29 sierpnia 2018 14:16

„Wchodzenie drogami normalnymi latem to nie jest coś, co mnie pociąga” – rozmawiamy z Adamem Bieleckim. Cz. 1

16 lipca tego roku Adam Bielecki i Felix Berg stanęli na wierzchołku Gasherbruma II (8035 m). Działali w ramach Gasherbrums Exploration Expedition (trzecim członkiem zespołu był Jacek Czech), której celem była eksploracja górskiego masywu Gasherbrumów, w tym wejście na dziewiczy szczyt Gasherbruma VII (jak wiemy, akcja na tym GVII nie powiodła się). Rozmawiamy z Adamem o kulisach wyprawy, partnerstwie w górach, o wspinaczce nowym wariantem na GII i o tym, dlaczego nie udało się zrealizować pozostałych celów. To pierwsza część rozmowy. Druga już jutro.

Adam Bielecki z Felixem Bergiem na szczycie Gasherbruma II, 2018 (fot. Adam Bielecki)

***

Piotr Turkot / wspinanie.pl: Nasza ostatnia rozmowa miała miejsce tuż przed atakiem na GII. Wiadomo już, że zakończył się sukcesem. Jak ważne jest dla Ciebie to osiągnięcie?

Adam Bielecki: Ten sezon w Karakorum dobitnie uświadomił mi, że trudność góry – szczególnie jeśli chodzi o ośmiotysięczniki – jest bardzo zmienna w zależności od sezonu. GII jest najłatwiejszym ośmiotysięcznikiem w Karakorum, na pewno łatwiejszym od K2, a jednak w tym sezonie trudniejsze okazało się wejście na GII niż K2. Na GII weszły 2 osoby (z jednej wyprawy), a na K2 ponad 60…

Trzeba wziąć pod uwagę, że w przypadku K2 mamy do czynienia głównie z działalnością wypraw komercyjnych. To pokazuje, że jeśli zaangażujemy odpowiednich ludzi, zwłaszcza wspinaczy nepalskich, to sukces – nawet na tak trudnej drodze – jest bardzo prawdopodobny. Nepalczycy wyciągnęli przewodnictwo górskie na nowy poziom. Działają niczym w pełni profesjonalna i dobrze zorganizowana grupa wspinaczy, która przyjeżdża i poręczuje drogę od bazy do szczytu, używając do pomocy dodatkowego tlenu. To jest niesamowita siła i zmiana jakościowa w zdobywaniu gór najwyższych.

Warto przytoczyć przypadek Chińczyka, który przyleciał helikopterem do bazy, odpoczął 2 dni i potem na tlenie z butli wszedł na szczyt i szybko wrócił do domu – w sumie wyprawa zajęła mu mniej niż dwa tygodnie. To jest coś, czego wcześniej nie było, no może na komercyjnym Evereście. Ale ten typ działania przeniósł się również pod K2. Ten sezon obrazuje różnicę pomiędzy działaniem na wcześniej przygotowanej górze, a wspinaniem bez pomocy Szerpów.

Tak, to kolejny przykład, jak bardzo różni się komercyjne wspinanie od prawdziwego himalaizmu. Wróćmy zatem pod GII…

Na Gasherbrumach było łącznie 13 różnych wypraw oraz grupa niezależnych wspinaczy. Jednak, jak się okazało, znaczna ich część przyjeżdża pod górę, licząc na to, że ktoś wcześniej ją zaporęczuje, a oni będą mogli korzystać z lin i przetartego szlaku. Ale w tym roku Ci, którzy chcieli „pasożytować” na pracy innych, byli bezradni i zagubieni – błąkali się po bazie i pytali, czy będziemy poręczować. Odpowiadaliśmy, że nie, bo po prostu nie potrzebujemy lin w takim terenie. Możemy oczywiście dać im liny, bo mamy trochę sprzętu, ale dla nas jest to łatwy teren i szkoda nam czasu na zakładanie poręczówek. Widać było rozczarowanie…

Wejście na GII dało mi zaskakująco dużo satysfakcji. Było fajną, samodzielną, prawdziwie górską przygodą. Uświadomiłem sobie, że 2-osobowy zespół jest w stanie mierzyć się nawet z największymi celami w górach wysokich. Nasza wyprawa odbywała się w lekkim stylu. To nie był styl alpejski, bo zostawiliśmy namiot w obozie 3 i zeszliśmy do bazy. Ale staraliśmy się dążyć do tego ideału – weszliśmy na GII tylko z dwoma obozami, a cała akcja na samej górze ograniczyła się do dwóch wyjść. Więc zrobiliśmy to dość szybko.

Mam też poczucie, że ciężko pracowaliśmy, aby zdobyć GII: nie wychodziliśmy po cudzych śladach, nie korzystaliśmy z czyjejś pracy, a prawie całą robotę – z torowaniem, znalezieniem trasy, oraz miejscami na obóz – zrobiliśmy sami. Tak naprawdę zrobiliśmy to z Jackiem, bo zaprzyjaźniony z nami zespół Felix Berg – Borys Dedeszko, działał można powiedzieć równolegle ale zazwyczaj razem z Jackiem byliśmy na szpicy.

Adam z Jackiem Czechem (fot. Adam Bielecki)

Przygoda, podczas której udało Ci się wyjść poza schemat „monotonnego” wspinania na drodze normalnej. Skąd decyzja, aby wejść inaczej w kopułę szczytową?

Tak, udało nam się zrobić nowy wariant w kopule szczytowej.  Pomyślałem o tym wariancie jeszcze w czasach, kiedy się nie wspinałem. Pamiętam, że miałem piękne wydanie „Mojego pionowego świata” Jurka Kukuczki, gdzie były zdjęcia wszystkich 14 szczytów ośmiotysięcznych, z drogami wejścia. I wtedy, jeszcze jako dzieciak, patrząc na linię drogi klasycznej na GII, miałem taką refleksję: „kurcze, taka ładna linia drogi nagle skręca w prawo i znowu w lewo, omijając kopułę szczytową. Dlaczego nie pociągnąć tego logicznie, estetycznie do samego końca…”.

Okazało się, że zostało to już zrobione przez Carlosa Carsolio. Swoją drogą wytyczona przez niego linia, idąca bardziej w prawo, jest imponująca. Nie wiem, czy miał lepsze warunki, ale ten skalny filar wygląda trudno. To, jak on się zdołał przewinąć na szczyt bez trawersu w lewo, wzbudza duży szacunek.

Reasumując, wejście drogą normalną w tym sezonie na GII byłoby fajnym osiągnięciem, ale czegoś by jednak brakowało. Wchodzenie drogami normalnymi w letnim sezonie to nie jest coś, co mnie pociąga. A taki fajny twist na zakończenie i w rezultacie nowy wariant daje sporo satysfakcji. Tym bardziej, że działaliśmy sprawnie i profesjonalnie. Mimo bardzo trudnych warunków śniegowych uniknęliśmy niebezpiecznych sytuacji. Chyba dobrze rozegraliśmy to taktycznie – choć sama praca na stokach GII trwała 10 dni, podczas których mieliśmy tylko 2 dni restu po zejściu do bazy i założeniu trójki.

Ostatecznie Jackowi nie udało się wejść na szczyt. Zdobyłeś go z Felixem Bergiem.

Przyczyn tego, że Jackowi się nie udało, trzeba szukać chyba właśnie w zbyt krótkim odpoczynku. Ale do szybkiego wyjścia zmusiły nas prognozy. Po 16 lipca pogoda bardzo się popsuła, zresztą ten sezon pod Gasherbrumami w ogóle był ciężki. Najpierw przez 2 tygodnie padał śnieg, potem 10 dni było naprawdę dobrych, a potem znowu przyszła odwilż i opady śniegu oraz bardzo wysokie temperatury. W akcji na GVII deszcz padał w obozie 1. Wysłałem wtedy sms do Michała Pyki z pytaniem: „co się k… dzieje?:)”. Na co dostałem info, że punkt zamarzania jest na wysokości 6200… Wtedy podjęliśmy decyzję o przerwaniu akcji na GVII, gdzie mieliśmy się wspinać głównie terenem lodowo-śnieżnym. W tych warunkach, roztopionej śnieżnej papki, byłoby to zbyt niebezpiecznie.

Adam na zachodniej ścianie Gasherbruma II, 2018 (fot. arch. Adam Bielecki)

Piramida szczytowa GII wygląda świetnie, przypomina piramidę Cheopsa. Opowiedz, na jaki teren na niej natrafiliście.

Płyty, dużą kruszyznę, skałę fatalnej jakości. To nie jest wariant, który bym polecał. Logiczne byłoby przetrawersowanie u podstawy zachodniej ściany, dojście do grani i dalej wspinaczka granią. To, co zrobiliśmy, jest po prostu trudne. Gdzieś od wysokości 7500 m zaczyna się kopuła szczytowa zachodniej ściany, czyli do przewspinania jest ok. 500 m przewyższenia. Jej nachylenie jest stosunkowo małe – to jest coś, co nas skusiło. Stwierdziliśmy, że nie może być trudno. W rzeczywistości było nie tyle trudno, co bardzo wymagająco psychicznie – płyty przykryte sypkim śniegiem, no i tak naprawdę wspinanie trochę na tarcie, w rakach, także duże wyzwanie psychicznie.

Jak się asekurowaliście?

Kiepsko, bo do tego dochodziły trudności z asekuracją. Szliśmy na lotnej, ale ja bym powiedział, że bardziej ulotnej :). Mieliśmy średnio jeden, dwa, trzy przeloty między nami, najczęściej wątpliwej jakości. Im wyżej tym bardziej ściana stawała dęba, no i w pewnym momencie nasze tempo bardzo spadło. Miałem poczucie, że jeżeli ktokolwiek z nas popełni błąd, to się zabijemy.

Jak radziliście sobie później?

Pamiętam, jak przy kolejnym przekazaniu sobie szpeju Feliks zmęczony wspinaniem w kruszyźnie powiedział: „Adam, musimy stąd uciekać, chyba w lewo”. Nie powiedziałem tego na głos, ale pomyślałem sobie: „A powspinałbyś się trochę w Tatrach, to byś tak nie narzekał”. Umiejętność wspinania w kruchym terenie, którą wyniosłem z Tatr, przydała się na prowadzeniu w kopule szczytowej. Ale rzeczywiście stwierdziłem, że jesteśmy za wolni i nie zdążymy wejść na szczyt. Tymczasem zdawaliśmy sobie sprawę, że nie mamy odwrotu. Tym terenem nie dalibyśmy rady zejść. Mieliśmy raptem dwa friendy, zestaw tricamów i ze 4 haki, więc zjazdy także były wykluczone. Zresztą tam nie było z czego punktów zjazdowych zakładać… Widzieliśmy, że trudności będą wzrastać, a my jesteśmy coraz słabsi, więc na wysokości ok. 7850 m rozpoczęliśmy trawers w lewo dogodną półką. Pierwszy szedł Felix. Kiedy doszedł do przełączki w grani, usłyszałem okrzyk radości. Dołączyłem do niego i wyściskaliśmy się. To był ten moment, kiedy już wiesz, że droga na szczyt jest otwarta.

Sama wspinaczka granią była prześliczna, prowadziła stromym ale stosunkowo łatwym  terenem. Fajna była też świadomość, że przed nami było tu tak niewiele osób. Cała góra tylko dla nas. Do tego przepiękna pogoda. Na szczycie posiedzieliśmy około 20 minut. No a potem rura w dół. Najpierw zejście granią, później bardzo nieprzyjemny odcinek, na którym się przyasekurowaliśmy. Zeszliśmy w 3 godziny z wierzchołka do obozu 3. Cała akcja zajęła nam 17 godzin, z czego do szczytu szliśmy 14, stanęliśmy na nim o 17.00.

Podsumowując, myślę, że mówienie o tym, że jest to nowa droga, to zdecydowane nadużycie. Ale jest to ciekawy wariant, szczególnie jeśli chodzi o estetykę linii. Trudności są bardziej natury psychicznej, niż technicznej.

Adam na zachodniej ścianie Gasherbruma II (fot. Adam Bielecki)

A jakbyś miał ocenić te trudności techniczne?

Ciężko powiedzieć, dlatego że nachylenie było małe, może 45-50 stopni, miejscami może 55… Natomiast odcinek po płytach mógł mieć od M2 do M4, ale jakby się okazało że M5, to też bym się zgodził. Nie bardzo umiem się odnaleźć w takim wspinaniu – nie było żadnych krawądek, takiego typowego drytoolowego wspinania, tylko szukanie równowagi, balansu, tarciowe stopnie na płytach. Bardzo trudno takie wspinanie wycenić.

Wróćmy do Twoich partnerów na GII. Działaliście w dwóch zespołach, ale ostatecznie wspinałeś się z Felixem. Jakim jest partnerem?

Felixa poznałem na festiwalu wspinaczki lodowej w Turcji. Zrobiliśmy wspólnie kilka fajnych lodospadów, nawet jeden nowy. To był czas, kiedy potrzebowałem partnera do naszego zespołu Bielecki-Rousseau na północną ścianę Cho Oyu, która później zamieniła się w wyprawę na północno-zachodnią ścianę Annapurny. Zaproponowałem Felixowi udział. Równolegle Louis zaproponował udział Rickowi Allenowi. Okazało się, że chcieliśmy mieć trzyosobowy zespół, a koniec końców był to zespół czteroosobowy. No i na tej wyprawie się zaprzyjaźniliśmy, czego owocem był wyjazd na GII.

Z Felixem wspina się mi bardzo dobrze. Ma cięty dowcip i pogodną naturę, którą cenie u partnerów. Nawet jeśli dzieje się źle, to nie panikujemy, tylko z uśmiechem na twarzy, z żartem na ustach próbujemy się wydostać z tarapatów. Co dla mnie ważne, Feliks jest szybki, mocny fizycznie, ma dobrą wydolność. Sportowo wspina się na wysokim poziomie. Ma także duże doświadczenie wielkościanowe, alpejskie. Można powiedzieć, że jest wspinaczem wszechstronnym.

Wspólnie myślimy o powrocie na północno-zachodnią ścianę Annapurny, bo to jest super fajny, piękny i ciekawy cel. Chętnie wróciłbym tam właśnie z Felixem. Planujemy też powspinać więcej technicznie w Alpach zimą.

Wspomniałeś o fatalnych warunkach pogodowych i rezygnacji z próby na Gasherbruma VII. Mieliście także w planie GIV – dlaczego zrezygnowaliście z tego celu? Jednak była to wyprawa eksploracyjna.

Tkwi to we mnie jak zadra. Przed wyjazdem byliśmy bardzo zdeterminowani. Jeszcze w kraju zdawałem sobie sprawę, że GIV jest ambitnym celem, musiałoby się zgrać szereg czynników i musielibyśmy mieć sporo szczęścia do pogody, żeby wejście stało się realne. Natomiast co do GVII, uważałem – i tu odezwał się we mnie brak pokory wobec góry – że szczyt mamy w zasadzie w kieszeni.

GVII był w naszym zasięgu. Ale góry wszystko zweryfikowały. Myśleliśmy, że na GII będą poręczówki, tłum ludzi, szybko zdobędziemy aklimatyzację i przerzucimy się na GIV, tudzież GVII. Tymczasem okazało się, że przez pierwsze 10 dni niemożliwa będzie jakakolwiek akcja, bo padał śnieg. Potem, jak już poszliśmy na GII, okazało się, że czeka nas sporo wspinania, no i jak zeszliśmy do bazy z obozu 3, padło pytanie: „idziemy na GVII, czy kończymy biznes na GII?”. Byłem za drugą opcją. Chciałem mieć super aklimatyzację. Poza tym kusiło mnie, żeby spróbować zachodniej ściany, no i chciałem skończyć to, co zaczęliśmy tym bardziej, że mieliśmy dość czasu by później podjąć próbę na GVII . Po wejściu na szczyt okazało się, że pogoda się załamała i musieliśmy zakończyć wyprawę. Szkoda. Warunki pomieszały szyki także innym wspinaczom, na GIV chęć mieli między innymi Oriol Baró, Hervé Barmasse i David Göttler.

Jutro II część rozmowy…

***

Spotkanie z Adamem Bieleckim już w najbliższy piątek, 31 sierpnia, podczas Spotkań z Filmem Górskim w Zakopanem.




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    Krótka pamięć?! [28]
    Ooo ten sezon był komercyjny na K2 - cała droga…

    6-09-2018
    Robson