19 września 2018 21:31

Mam ambicję, by literatura górska trafiła do szerszego grona odbiorców – mówi Piotr Trybalski

Piotr Trybalski został dyrektorem Festiwalu Literatury przy Festiwalu Górskim im. Andrzeja Zawady w Lądku.  Zdroju. O nowym przedsięwzięciu mówi: “festiwal literatury ma być sposobem na docenienie nie tylko dobrych książek, ale także reportaży, blogów, artykułów prasowych.” M. in. o pomysłach na Festiwal Literatury, o wartościach dobrej górskiej biografii i książki górskiej w ogóle, o ważnej roli redaktora i o tym, że obecnie podchodzi się do wspinania w sposób ikonograficzny – z Piotrem Trybalskim rozmawia Ilona Łęcka.

Piotr Trybalski

***

Ilona Łęcka: Wkrótce rozpoczyna się XXIII Festiwal Górski w Lądku Zdroju. Po raz pierwszy w ramach tego wydarzenia odbędzie się Festiwal Literatury Górskiej, którego jesteś dyrektorem. Przez dziesięć lat, od 2004 roku do 2014 roku, byłeś dyrektorem Festiwalu Podróżników Trzy Żywioły. Czujesz się przygotowany do stojącego przed Tobą zadania?

Piotr Trybalski: Piszę do gazet od ponad dwudziestu lat, dużo czytam, napisałem kilka książek i wiem co nieco o organizacji imprez, więc tak, czuje się przygotowany. Ale wszedłem „z marszu” w wielką, niewyobrażalną – nawet dla mnie – machinę organizacyjną i tę edycję traktuję jako terminowanie. Uczę się poruszać w kompetentnym, zgranym zespole.

Jaki jest Twój pomysł na Festiwal?

Przede wszystkim nalegałem na to, by był to festiwal szeroko pojętej literatury górskiej, niekoniecznie wydawanej w formie książkowej, ale także tworzonej w formie reportażu prasowego czy na blogach internetowych. Wierzę w sprzyjającą koniunkturę na rynku literatury górskiej i literatury ogólnie. Książek wydaje się dużo, organizowane są targi, otwierane nowe księgarnie, kawiarnie literackie, dokonuje się mnóstwa przekładów, reedycji…. Jesteśmy na samym początku tej drogi i to, co odbędzie się za kilka dni w Lądku, jest rodzajem testu. W dużej mierze opieram się na rozeznaniu, jakie mają Renata Wcisło i Maciek Sokołowski. Mam dużo swobody działania, zachowuję jednak ostrożność, by nie przeforsować.

Na czym to działanie będzie polegać?

Mam pomysł na to, by „wyjść z Lądka”. Nie w tym znaczeniu, by stworzyć odrębny festiwal książki, lecz raczej tak, by festiwal literatury pozostał częścią Festiwalu Górskiego w Lądku, ale jednocześnie by zyskał  mobilność, by inkarnacje tego wydarzenia można było spotkać gdzieś w Polsce. Zacząłem od ogłoszenia nominacji do konkursu, które odbyło się 18 września w Big Book Cafe w Warszawie, w miejscu związanym z dużym festiwalem literackim, prowadzonym przez ludzi z literackiej branży. Mam też inne pomysły, które będę stopniowo realizował.

Transformacja była konieczna?

Tak ponieważ zależało mi na nadaniu tej imprezie odrębnej tożsamości. Do tej pory był to konkurs Książki Górskiej Roku, a więc przyznanie nagrody w wąskiej kategorii książkowej, analogicznie do nagród filmowych. Jeśli chcemy budować nową markę, nową jakość, bardziej pasuje nam samodzielny byt – festiwal literatury, zwłaszcza, że ma to być sposób na docenienie nie tylko dobrych książek, ale także, jak wspomniałem, reportaży, blogów, artykułów prasowych.

Zmieniłeś skład jury.

Mam ambicję, by w składzie jury łączyć doświadczenie górskie z literackim. Z ubiegłorocznego składu zostali Iwona Baturo oraz Marek Maluda, pojawiły się zaś trzy nowe osoby: Ania Król, Paweł Drozd i Wojciech Kuczok – ludzie związani z dziennikarstwem, literaturą, górami, jaskiniami, podróżami. Liczę na ich inne spojrzenie na literaturę górską, mniej górsko-ikonograficzne, a bardziej nastawione na wartość stricte literacką. Zdaję sobie sprawę z tego, że ciężko jest recenzować dzieła tych, którzy są ikonami, jednocześnie będąc mocno osadzonym w środowisku, które te ikony wypromowało.

W pełni polegasz na werdykcie jurorów?

Tak. Aktualnie odbieram od nich wszystkie wybory nominacyjne, po czym przedyskutujemy sprawę i jury będzie wybierać zwycięzców w poszczególnych kategoriach. Zapoznałem się ze wszystkimi zgłoszonymi książkami, ale staram się pozostać neutralny, więc nie zdradzam, które z książek podobają mi się bardziej, a które mniej.

Z pewnością zdajesz sobie sprawę z tego, że jako dyrektor festiwalu literatury będziesz oceniany przez pryzmat tego, co było. Pod rządami poprzedniej dyrektorki, Jagody Mytych, konkurs miał dość prowincjonalny charakter…

Fakt, że Jagoda robiła ten konkurs w takiej, a nie innej formule, nie oznacza, że brakowało jej inicjatywy czy chęci  – może po prostu nie było takiej potrzeby. Nie wiem, ale stronię od porównań, tym bardziej, że nieco zmodyfikowałem formułę Widzę potencjał w festiwalu aktywności okołoliterackich, warsztatowych, niezwiązanych ściśle z czterema dniami września w Lądku, ale też z innymi datami i miejscami na kulturalnej mapie Polski. Ale – jak wspomniałem – to początek drogi.

Nie obawiasz się krytyki?

Nie, jeśli będzie konstruktywna. Jeśli impreza się nie uda, to wyciągnę z tego wnioski na przyszłość. Niestety, jestem trochę megalomanem, zawsze mam wielkie plany. Ale tak dużo już moich megalomańskich projektów upadło, że staram się kontrolować „rozmach”.

Co zostanie z dotychczasowej formuły?

Z pewnością konkurs książkowy. Jury ocenia książki zgłoszone w kategoriach: literatura wspinaczkowa, album fotograficzny, przewodniki i poradniki, literatura tatrzańska, górska fikcja i poezja, literatura górsko-podróżnicza, reportaż oraz Grand Prix.

Lubisz literaturę górską?

Jasne, o ile jest dobra. Nie zapomnę pierwszej lektury „Dotknięcia pustki” czy „Wszystko za Everest” Krakauera.

Krakauerowi zarzucano, że manipuluje faktami.

Każdy reporter pokazuje świat przez własny pryzmat. Abstrahując od tego, jest to po prostu rzecz, którą się dobrze czyta. Bo jeśli mamy czystą faktografię, to jest to zwyczajnie nudne. Czytam też tzw. klasykę literatury górskiej, bo jest bardzo inspirująca. Zauważył to już kiedyś Artur Małek. Zapytany przeze mnie w wywiadzie, jak zdobyć K2 zimą, powiedział, że nie ma co kombinować, wystarczy sięgnąć po klasykę, w której wszystkie patenty są już opisane, bo zostały sprawdzone, jak choćby w  „Ostatniej barierze” Kurczaba. To jest ponadczasowa wartość tej literatury. A najlepsze patenty są proste, jak choćby ten, jak zapobiegać odmrożeniom, którym Kukuczka podzielił się z Hajzerem: „Nie bać się. Bo jak się boisz, to się odmrażasz”.

Sporo ukazało się ostatnio biografii górskich. Czy da się napisać dobrą biografię, jeśli darzy się swego bohatera uczuciem, jeśli zna się go osobiście?

Da się, jeśli  autor jest w stanie znaleźć u bohatera jakąś historię, znaleźć rysy, sprzeczności, skwantyfikować je i zobaczyć, jak zapracowały na to, że bohater jest taki, jaki jest, że jest tym, kim jest. I pod warunkiem, ze bohater nie chce uprawiać autopromocji. Przykładem jest tu Andrzej Zawada, o którym wszyscy piszą jako o liderze i na tym się skupiają, powtarzając schemat, nikt nie odpowiada na pytania, jak to się stało, że Zawada stał się liderem, skąd wzięły się jego umiejętności organizacyjne, dlaczego ludzie traktowali go tak, a nie inaczej.

Z drugiej strony jest Anna Kamińska, która ze środowiskiem górskim nie ma, a przynajmniej do niedawna nie miała, nic wspólnego. Biorąc pod uwagę liczbę i zawartość publikacji poświęconych Wandzie Rutkiewicz, jakie ukazały się do tej pory, Kamińska dokonała czegoś imponującego: pokazała, że jej celem jest bohaterka, zaś góry są tylko środkiem, wręcz pretekstem do tego, by przedstawić osobowość bohatera. W moim odczuciu jest to świetne podejście, gdyż dodaje świeżości. Kamińska dostrzegła tragizm, kładący się cieniem na całym życiu Wandy i to jest właśnie fascynujące, ale by takie niuanse dostrzec, trzeba być mocno krytycznym. Wprawdzie niektórzy recenzenci ze świata gór widzieli w tym „nie górskim” podejściu wadę. Ale nie można mieć do recenzenta pretensji, że będąc tak blisko gór, nie widzi świata poza nimi. Bycie recenzentem to też sztuka znalezienia dystansu.

A autobiografie?

Weźmy przykład Marka Raganowicza. Cenię jego myśli i uważam, że jest to człowiek, którego chciałoby się słuchać. Niestety, w kilku miejscach jego książka jest popsuta niewłaściwą redakcją. Zresztą, w przypadku każdej książki należącej do ambitniejszej literatury, a do takiej zaliczam „Zapisanego w kręgach”, najważniejsza jest współpraca autora z redaktorem. Gdyby ktoś trzeźwym okiem popatrzył na rytm tej książki, na rozwój opowieści, to z miejsca dostrzegłby dłużyzny, słabsze elementy, pomógłby autorowi je wyeliminować i książka byłaby po prostu lepsza.

Problem z „Zapisanym…” był także taki, że prawie nikt jeszcze jej nie przeczytał, a już zaczęła uchodzić za kultową. Oczekiwano więc bezkrytycznego odbioru, także od recenzentów.

Dokładnie. Marek Raganowicz nie jest tu wyjątkiem. Jest taka świetna pozycja Stephena Kinga – rodzaj poradnika, jak pisać książki. King opisał proces tworzenia: pierwszą wersję przedstawia swojej żonie, która krytycznie się jej przygląda i doradza, co należy przerobić, wyrzucić, dopowiedzieć. Potem dopiero King czyta własną książkę i znając już opinię żony, sam dochodzi do tego, co i jak należy zmienić, by uczynić książkę lepszą. Jeśli książki wydaje się szybko, to na taki proces zwyczajnie nie ma czasu.

Różnie też bywa z redaktorami. Są tacy, co chcą ingerować w książkę za bardzo, ale też tacy, którzy w pełni zawierzają autorowi. Ta druga postawa jest częstsza w przypadku ikon, autorytetów.

Bez rzetelnej redakcji książka ma niewielkie szanse, by być dobrą. To tak jak z filmem: wszystkie elementy mogą być perfekcyjne: świetny operator, scenarzysta, wybitni aktorzy i tak dalej, ale to za mało, gdyż dopiero montaż tworzy dobry film. Redaktor w tej analogii jest montażystą myśli, który musi pewne elementy podkreślić, inne wyeliminować, zapanować nad całością tekstu. Są pośród piszących ludzi gór tacy, którzy mają ciekawe rzeczy do powiedzenia. Druga sprawa, że jest to sposób na promowanie kultury górskiej po to, by ludzie w góry chodzili, ale by były to wycieczki bardziej wymagające niż zdobycie Morskiego Oka.

Każdy festiwal górski jest tworem wsobnym. Promujemy kulturę górską dla siebie samych…

I tak i nie. Jest całe grono biernych miłośników czy choćby sympatyków gór. Niektórzy z nich poprzestaną na czytaniu książek, inni obejrzą ciekawy film czy dobry reportaż z wyprawy, inni jeszcze zainspirują się do tego stopnia, że sami zaczną się wspinać. Na Żywioły przyjeżdżało mnóstwo ludzi, którzy dotąd poprzestawali na „ all inclusive w Egipcie”. Podróże reporterskie to był dla nich inny świat, parzyli nań z rumieńcem na twarzy.

A co im, ludziom spoza gór, daje górska literatura?

Zapytaj inaczej: gdybyśmy spojrzeli na góry w sposób utylitarny, to co one nam dają? Nic. Ale, jednocześnie, kto najbardziej interesuje się aktywnościami, które niczego nie wytwarzają? Ludzie inteligentni, bo ludzie, którzy nie nadużywają intelektu, zajmują się tym, co przynosi jakąś wymierną, materialną korzyść. Wiem, to uproszczenie i pewnie ktoś się obruszy. Jeśli jednak mówimy o górskiej literaturze, to ludzie gór są tymi, którzy mogą nam coś z siebie dać: wartości, piękne przemyślenia. To piękne umysły. Wielu z nich jeszcze nie sięgnęło po pióro, a powinni – np. taki Artur Małek. Trzeba tylko wyjść z przekonania, że książki gór są wyłącznie dla ludzi gór i cieszy mnie, że choćby Wydawnictwo Literackie, dalekie od gór, podjęło się wydawania książek poświęconych tej dziedzinie aktywności. Ludzie kierują się nie tylko tytułem, ale często daną serią wydawniczą czy w ogóle wydawnictwem jako marką. To widać po „Wandzie” – przeczytawszy ją, ludzie zaczęli sięgać po inne górskie pozycje.

Powiedziałeś, że świat książki się zmienia. W jakim kierunku?

Myślę, że autorów będzie więcej.

To dobrze?

Żeby czytać dobre rzeczy, trzeba także wiedzieć, że są gorsze. W obszarze literackim powinna być literatura poprawna, lekka, przyjemna, bo pełni ona przypisaną sobie funkcję.

Przykładem takiej książki jest „Przepaść”, jedna z pozycji zgłoszonych do kierowanego przez Ciebie konkursu.

Tego typu książki są odpowiedzią na pewien niedosyt literatury osadzonej w górach, ale zarazem takiej, w której góry nie są głównym bohaterem. Większość literatury górskiej to proza dokumentalna oraz utylitarna, jak poradniki, przewodniki. Brakuje fikcji. Dlaczego tak niewiele jest górskiej fikcji?

Być może problem leży w oczekiwaniach odbiorców. Być może jest tak, że środowisko najbardziej interesuje się reportażem z wybitnych osiągnięć najlepszych alpinistów. Kiedy Rafał Fronia wydał „Anatomię góry”, z miejsca posypały się słowa krytyki, że nie jest to rzecz pisana z perspektywy zdobywcy. W środowisku wspinaczkowym nie brak ludzi skłonnych pogardzać tymi, którzy wspinają się gorzej od nich samych i stawiać na piedestale tych, którzy robią to lepiej.

Jako turysta górski patrzę na to nieco z boku, z innej perspektywy, chociaż mam mnóstwo wspinających się znajomych i wiem, jak ważna jest „cyfra”. Ale myślę też, że jest to zjawisko uniwersalne dla każdego środowiska.

Drugą sprawą jest środowiskowy kult cierpienia, swoista górska martyrologia. A trzecią wymaganie weryzmu, rzetelności. To sprawia, że wiele książek górskich, w tym biografii, jest zwyczajnie nudnych.

Moim zdaniem to jest znak czasu. Mamy teraz okres mocnej indywidualizacji wspinania w każdym aspekcie. Kiedyś zimowe zdobywanie szczytów w górach najwyższych było dokonaniem grupowym. Alek Lwow powiedział mi wprost, zagadnięty o to, w jaki sposób Zawada rozdzielał obowiązki na swoich wyprawach, że każdy z nich jechał po szczyt, ale też zdawał sobie sprawę, że kosztuje to mnóstwo wspólnej pracy. Teraz nikt nie chce odnosić zbiorowego sukcesu, każdy chce być najlepszy. To parcie położy kiedyś naszą cywilizację.

Górskie książki często opisują tragedie.

Kiedy nie ma dramatu, nic się nie dzieje. Weźmy choćby Artura Hajzera.  Gdyby nie było PHZ, Broad Peaku i tragicznej śmierci Hajzera, interesowałoby się nim wyłącznie środowisko. Tymczasem Bartek Dobroch, autor jego biografii, nie skupia się li tylko na górskich dokonaniach, lecz tworzy fascynującą historię człowieka. Takich opowieści o ludziach związanych z górami możemy spotkać mnóstwo.

Wystarczy jedynie nie pisać laurki.

Dokładnie. Podchodzi się obecnie do wspinania w sposób ikonograficzny. Jeżeli robisz dobrą „cyfrę”, to masz coś do powiedzenia. A przecież można napisać dobrą książkę górską w ogóle bez wchodzenia na szczyty. Tędy wiedzie droga do tzw. masowego czytelnika. Nie będzie już chodzić o to, że to jest znana postać i dlatego kupujemy o niej książkę, tylko że jest to człowiek o fascynującej biografii, o ciekawej historii.

Czy to nie jest zachęta do grafomanii?

To raczej statystyka: im więcej redakcje dostawałyby tekstów, tym większa byłaby szansa na dobrą książkę.

Autor nie ma i nie może mieć dystansu do swego dzieła. Tu wchodzi w grę „rodzicielska miłość” i pietyzm wobec własnego wytworu, który nie pozwala dokonywać zmian, a nawet każe się na nie oburzać.

Im więcej człowiek pisze, tym mniej krytyka go dotyka osobiście, zaczyna ją traktować jako wskazówkę, łatwiej im też przychodzi wprowadzanie zmian w tekście.

A co z wewnętrzną dyscypliną, która każe dążyć do doskonałości? Reżimem, umiłowaniem wiedzy, kulturą języka, klarownością myśli?

Trzeba mieć coś w głowie, by móc pisać, bawić się słowem. Jeśli tworzysz skrypt książki, to dobry redaktor jest w stanie dostrzec w tym potencjał. Poza tym są jeszcze pozycje encyklopedyczne, kompendia wiedzy. Bardzo potrzebne, ale takich książek się nie czyta, ich się używa i właśnie na tym polega ich wartość.

A poezja górska?

Mamy jej mało. Literatura górska stoi dokumentem: biografie, relacje, wynurzenia wspinaczy, takich jak Raganowicz, Tomaszewski, Fronia, Bielecki…

Czy Bielecki nie jest za młody na to, by pisać biografię?

Mając trzydzieści parę lat, Bielecki nie ma czego podsumowywać. Ale rozumiem go, czuł potrzebę wypowiedzenia się, ze względu choćby na Broad Peak. Ja na jego miejscu napisałbym książkę stricte o Broad Peaku.

Obecnie wydaje się sporo wznowień i tłumaczeń. Bolączką literatury górskiej jest to, że często te tłumaczenia dalekie są od ideału.

Im więcej będzie się wydawać, tym, w moim mniemaniu, łatwiej będzie także o dobre tłumaczenia. Stapis wydaje serię „Literatura górska na świecie”, ale jest to raczej zbiór książek dla ludzi gór, a ja mam ambicje, by literatura górska trafiła do szerszego grona odbiorców. Poza tym dobre tłumaczenie, na które Ty czy Beata Słama często zwracacie uwagę, jest kluczową sprawą. Jak już kupuje się licencję, to należy także nie oszczędzać czasu i środków na dobrego tłumacza. Ale to bolączka tłumaczeń w ogóle.

Jaką książka ma szansę wobec kultury obrazkowej, która zaczyna dominować, przede wszystkim wśród młodzieży?

Może nie wśród całej młodzieży.

A wyimki z lektur, streszczenia, uwspółcześnione wersje dzieł klasycznych… Ostatnio władza nam coś takiego zaproponowała.

Przecież literatura to przygoda! Poza tym na festiwalach jest dużo młodzieży i nie tylko są to psychofani Tomka Mackiewicza, dla których jest on symbolem anarchicznej, hipisowskiej wolności. Czekam na jego biografie; będą aż dwie, więc będzie z czego wybierać. Śmierć Tomka była niepotrzebna, ale on sam jako człowiek był potrzebny, by nas skłaniać do stawiania pytań o sens życia. Wierzę, że refleksyjność nadal jest w ludziach, a książki są na nią odpowiedzią.

Masz marzenie, żeby zrewolucjonizować literaturę górską?

A cóż ja mogę bez autorów? To dobrzy autorzy mają tę moc.

Jesteś autorem. Wspólnie z Piotrem Pustelnikiem stworzyłeś jego biografię, napisałeś „Wszystko za K2” – historię zimowego podboju K2, pracujesz nad biografią Andrzeja Zawady..

Tak, w tym sensie mogę być częścią grupy tych, którzy mają takie marzenie.

We „Wszystko za K2” piszesz, że K2 to polska góra. Zapytałam ostatnio Leszka Cichego, czy K2 musi być zdobyte przez Polaków. Czy rzeczywiście?

Marzenie o K2 pojawiło się już w głowie Grąbczewskiego, kiedy stanął u stóp K2 w 1889 roku, przeszło na Karpińskiego, który w latach 30. ubiegłego wieku namawiał polskich taterników na zorganizowanie wyprawy na szczyt – jakież to wówczas było wizjonerskie, śmiałe! Zawada miał na punkcie K2 obsesję. Sam Leszek Cichy, podczas konferencji przed wyjazdem na wyprawę 2017/2018 powiedział, że K2 to sprawa honoru. I to jest odpowiedź. Byłoby świetnie, gdybyśmy skończyli to, co się zaczęło jeszcze w dziewiętnastym wieku; byłoby to zwieńczenie historii zimowego wspinania, tym bardziej, że to przecież Polacy tę historię pisali.

Dziękuję za rozmowę.

***

Piotr Trybalski – rocznik 1975, dziennikarz, fotograf, organizator warsztatów fotograficznych w najbardziej odległych zakątkach świata,  wieloletni dyrektor Festiwalu Podróżników „Trzy Żywioły”, autor licznych artykułów i nagradzanych zdjęć, współautor książek „Fotograf w podróży”,  „Pojechane podróże”, „Podróże z adrenaliną”, „Ja, Pustelnik. Autobiografia”, autor „Wszystko za K2”. Miłośnik jazzu, fascynuje się kulturą Normanów, inspiracji szuka na Islandii, co roku niestrudzenie oswaja się z rzeczywistością Kuby. Pochodzi z Przeworska, mieszka w Krakowie.

Najnowsza książka Piotra Trybalskiego “Wszystko za K2. Ostatni atak lodowych wojowników” jest dostępna w księgarni wspinanie.pl.




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum