Kwiatkowski na „La Planta de Shiva” (L1) 8c

O życiu na kółkach Kwiato opowiadał także Magazynowi Wogü. Wywiad znajdziecie TUTAJ.




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum