30 kwietnia 2019 11:34

„Strachu niet” – Dmitrij Gołowczenko i Siergiej Niłow o przejściu na Jannu w rozmowie z Elizą Kubarską

Rozmowa Elizy Kubarskiej, reżyserki filmu „Ściana cieni”, z Dmitrijem Gołowczenko i Siergiejem Niłowem zarejestrowana dnia 6 kwietnia 2019 w drodze zejściowej z Himalajów do Katmandu, po wspinaczce Rosjan na wschodniej ścianie Jannu. Rosyjski zespół spędził na górze 18 dni. Pokonali nową linię wyprowadzającą na południowe ramię Jannu* (lub południowo-wschodnią grań) i dokonali pierwszego trawersowania góry.

3 kwietnia, Dmitrij Gołowczenko i Siergiej Niłow po zakończeniu 19-dniowej epopei na Jannu (fot. Eliza Kubarska)

3 kwietnia, Dmitrij Gołowczenko i Siergiej Niłow po zakończeniu 19-dniowej epopei na Jannu (fot. Eliza Kubarska)

Sponsorzy Dmitrija Gołowczenki i Siergieja Niłowa

Czy to była trudniejsza wyprawa w porównaniu do poprzednich (Muztagh Tower, Trango Tower, Thalay Sagar…)?

Dmitrij: Dzisiaj moja odpowiedź brzmi – tak. Być może to była nasza najtrudniejsza wyprawa. Ale tak naprawdę będę mógł to dopiero stwierdzić za jakiś czas, jak już odpocznę i wszystko sobie poukładam w głowie. Na pewno to co teraz zrobiliśmy, można porównać z naszą wyprawą na Muztagh Tower. Główna różnica jest taka, że tam wspinaliśmy się we trójkę, a tu byliśmy tylko we dwójkę. Również wycof na Jannu był znacznie trudniejszy niż gdziekolwiek wcześniej. Nigdy przedtem nie wycofywałem się tak długo, w tak trudnym terenie.

Siergiej: Nigdy wcześniej również nie wspinaliśmy się tak wysoko tylko we dwójkę. I to był duży problem, ponieważ ściana była bardzo stroma i trudno było używać technik big-wallowych, kiedy lider się wspina, a reszta ekipy holuje rzeczy. Tutaj musiałem się wspinać, a potem holować i znów się wspinać. To było szczególnie męczące na tak dużej wysokości.

Wspinaczka na wschodnią ścianę Jannu – zespół: Dmitrij Gołowczenko i Siergiej Niłow

Czy wiedzieliście, że linia, którą sobie wybraliście, będzie tak stroma?

D: Nie. Na samym początku, kiedy zastanawialiśmy się nad możliwą linią drogi, wydawało nam się, że będzie mniej stroma, bo widzieliśmy tam śnieg. A skoro jest śnieg, to znaczy, że nie może tam być 80- 90 stopni nachylenia. Tymczasem było tam bardzo wiele miejsc, gdzie stopień nachylania zaczynał się od 65- 70 stopni.

Na jakiej wysokości?

D: Od 6500 metrów, aż do samego końca.

Drugi wyciąg po biwaku, odcinek pomiędzy wysokością 6300-6500 m (fot. Dmitrij Gołowczenko)

Drugi wyciąg po biwaku, odcinek pomiędzy wysokością 6300-6500 m (fot. Dmitrij Gołowczenko)

Jakbyście mieli opisać Jannu w kilku zdaniach…

D: To bardzo interesująca góra, ale podejście i droga zejściowa są bardzo trudne. Tak jak już wspomniałem, nigdy wcześniej nie przeżyłem tak trudnego powrotu z góry. Również dojście do ściany nie jest łatwe – bo najpierw musisz się wspiąć 7 wyciągów po skale, nie mówiąc już o wcześniejszym dojściu do bazy bardzo ciekawym, wielkim lodowcem Yalung, na którym jednak niełatwo znaleźć dobre miejsce na bazę. No i wreszcie wschodnia ściana Jannu, z imponującym „headwallem”. Dla dobrego zespołu to świetny cel.

Wspinaczkowy team wyprawy na Jannu: Siergiej Niłow, Marcin Tomaszewski i Dmitrij Gołowczenko (fot. Eliza Kubarska)

Wasz pierwotny plan zakładał wspinaczkę główną ścianą. Dlaczego zmieniliście zdanie?

D: Ponieważ team się zmienił. Kiedy zostaliśmy we dwójkę [po wycofaniu się Marcina Tomaszewskiego, przyp. red.], zrozumieliśmy, że nie damy rady wykonać pierwotnego planu.

Zacznijmy od początku. Powiedziałeś, że najpierw trzeba pokonać ok. 300-metrową granitową ścianę (*która kończy się na wysokości 5200 m), a potem zaczyna się icefall. Pamiętam jak na samym początku, tuż po jego przejściu, powiedziałeś przez radio, że najprawdopodobniej nie będziecie w stanie wrócić tą samą drogą…

D: Po pierwsze, icefall jest bardzo pocięty. Po drugie, nie dopisywała nam pogoda. Udawało nam się znaleźć bezpieczne miejsca na namiot, ale mimo to, siedząc już w środku, słyszeliśmy walące się po bokach lawiny: z prawej, z lewej, gdzieś ponad nami albo poniżej. Trudno było znaleźć odpowiednią drogę do góry. W dół byłoby jeszcze trudniej. W tamtym czasie jeszcze nie wiedziałem, że zejście po drugiej stronie jest również bardzo trudne. Zwykle zejście zajmuje od 1 do 2 dni. Dzisiaj już wiem, że zejście tą samą drogą, którą szliśmy do góry, nie jest trudniejsze od tego, co musieliśmy zrobić po południowo-zachodniej stronie grani. Gdybym o tym wiedział, może bym się zdecydował na zejście drogą wspinaczki. Nie sadzę, by zajęło to mniej czasu, ale przynajmniej wiedzielibyśmy czego się spodziewać.

S: Icefall jest niebezpieczny, panuje tam duże zagrożenie lawinowe. Są tam cyrki śnieżne, a nad nimi pola śnieżne, na których zbiera się śnieg. Minęliśmy wiele miejsc, po których wcześniej zeszły lawiny. Wydawało nam się, że zejście na drugą stronę będzie dużo bezpieczniejsze, bo w dużej mierze miało biec granią.

Biwak 18 marca

Biwak 18 marca

Czy tego dnia, kiedy rozstaliśmy się na płaskowyżu przed icefallem, udało się wam dojść pod ścianę?

D: Tak, przeszliśmy pierwszą, bardziej płaską część icefalla. On oczywiście się tam nie kończy, tylko idzie dalej w górę, w kierunku wschodniego wierzchołka Jannu, jeszcze ok. 1000 metrów. Przejście całości zajęło nam w sumie 2-3 dni. Początkowo chcieliśmy wcześniej odbić w skalny teren w lewo, ale znów okazało się, że jest bardzo trudno. Więc zostaliśmy na icefallu. Liczyliśmy na to, że znajdziemy przejście przez ten labirynt i to się udało.

Czy musieliście zakładać zjazdy na icefallu?

D: Nie. Znaleźliśmy drogę, ale było ciężko. Czasami wspinaliśmy się przez godzinę, żeby ominąć szczelinę, a przed nami odkrywała się kolejna, znacznie większa i trzeba było zawrócić. I znów musieliśmy zaczynać od początku.

A wspinaczka powyżej 6000 metrów?

S: Ta niższa cześć ściany jest relatywnie łatwa. Ale im wyżej tym ściana coraz bardziej się pionuje. Na większości wyciągów wspinaliśmy się z czekanami. Im bardziej w górę, tym śnieg stawał się coraz luźniejszy, a pod nim często znajdował się bardzo kruchy lód, przypominający ser. Nie dawało się osadzić asekuracji i czułem, że w każdym momencie mogę się znów niespodziewanie znaleźć blisko stanowiska. Próbowałem nawet łapać się tego lodu-sera rękami. Było niebezpiecznie, ale to typowe dla wspinaczek na dużej wysokości, że nie jest łatwo założyć dobrą asekurację. Było trudno. Czasem nawet zbyt trudno…

23 marca, wysokość ok. 7100 m (fot. Dmitrij Gołowczenko)

23 marca, wysokość ok. 7100 m (fot. Dmitrij Gołowczenko)

Miałeś problemy z zakładaniem stanowisk?

S: Tak. Raz nawet, pod koniec wyciągu, poleciałem i znalazłem się znów przy stanowisku z Mitką [Dmitrijem]. Wcześniej osadziłem przelot w skale i dalej wspinałem się po zamarzniętym śniegu, który znienacka zamienił się w sypki, i nagle osunąłem się. W trakcie spadania rak zahaczył o lód, tak że przez chwilę wisiałem w poziomie z nogami na wysokości pasa. Powisiałem chwilę i poszedłem jeszcze raz. W końcu udało mi się znaleźć miejsce na stanowisko.

Jak znosiliście wysokość ponad 7000 m?

S: Nie mamy dużego doświadczenia na dużej wysokości i nie wiem jak powinienem się czuć. To był zaledwie drugi raz, kiedy byliśmy tak wysoko. Robiłem co musiałem, nogi i ręce działały dobrze, czułem się dobrze. Kiedy wspinałem się pierwszy raz w Nepalu, na dużej wysokości, po kilku ruchach traciłem umiejętność rozpoznawania odległości, musiałem się zatrzymać, uspokoić oddech i dopiero później kontynuować wspinaczkę. Tym razem udawało mi się kontrolować oddech w trakcie wspinania i nie miałem takich problemów.

Dmitrij Gołowczenko na wysokości powyżej 7300 m (fot. Siergiej Niłow)

Dmitrij Gołowczenko na wysokości powyżej 7300 m (fot. Siergiej Niłow)

Czyli teraz już wiesz, że możesz wspinać się w trudnym, pionowym terenie na dużej wysokości?

S: Zrozumiałem to już na wyprawie na Muztagh Tower, a teraz po prostu to robiłem.

Czy myśleliście już o wycenie trudności?

D: Myślę, że ED.

Jakie były warunki pogodowe w trakcie waszej wspinaczki?

D: Spędziliśmy dużo czasu na ścianie, więc doświadczyliśmy praktycznie wszystkiego. Generalnie mieliśmy szczęście jeśli chodzi o pogodę, z wyjątkiem tych dni, kiedy się wycofywaliśmy. W trakcie przejścia mieliśmy, powiedzmy, pół na pół dobrej i złej pogody. Ale zła pogoda zaczynała się na ogół po południu i zwykle nie były to ekstremalnie złe warunki. Padał śnieg, ale nie było burz śnieżnych. Nie było też bardzo silnego wiatru. Były wietrzne dni, ale znów, nie była to wichura, która ci wszystko porywa.

Z bazy wyglądało czasem, że nieźle u Was sypie i wieje…

D: Mieliśmy dłuższe okresy złej pogody, ale wtedy byliśmy już dość wysoko i nastromienie ściany było spore, więc śnieg nie zbierał się w dużych ilościach. Spadały niewielkie lawiny, które nie były dla nas groźne. Mieliśmy szczęście, że opady śniegu zaczęły się dopiero wtedy, kiedy prawie przeszliśmy przez icefall. Zdarzył nam się tylko jeden dzień, kiedy z powodu opadu musieliśmy się na nim zatrzymać w wygodnej i bezpiecznej szczelinie śnieżnej, ponieważ nic nie widzieliśmy.

Czy często mieliście problemy z widocznością?

D: Tak, dosyć często, powiedziałbym, że częściej niż co drugi dzień.

Było bardzo zimno? W końcu zaczynaliście wspinaczkę w trakcie kalendarzowej zimy.

D: Nie mieliśmy termometru, ale myślę, że maksymalnie było minus 25 stopni Celsjusza. Zdarzyła się jedna bardzo zimna noc, gdzieś w drugiej części wspinaczki. Mieliśmy wtedy jeszcze suche śpiwory…

Co się stało później z waszymi śpiworami?

D: Cóż, w pewnym momencie stały się mokre i okropne [uśmiech] . Zamokły i nie było już w nich ciepło. Powiedzmy, że w drugiej części wspinania były już całkowicie mokre, czyli w ogóle nas nie grzały, jedynie chroniły od bycia jeszcze bardziej mokrymi. Bardziej pełniły już wtedy funkcję płachty biwakowej niż śpiwora.

S: Jeżeli jesteś w ścianie niedługo, krócej niż jeden tydzień, to zwykle nie ma problemu. Jednak kiedy jesteś dłużej, śpiwory stają się mokre, nie masz czasu by je wysuszyć. Jedyne co mogliśmy robić to spinać te mokre śpiwory i przytulać się do siebie, żeby się ogrzać. Było zimno. Jednak w tak małym teamie nie możesz wziąć ze sobą dużego, ciepłego, syntetycznego śpiwora, który byłby odporny na wilgoć.

Na ile dni zaplanowaliście wspinaczkę?

D: Na 14 dni.

Czyli wzięliście jedzenie i gaz na 14 dni. Ile dni byliście na górze?

Zaczęliśmy 16 marca, a zakończyliśmy 2 kwietnia.

Czyli byliście w akcji przez 18 dni. Jak pod koniec wyglądała sytuacja z jedzeniem?

D: Na końcu było ciężko, choć mieliśmy ze sobą jeszcze trochę zapasów. Ale oczywiście w trakcie zejścia wszystko się skończyło. Zostało nam tylko nieco orzechów włoskich. Herbata skończyła nam się dokładnie w połowie akcji i nie wiedzieliśmy co pić. Gotowaliśmy suszone morele i piliśmy coś w rodzaju kompotu. Próbowaliśmy też z rodzynkami, ale te nie dawały żadnego smaku. Próbowałem nawet znaleźć coś w naszej apteczce, coś co mogłoby być smaczne do picia. Przez dwa dni piliśmy wodę z suplementem na bazie glukozy…

I to było smaczne?

D: No cóż, nigdy nie piłabyś tego w domu, ale przynajmniej miało jakiś smak. Trochę słodki i miało żółty kolor. [śmiech]

Co zwykle jedliście każdego dnia?

D: Jedliśmy liofa, choć nie codziennie. Dodawaliśmy żółty ser z mleka jaka, dwie zupki chińskie z suszonym mięsem, również jaka, choć gdybyśmy byli krócej niż 14 dni to z pewnością przynieślibyśmy to mięso z powrotem. Kiedy nasze główne jedzenie się skończyło, przerzuciliśmy się na suszone mięso. Nawet próbowaliśmy je gotować, żeby usunąć bardzo pikantny smak. Trochę pomogło, ale niestety nadal było obrzydliwie ostre.

27 marca, biwak w szczelinie

27 marca, biwak w szczelinie

Kto zwykle gotuje?

D: Nie ma stałego podziału. Gotuje ten, kto ma siłę. Na początku zajmował się tym głównie Siergiej, później ja, bo on był już bardzo zmęczony.

Opowiedz mi o waszej relacji z Siergiejem. Jak długo się znacie?

D: Poznaliśmy się w 2001 i zimą 2002 pierwszy raz pojechaliśmy razem w góry. To był przypadek, że zaczęliśmy się ze sobą wspinać. Pojechaliśmy z naszym klubem w Kakuaz i okazało się, że wszyscy mają partnerów z wyjątkiem mnie i Siergieja. Staliśmy się jednym zespołem – po rosyjsku „swjazka” [связкa], czyli dwoje ludzi, którzy wiążą się liną.

Byłeś wtedy bardzo młody…

D: Tak, miałem 19 lat, a Sergiej 25. Też był młody [uśmiech] . Zrobiliśmy jedną drogę, potem pojechaliśmy razem na Elbrus. Okazało się, że się nieźle dogadujemy. Zdarzyło mi się zaledwie 2-3 razy być bez niego w górach. Jemu zdarzało się to znacznie częściej. Miałem sezony, kiedy nie mogłem się wspinać z powodu studiów lub pracy. Ale generalnie wspinamy się razem. I to działa!

Jak dzielicie między siebie obowiązki? Jak podejmujecie decyzje?

S: Kiedy znasz kogoś tak długo, nie musisz rozmawiać o tym, co kto ma robić, wszystko jest jasne. Każdy wie, w czym jest najlepszy i to robi. Jest takie słowo w rosyjskiej tradycji wspinaczkowej, które to dobrze opisuje: „shożennost” [ros. Схоженность, wspinanie się razem po górach]. My z Mitką mamy bardzo duże wspólne doświadczenie z wielu wypraw i dlatego wszystko jest już wypracowane. Nie musimy o tym już więcej rozmawiać.

D: Obecnie ja robię więcej przed i po wyprawie: pomysły, zbieranie informacji, przygotowanie, kupowanie biletów lotniczych, współpraca ze sponsorami. Oczywiście jak znajduję jakiś projekt, to przedyskutowuję go z Siergiejem i jeśli się zgadzamy, zaczynam organizację. W trakcie wyprawy wszystkie rzeczy typu kontakt z agencją, porterami, organizacja jedzenia, logistyka. Wszystko, z wyjątkiem wspinania, to głównie moja odpowiedzialność. A wspinanie to zadanie Siergieja i jego główna siła.

Siergiej Niłow w akcji, wysokość ok. 6700 m

Siergiej to “climbing machine”…

D: Ueli Steck był “climbing machine”. Nie porównuję ich, bo każdy z nich ma inny styl wspinania. Ale Siergiej Nilow, w tym co robi, jest najlepszy na świecie. To moja opinia. Każdy, kto zobaczy go w trakcie wspinaczki, widzi to. Nie o to chodzi, że jest najszybszy, ale chodzi o kombinację wielu rzeczy: prędkość z jaką się wspina, umiejętności techniczne, wyszukiwanie drogi, talent. Jednocześnie jest bardzo pewny siebie w takcie wspinaczki i, co więcej, daje ci całkowite poczucie bezpieczeństwa.

Ale zawsze podejmujecie decyzje razem, nawet w drobnych rzeczach. Kto z was jest silniejszy psychiczne? Kto jest bardziej uparty?

D: No chyba ja. Tak, ja jestem bardziej uparty. Dlatego Siergiej jest tak bardzo potem zmęczony przez ten mój upór.

Sierjoża, zdarzyło ci się wspinać z innymi. Czy Dmitrij jest Twoim najważniejszym partnerem?

S: Jeżeli znasz kogoś przez 20 lat, to nie masz co do niego wątpliwości, czujesz się z nim komfortowo, spokojnie i bezpiecznie. W wysokich górach znacznie lepiej się wspinać z kimś, kogo znasz bardzo dobrze.

To prawda. Wracając do Jannu, kiedyś w trakcie naszej rozmowy radiowej powiedziałeś, że lawina właśnie złamała wam maszt od namiotu…

D: Rozbiliśmy się pod sporą skalną ścianą, ale i tak lawina nas tam dosięgnęła, i tym razem była na tyle duża, że połamała jeden z masztów. Udało nam się go później zreperować, ale ta noc była dosyć ciężką. Bardzo duży opad śniegu. Siedzieliśmy i podtrzymywaliśmy na plecach, i głowach namiot, który uginał się pod coraz większym ciężarem śniegu. Taka lawina zdarzyła się tylko raz.

Jak głęboki był śnieg, przez który musieliście się przebijać?

D: Nawet na bardziej pionowej ścianie zdarzało mi się robić krok i już byłem w śniegu do pasa. Czasami braliśmy łopaty, zaczynaliśmy kopać i okazywało się, że śniegu jest na wysokość człowieka. Warunki śniegowe nie były najłatwiejsze.

Ile czasu zajmowało wam wyjście rano?

S: Na początku dwie godziny, ale im wyżej tym zabierało nam to coraz więcej czasu. Wykonywaliśmy te same czynności: gotowanie, jedzenie, picie, ale z jakiegoś powodu znacznie dłużej. Ale fakt jest taki, że póki nie pojawi się słońce, nie jesteś w stanie niczego szybko zrobić.

Dlaczego nie poszliście na szczyt?

D: Dzień przed tym jak osiągnęliśmy południowo-wschodnią grań, rozmawialiśmy o tym, czy powinniśmy iść w kierunku szczytu i zdecydowaliśmy, że to byłoby zbyt ryzykowne. Za długo już byliśmy w ścianie, która okazała się trudniejsza niż się spodziewaliśmy. Również szczyt wydawał się znacznie odleglejszy niż wcześniej myśleliśmy.

S: Dużo czasu wspinaliśmy się na dużej wysokości i w pewnym momencie zrozumieliśmy, że jeżeli pójdziemy na szczyt, bardzo trudno będzie nam wrócić. Przed nami było ciągle bardzo dużo wspinania. Mieliśmy też pierwsze oznaki odmrożeń na stopach. Do tego pogoda, każdego dnia po południu zaczynał się duży opad śniegu. Trudno jest się wspinać na takiej wysokości, w takiej pogodzie, wszystko staje się dużo bardziej skomplikowane. Jeżeli dodasz do tego ryzyko poważnego odmrożenia, a było ono coraz większe – dla mnie oznaczałoby brak możliwości wykonywania mojej pracy na nizinach – to wtedy dociera do ciebie, że tym razem nie możesz iść na szczyt i musisz w odpowiednim momencie się wycofać. Nie było już w nas siły, zarówno fizycznej jak i psychicznej, by iść dalej do góry. Jestem pewien, że to była dobra decyzja.

Opowiedzcie o wycofie.

D: Jannu jest tak duże jak żadna góra w okolicy, z wyjątkiem Kanczendzongi. Wszystkie inne szczyty dookoła są znacznie mniejsze. Wycof z Jannu nie polega na tym, że zjeżdżasz czy schodzisz na dół, jak to zwykle bywa. Tu musisz przejść przez kolejne góry, granie, lodowce. Nie jest łatwo znaleźć drogę, która do tego jest bardzo długa. Dużym problemem była zła pogoda w trakcie zejścia. Zła widoczność i ogromne pokłady śniegu. Nawet kiedy widoczność była dobra, trzeba było przedzierać się przez śnieg do kolan, a to zajmuje bardzo dużo czasu. Może, gdyby były dobre warunki i gdybyśmy znali drogę, dałoby się zrobić ten wycof w dwa pełne dni. Zacząć o świcie pierwszego dnia i zakończyć wieczorem następnego.

Wam zajęło to niemal 6 dni. Czy wiecie, że byliście pierwszym zespołem, który schodził tamtędy, nie wspinając się wcześniej tym terenem? Dostawałam na telefon satelitarny informacje od wielu osób, że to zejście jest tak skomplikowane, że nigdy nie uda się Wam go znaleźć.

D: Cieszę się, że się mylili [uśmiech].

W poszukiwaniu przełęczy, 30 marca (fot. Dmitrij Gołowczenko)

W poszukiwaniu przełęczy, 30 marca (fot. Dmitrij Gołowczenko)

Ja też [uśmiech]. Zatem najtrudniejszą częścią zejścia było znalezienie przełęczy (Col of the Youth)?

D: Chyba tak. Pierwsza część zejścia jest relatywnie prosta, po prostu schodzisz z góry w kierunku lodowca Triumph. Potem zaczyna się interesująca część, kiedy musisz dojść do Buffer Peak. Powiedziałbym, że to jest bardzo delikatny wycof, ponieważ musisz przejść przez bardzo ostrą grań, pokrytą śniegiem i lodem. To było bardzo ciekawe. Wracając do przełęczy, problemem jest to, że nie wiesz gdzie ta przełęcz jest, więc musisz ją znaleźć. A potem nie jest łatwo ją osiągnąć, ponieważ nie ma do niej łatwej drogi. No i nie było widoczności, więc zaczynaliśmy gdzieś iść, ale po chwili już nie widzieliśmy, czy idziemy w dobrą stronę.

S: Nie mieliśmy świadomości, że wycof zajął nam tyle dni. Jeszcze dziś myślałem, że to były cztery dni. Nie pamiętam, by kiedykolwiek nam się zdarzyło wracać ze ściany więcej niż 3 dni. Na początku musisz pokonać szaloną grań, potem masz trudny icefall i musisz znaleźć drogę. Ale nie ma jednej konkretnej drogi. Idziesz w prawo, dochodzisz do wielkiej szczeliny, wracasz. Idziesz w lewo, znów szczelina, wracasz na środek i znów szukasz. I tak przez 6 dni. Tak, to był najtrudniejszy wycof w naszym życiu. Wszystko tam jest bardzo daleko od siebie i jest trudne. Wydaje ci się, że osiągniesz kolejne miejsce idąc, tymczasem po drodze musisz zakładać zjazd, a potem znów się wspinać do góry.

Na czerwono zaznaczono prawdopodobną drogę zejścia zespołu rosyjskiego z Jannu na stronę południowo-zachodnią (schemat pochodzi z przewodnika-monografii Jana Kiełkowskiego “Kangchenjunga Himal & Kumbhakarna Himal”, wyd. Explo, Gliwice 1999, str. 162, reprodukcja za pisemną zgodą autora). Dodatkowe komentarze (kolory niebieski i czerwony) – Grzegorz Głazek

Gubiliście się i musieliście zawracać?

D: Tak, kilka razy. Kiedy zrozumieliśmy, że musimy przejść przez grań na drugą stronę, usilnie próbowaliśmy znaleźć przejście (przełęcz). Niestety, pogoda była okropna. Kiedy o świecie pakowaliśmy się, nagle zobaczyłem, że w jednym miejscu na grani światło ma inny kolor. Domyśliliśmy się, że w lodowej ścianie znajduje się dziura, niczym tunel, przez który być może uda się przejść na drogą stronę. Udało się, przeszliśmy przez nią, byliśmy już po drugiej stronie, czyli nieźle. Gdzieś powyżej zaczynał się lodowiec Providence, ale musieliśmy odnaleźć przełęcz, by tamtędy wejść, być może zjechać, na lodowiec. Właściwie to prawie nie zjeżdżaliśmy. W sumie zostawiliśmy 3 haki jedynki tzw. russian hook. Te haki po rosyjsku nazywamy „jakor”[якорь], a to oznacza stanowisko.

Przejście przez grań, 3 dzień zejścia, 30 marca (fot. Dmitrij Gołowczenko)

Dlatego myślicie, że jedna jedynka na stanie jest wystarczająca [uśmiech]. A jak udało się wam wycofać bez zjazdów? Według opisów południowo-zachodnia wystawa Jannu bywa bardzo stroma.

D: Schodziliśmy bardzo powoli i ostrożnie. Symultanicznie. Bo tak było szybciej.

Ile sprzętu zostawiliście na ścianie? (Poza tym, który my zostawiliśmy na 300 metrowej granitowej ścianie na dojściu.)

D: Trzy rosyjskie jedynki z karabinkiem. To wszystko.

Udało się wam wytyczyć nową linię, która przecina wschodnią ścianę i dochodzi do grani południowego ramienia Jannu. Czy macie już nazwę dla drogi?

D: Jeszcze o tym nie myśleliśmy. [Dziś jest już nazwa drogi, Unfinished Sympathy, tak jak tytuł utworu ich ulubionego zespołu Massive Attack, przyp. Eliza]

Często byliśmy w kontakcie radiowym, my, czyli obóz bazowy i wy. Najpierw raz dziennie, a potem w trakcie waszego wycofu zaczęliśmy rozmawiać niemal co trzy godziny. Czy nie przeszkadzało Wam to za bardzo we wspinaniu?

D: Nie, to było bardzo pomocne. Pomogło nam w odnalezieniu drogi powrotnej. A druga rzecz, to bardzo ważne, aby słyszeć czyjś głos w trakcie tak długiej wspinaczki. Dzięki temu wiesz, że gdzieś tam są ludzie, którzy na ciebie czekają, którzy ci pomogą.

Jannu od strony południowo-zachodniej (rysunek pochodzi z przewodnika-monografii Jana Kiełkowskiego “Kangchenjunga Himal & Kumbhakarna Himal”, wyd. Explo, Gliwice 1999, str. 134, reprodukcja za pisemną zgodą autora)

Pamiętam jak razem z Zosią [Moruś] i Pasangiem Sherpą, dwa dni przed naszym spotkaniem, szliśmy w stronę Yamatari i w rozmowie radiowej zapytałeś, czy możemy podejść pod Youth Glacier albo Providence Glacier. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jak duży jest Lodowiec Yamatari.

D: Ja też nie miałem pojęcia.

Nie miałam przy sobie żadnego sprzętu wspinaczkowego, bo nie mieliśmy możliwości przenieść go sami przez Sele La Pass. Bałam się wam obiecać, że tam dotrzemy. Nie wiedziałyśmy, czy będziemy w stanie, ale czułam, że chcieliście to od nas usłyszeć. Ta chwila, kiedy zaczęliście schodzić z Youth Glacier i na koniec musieliście założyć jeszcze jeden zjazd – z powodu złej widoczności nie miałyśmy niestety możliwości was nawigować. Wtedy zaczęliście gwizdać i usłyszałyśmy was. W końcu nas zobaczyliście.

D: Tak, to było bardzo miłe. Świetne uczucie. I samo nasze spotkanie, z jedzeniem, piciem…

3 kwietnia, Dmitrij Gołowczenko i Siergiej Niłow oraz Eliza Kubarska i Zosia Moruś

3 kwietnia, karmienie (fot. Zosia Moruś)

3 kwietnia, karmienie (fot. Zosia Moruś)

Pytaliśmy Was wiele razy, czy chcecie wezwać helikopter… Nigdy nie myśleliście o tym poważnie?                     
D: Nie, na początku nie, ale podczas zejścia, cóż, może nie było to na poważnie, ale jak się okazało, że zejście jest tak skomplikowane i dodatkowo utrudnione przez pogodę, wtedy kilka razy pomyśleliśmy, że helikopter byłby niezłym wyjściem, ale to nigdy nie było zupełnie na serio. Nigdy nie mieliśmy poczucia, że naprawdę go potrzebujemy.

A gdyby nas nie było na Yamatari?

D: Wtedy być może nie schodzilibyśmy tą stroną. Zdecydowanie konieczne było, żeby ktoś czekał blisko miejsca, którym schodzimy. Dwa kolejne dni trekkingu w stronę Ghunsy, to mogłoby być dla nas za dużo.

Jak zobaczyłam Was na Yamatari, wyglądaliście bardzo źle. Oczywiście chciałam Was sfilmować i trochę się udało, ale po chwili nie byłam już w stanie. Przyszedłeś przed Siergiejem. Musiałam odłożyć kamerę i pobiegłam po niego. Nie wiem czy kiedykolwiek widziałam coś takiego, miałeś poranioną twarz, krew pod nosem i twoje oczy, Dima, były całkowicie zamglone. Wiedziałam, że nie będzie dobrze, ale chyba nie zdawałyśmy sobie z Zosią sprawy jak bardzo, słysząc Cię przez radio, bo brzmiałeś do końca zupełnie racjonalnie i przytomnie. A jak Cię zobaczyłyśmy i spojrzałam w te oczy, które z powodu odwodnienia, braku jedzenia i zmęczenia, wyglądały jak w obłędzie, to zamarłam. To było bardzo mocne przeżycie. Wyglądałeś jak ktoś kto wraca z wojny. Dziś żałuję, że nie wyszłyśmy z Zosią do Was jeszcze bliżej, pod sam Youth Glacier. Wiem, że Wy podeszlibyście dużo wyżej z pomocą…

D: Zrobiłyście wszystko bardzo dobrze.

Opowiedz mi o filozofii «Strachu niet» («Bez lęku» ) która została zapoczątkowana przez Aleksandra Demchenko na początku lat 70tych.

D: Demchenko był ‘ alpinistą militarnym’,  żołnierzem i wprowadził dwie zasady «wojskowi wspinają się w każdej pogodzie» oraz  « bez lęku». Kolejną doktryną było: “podejście pod ścianę  w złej pogodzie daje dużą szansę na to, że wspinanie odbędzie się w dobrej». To jest sposób myślenia o górach i wyprawach, który przejęliśmy. Kiedy zaczynaliśmy naszą karierę wspinaczkową zrealizowaliśmy kilka nietrudnych wspinaczek w bardzo złej pogodzie, tak by być gotowym na przyszłość.

Ale wy nie jesteście żołnierzami. Nie uważacie, że ta filozofia jest zbyt ryzykowna?

D: Nie, jeśli jesteś wystarczająco mądry i dobrze przygotowany. Jeśli droga jest bezpieczna i masz odpowiedni sprzęt, wszystko powinno być dobrze. Oczywiście najlepiej wspinać się w dobrej pogodzie i czujemy różnicę, kiedy musimy to robić w złych warunkach. Ale to jest tylko pogoda.

Kiedy pierwszy raz pojawiła się u Was myśl o wspinaczce na Jannu? Czy to było dużo wcześniej zanim się poznaliśmy?

D: Pomysł pojawił się w 2015 roku. Dwóch Ukraińców, Nikita Bałabanow i Michaił Femin, zrobiło nową drogę na Talung, który jest naprzeciwko południowo-wschodniej ściany Jannu, więc mieli bardzo dobre zdjęcia. Spotkaliśmy się z nimi w Moskwie, rozmawialiśmy, oglądaliśmy te zdjęcia i pomyślałem, że to bardzo ciekawa góra, i że moglibyśmy się na nią wspiąć. A potem, w 2016 trafiła nam się propozycja komercyjnej wyprawy. Mieliśmy na nią zabrać grupę ludzi, którzy chcieli zobaczyć trzecią największą górę świata, Kanczendzongę, a potem oni mieli wrócić z przewodnikami, a my mieliśmy zacząć się wspinać. Niestety, nie udało nam się zebrać wystarczającej liczby osób. Potem pojechaliśmy na wyprawę do Indii, itd. Jednak ta góra i jej południowo-wschodnia ściana ciągle nas intrygowała. W 2017 skupiliśmy się na zupełnie innym celu, na Ziemi Baffina. W zeszłym roku wiedzieliśmy już, że nie znajdziemy wystarczającej grupy uczestników pod Jannu, ale dalej była na naszej liście. I wtedy pojawiłaś się Ty i Twój projekt filmowy.

12 marca, prace nad filmem (fot. Eliza Kubarska)

12 marca, prace nad filmem (fot. Eliza Kubarska)

No właśnie. W trakcie Waszej ekspedycji powstawał nasz film pod roboczym tytułem „Ściana cieni”. Jak oceniasz współpracę z ekipą filmową?

D: Wasz team jest w porządku. Najpierw spotkaliśmy Keitha Partridge’a (operatora kamery z Wielkiej Brytanii, twórcy zdjęć do filmu „Czekając na Joe”) w Katmandu i od początku było bardzo miło. Czuliśmy, że będziemy mogli współpracować. Resztę ekipy poznaliśmy w Ghunsie i też czuliśmy, że są to ludzie, z którymi możemy pracować i przebywać długi czas bez problemów.

Ale Wy się spieszyliście, a my Was trochę stopowaliśmy…

D: Tak, to prawda. Byłem rozczarowany, jak okazało się, że musimy iść dłuższą drogą w dół, bo przełęcz Sele La jest nie do przejścia dla porterów, ale to nie miało wpływu na naszą relację. Moje relacje z ekipą były idealne, ze wszystkimi.

Byliśmy międzynarodową grupą. Rosjanie, Polacy, angielski operator kamery, duża grupa Szerpów. Jak czuliście się w takim towarzystwie?

D: Nie czuję żadnych różnic. Was było najwięcej, więc Polacy dominowali, np. w mesie, ale nie czuję żebyśmy się różnili.

A czego się spodziewałeś po samym procesie filmowania?

D: W zasadzie wyobrażałem to sobie dokładnie tak, jak było. Nie spodziewałem się tylko takiej ilości sprzętu i że to będzie tak duży film. Okazało się, że to nie tylko ekspedycja wspinaczkowa, ale właściwie głównie filmowa, z powodu ilości sprzętu, który przynieśliście do bazy. Myślałem, że można to zrobić dużo mniejszym nakładem sprzętu i ludzi. To mnie zaskoczyło.

Jakbyście mieli podsumować. Co było najtrudniejsze na tej wyprawie? I co najbardziej Was zaskoczyło?

D: Rozmiar góry. Jest ogromna. Wydaje ci się, że dojdziesz gdzieś niedługo, na przykład następnego dnia, tymczasem dojście do tego miejsca zajmuje ci 3, albo nawet 4 dni.

S: Najtrudniejszy był wycof. Wydawało nam się, że będziemy mogli po prostu zejść. Kiedy się wspinasz, spodziewasz się, że będzie trudno, ale w drodze zejściowej oczekujesz, że będzie łatwo, a tu wielokrotnie musieliśmy się znów wspinać do góry, potem zjeżdżać i znów się wspinać.

A co cię najbardziej Cię zaskoczyło?

S: Ludzie. Wy. To się rzadko zdarza, żeby nieznajomi potrafili się tak poświęcić, aby pomóc innym. Mieliśmy dużo szczęścia.

[cisza] Znaliśmy się już trochę, poza tym zaprosiłam Was na tą wyprawę, byłam za Was odpowiedzialna. A jak się teraz czujesz?

S: Straciłem 10 kg. Jak tylko lekko zawieje, to od razu robi mi się zimno. Cały czas chce mi się jeść, ale tu nie ma wyboru dobrego jedzenia. Jest go dużo w objętości, ale nie ma ono odpowiedniej wartości. Mój żołądek jest teraz bardzo ściśnięty, nie jestem w stanie dużo zjeść naraz. Chciałbym już być w domu, w miejscu, w którym czuję się dobrze, z jedzeniem, które lubię, gdzie moje stopy odzyskają czucie. Ale jest ok. Tak samo jest zawsze.

Jakie macie plany?

S: Przez chwilę trzeba pożyć normalnym życiem, po to by znów zapragnąć czegoś innego. Kiedy przeżyjesz coś takiego, jak my teraz, to myślisz sobie, że to koniec, że rzucasz to i nigdy więcej nie będziesz chciał tego robić. Bo po co? Bezsensowne bicie rekordów. A potem żyjesz w domu przez jakiś czas, zaczyna ci się nudzić i znów wyjeżdżasz na kolejną wyprawę. Zatem musisz wrócić do domu, przeżyć co najmniej pół roku i wtedy znów pojawiają się nowe pomysły. Ale w tym momencie nie mam żadnych pragnień ani nowych pomysłów.

A ty, Dima?

D: Tak, ja mam. Rozumiem, co mówi Siergiej. Ja też nie wybieram się nigdzie przez najbliższy czas, ale mam już kolejne pomysły.

A jak Siergiej zrezygnuje?

D: To byłoby dla mnie bardzo trudne. Po pierwsze, z powodu mojej rodziny, bo oni wiedzą, że przy Siergieju jestem bezpieczny. Bardziej ufają jemu niż mi.

Dziękuję. Tak bardzo się cieszę, że wróciliście do nas cali i zdrowi.

Eliza Kubarska
Partnerzy filmu: CANON8a.plPAJAK SportMeindl PolskaUvel PolskaMilletViking, 5+Szkoła GórskaSe-Mar

Specjalne podziękowania za pomoc dla Grzegorza Głazka, Michała Pyki, Davida Kaszlikowskiego, Saszy Gołowczenko.

* [Jannu ma 3 ramiona: zachodnie, wschodnie i południowe, z góry wygląda jak piramida]




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum