31 stycznia 2018 10:20

Walka o każdy metr, każdy chwyt… – czyli droga Filipa Babicza do „Oświecenia” (M16): aktualizacja

W styczniu tego roku Filip Babicz poprowadził Oświecenie. Trudności drogi ocenił bardzo wysoko, bo aż na M16 (wycena M ze względu na kilka lodowych chwytów i śnieżne wyjście). Co ciekawe, z drytoolingiem zetknął się dopiero dwa miesiące temu i jak mówi: przed przyjazdem do Zakopanego zaliczył tylko dwie dniówki tego rodzaju wspinania.

Filip opowiedział nam o początkach swojej przygody z dziabami, o kolejnych stopniach wtajemniczenia i wreszcie o szczegółach nominalnie* jednej z najtrudniejszych tego typu dróg na świecie, pokonanej w stylu DTS – Oświeceniu.

Komunikat nadzwyczajny Filipa Babicza

Wspinaczka na obszarze Tatrzańskiego Parku Narodowego jest ograniczona przepisami, których celem jest ochrona przyrody. Oprócz tego jest normowana za pośrednictwem porozumień pomiędzy dyrekcją Tatrzańskiego Parku Narodowego a Polskim Związkiem Alpinizmu. Działalność wspinaczkowa na terenie jaskini, w której przeszedłem drogę o nazwie Oświecenie, jest zabroniona. Chciałbym przeprosić za złamanie przepisów i niezastosowanie się do obostrzeń działalności sportowej na tym terenie. Dodam, że nie było to wymierzone przeciwko Tatrzańskiemu Parkowi Narodowemu i obowiązującym tam przepisom. Sam należę do zagorzałych obrońców przyrody.

Podczas mojego pobytu przeprowadziłem kompleksową akcję oczyszczenia jaskini ze śmieci pozostawionych tam przez lata przez niewyedukowanych turystów. Oprócz tego moja działalność sportowa odznaczała się szacunkiem i ochroną ekosystemu jaskini. Sam ubolewam nad widocznymi śladami nieodpowiedzialnej działalności pseudosportowej i zniszczeniami powstałymi na skutek aktywności osób nieposiadających odpowiedniej wiedzy i/lub umiejętności. Z własnej strony dołożyłem wszelkich starań, aby moja działalność nie wpłynęła na stan przyrody, pozostawiając po sobie jak najmniejszy ślad. Niemniej jednak zdaję sobie sprawę, że aktywność ta była niezgodna z obowiązującymi przepisami, za co bardzo przepraszam.

***

Początki… Wszystko zaczęło się w Dolinie Aosty

Gdyby ktoś zapytał mnie 3 miesiące temu, czy planuję uprawiać drytooling, powiedziałbym, że nie… Wszystko zaczęło się od projektu, który miałem na oku od dobrych paru lat. Znajduje się w Dolinie Aosty, w olbrzymiej komorze jaskiniowej – największej, w jakiej byłem. Robi wrażenie! Jest wysoka na 53 metry i mogłaby pomieścić małą wioskę. Do tej pory nikt tam nie działał. Jest znana speleologom i tyle. Skała nie należy do najlepszych. To gips krystaliczny, ale po dokładnej analizie ścian wypatrzyłem w totalnych gładziach możliwą do przejścia linię. Chciałem poprowadzić drogę sklepieniem komory. Miała to być droga klasyczna, nie drytoolowa.

Pierwsze spity osadziłem z Tatą w maju 2016 roku. Wtedy okazało się, że skała jest jeszcze gorszej jakości, niż przypuszczałem… Postanowiłem dać sobie spokój. Temat wypłynął ponownie w listopadzie 2017 roku. Linia nie dawała mi o sobie zapomnieć. Pomyślałem, że można by spróbować zrobić ją na dziabach. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę! Mój wniosek był jeden: dużo lepiej otworzyć spektakularną drogę drytoolową, niż choćby nawet bardzo trudną, ale brzydką drogę klasyczną.

Wziąłem się za obijanie ze zdwojoną motywacją, chciałem zobaczyć, co z tego będzie. Każdy kolejny dzień spędzony na wiszeniu w dachu uświadamiał mi, jaki to będzie niesamowity projekt. W końcu, po 4 dniach pracy, powstało Ade. Linia jest wyposażona w 32 spity, a jej trudności na oko oscylują w okolicach trudności Oświecenia. Jeśli to kiedykolwiek puści, jest jeszcze możliwe przedłużenie drogi o kolejne 20-25 metrów dachu. Ale to będzie już zupełnie inna bajka… Właśnie tak wkręciłem się w drytooling ;-).

Pierwsze drogi drytoolowe

Przed przyjazdem do Zakopanego zaliczyłem tylko 2 dniówki wspinania na dziabach. Na pierwszy ogień poszedł francuski ogródek Le Zoo mistrza DTS-u Jeffa Merciera. Zrobiłem tam drogę Le Zébre  D10, z tym że wiem, że coś się tam pourywało, więc pewnie jest trochę trudniej :). Drugi drytoolowy dzień spędziłem we włoskim Villeneuve i tu wykosiłem wszystko, co było do wykoszenia, czyli 4 drogi :): D7 i D8 fleszem oraz D9 i D10 OS. Trzeciego dnia, 15 grudnia, zawitałem po raz pierwszy w mrocznej świątyni Bafometa

Pierwsze kroki w świątyni Bafometa

Do Zakopanego przyjechałem z jasnym celem: powtórzyć Bafometa D14+. Od pierwszego dnia próbowałem ogarnąć, którędy dokładnie idzie – jest tam taki las wpinek, że w labiryncie połączeń i kombinacji precyzyjna lokalizacja właściwej linii zajęła mi kilka dni. Kustosz rejonu zna mnie bardzo dobrze i doskonale wiedział, jaki jest mój plan. Jednak, aby spróbować swoich sił na tej drodze, musiałem się najpierw wykazać. Kustosz na każdą kolejną dniówkę wyznaczał mi harmonogram szychty. Padały kolejne stopnie wtajemniczenia. Boruta  D6+, Siódemka D7, Gomora D9, Sodoma D10… Potem Zodiac D11+ i wreszcie Mały Therion Armani D12. W końcu uznał, że jestem gotowy. Kolejne 5 dni wspinania to były próby na Bafciu. Droga padła podczas ostatniej sesji w starym (2017) roku.

Blair Witch – w grocie powstaje D15

Już pierwszego dnia usłyszałem o istnieniu enigmatycznego projektu o nazwie Blair Witch Project, z założenia trudniejszego od Bafometa. Linia nie była jeszcze do końca zdefiniowana, miała zbierać najtrudniejsze miejsca wszystkich istniejących dróg i kilka nowych, masywnych skoków pomiędzy. Z początkiem roku z autorami Bafometa określiliśmy dokładny jego przebieg i rozpocząłem próby.

Na „Blair Witch” (fot. arch. Filip Babicz)

Blair Witch startuje i kończy się razem z Bafometem, jednak środkowy fragment to prawie zupełnie niezależna linia. Różnicy w wycenie pomiędzy tymi drogami należy upatrywać w trudności pojedynczych przechwytów i ich ciągu. 3 ruchy na Blair Witch odstają zupełnie od tego, co do tej pory było tutaj robione, to zupełnie nowa jakość tutejszego drytoolingu. Blair Witch poprowadziłem 10 stycznia w wyjątkowej, prawie mistycznej atmosferze, przy milczącym, bardzo głębokim wsparciu Kustosza rejonu. Byliśmy tylko we dwójkę. Stanowiliśmy jedno ciało, była to nasza wspólna walka i nasze wspólne zwycięstwo. D15 padło!

Zaledwie kilkanaście sekund po prowadzeniu Marcin zadał mi pytanie: „I co dalej?”

Za ciosem… Pomysł na Oświecenie

Pomysł miałem już od samego początku. Z założenia miało to być „non plus ultra”, najdłuższa i możliwie najtrudniejsza linia pokonująca cały strop – biegnąca od końca jaskini aż po wyjście przez jeden z otworów. Podczas kolejnych wizyt, a było ich do tej pory 13, dopasowywałem elementy układanki do całości, którą dzisiaj znamy pod nazwą Oświecenie

Start na prawo od Boruty, przez takie dziury [Chaos], trawers w Borutę, wejście w Zodiaca, zejście do Blair Witch, Blair Witch do czerwonej kreski [miejsce ostatniego rozejścia Blair Witch i Bafometa], Bafomet bez wchodzenia do dziury, […], wejście w projekt Michała i wyjście do okna [dzisiejsza Nirvana].

Już wtedy przeczuwałem, że trudności mogą sięgnąć stopnia 16, o czym z radością wspomniałem Marcinowi.

„Oświecenie” (fot. Krzysztof Babicz)

Krok po kroku

Zdawałem sobie sprawę, że przy pomyślnych wiatrach mogę zdążyć jeszcze przed powrotem do Włoch. 3 dni później rozpocząłem pracę nad projektem. Nie było łatwo. Każdy z trzech, nieznanych mi do tej pory odcinków, okazał się trudniejszy niż początkowo przypuszczałem. Muszę dodać, że ze względu na moje podejście do wspinania i motywację, jaką kieruję się robiąc własne projekty, nie kuję chwytów. Prace zacząłem od końca, czyli od lasu…

Wyjście do okna [Nirvana, wyceniona na M11] okazało się technicznym wspinaniem po małych, delikatnych chwytach i słabych stopniach, a sama końcówka to bardzo finezyjny boulder, który patentowałem około 5 godzin, zanim odkryłem właściwą sekwencję. Z kolei projekt Michała to łącznik pomiędzy istniejącymi już drogami w dolnej części jaskini a ścianą prowadzącą do otworów. To jedyna możliwość połączenia istniejących dróg z wyjściem na zewnątrz, bez wchodzenia w wygodne „no handy” na półkach.

Tu okazało się, że z restu, który znajduje się przed wyjściowym boulderem na Blair Witch i Bafomecie, trzeba będzie wyjść na tyle świeżym, by pociągnąć aż 15 ruchów bez odpoczynku. Na dokładkę, sam początek [Chaos D10+], który miał być tylko formalnością – aby ruszyć „w najgłębszym punkcie groty” – okazał się bardzo technicznym, ekwilibrystycznym wspinaniem z bardzo siłowym wysięgiem już na 3. wpince! Jak się później okazało, faktycznie nie jest to bynajmniej formalność, to właśnie tutaj wysypałem się na chwilę przed ostatecznym prowadzeniem!

W dniach 13-19 stycznia, podczas prac, miałem tylko jeden dzień restowy i dodatkowo bardzo duże problemy ze znalezieniem partnera. Często chodziłem sam i patentowałem z autoasekuracją. Raz samotną szychtę skończyłem o 2:30 nad ranem… Na Oświecenie składają się aż 62 metry wspinania, 100 chwytów i około 150 przechwytów – prawdziwy maraton!

Filip Babicz na „Oświeceniu” (fot. Krzysztof Babicz)

W końcu, 19 stycznia, skompletowałem ruchy! Miałem o czym myśleć przed zaśnięciem. Powtarzać, liczyć, kalkulować. Byłem skrajnie wyczerpany, ostatniego dnia ciągnęło mnie na wymioty ze zmęczenia. Obiłem sobie też nogi i łokcie, odpadając dwukrotnie, podczas rozgrzewki, na kamienie. Raz na lewą, raz na prawą stronę. Brak koordynacji był bardzo niebezpieczny przy używaniu nagich ostrzy czekanów. Musiałem odpocząć, zresztą w takim stanie o jakimkolwiek prowadzeniu nie mogło być mowy… A czas płynął. Wiedziałem, że muszę postawić wszystko na jedną kartę. Musiałem dobrze odpocząć i po prostu zrobić to. Nie było alternatywy, wiedziałem, że nie będzie drugiej szansy w ciągu najbliższych miesięcy, liczył się też zacyk wszystkich ruchów, osiągnięty przez półtoramiesięczny pobyt tutaj.

Filip na „Oświeceniu” (fot. Krzysztof Babicz)

Ten dzień – 1 godzina i 8 minut na Oświeceniu

23 stycznia znów ruszyłem do jaskini, tym razem z Tatą. Czułem się dobrze. Rozwiesiłem 63 ekspresy, rozgrzałem się. W końcu przyszedł też Grzesiu [Bargiel – przyp. red.], na którego bardzo liczyłem. Był moją ostatnią szansą, kimś niezbędnym do prowadzenia, fundamentalnym ogniwem. Tata miał za zadanie filmować przejście i przenosić reflektor oświetlający mrok. Ktoś musiał mnie jeszcze asekurować. Po falstarcie, kiedy odpadłem na pierwszym baldzie, odpocząłem chwilę, spuściłem trochę napięcia. Przerażała mnie świadomość ilości wspinania, ruchów, które były przede mną…

Skoncentrowałem się na paru najbliższych metrach i ruszyłem. Zdawałem sobie sprawę, że teraz albo nigdy. To był mój dzień i moja szansa. Blair Witch przeszedłem pewnie, choć na jednym z kluczowych strzałów nie trafiłem do chwytu za pierwszym razem i ratowałem się rozpaczliwym dorzuceniem drugiej ręki do zahaczonej dziaby. Po reście w podchwycie na White Pride zrobiłem końcowy bald Bafometa, wszedłem w projekt Michała i… zaczęły się schody.

Walka… (fot. Krzysztof Babicz)

Zaczęły drętwieć mi ręce, odcinało mnie zupełnie, nie poznawałem reakcji swojego organizmu, który przecież dobrze znam, szczególnie na tak lubianych przeze mnie niekończących się maratonach po dobrych chwytach… a tu za chwyty miałem dziaby! Mimo to nie potrafiłem zrobić paru ruchów w ciągu bez walki na granicy odpadnięcia. W końcu jakimś cudem, na totalnym odlocie, wyszedłem z dachu i dotrwałem do płytki na początku Nirvany. Przed prowadzeniem myślałem, że jak już tutaj dojdę, to w mniejszym przewieszeniu wrócę do siebie. Jednak zmęczenie było zbyt duże. Ciąg dalszy walki – o każdy metr, każdy chwyt.

Nie obyło się też bez niespodzianek. Jakieś 12 metrów od końca drogi jest takie miejsce, gdzie z podchwytu najpierw sięga się do pomocy, potem wstawia wyżej lewą nogę i przestrzeliwuje do dobrej dziury. Jednak podczas prowadzenia ten właśnie podchwyt zaczął mi się kruszyć pod dziabą. Jest duży, więc coś by z niego zostało na następną próbę, ale ja nie mogłem sobie pozwolić na następną próbę! Nie mogłem odpaść! I dlatego świadomie zrobiłem coś, co normalnie uznałbym za wielki błąd: na prowadzeniu zmieniłem patent i zamiast z podchwytu sięgnąłem do dziury drugą ręką, trzymając się pomocy. Uff, udało się… Kilka metrów wyżej czekała już dość wygodna wnęka. To jedyny „no hand” na drodze. Spędziłem tam 11 minut.

Ostatnie metry drogi (fot. Krzysztof Babicz)

Do końca zostało jeszcze 8 delikatnych ruchów po małych, wyjeżdżających chwytach, odciągach  „na wiarę”, połączonych z wysokimi wyjściami na nogach. Kto wspina się na dziabach, ten wie, co to oznacza. Mimo wszystko, ruszając z wnęki wiedziałem, że będzie dobrze! W pełnym skupieniu dotarłem do ostatniego skalnego chwytu, potem jeszcze 3 metry po korzeniach i po godzinie i ośmiu minutach walki padłem na śnieg.

I po robocie… (fot. Krzysztof Babicz)

Zrobiłem to!!!! Od najciemniejszego, najgłębszego punktu jaskini aż po Światło. Oświecenie stało się faktem!

Filip Babicz

* O wycenę D16 pokusił się jedynie Kanadyjczyk Gordon McArthur dla 80-metrowej drogi Storm Giant, a  pokonał ją z użyciem techniki czwórek i dziewiątek.




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum