8 sierpnia 2018 16:40

“Zadzwonię do Wandy…” – rozmowa z Justyną Tafel, która przygotowuje film o Wandzie Rutkiewicz

W ostatnim czasie Wanda Rutkiewicz wyszła z cienia. Można powiedzieć, że wyszła z cienia Jerzego Kukuczki, o ile bowiem fascynacja Kukuczką nie słabła, podsycana przez rodzinę, kolegów i media, tak Wanda powoli znikała. W ostatnich latach jednak znowu możemy zaobserwować wzmożone zainteresowanie jedną z najwybitniejszych himalaistek na świecie – powstały trzy sztuki teatralne, biografia, a teraz pora na film fabularny. Justyna Tafel jest absolwentką łódzkiej Filmówki. Opowiedziała nam o swojej fascynacji Wandą Rutkiewicz i o tym, jaki film o niej nakręci.

Justyna Tafel (fot. arch. J. Tafel)

***

Eliza Kujan: Na początek powiedz, proszę, kilka słów o sobie.

Justyna Tafel: Skończyłam reżyserię w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera w Łodzi, co dało mi też umiejętność pisania scenariuszy. Zrobiłam dyplom w 2013 roku i jak na razie mam na koncie krótkie filmy fabularne i nieco dłuższe dokumentalne. Projekt związany z Wandą Rutkiewicz to projekt fabularny.

Dlaczego akurat Wanda Rutkiewicz?

Przede wszystkim „zawinił” mój ojciec. Tata też się wspinał, miał  bardzo dobre przejścia zimowe w Alpach i dzięki temu został zaproszony w Himalaje. Był uczestnikiem wyprawy Janusza Kurczaba na Makalu w 1978. Wprawdzie wtedy Makalu nie zdobyto – z powodu wiatru zdecydowano się na wycof z przełęczy Makalu, zresztą na tej wyprawie zginęła  jedna osoba… W tym samym czasie, w październiku 1978 roku, Wanda – uczestniczka niemieckiej wyprawy – zdobyła Mount Everest.

Mój tata znał Wandę, ale wspinał się z nią tylko w Tatrach. To był chyba początek lat 70., ja urodziłam się w 1981 roku. Tata miał dość poważny wypadek, uszkodził kolano, i gdzieś w połowie lat 80. przestał się wspinać… Od czasu do czasu robił coś rekreacyjnie, ale Himalaje zeszły już z jego „listy celów”. Tata był ewidentnie zafascynowany Wandą i  zawsze o niej słyszałam, ona po prostu istniała w naszym domu, trochę jak taka… ikona. Żeby było zabawniej, moja mama też ją spotkała.

Twoja mama również się wspinała?

Nie, nie wspinała się, ale za to dużo podróżowała, szczególnie po Azji. Pewnego razu, krążąc gdzieś po Indiach ze swoim kumplem, trafiła na nocleg do ambasady, chyba w New Delhi, o ile dobrze pamiętam. I wtedy żona ambasadora powiedziała: „Jest tu akurat Wanda Rutkiewicz, odpoczywa po wejściu na Everest. Gdy się obudzi, to wam opowie, jak było…” . No i tak się stało, że moja mama była jedną z pierwszych osób, oprócz kilku dziennikarzy i paru ludzi z New Delhi, która usłyszała relację Wandy niemal bezpośrednio po zejściu z Everestu. Była to niezwykle intymna, wieczorna rozmowa. Moja mama też była pod ogromnym wrażeniem Wandy.

To zresztą w ogóle była bardzo ciekawa historia, bo warto jeszcze wspomnieć, na czym polegał „twist” w tej fascynacji. Mama pojechała wtedy do Indii ciężarówką razem z ekipą wybierającą się na wyprawę Kurczaba. Spędziła w tej podróży wiele tygodni i to na dodatek w towarzystwie alpinistów, którzy opowiadali o Wandzie same straszne rzeczy: jaka to jest wredna baba – przypominam, że trzy lata wcześniej były Gaszerbrumy [o tej wyprawie opowiada film „Temperatura wrzenia”]  – zimna, wyrachowana i wykorzystująca wszystkie możliwe drogi, którymi po trupach dąży do celu, flądra. I po tej całej narracji, którą moja mama nasiąkała przez jakieś dwa czy trzy tygodnie, przypadkowo trafiła do ambasady i natknęła się tam Wandę.

Co ci o niej opowiedziała?

Była pod wrażeniem, że mimo iż to pierwsza Polka, w ogóle pierwsza osoba z Polski, która stanęła na szczycie Everestu, jest to osoba niewiarygodnie skromna, ciepła i bezpośrednia. Nie gwiazdorzy, tylko zwyczajnie z nimi siedzi i przez jakieś trzy godziny tego wieczoru snuje bardzo osobistą opowieść. Mama wyjechała z Indii oczarowana i zachwycona Wandą. Należała zapewne do nielicznych osób, które uzyskały dostęp do zupełnie innej Wandy. Ze swojego doświadczenia powiem, że im dłużej „studiowałam” Wandę, im więcej rozmawiałam o niej z ludźmi, wielokrotnie to się powtarzało.

Janusz Kurczab, z którym zdążyłam jeszcze pogadać, powiedział mi, że kiedy Wanda zaczęła się wspinać – poznali się w latach 60. – była niezwykle delikatną, wręcz naiwną dziewczyną. Mimo swoich dwudziestu kilku lat jej naiwność była wręcz… nastoletnia, przez co Wanda nie miała żadnych mechanizmów obronnych. Kiedy oglądamy różne programy telewizyjne z Wandą, patrzymy na człowieka, który miał staranie wystudiowaną maskę, idealnie wymodulowany ton głosu, bardzo się kontrolował, pilnował każdego kroku… Dla mnie jako kobiety w męskim środowisku filmowym ta ewolucja Wandy jest jasna i zrozumiała. Musiała ją przejść, by osiągnąć swoje cele, musiała nauczyć się wkładać zbroję, zakładać maskę, po to, aby w ogóle przetrwać w środowisku, w którym funkcjonowała.

Moim zdaniem jej „wewnętrzna osoba” była zupełnie odmienna od tej „używanej” na zewnątrz. Wychodziło to szczególnie w relacjach z obcymi ludźmi, z którymi nie musiała o nic walczyć, a więc i niczego udawać. Tylko wtedy odsłaniała tę delikatną stronę i dawała dostęp do swojego ciepła. Przy kolegach alpinistach, przez których wciąż czuła się oceniana, robiła się twarda, niedostępna, nieustępliwa i chłodna. Dla mnie jest to fascynująca dychotomia. Myślę, że wiele kobiet w dzisiejszych czasach – w tym i ja – może się doskonale odnaleźć w jej ówczesnej walce o autorytet, o bycie uznaną, traktowaną na równi z innymi. Ponadto Wanda była piękną kobietą, a więc koledzy postrzegali ją przez pryzmat pięknej kobiety, nie zaś wspinacza. Wiele z nas styka się z tym na co dzień… Ja bardzo odnajduję się w jej dylematach, również dylematach odnoszących się do rodziny i kariery zawodowej. Wanda ciągle musiała walczyć z tym rozdarciem i to też jest coś, co jest mi bardzo bliskie.

A więc po tacie i mamie przyszła kolej na ciebie…

Tak. Taki pierwszy uświadomiony moment, kiedy zaszczepiło się we mnie to coś, co później stało się źródłem dla mojego filmu, przyszedł w maju 1992 roku, kiedy miałam 11 lat. Mieszkaliśmy wtedy w Kanadzie (jakiś czas chodziłam tam do szkoły). Pewnego dnia mój tata dostał wiadomość, że Wanda zaginęła podczas ataku szczytowego na Kanczendzongę. Do dziś pamiętam, że przez kilka dni snuł się po domu jak cień, strasznie go to walnęło. No więc ja, 11-letnie dziecko, zaczęłam go wypytywać, co to znaczy, że ona zaginęła na szczycie ośmiotysięcznika. Nie miałam wtedy jakiegokolwiek doświadczenia związanego ze śmiercią.

Tata zaczął mi wyjaśniać, że Wanda wchodziła na bardzo wysoką górę, w śniegu, i prawdopodobnie gdzieś usiadła, zasnęła i zamarzła. Starał się to przedstawić jako taki łagodny, bezbolesny proces, unikał słowa „umarła”. „I od tamtej pory tam siedzi?” – zapytałam. „No tak, siedzi tam, być może ktoś ją kiedyś znajdzie, bo przecież wiele ciał zostało znalezionych…” W mojej dziecięcej głowie ta wizja zaczęła niesamowicie kiełkować – Wanda zasnęła, umierając, czyli jest w takim zawieszeniu między życiem a śmiercią. Gdzieś tam nadal trwa, zamrożona, i ja, gdy już dorosnę, mogę tam pojechać, odnaleźć ją i może przywrócić do życia?!

Ta idea trwania między życiem a śmiercią, zawieszenia pomiędzy dwoma światami, była dla mnie bajkowa. Jako dorosła kobieta zaczęłam do tego wracać i czytać o Wandzie – w 2012 roku wyszła książka Bernadette McDonald „Ucieczka na szczyt”, gdzie niemal jedna czwarta jest poświęcona Wandzie – i cała moja fascynacja jeszcze raz się obudziła. Tym razem zidentyfikowałam się z dorosłą Wandą, która próbuje znaleźć dla siebie pełnoprawne miejsce we wspinaczkowym świecie zdominowanym przez mężczyzn. No i te dwie fascynacje, dziecięca i dorosła, się spotkały.

Pracujesz nad swoim filmem od 6 lat. Niestrudzenie zbierałaś materiały, rozmawiałaś z ludźmi, którzy ją znali, w tym z bratem i mamą Wandy…

Właściwie z mamą Wandy nie rozmawiałam. W 2012 roku trafiłam do rodzinnego domu Wandy, w którym mieszkał jej brat Michał i mama. Michał opiekował się mamą, która nie była już na tyle przytomna, żeby prowadzić z nią rozmowę. W chwili, kiedy poznałam Michała, mama Wandy miała już 102 lata. Wyglądało to tak, że myśmy siedzieli z Michałem przy stole i rozmawialiśmy o Wandzie, a za uchylonymi, podwójnymi, przeszklonymi drzwiami pokoju obok leżała mama Wandy. Mama, która dopóki była przytomna, wciąż na Wandę czekała, tęskniła i wierzyła, że jej córka jest wśród żywych, tylko wybrała życie w klasztorze.

Najbardziej niesamowite było to, że kiedy zaczynaliśmy się o coś spierać z Michałem albo próbowaliśmy coś ustalić, czyli zawsze, gdy pojawiały się  silniejsze emocje związane z życiem Wandy, mama natychmiast na to reagowała. Ożywiała się i zaczynała coś mówić, tyle że albo mówiła bardzo niezrozumiale, albo Michał rozpoznawał, że mówiła po litewsku. Była w takim stadium demencji, że cofnęła się do czasów języka, który słyszała w swoim rodzinnym domu. Nie wiadomo, co z tego, o czym rozmawialiśmy, do niej docierało, choć podobno słuch jest naszym ostatnim, najbardziej „przytomnym” zmysłem.

Ostatnio w różnych teatrach wystawiono sztuki o Wandzie. Ty zaczęłaś pracować nad filmem o niej trochę wcześniej. Czy uważasz, że powiesz o niej coś nowego?

Szczerze mówiąc, byłam tylko na jednym performatywnym czytaniu sztuki „Wasza Wysokość” w Teatrze Rozmaitości w Warszawie. Autorką tekstu była Anna Wakulik, wyreżyserowała ją Katarzyna Kalwat*. Na tym czytaniu spotkałam i kilku przyjaciół Wandy, z niektórymi z nich już wcześniej rozmawiałam. Oczywiście byłam tylko na czytaniu performatywnym, więc nie wiem, jak wyglądał ostateczny tekst i czy coś w nim zmieniono.

Tekst, który tam wówczas przedstawiono, był sam w sobie bardzo ciekawy, natomiast w ogóle nie dotyczył Wandy! Wprawdzie Wandę grała Jadwiga Jankowska-Cieślak, którą uważam za wspaniałą aktorkę, lecz postać, która została napisana, w ogóle nie była Wandą. Na szczęście nie musiałam się wypowiadać na ten temat – zrobili to przyjaciele Wandy, którzy zaczęli protestować. Tym bardziej, że w tekście pojawił się zarzut, który dla alpinisty jest zarzutem najcięższego kalibru: że Wanda zostawiła kogoś w górach i zeszła. Nie jest to prawdą, bo nie było takiej historii w jej życiu. Wiadomo, że my, jako twórcy, zawsze interpretujemy, lecz wymyślanie czegoś takiego w sztuce to pójście za daleko. Ja w ogóle nie rozpoznawałam w tej postaci Wandy, ludzie na widowni także. Innych sztuk nie widziałam, więc nie mogę się wypowiadać.

Opowiedz trochę bardziej szczegółowo o swojej pracy nad filmem o Wandzie.

Poza przeczytaniem i obejrzeniem wszystkiego, do czego mogłam dotrzeć, postanowiłam zrobić jak najwięcej wywiadów. To był mój główny cel. Rozmawiałam z około trzydziestoma osobami, jednak niczego nie nagrywałam, tylko notowałam. Ogromnie zależało mi na tym, aby ci ludzie opowiadali mi o swoim emocjonalnym stosunku do Wandy, nawet jeśli był on tak negatywny, że nie chcieliby tego przyznać publicznie. Chciałam, żeby to pomogło mi wyobrazić sobie energię tej kobiety, zrozumieć, kim była.

Prowadziłam długie rozmowy, zadając też niewygodne, nawet niecenzuralne pytania, i drążyłam tak długo, póki nie usłyszałam na nie odpowiedzi. Te odpowiedzi niekiedy budziły we mnie bardzo różne emocje. Jedna z biografek Wandy powiedziała na przykład, że im lepiej ją poznawała, tym mniej ją lubiła, choć tego nie wyczuje się w biografii jej autorstwa. Dla mnie jest to bardzo ciekawe, tym bardziej, że ja mam z Wandą dokładnie odwrotnie.

Przygotowanie samej dokumentacji zajęło mi ponad dwa lata. Poza rozmowami z polskimi alpinistami, do najważniejszych spotkań zaliczam to z Carlosem, do którego specjalnie poleciałam do Meksyku. Spędziliśmy na bardzo emocjonalnych rozmowach kilka dni. Tam rozmawiałam też z Elsą [Elsa Ávila meksykańska himalaistka]. Poza tym oczywiście ważne było spotkanie z Marion Feik [przyjaciółka i agentka Wandy]. Przy okazji zjawiła się tam też Gertude Reinisch, która może nie była tak blisko z Wandą, jak Marion, no, ale też jest  autorką jednej z biografii Wandy i jej punkt widzenia był dla mnie zupełnie nowy.

W całym tym procesie bardzo wspierała mnie rodzina Wandy. Jak już wspomniałam, prowadziłam rozmowy z Michałem, bratem Wandy, a także z jego synem Mikołajem, który w ostatnim okresie życia Wandy pomieszkiwał u niej w Warszawie.  Dopiero po śmierci Michała poznałam Ninę, siostrę Wandy, z którą dziś się przyjaźnię. Tak bliskie poznanie Niny też dopełnia dla mnie obraz Wandy i jej domu rodzinnego. Obie siostry łączy ta sama niespożyta energia, ale myślę, że nie tylko. Jedną z takich znajomości, która dała mi wgląd w to, jak Wanda potrafiła być różna, było spotkanie z jej dawną sublokatorką, z którą miała zupełnie inne stosunki niż te na zewnątrz.

Poznałaś zatem ludzi, którzy widzieli Wandę w zupełnie różny sposób…

Tak. Nie interesowały mnie „instytucjonalne” papiery. W biografii Anny Kamińskiej jest bardzo dużo tego typu dokumentów – kto jest kim, skąd pochodzi… Mnie bardziej interesowała energia Wandy. Musiałam poznać jej osobowość, tym bardziej że czeka mnie praca z aktorką, która będzie potrafiła Wandę zinterpretować…

Zapewne miałaś swoje wyobrażenie Wandy. Czy po tych wywiadach bardzo się zmieniło?

Wiem, że wszyscy często w związku z Wandą mówią o magii, ale ja naprawdę miałam poczucie takiego magicznego połącznia – im głębiej wchodziłam w ten temat, tym bardziej czułam, że właśnie tak to miało być, że to ja zajmę się opowiedzeniem tej historii. Miałam np. taką „magiczną” sytuację: jak już wspomniałam, przez pierwsze 2 lata robiłam dokumentację, a następne dwa lata pisałam scenariusz. Wiązało się to z wielokrotnym przepisywaniem. I w trakcie któregoś przepisywania tego scenariusza – a lubię pracować późno w nocy, kiedy już wszyscy śpią – nagle stanęłam wobec jakiegoś problemu, którego nie mogłam rozwiązać. Próbuję tak i siak, i nic. I nagle mnie oświeciło. „Boże! Co ja się tak męczę! Po prostu zadzwonię do Wandy!”. I dopiero po chwili zrozumiałam, że nie mogę, bo Wanda nie żyje od 1992 roku.

Po prostu na etapie pisania scenariusza mój wewnętrzny dialog z Wandą był tak intensywny, że zupełnie zapomniałam o tym, że jej nie ma i że nie mogę do niej zadzwonić i zweryfikować różnych rzeczy. Więc gdy mówię o magicznym połączeniu, to mam na myśli to, że tak głęboko w to weszłam.

W ciągu tych dwóch lat tylko pisałam i nie robiłam nic innego, tym bardziej że dostałam dość prestiżowe stypendia w Niemczech i mogłam sobie na to pozwolić. Tak więc siedziałam w moich notatkach i w całej wiedzy faktograficznej, którą zebrałam i niczym archeolog odkopywałam z tego kostki. I z tych kostek układałam Wandę – oczywiście Wandę zinterpretowaną przeze mnie, zawsze to będzie Wanda zinterpretowana przeze mnie.

Co więcej, uważam – choć może to trochę bezczelne – że nikt nie opowie tej historii tak dobrze, jak ja, a to dlatego że mam głębokie poczucie, iż jest jakiś dziwny rezonans między mną a Wandą, że jest ona dla mnie swego rodzaju alter ego. Potwierdziło mi się to wiele razy. Bardzo często przyjaciele Wandy reagowali na moją interpretację jakiejś sytuacji słowami: „Tak, to właśnie tak było, doskonale to rozumiesz”. Zyskałam poczucie pewności, że dotarłam – oczywiście nie mówię tu o prawdzie – do jakiejś „esencji Wandy” i czuję, że potrafię to przedstawić. Czuję to bardzo silnie. Niesamowite też jest to, że przy tylu rozmowach od różnych ludzi słyszałam różne tajemnice. Udało mi się je zebrać i mam trochę tych tajemnic. Czasami pozwalały mi dowiedzieć się i zrozumieć coś głębiej, niż to było w „oficjalnym stanowisku” Wandy, którego ona tak bardzo pilnowała.

Skoro wspomniałaś o pracy z aktorką, która mogłaby zagrać Wandę… czy jakoś ją sobie wyobrażasz?

W tej kwestii mam bardzo sprecyzowane wyobrażenie. Określam osobę, której szukam, w dwóch słowach: ma być dzika i arystokratyczna jednocześnie. Oczywiście musi być genialną aktorką, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, ponieważ będzie to film skupiony wyłącznie na tej jednej osobie. Jako widzowie spędzimy bardzo dużo czasu z nią, z jej ciałem. Ważne jest też to, że w moim filmie Wanda ma 49 lat. Wybrałam jako soczewkę ostatnią wyprawę i okres tuż przed nią. Uznałam, że to w tym obejrzę całą Wandę ze wszystkim, co mi daje ten okres w jej życiu. Wtedy najbardziej zbliżę się do jej esencji.

Uważam, że ten wiek, 49 lat, jest szczególnie fascynujący: jako kobieta jest niby słabsza, a więc jej ciało nie jest już najmłodsze ani najsilniejsze. I ona pracując z tym ciałem, idzie w góry i przeżywa to wszystko w jeszcze ciekawszy, moim zdaniem, sposób. Wanda była znana z przekraczania ograniczeń swojego ciała. Ona wcale nie była silniejsza fizycznie czy nawet technicznie, nie była lepszym wspinaczem niż wielu jej kolegów, którzy nie zdobyli tylu ośmiotysięczników i nie mieli takich osiągnięć. To wszystko miało źródło w jej psychice, w jej głowie. I to było niesamowite, co potrafiła zrobić z tym, co miała.

Chcesz więc, aby był to kameralny film?

Mój scenariusz był konsultowany w wielu międzynarodowych gronach, gdzie miałam szansę usłyszeć, jak jest odbierany. Jest to zdecydowanie scenariusz kameralny, skupiony na osobowości Wandy, na jej postaci. Przez około dwie trzecie filmu jesteśmy na wyprawie na Kanczendzongę, więc są tam oczywiście pozostali uczestnicy tej wyprawy, czyli Meksykanie, Polak… Bardzo istotnymi postaciami są Carlos, który jako ostatni widział Wandę żywą, i Elsa – jako druga kobieta na tej wyprawie. W niektórych wersjach scenariusza rezygnowałam z pewnych postaci ze względów dramaturgicznych – one po prostu niczego nie wnosiły. Np. Alfredo i Andre połączyłam w jedną postać, było to łatwiejsze do nasycenia tej relacji.  W mojej opowieści skupiam się na Wandzie.

Czy zamierzasz nakręcić swój film tylko „polskimi siłami”?

To jest absolutnie jasne, że będziemy robić ten film środkami międzynarodowymi. W Polsce wsparcie na ten film po raz pierwszy dostałam w 2013 roku, kiedy przyznano mi stypendium scenariuszowe po tym, gdy złożyłam pomysł w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej. Nazywało się to wtedy Kobieta na szczycie. Z tego tytułu zrezygnowałam – obecnie mój projekt nazywa się Topnienie. Później dostałam development – czyli 200 tysięcy złotych na rozwijanie tego projektu. W środowisku filmowym traktujemy to jako obietnicę, że na produkcję również znajdą się pieniądze z PISF, nawet w tej chwili bodajże jest takie prawo, że osoby, które dostały development, czyli pieniądze na rozwój projektu, są traktowane priorytetowo przy rozdawaniu pieniędzy na produkcję. Zmieniałam producentów, bo szukałam idealnego, i w tej chwili jestem związana z Centrala Film.

Mogłabyś uchylić rąbka tajemnicy, jeśli chodzi o szczegóły…

Przez te wszystkie lata to również musiałam zdokumentować z pomocą moich producentów. Plan jest taki, żeby z aktorami pracować na jak najniżej położonym lodowcu, czyli prawdopodobnie mówimy o Alpach, ewentualnie są jakieś pomysły na Islandię, choć raczej będą to Alpy – w tej chwili prowadzimy dość zaawansowane rozmowy z koproducentem szwajcarskim. Chcę pracować z aktorami na małej wysokości, żebyśmy wszyscy skupieni byli na naszym rzemiośle i na tym, żeby zrobić dobry film, a nie na tym, że ktoś cierpi właśnie na chorobę wysokościową.

Zdecydowanie nie biorę pod uwagę studia, jak w przypadku choćby filmu K2, w którym wszystkie sceny wysokogórskie kręcono właśnie w studiu. Uważam, że przy filmie, którego jednym z głównych tematów są zmagania z ciałem, zdjęcia w studiu mogłyby skutecznie go zabić. Muszę mieć aktorkę, której jest zimno – choć oczywiście nie musi to być minus 20 stopni, wystarczy, że będzie 0. Bardziej istotna jest natomiast interakcja między jej ciałem a pogodą, naturą, żywiołem… Nie będziemy udawać tego w studiu. Musimy się wszyscy trochę zmęczyć, robiąc ten film.

Oczywiście będziemy próbować wykreować Kanczendzongę, w związku z czym plan jest taki, że na razie ekipa artystyczna, bez aktorów, spędzi jakiś czas w okolicach Kanczendzongi, kręcąc tam zdjęcia górskie. Dzisiejsze możliwości postprodukcyjne pozwalają nam to doskonale ze sobą skleić – zdjęcia na lodowcu z tłem gór najwyższych można zespolić w jedno, odpowiednio oświetlić, puścić na to tę samą pogodę… W Polsce mamy doskonale rozwiniętą postprodukcję, ale jesteśmy też otwarci na współpracę z zagranicznymi partnerami. Tak więc jak najbardziej w koprodukcji międzynarodowej – po pierwsze, dlatego że zdjęcia będą kręcone poza Polską, a po drugie, dlatego że mamy meksykańską część ekipy. W moim filmie są też sceny z Kurtem, który jest niemieckojęzyczny, a Wanda z Kurtem rozmawiała po niemiecku. Tak więc mamy również międzynarodową ekipę aktorów.

Chciałabyś, żeby Wandę zagrała polska aktorka?

Może nie powinnam tego mówić, ale jeśli znajdę zagraniczną aktorkę, w której zobaczę Wandę, to natychmiast wchodzę z nią we współpracę. Przez to, że jest to wyprawa międzynarodowa, a językiem „wehikularnym” na tej wyprawie jest angielski, to nie ma to aż tak dużego znaczenia, czy aktorka będzie mówiła po polsku. Mimo że w moim scenariuszu są sceny, które rozgrywają się w Polsce, są różne sposoby na to, aby to ominąć. Obecnie genialnej polskiej aktorki do roli Wandy – chciałabym podkreślić, że mam na myśli tę konkretną postać, bo genialnych aktorek mamy mnóstwo – która ma w sobie coś takiego, co koresponduje z 49-letnią Wandą, nie widzę.

Natomiast mamy dwie rewelacyjne propozycje, a zwolenniczką jednej z nich – aktorki niemieckiej – jest siostra Wandy, Nina. Ta aktorka na tyle przypomina jej siostrę, że Nina wręcz oszalała, kiedy ją zobaczyła, i stwierdziła, że ona musi zagrać Wandę. Mnie z kolei wpadła w oko aktorka ukraińska, co wydaje mi się bardziej realistyczne, ponieważ uważam, że można by z nią też pracować w języku polskim, przy okazji „korzystając historycznie” z tego, że akcent mamy Wandy był zdecydowanie wschodni. Pozostałybyśmy więc w jednym kręgu kulturowym i jakoś by się to połączyło.

Kiedy chcielibyście zacząć?

Biorąc pod uwagę ogromną ilość pieniędzy, które trzeba zdobyć na ten projekt, mamy nadzieję zacząć w przyszłym roku. Wciąż negocjujemy, wciąż posuwamy się do przodu, ale zdajemy sobie sprawę z tego, że nie ruszymy bez pewnej określonej sumy pieniędzy. Wiemy, że w tym roku powstaje też filmu o Broad Peaku, na szalonych warunkach, reżyserowany przez Leszka Dawida. Tamta ekipa startuje z mniejszą ilością pieniędzy niż te, o których my myślimy. Kibicujemy im i z ciekawością będziemy się przyglądać, jak sobie poradzą. Jeśli oni dadzą radę, to my pewnie też, choć moim zdaniem potrzebujemy znacznie wyższej kwoty niż to, z czym oni startują. Niemniej trzymamy kciuki.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Eliza Kujan
(Górski Dom Kultury)

Gorąco polecamy książkę “Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz” Anny Kamińskiej. Książka dostępna jest w księgarni wspinanie.pl. TUTAJ także jej recenzja.

Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz

Postać Wandy Rutkiewicz inspirowała autorów sztuk teatralnych – w ostatnich latach powstały aż trzy.

Wasza wysokość w reżyserii Katarzyny Kalwat, według tekstu Anny Wakulik (Justyna Tafel wspomina o tej sztuce w rozmowie) oraz dwa monodramy. O pierwszym pióra Wiesławy Sujkowskiej „Wanda”, wyreżyserowanym przez Marię Sadowską i Joannę Grabowiecką, pisaliśmy TUTAJ. O drugim pt. “Ostatnie 300 metrów” w reżyserii Bartka Kulasa przeczytacie TUTAJ.




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum