19 września 2018 08:05

Adam Ondra o Mistrzostwach Świata w Innsbrucku i przyszłości wspinania

Mistrzostwa Świata w Innsbrucku były sprawdzianem dla formatu olimpijskiego. Wydaje się, że taki, a nie inny wybór formuły rywalizacji na pierwszych dla naszej dyscypliny Igrzyskach, ma sporo sensu. Zawody, choć może za długie, powinno oglądać się dobrze – zarówno osobom ze wspinaniem związanym, jak i przypadkowym widzom. Tokio 2020 to pierwsza w historii okazja do promocji wspinania na tak szeroką skalę, nic więc dziwnego, że IFSC dokłada starań, aby wspinanie zaprezentowało się jako dyscyplina widowiskowa. Pozornie nie ma w tym nic złego, jednak „zmuszanie” zawodników do uprawiania trójboju budzi oczywiste kontrowersje. Pytanie, czy kombinacja nie wpłynie negatywnie na poziom sportowy poszczególnych dyscyplin. Między innymi właśnie o to zapytaliśmy Adama Ondrę.

Adam Ondra niepocieszony po półfinale w boulderingu, dopiero na 17. miejscu (fot. Björn Pohl)

***

Michał Gurgul: W Innsbrucku zdobyłeś dwa srebrne medale. W rywalizacji na trudność nie udało Ci się pokonać Jakoba Schuberta, a na boulderach nie dostałeś się do finału. Dzisiaj natomiast w ostatniej części trójboju widzieliśmy klasycznego Ondrę – ruch wspinaczkowy, który bardziej przypominał wodę przelewającą się swobodnie po głazach górskiego potoku, niż człowieka walczącego z grawitacją o kolejne przechwyty. Dla mnie – a przypuszczam, że również dla wielu widzów zawodów – Twoja wspinaczka stanowiła piękne zwieńczenie tego długiego dnia. Jak Ty się czujesz? Czy te dwa srebrne medale to satysfakcja, czy trochę niedosyt?

Adam Ondra: Nie przywiązuję dużej wagi do samego wyniku. Dzisiaj jestem zadowolony ze swojego wspinania. Na boulderach szczególnie cieszyłem się z trójki, bo połogi nie są moją ulubioną formacją – to zresztą widziałeś podczas wczorajszego półfinału boulderowego. Dzisiaj na drodze finałowej czułem się fantastycznie, a wspinanie sprawiało mi prawdziwą radość.

Widzę, że pomijasz czasówki. Czy przed startem w Igrzyskach w Tokio będziesz trenował biegi?

Tak, na pewno. Chociaż z mojego dzisiejszego czasu jestem zadowolony.

Naprawdę? Byłeś piąty…

Tak, ale biorąc pod uwagę to, jak mało trenuję pod tym kątem, to i tak niezły wynik. Myślę, że realne jest abym zszedł do 7 sekund, jeśli poświęcę biegom więcej czasu, więcej ukierunkowanego treningu – wtedy zobaczymy.

Twoja opinia na temat formatu olimpijskiego jest powszechnie znana. Czy może coś się jednak zmieniło po dzisiejszej inauguracji trójboju?

Przede wszystkim wydaje mi się, że dla zwyczajnej publiczności całe zawody trwały zbyt długo. Finały kombinacji to dwie i pół godziny. Myślę, że dla widza, który nie jest specjalnie zainteresowany wspinaczką to stanowczo za długo. Dla telewizji również.

Dzisiaj wspinały się również dziewczyny. Łącznie publiczność w Olympiahalle spędziła 8-9 godzin. To długi dzień zarówno dla zawodników, jak i widzów. Czy myślisz, że można byłoby w jakiś sposób skrócić tę formułę, np. redukując liczbę problemów?

Myślę, że nie można tego zrobić. Nawet przy czterech baldach wyniki rywalizacji są dość losowe. Dzisiaj mieliśmy do czynienia z takim składem zawodników, że każdy spośród nas mógł wygrać te zawody. Jeśli miałeś pecha i nie podszedł Ci któryś z problemów – nie znalazłeś właściwej sekwencji czy ustawienia ciała, albo po prostu boulder nie był w twoim stylu – wypadałeś z gry. To, że Jakob i ja zdobyliśmy po 4 topy, nie oznacza, że jesteśmy najlepszymi boulderowcami. Po prostu mieliśmy szczęście, że wszystkie problemy nam „leżały”. Tak to często bywa z problemami „nowej szkoły”.

Masz na myśli Le Parkour, którego świadkiem byliśmy podczas wszystkich boulderowych rozgrywek w Innsbrucku?

Tak. Przemiana w kierunku bardzo dynamicznych, koordynacyjnych i nietypowo wspinaczkowych problemów rozpoczęła się dwa sezony temu. W tym sezonie nie startowałem w zbyt wielu zawodach pucharowych, ale oglądałem transmisje. Zaobserwowałem delikatny powrót do – nazwijmy to – bardziej konserwatywnych baldów. Jednak MŚw Innsbrucku pokazały niestety, że „nowa szkoła” ma się dobrze – chyba nigdy nie było to aż tak wyraźnie widoczne.

Dlaczego niestety?

Przede wszystkim uważam, że sama ściana nie była za dobra. Przewieszenie było za małe, za to połogu było za dużo. Wszystkie problemy na tych zawodach były bardzo podobne i mało złożone. Trudności polegały tylko na koordynacyjnych strzałach – nie były w ogóle trudne fizycznie. Nie miało znaczenia, czy strzelasz do krawądki czy oblaka – każdy zawodnik, który dał radę trafić do chwytu, bez problemu go utrzymywał. Zdolność trzymania słabego chwytu nie rozróżniała wspinaczy, liczyła się wyłącznie umiejętność wykonania ruchu.

To mniej przypomina naturalny bouldering, z drugiej strony wydaje się, że jest to działanie celowe organizatorów i routesetterów – zawody mają być atrakcyjne dla Kowalskiego.

Oczywiście nie twierdzę, że problemy kręcone na zawodach powinny wyłącznie wymagać siły i umiejętności trzymania słabych chwytów. Nawet bouldering w skale wymaga czasem ruchów dynamicznych (choć oczywiście ogólnie jest bardziej statyczny), ale równocześnie jest dużo bardziej złożony. Chęć sprawienia, aby wspinanie było atrakcyjne i widowiskowe jest niebezpieczna – może zmienić rywalizację zawodniczą w kierunku, który nie podoba się wielu dzisiejszym wspinaczom. Powstanie jeszcze większy podział pomiędzy rywalizacją na hali i wspinaniem w skale. Tego się obawiam.

Przyszłość wspinania sportowego zależy od nas. Według mnie w tym momencie brakuje dobrej komunikacji pomiędzy IFSC, routesetterami, wspinaczami oraz widzami. IFSC uważa, że wszystko wie najlepiej, a routesetterzy idą wyraźnie w kierunku „nowej szkoły” – może ktoś powinien zapytać widzów, jakie problemy im się bardziej podobają? Według mnie problemy dynamiczne i koordynacyjne niekoniecznie muszą być tymi najbardziej widowiskowymi.

„Nowa szkoła” routesettingu oraz wprowadzenie kombinacji na Igrzyskach w Tokio będzie miała (a nawet już ma) duży wpływ na zawodników i poziom rywalizacji.

To bardzo obszerne i skomplikowane zagadnienie. Jeśli chodzi o wspinanie na trudność i bouldering niewiele się zmieni. Ale uważam, że już teraz poziom rywalizacji na trudność jest niższy, niż byłby gdyby nie Igrzyska. Zawodnicy rozpraszają się. Mam szczerą nadzieję, że to nie pochłonie zbyt wielu utalentowanych, młodych wspinaczy. Obawiam się, że mogą oni zmarnować zbyt dużo czasu na trening pod kątem tak głupiej dyscypliny jak czasówki. Byłoby szkoda. W tym momencie jest to największe zmartwienie naszego środowiska. Zbyt wielu świetnych, młodych wspinaczy może skupić się na kombinacji, a po zawodach w Tokio ta dyscyplina przestanie istnieć. Naprawdę mam taką nadzieję.

***

Do Igrzysk Olimpijskich w Tokio pozostaje jeszcze sporo czasu. Czy IFSC wyciągnie wnioski z minionych Mistrzostw Świata w Innsbrucku? Z niecierpliwością i pewną dozą niepokoju będziemy obserwować rozwój sytuacji, rywalizację pucharową, przyszłoroczne mistrzostwa świata (przesunięte ze względu na igrzyska) oraz samą olimpiadę w Tokio w 2020 roku.

Michał Gurgul




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    brawa dla Adama Ondry [20]
    Jeden z niewielu, którzy mają odwagę krytykować różne idiotyzmy IFSC…

    19-09-2018
    bennyh