Mechanior o Krak’em All 2020, czyli jak przebiegała 1. edycja PP w boulderigu

Pierwsze w latach 20. XXI wieku pezetowskie, balderowe zawody dla seniorów wziął na siebie krakowski Avatar, zwyczajowo oplatając zmagania rozmaitością kategorii dodatkowych. Były więc zawody dla amatorów (ludzi o poziomie subsportowym), “kozaków” (sportowców, którzy nie mogą pochwalić się aktualnymi badaniami, wymaganymi przez sędziów PZA, tudzież polskim obywatelstwem), nareszcie – dojrzałej młodzieży (40+). Były też wnioski do wyciągnięcia: niestety, na temat stanu naszego wspinania sportowego, więc nieprzyjemne. W tekście skupię się na stricte sportowej stronie wydarzenia (finał zawodów pucharowych) oraz ponarzekam. Zapraszam do lektury!

Krak’em All 2020 w randze PP w boulderingu, Avatar (fot. Tomasz Szkatuła)

***

Wieloletnie doświadczenie pozwoliło Avatarowi wywiązać się z obowiązków gospodarza w sposób, który nie dopuszcza czepialstwa. Podczas przygotowywania problematów odwołano się do modnej i chyba słusznej procedury, która dzieli zespoły chwytowe na ten odpowiedzialny za „amatorów” oraz osobny, przeznaczony do tworzenia i testowania przystawek, nazwijmy to, „zawodniczych”. Łukasz Filipiak, Piotr Tabor oraz Mateusz Tarnowski znaleźli się w pierwszej z opisywanych brygad; drugą zarządzał Piotr Suder, mając za współpracowników Łukasza Smagałę oraz Tadeusza Sługockiego, ponadto Tadeusza Chodorowskiego w roli stażysty.

Analiza wyników pokazuje, że setting na Pucharze Polski został przeprowadzony w sposób skuteczny. Znalezienie się w grupie finalistek wymagało pokonania dwóch półfinałowych problemów oraz uzyskania kompletu bonusów. Od panów również oczekiwano czterech bonusów, przy czym topów już trzech. Błażej Winiarski był jedynym, który spełniwszy kryterium w finale się nie znalazł, dzięki czemu możemy nazwać go pechowcem. Do niewątpliwych zaskoczeń należą finałowe absencje Arkadiusza Millana oraz Mikołaja Nowotnika, a także Jadwigi Szkatuły, Małgorzaty Rudzińskiej czy Magdaleny Suder. Nikogo już natomiast nie zaskakuje, że wielu przedstawicieli, a zwłaszcza przedstawicielek krajowej czołówki w ogóle się w Krakowie nie pojawiło. Inna sprawa – co dzisiaj oznacza słowo „czołówka”?

Krak’em All 2020 (fot. Tomasz Szkatuła)

Finał był widowiskiem przedziwnym

Na 8 finałowych problematów tylko jeden (męska czwórka) nie doczekał się pogromcy, lecz i tam macano ostatniego chwytu. Co więcej, topowano rozmaicie; niejeden raz bohaterowie poprzedniego balda pod kolejnym przez cztery minuty leżeli na tarczy. Innymi słowy – przedstawienie powinno było stać się widowiskiem nie lada, tymczasem… solidarnie znudziło nie bardzo liczną, przecież zarazem wytrawną i zaangażowaną publiczność.

Sęk w tym, że literalnie ani jedna z 12 biorących w nim udział osób nie zdradziła oznak realnej sportowej formy (przypomnijmy, wymagającej od łojanta nieco więcej i nieco innych rzeczy, niż zwykła wspinaczkowa moc i powszednia technika), tudzież nie osiągnęła jeszcze poziomu właściwego rywalizacji o narodowe trofeum. W efekcie, niedzielnym wspinaczkom o 100 punktów w rankingu brakowało jakości stricte zawodniczych: powtarzalności, opanowania, przełożenia parametru fizycznego na realny efekt etc. Ujęło to skutecznie dramaturgii wydarzenia, dając wynikom pozór niejakiej przypadkowości.

Na tym narzekania zakończymy, albowiem nie chcemy przesłaniać chwały skądinąd słusznie należnej zwycięzcom; przejdziemy też do części opisowej.

Finał panieński

Rozpoczął się ów finał zgrabnym paczkomatem, który wszakże unikał popadnięcia w trendysetting; koordynacja była wymagana dla skorzystania z posiadanej siły, nie jako cel sam w sobie. Biedna Julka Leonardi, startująca jako pierwsza, wyszła na ten problemat tak zdeterminowana, że podczas pierwszej próby puściła całą posiadaną parę; z jej późniejszych występów znać było, że sprzęgło zostało przepalone zbyt szybko. Oprócz Julii bonusa dochrapały się tylko Bianka Janecka i Ola Kałucka; ta ostatnia przebiegając balda fleszem i wykazując ochotę na zwycięstwo w zawodach.

Techniczna, połoga dwójeczka wymagała subtelnej pracy całego działa, z akcentem na nogi, dokładniej: stopy. Zaskakująco nietrudnym wydawał się ów balder człowiekowi spoglądającemu nań z dołu, nieoczekiwanie wysoką poprzeczką okazał się dla zawodniczek; nie wspinając się po nim osądzić nie umiem, czy winne były zawodniczki, czy też spoglądający człowiek pomylił się w swoich osądach. Bianka Janecka została niekwestionowaną królową drugiego problematu; jej samotniczy top „uratował” dwójkę dla zawodów, samej Biance zapewnił drugi drugi stopień podium.

Trzecie damskie zadanie testowało umiejętność wspinania po chwytach oblakujących; siłowego, zdecydowanego, zdrowego; naprawdę zdrowo wyglądały na nim jednak tylko siostry Kałuckie. Natalia Kałucka po walce trójkę zatopowała, co dało jej w efekcie zwycięstwo w zawodach, Ola powinna była to uczynić, lecz najwyraźniej jej ruchy spętała presja dorównania siostrze.

Nareszcie czwórka – rozpoczynająca się skokiem tyleż nietrudnym, co efektownym (brawo chwytowi), a dalej oferująca rzecz na polskich zawodach niespotykaną: mocowanie z lodówką w dachu przeznaczone dla dam. Kolejne czterominutowe okresy czasu potwierdzały rozpowszechniony stereotyp, wedle którego istnieją we wspinaczce sportowej zjawiska wybitnie „niekobiece”. Łabędzi śpiew Oli Kałuckiej, która jako jedyna sprostała zadaniu od strony przygotowania fizycznego i samotnie zatopowała, uratował dla niej miejsce na podium zawodów.

Panie

  1. Natalia Kałucka ((AZS PWSZ Tarnów)
  2. Bianka Janecka (KW Częstochowa)
  3. Aleksandra Kałucka (AZS PWSZ Tarnów)
  4. Daria Nawój (KS Sportiva)
  5. Julia Leonardi (UKA Warszawa)
  6. Klaudia Buczek (KS Korona)

Finał pański

Na samym początku biję brawo chwytowym: udała im się trudna sztuka skomponowania rundy, w której poszczególne problematy męskie odpowiadają stylistycznie paralelnym tarapatom kobiecym; dawno nie widziałem finału o tak zwartej, a zarazem kompletnie zrealizowanej koncepcji stylistycznej. Jednocześnie poczuję się zmuszonym nadmienić, że przyjęte rozwiązanie należy do bardziej ryzykownych, będąc genetycznie obciążonym ryzykiem „lustrzanej wtopy”: sytuacji, w której publiczność przez cztery minuty świadkuje serii symetrycznych porażek, gdy oba problematy (męski i damski) solidarnie przerastają możliwości aktualnie startujących zawodników. W niedzielny wieczór cierpieliśmy niekiedy tak powstałe dłużyzny, zaksięgujmy je wszakże jako cenę formalnej spójności finału.

Pierwszy chłopięcy kłopocik był de facto historią jednego ruchu, a właściwie jednego przełożenia ręki – rzecz na zawodach nie do końca pożądana, przecież zrealizowana w sposób nad wyraz wspinaczkowy, do złudzenia przypominający te trudności, które piętrzy przed nami naturalna skała. Przełożenie to powiodło się jedynie Kamilowi Ferencowi i Jakubowi Jodłowskiemu, tym samym doprowadzając ich do topu. Był to jedyny top, jaki udało im się pognieść w tym finale, więc ubiegając fakty dalsze zanotujmy: Kamil był na Avatarze trzeci, Jakub – dla kompletu bonusów – drugi.

Dwójka połoga (patrz: panie), zrazu nietrudna, równowagowa, zaczem nowoczesna, skoczna, „kujawiakowa” („kujawiak” to jeden z rodzajów „pajacyka”). Najwyraźniej przychylna młodzieży, gdyż tylko przez Jerzego Laskowskiego i Jakuba Ziętka zatopowana. Jak tacy wyjadaczowie, jak rozmaite Chmiały, Ference czy Jodłosie, znaleźli na niej trudności nie do pokonania, niech pozostanie pytaniem wołającego na puszczy, zarazem – signum tego finału.

Trójka (patrz: panie) oblaczna i fizolska, zarazem dynamiczna, wesoła, na oko dla wspinania nader przyjemna, w ruchach naturalna, zachęcająca. Adrian Chmiała problematu nie zauważył, Kuba Ziętek chyba rozumiał, o co toczy się gra, więc dwukrotnie pokpił, po czym wygrał tym baldem zawody. A reszta? Reszty nie trzeba.

Czwórka (patrz: panie) na stracie skakała, zaś potem dawała możliwość przypieczętowania zwycięstwa bądź odwrócenia losów rywalizacji. Nikt nie skorzystał.

Panowie

  1. Jakub Ziętek (KW Bielsko-Biała)
  2. Kuba Jodłowski (KW Warszawa)
  3. Kamil Ferenc (KS Korona Kraków)
  4. Jerzy Laskowski (UKA Warszawa)
  5. Adrian Chmiała (KS Korona/Cube)
  6. Paweł Jelonek (KW Częstochowa)

***

Podsumowując, należy pogratulować Avatarowi nie tylko sprawnego przeprowadzenia złożonych zawodów, ale również konsekwentnego i godnego podziwu zaangażowania w cykl pucharowy w naszym kraju. Dobrze będzie, jeśli w ślad za krakowską i nielicznymi innymi ścianami pójdzie pewnego dnia zorganizowany wysiłek całego środowiska, obliczony na zbudowanie grupy prawdziwych, przygotowanych i zaangażowanych zawodników, poważnie myślących o startach za granicą. Miejmy nadzieję, że będą wśród nich również co młodsi z uczestników finału w Krakowie.

Dla wspinanie.pl raportował Mechanior

Pełne wyniki na stronie PZA.




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum