14 sierpnia 2019 18:35

Jarosław Gawrysiak: “Najważniejszy jest charakter himalaisty”

O przebiegu akcji na Nanda Devi East (7434 m) oraz medialności himalaizmu z Jarosławem Gawrysiakiem, kierownikiem wyprawy działającej w ramach programu Polski Himalaizm Zimowy, rozmawia Ilona Łęcka.

Jarosław Gawrsyiak (fot. materiały PHZ)

***

W jaki sposób zdobywałeś doświadczenie w kierowaniu wyprawami himalajskimi?

Jarosław Gawrysiak: Od kilkunastu lat co roku jestem w Himalajach. Brałem udział w kilku wyprawach kierowanych przez Artura Hajzera. Nie czytam książek górskich, z nielicznymi wyjątkami, ale wiem z opowieści starszych kolegów, że Andrzej Zawada wprowadzał wojskowy dryl. Wyprawy pod wodzą Artura były dużo bardziej partnerskie.

Jak Ci się kierowało tą wyprawą?

Jeszcze w Polsce zastanawiałem się nad predyspozycjami i możliwościami chłopaków, żeby uświadomić sobie, jakimi zasobami dysponuję. Moje wstępne rankingi w dużej mierze się sprawdziły. Przed atakiem szczytowym zebrałem chłopaków i poprosiłem, żeby sami ocenili swoje możliwości udziału w ataku szczytowym. I znów moje przypuszczenia pokryły się z rzeczywistością.

Rafał Fronia twierdzi, że wyprawa weryfikuje charakter. Nie da się udawać.

Da się, ale krótko. Zweryfikowałem swoje pojęcie o uczestnikach, w większości na plus. Taką osobą jest bez wątpienia Janek Lenczowski. Wykazał olbrzymią determinację, zapał do pracy, a kiedy okazało się, że jednak nie osiągnie szczytu, bez wahania zdecydował się zabezpieczać nasze wejście. Podobnie z Oswaldem Rodrigo Pereirą, który, choć nie jest wspinaczem, sprawdził się sportowo i wydolnościowo, ma ducha i charakter. Wojtka Flaczyńskiego uważam z kolei za nasz najcenniejszy nabytek w PHZ. Nie zraża się trudnościami, jest samodzielny, nastawia się pozytywnie na przygodę: „Dziś się nie udało? Spróbujemy jutro”. Poza tym ma już doświadczenie wysokogórskie.

Filip Babicz okazał się świetnym gościem, bardzo zdeterminowanym. Miał kłopoty z aklimatyzacją, ale może przecież być tak, że po prostu aklimatyzuje się powoli, jak Jurek Kukuczka. Dla sportowca takiego jak on zderzenie z wysokością i jej wpływem na organizm musiało być dramatyczne. Na pewno jechał tam z nieco innym wyobrażeniem, znając swoje dotychczasowe możliwości. Z każdym tygodniem było u niego lepiej i mogłoby się okazać, że jeszcze dwa tygodnie i w pełni by się zaadaptował do wysokości.

Ale przecież frustracja jest stałym elementem życia sportowców, bo mistrz świata jest tylko jeden.

Na wyprawie na Nanda Devi East Filip działał zadaniowo, np. regularnie sprawdzał czas, w jakim osiągnął daną wysokość. Tłumaczyłem mu, że nie w tym rzecz, by wyszedł szybko, lecz by był potem w stanie kontynuować wspinaczkę, by się, mówiąc kolokwialnie, nie zajechał. Bardzo Filipa polubiłem i mam nadzieję, że nabierze doświadczenia, bo widzę dla niego dużą szansę. Pracował nad sobą, bo jest to wbrew jego naturze, by robić coś wolniej niż może. Zresztą umiejętności można wypracować. Najważniejszy jest charakter uczestnika.

Filip był jednym z uczestników ataku szczytowego.

Filip doszedł do Przełęczy Longstaffa (5910 m), Rafał doszedł do obozu 2 i po spędzeniu tam nocy uznał, że źle się czuje i schodzi, żeby nie sprawiać nam kłopotu, a ja, Janek i Wojtek ruszyliśmy w górę, żeby założyć obóz 3 i z niego atakować szczyt. Janek miał udać się do „trójki” i stanowić dla nas suport, a jeśli czułby się na siłach, ruszyłby samotnie na szczyt. Ostatecznie jednak stwierdził, że jest za późno i ma za cienkie ubranie, żeby kontynuować wejście. Wojtek prowadził całą drogę na szczyt, a ja zaporęczowałem najtrudniejsze pasaże nad obozem 3, w sumie zużywając 360 m liny. Tuż przed szczytem znajduje się skalna galeryjka, którą prowadził Wojtek. Doszło przy tym do przełamania liny, jej ciągnięcie dość mocno go zmęczyło. To chyba zadecydowało o tym, że schodząc był wyczerpany.

Wierzchołek Nanda Devi East osiągnęliście parę minut po 17. Późno… Ile czasu spędziliście na szczycie?

Trzeba przyznać, że szliśmy dość wolno. Błąkaliśmy się tam jeszcze jakieś 40 minut, szukając najwyższego miejsca. Szczyt Nanda Devi East ma powierzchnię mniej więcej boiska piłkarskiego, usłanego śniegiem, pełnego niepozornych pagórków, a my staraliśmy się odnaleźć i osiągnąć ten najwyższy punkt. Zejście rozpoczęliśmy chwilę po 18.

Na konferencji prasowej w Warszawie, tuż przed rozpoczęciem wyprawy, mówiłeś, że spodziewasz się pewnych trudności skalnych, ale największym zagrożeniem jest krucha skała.

Wtedy nie miałem jeszcze pełnego obrazu. Dysponowałem jedynie raportami Janka, pewną liczbą zdjęć, relacją naszego indyjskiego agenta. Ta góra jest po prostu bardzo niebezpieczna ze względu na kruszyznę. Zdarzyły się może dwa trudniejsze technicznie szóstkowe miejsca, pierwsze na wysokości 6200 m, drugie na 7100 m. Stałym problemem była kruszyzna oraz grań z nawisami śnieżnymi. Pierwsza połowa góry wygląda jak posklejane luźno kafelki, które można odłupać dłonią. W pewnym miejscu znaleźliśmy stary, zardzewiały hak, wbity w jedyne pewniejsze miejsce w promieniu kilku metrów. Zdarzyło mi się odlecieć z małą galeryjką skalną, na której stałem, która poleciała prosto do Sanktuarium Nanda Devi, niemal dwa kilometry pionowo w dół, a ja szarpiąc poręczą wyrwałem najbliższy przelot, który był starym może 30-letnim hakiem wbitym we wspomnianą parszywą skałę.

Lepiej tam chyba nic nie zrzucać, wziąwszy pod uwagę historię o bombie atomowej…

Dokładnie. Można pokpiwać, że jest to teren turystyczny, w niektórych miejscach trójkowy, jedno czy dwa miejsca czwórkowe. Filipowi udało się odnaleźć jedno, lekko przewieszone, kilkunastometrowe miejsce, które przeszedł klasycznie.

Nanda Devi East nie jest popularnym celem himalajskim.    

Było na niej 28 wypraw, z czego 13 zakończyło się sukcesem, na szczycie stanęło niewiele ponad 30 wspinaczy, a zginęło przy tym 24. Te statystyki o czymś świadczą.

Czyli nazwa Bogini Śmierci jest adekwatna?

Bez wątpienia. Po zdobyciu szczytu, kiedy w biurze IMF [Indian Mountain Federation] rozliczaliśmy wyprawę, nasz sukces był sporym wydarzeniem. Prezydent federacji zaprosił nas na spotkanie, złożył gratulacje. Opowiedział nam o swoim udziale w wojskowej, międzynarodowej wyprawie z 1995 roku, w trakcie której zginął amerykański żołnierz, zdobywca szczytu. Ale nie myślę o górze w kategoriach klątwy.

Zdarzały się głosy krytyki, że powtarzacie drogę sprzed 80 lat, która nie jest wyzwaniem sportowym.

Inicjatywa wyszła 2 lata temu od Staszka Pisarka. Spodobał mi się pomysł partnerskiej wyprawy jubileuszowej. Przy okazji można było zabrać chłopaków, którzy dopiero niedawno przystąpili do PHZ, co uzgadniałem z pomysłodawcami. Naszym celem było wejście na Nanda Devi East drogą pierwszych zdobywców. Wyczynowi sportowcy na pewno odnajdą w tamtym rejonie sporo wyzwań i mogą dokonać imponujących przejść, ale nasza idea była taka, żeby upamiętnić dokonanie Polaków z 1939 roku, powtarzając ich drogę. Jestem za tym, by każdy robił swoje i spełniał własne marzenia, a prace dokumentacyjne, odnalezienie kamienia z inskrypcją z 1939 r. czy zgromadzenie materiałów filmowych do filmu niewątpliwie nie zostałoby wykonane przez wspomnianych wyczynowców.

Uczestnicy wyprawy 1939 roku w bazie u podnóży Nanda Devi: Janusz Klarner, Jakub Bujak, Adam Karpiński, brytyjski lekarz dr J.R. Foy, oficer łącznikowy major S.Blake oraz Stefan Bernadzikiewicz (fot. archiwum wyprawy)

Uczestnicy wyprawy 1939 roku w bazie u podnóży Nanda Devi: Janusz Klarner, Jakub Bujak, Adam Karpiński, brytyjski lekarz dr J.R. Foy, oficer łącznikowy major S.Blake oraz Stefan Bernadzikiewicz (fot. archiwum wyprawy)

Oprócz wspinaczy i dokumentalistów zabrałeś ze sobą trekkersów.

Tak, wszystko dzięki temu, że była to wyprawa partnerska, gdzie jest dużo większa swoboda niż w sytuacji, kiedy organizujesz wyprawę programową. Zdarzały się problemy z aprowizacją, nie było łączności, ale wszyscy byli zadowoleni, bowiem trekking w tych okolicach to naprawdę rzadkość. To cecha indyjskiej części Himalajów, gdzie można zakosztować dzikości i oddalić się od cywilizacji.

Michał Pyka informował, że prognozy, które dla was sporządzał, nie sprawdzały się.

Rzeczywiście tak było. Od naszych synoptyków otrzymywaliśmy kilka informacji, niekiedy sprzecznych ze sobą. Problem polegał także na tym, że nie wchodziliśmy z nimi w interakcję. Byłoby z pewnością łatwiej, gdyby z naszej strony była informacja zwrotna: ta prognoza się sprawdza, ta nie. Wiedzieliby wówczas, który model jest bardziej godny zaufania. Ale przekazywanie tych danych przez system inReach było dość kłopotliwe, szczególnie w trakcie akcji górskiej.

Na terenie Indii obowiązuje zakaz używania telefonów satelitarnych. Mieliście do dyspozycji jedynie inReach, przez który można było odbierać prognozy pogody oraz nadawać krótkie wiadomości. Brak łączności może przysporzyć kłopotów w razie jakiś komplikacji.

Po doświadczeniach spod K2 uznałem to za dobre rozwiązanie. Ustaliliśmy zasady komunikacji, nauczyliśmy się, czego na pewno nie robić.

Na tej wyprawie byli przedstawiciele mediów: Oswald jako dziennikarz oraz Darek Załuski jako filmowiec. I jeszcze Rafał, który na bieżąco relacjonował postępy wyprawy dla mediów społecznościowych. Była to sytuacja bez porównania lepsza od tej spod K2, kiedy nagle w bazie znalazły się dwie, konkurujące ze sobą ekipy telewizyjne, wszyscy mieli dostęp telefoniczny do kierownika, a każdy z uczestników relacjonował przebieg wydarzeń za pomocą mediów społecznościowych.

Nie chodziło mi o to, by przekaz medialny kontrolować. Film można nakręcić na różne sposoby, od peanu po paszkwil, od artyzmu do realizmu. Jak to zostanie zrobione, pozostaje w gestii Darka. Ale Darek jest himalaistą, więc wie, w czym rzecz, a Oswald pełnił funkcję naszego menedżera i na wyprawę został zaproszony. Tym niemniej zdarzały się przecieki. Np. prosiliśmy, by nie komunikować o wejściu na szczyt, zanim nie zejdziemy bezpiecznie do obozu 3, tymczasem ta informacja została błyskawicznie upubliczniona.

Zadaniem dziennikarzy jest zdobywanie informacji. Jak powinny Twoim zdaniem wyglądać kontakty z mediami?

Najbardziej zależy mi na tym, żeby spojrzeć na relacje z działań w górach wysokich za pomocą narzędzi zarządzania ryzykiem. Żeby poskromić tę nagonkę, tę burzę medialną, kiedy w górach stanie się coś złego. Żeby zredukować liczbę hejterów i domorosłych ekspertów. Chciałbym nawiązać kontakt także z mediami spoza środowiska. Chodzi o przygotowanie terenu poprzez odpowiednie zapowiedzi, poprzez rzetelną narrację, wreszcie poprzez osobę rzecznika prasowego z prawdziwego zdarzenia.

Ale przecież zwykle wyprawa w Himalaje z punktu widzenia mediów ogólnopolskich jest mało medialna i nie budzi zainteresowania, dopóki nie zdarzy się jakiś dramat.

Nie zgodzę się z Tobą. Ludzie interesują się górami, książki górskie świetnie się sprzedają, coraz więcej ludzi uprawia wspinaczkę skałkową. Dla niektórych jest to tylko krok ku wspinaniu w górach. Ja sam po powrocie z Nanda Devi East jestem bardzo często proszony przez różne media o udzielenie wypowiedzi. Jestem przekonany, że ludzie chętnie posłuchają opowieści z gór. Oczywiście część z nich nadal będzie uważać nas za samobójców, ale znajdą się i tacy, którzy zainteresują się himalaizmem. W ten sposób można też ludziom unaocznić, że wspinanie wiąże się z ryzykiem.

Załóżmy jednak, że nie ma sytuacji tragicznej, jest za to rywalizacja dziennikarzy o to, który pierwszy zawiadomi o zdobyciu szczytu albo kto pierwszy ujawni konflikt między danym uczestnikiem a kierownikiem wyprawy.

Niezbędnych jest kilka posunięć. Po pierwsze, umowa z patronem medialnym na wyłączność i konsekwencja w wywiązywaniu się z tej umowy. Po drugie, znalezienie godnej zaufania osoby, która będzie pośredniczyć w kontaktach z mediami. Rzecznik prasowy wydaje się niezbędny w sytuacjach kryzysowych, ale także to po, żeby przybliżać ludziom pozytywny obraz himalaistów. Taką osobą jest Oswald. Trzecia sprawa to rzetelność dziennikarska, nie tworzenie sensacji tam, gdzie ich nie ma. Czwartą jest to, że nie ma potrzeby nieustannej obecności wszystkich uczestników wyprawy w mediach społecznościowych w trakcie jej trwania.

Z drugiej strony pojawia się coraz więcej ludzi, którzy chcieliby zawodowo uprawiać alpinizm i himalaizm. W Polsce jest ich jak dotąd kilku, jak Andrzej Bargiel, Adam Bielecki, Denis Urubko. Mało prawdopodobne, by ci ludzie zgodzili się na proponowane im ograniczenia, skoro będą one godzić w ich funkcjonowanie społecznościowe, a co za tym idzie, w budowanie popularności i swojej pozycji biznesowej.  

Jeżeli się okaże, że znajdzie się kilku takich ludzi na jednej wyprawie i każdy z nich będzie miał własne interesy, to z pewnością będzie kłopotliwe.

W tym ujęciu himalaizm staje się biznesem. A w biznesie obowiązują umowy pomiędzy partnerami. Kontrakty ze sponsorami wymieniają nagłośnienie medialne jako jeden z ważnych elementów współpracy. Zatem, wyprawa musi być medialna, a z umów ze sponsorami trzeba się wywiązać.

To ważne, żeby uczestnicy wyprawy, którzy skorzystali na zaangażowaniu finansowym sponsora, wywiązali się ze swoich zobowiązań. Stajemy się coraz bogatszym społeczeństwem. Na całym świecie skoki narciarskie są sportem niszowym, a u nas stały się narodowym. Kto wie, czy za parę lat sportem narodowym nie stanie się na nowo himalaizm, tak jak to było za czasów złotej ery? Na pewno jako środowisku by nam to pomogło, o ile będzie to zrobione z głową. A za popularnością zawsze idą pieniądze.

A co z głosami purystów i ideowców, którzy chcieliby, by wspinaczka pozostała aktywnością niszową, na swój sposób elitarną, którzy szukają w górach oderwania od cywilizacji, którzy nie chcą obitych dróg i tłumów w skałach?

Każdy może wspinać się tak, jak lubi. Uważam, że w środowisku górskim znajdzie się miejsce dla każdego. Mam doświadczenie w zarządzaniu projektami i zamierzam je wykorzystać w pracy na rzecz Polskiego Himalaizmu Zimowego, aby stał się profesjonalnym projektem, dającym naszym partnerom realne korzyści i aby stał się platformą promowania wspinaczki w ogóle.

Dziękuję za rozmowę.




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum