20 września 2018 09:41

Zdmuchnięcie plew – Marek Raganowicz

Poniższy tekst Marka Raganowicza jest zredagowaną wersją publikacji: “Reinhold Messner l’assassinio dell’impossibile” pod red. Luca Calvi i Sandro Filippini (wydawnictwo Rizzoli 2018). Inspiracją do jego napisania był głośny artykuł Reinholda Messnera pod tym samym tytułem (patrz: “The Murder of the Impossible”).

Marek pisze: “50 lat temu Messner zwrócił uwagę na pojęcie “niemożliwego” w alpinizmie, zarówno w kontekście etycznym, jak i stylu. Obecna książka jest zbiorem wypowiedzi wielu współczesnych wspinaczy, które są inspirowane tamtym tekstem”.

Marek Raganowicz w ścianie Ships’s Prow (fot. Marek Raganowicz)

***

Jakiś czas temu byłem na festiwalu gór, na którym pojawiło się wielu znakomitych wspinaczy. Pokazy i filmy przyciągnęły ponad pięć tysięcy entuzjastów gór i wspinania, a na końcu przyznano nagrody za najlepszy film, dla najlepszego przejścia i dla najlepszej książki.

W drodze powrotnej, kiedy wsiadłem do pociągu, a wraz z monotonią stukotu kół opadały emocje pokazów, medialnych sensacji, prezentacji sponsorów, pomyślałem ze smutkiem, że wspinanie chyli się ku upadkowi, a blichtr i medialne confetti przysłaniają prawdziwy wyczyn. Z jednej strony drażniła mnie gorycz tej refleksji, a z drugiej z rozrzewnieniem wspominałem lata, kiedy koledzy wracali z wypraw, gór i ścian, przywożąc barwne opowieści. Siadaliśmy przy stole w schronisku albo klubie i słuchaliśmy, a później rozmawialiśmy całymi wieczorami.

W sumie była nas garstka i żeby się spotkać, nie potrzeba było festiwali, a o nagrodach nikt nawet nie pomyślał. Tamte chwile wydają się jednak zamierzchłą przeszłością, do której nie ma powrotu, a ja coraz bardziej cenię to, że zaczynałem się wspinać w tak pięknych czasach.

Przez lata od rozmów przy stole przeszliśmy do medialnych relacji na gorąco. Codziennie napływają raporty z wypraw, a nawet wprost ze ścian. Z czasem zauważyłem też coś w rodzaju rywalizacji nawet nie o to, czyja relacja z wyczynu  będzie bardziej atrakcyjna, a o to, kto najbardziej atrakcyjnie go zapowie i zareklamuje. Rozgrywane są swoiste zawody, kto ma najbardziej szalone plany i przedstawi je w nieznany dotąd sposób. Cóż, pomyślałem, takie czasy i trzeba się z tym pogodzić, chociaż dla mnie wspinanie na zawsze pozostanie bardzo osobistym aktem rozgrywanym między człowiekiem a ścianą i górą, który odbywa się w obliczu natury.

Po powrocie do domu zanurzyłem się w przygotowaniach do nadchodzącej wyprawy. Na biurku leżała długa lista potrzebnego sprzętu, budżet z wielkim minusem w rubryce „wpływy” i spis telefonów do sponsorów. Wszystko wskazywało na to, że jeśli chcę pojechać w góry, i ja muszę podążyć drogą wiodącą ku upadkowi alpinizmu, o której rozmyślałem w pociągu.

W następnych tygodniach udało mi się zorganizować wyprawę, pojechaliśmy zdobyć naszą ścianę i wróciliśmy z sukcesem na koncie. Parę miesięcy później mój partner stał na innej festiwalowej scenie, odbierając wyróżnienie w imieniu naszego zespołu. Główną nagrodę dostała większa, bardziej zasłużona i bardziej narodowa wyprawa, ale co tam. Miałem zresztą wrażenie, że te nagrody żyją własnym życiem, a laureaci są jedynie marketingowym dodatkiem do nich.

Organizator tamtej imprezy nie znalazł mojego adresu e-mailowego, żeby poinformować mnie o wyróżnieniu, więc gdyby nie wiadomość od partnera, o niczym bym nie wiedział. E-maile od niego, które wysyłał przez cały czas trwania festiwalu, były opisowe i pełne autoironii przywracającej wiarę w to, że wspinanie wciąż jest ważniejsze od nagród. Obszernie pisał o tym, kto wystąpił, jaki film puścili i jakie są spekulacje co do przyszłych laureatów, choć ostatnia wiadomość była krótka: „Dostaliśmy wyróżnienie. Spieszę się”.

Trzy dni później w mojej skrzynce e-mailowej znalazłem opis ostatnich wydarzeń. Po gali wręczenia nagród odbył się bankiet, a przy stole zasiedli wszyscy laureaci, kandydaci na laureatów, koledzy i dawno niewidziani partnerzy. Głównym tematem rozmów była nagroda, która miała być przyznana za najlepsze przejście roku, a która trafiła podobno w niewłaściwe ręce. Jedni mówili, że powinien ją dostać X, inni, że Y, jednak prawie wszyscy byli zgodni (łącznie z laureatami), że główna nagroda nie należała się, zarówno tym którzy ją dostali, jak i mnie i mojemu partnerowi. Takie dyskusje odbywają się podobno każdego roku i na kolejnych bankietach można się dowiedzieć, kto stoi za laureatem, jaki sponsor i medialna pompa wycisnęła kogoś na szczyt sławy oraz ile poręczówek, tlenu, wierceń i podkuć pomogło w sukcesie.

Podczas wieczoru zwycięzców statuetki stały między butelkami z wódką i resztkami zagrychy i ze zdziwieniem przyglądały się ogorzałym twarzom dyskutantów. Wyglądało na to, że jak dawniej w schronisku, rozmowa przy stole była niczym zdmuchniecie plew i oddzielenie ich od ziaren. Z wielkich tytułów i efektownych prezentacji uleciał blichtr i medialne confetti przykrywające grzechy stylu, niedopowiedzenia w relacjach czy fantazje zahaczające o kłamstwo. Na końcu e-maila mój partner pisał, że na bankiecie nikt już nie wciskał festiwalowego kitu i nie robił groźnych min ‒ wydawało się, że za oknami, zamiast wieżowców i migających reklam, widać było góry.

Zamknąłem laptop z poczuciem spokoju i wiarą we wspinanie i naszą plemienną siłę, bo dopóki potrafimy rozmawiać, to nie media, festiwale i efektowne prezentacje będą tworzyć naszych bohaterów. To nie moda i sława wskażą nam ścianę do zdobycia i tym samym odbiorą wolność. Oczywiście nikt nie powstrzyma szaleńców, którzy dla poklasku, statuetki czy przerośniętego ego wywiercą direttissimę marzeń, tak jak nikt nie ochroni gór przed zdobywcami szczytów, którym tragarze noszą plecaki, i nie da po łapach wszystkim „rzeźbiarzom” podkuwającymi chwyty. Dopóki będziemy potrafili usiąść przy stole, zdmuchnąć plewy i oddać cześć wielkim wspinaczom, górom i naturze, dopóki bez podziału na zwycięzców i przegranych zdobędziemy się na podziękowanie tym, którzy dokonali inspirujących czynów, alpinizm nie wkroczy na drogę wiodącą ku upadkowi.

Warto pozostać wiernym najprostszemu wyzwaniu, jakie kiedyś podjął pierwszy człowiek, który stojąc z zadartą głową u podnóża góry, powiedział: „Chcę tam wejść”.

Marek Raganowicz

                                                                            Inverness, 11.02.2018




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    Bardzo lubię Twoje teksty... [3]
    Kiedy kolejna książka ?? Pozdrawiam Łukasz

    20-09-2018
    Luka