15 grudnia 2017 18:40

Jesteśmy jak świeca, a góry to nie tylko kamienie i lód – rozmawiamy z Peterem Habelerem

15. Krakowski Festiwal Górski – przede mną siedzi wyprostowany, energiczny, uśmiechnięty 75-latek. To człowiek, który w 1978 roku jako pierwszy zdobył Mount Everest bez dodatkowego tlenu. Wspólnie z Reinholdem Messnerem zapoczątkował erę przejść alpejskich w najwyższych górach świata. Po dziś dzień pozostaje aktywny, czego najlepszym dowodem może być jego niedawne przejście drogi Heckmaira na północnej ścianie Eigeru. Peter Habeler mówi, że zawsze miał szczęście, i z szerokim uśmiechem stuka palcami w stolik. Opowiada ze spokojem o swoim życiu – wspinaniu, górach i ludziach, których w nich spotkał.

Peter Habeler (fot. Adam Kokot / KFG)

Michał Gurgul: Myślę, że wszyscy znamy historię Twoich podbojów. Chciałbym w naszej rozmowie przypomnieć niektóre z tych wydarzeń, ale przede wszystkim dowiedzieć, jaki jest Twój przepis na sukces. W jaki sposób do dziś udało Ci się zachować tak świetne zdrowie i kondycję fizyczną. Zacznijmy od Twojego ostatniego wyczynu. Jak podobało Ci się po raz drugi na drodze Heckmaira?

Peter Habeler: Ściana była bardzo mocno oblodzona i w niektórych fragmentach nie było łatwo. Ale po raz kolejny w swoim życiu miałem okazję wspinać się z młodym, genialnym alpinistą (z Davidem Lamą – przyp. red.). I ufałem mu. A to jest bardzo ważne. Jeśli możesz zaufać człowiekowi, z którym się wspinacz, czujesz się pewnie i sam wspinasz się dużo lepiej.

Bardzo lubię Davida. Nie wiem, czy wiesz, ale on zaczął wspinać się właśnie ze mną. Miał wtedy 5 lat! To ciekawe z socjologicznego punktu widzenia. Gdy był małym chłopcem, ja dbałem o niego, a teraz sytuacja się odwróciła – on zabiera mnie na Eiger, aby uczcić moje 75. urodziny. I to on opiekuje się mną. David jest bardzo spokojny i dzięki temu czułem się pewnie. I to co zawsze podkreślam i co uważam za podstawowę – prostota. Miał 3 śruby lodowe, kilka friendów, kości – nic skomplikowanego – tylko najbardziej potrzebny sprzęt. No i oczywiście wspina się jak bóg (śmiech). To było bardzo miłe doświadczenie.

Na pierwszym planie Peter Habeler, koło niego David Lama (fot. Bergwelten)

Masz jakieś dalsze górskie plany?

Teraz cieszę się na zimę. Niedługo warunki śniegowe będą idealne do uprawiania skituringu, więc pewnie tak spędzę większość czasu. Zawsze dużą przyjemność sprawiało mi też prowadzenie ludzi w góry, uczenie ich jak poruszać się w tym środowisku, jak odbierać naturę. Nadal, szczególnie zimą na nartach, zabieram czasem ze sobą znajomych lub osoby, które lubię i które lubią góry. I mam z tego olbrzymią frajdę! A w przyszłym roku, no cóż, pewnie znowu wspinanie (śmiech). Mieszkam w Zillertalu – mam wszystko pod ręką.

I potrafisz to wykorzystać. Pozwolę sobie dodać też, że nadal, bo skituring, jazda na nartach, a przede wszystkim wspinaczka alpejska, uprawiane na takim poziomie, to nie są oczywiste formy spędzania czasu dla większości osób w Twoim wieku, nawet innych sportowców czy alpinistów. Jak Ty to robisz?

Powiem Ci, czego nie robię. Nie gimnastykuje się wystarczająco dużo. Powinienem codziennie robić proste ćwiczenia, może trochę więcej się rozciągać, a to jest trudne, gdy stajesz się starszy. Staram się też robić trochę ćwiczeń z ciężarkami lub gumami. Teraz już nie biegam, ale chodzę bardzo szybko. Cały czas staram się zbliżać do granic swoich możliwości. Mieszkam w górach, więc naturalnie dużo się ruszam – z domu wychodzę prosto na górski szlak. Ale równocześnie myślę, że ważne jest to, aby czasem nie robić nic. Zupełnie nic. I może to jest mój sekret, może właśnie dlatego siedzę tu jeszcze z Tobą, w wieku 75 lat.

Żyłem bardzo intensywnie, to prawda. Ale nie cały czas. Często odpuszczałem. Czasem po prostu zostawałem w domu na kanapie… no może nie dosłownie, ale wiesz, o co chodzi. Dzięki temu rodziła się we mnie nowa energia. To tak jak ze świecą: jeśli nigdy nie będziesz gasił płomienia, wypali się szybko. Lepiej jest ją czasem przygasić – w ten sposób wystarczy na dłużej. Tak właśnie zachowałem formę. Jeśli trenujesz bez przerwy, na pewno w moim wieku nie będziesz w tak dobrej formie jak ja teraz. Jest wielu silnych wspinaczy, którzy kończą w wieku 35 lub 45 lat. A ja ciągle się wspinam. Mam 75 lat i wiszę sobie na Eigerze!

Czy pomaga Ci w tym jakaś specjalna dieta?

Od kiedy miałem 16 lat jem ciągle ten sam chleb. Od tego czasu do teraz ważę dokładnie tyle samo – 60 kg. Czasem jem dużo, czasem nie jem w ogóle, nie zastanawiam się nad tym. Ale jem prosto.

Nigdy też nie byłeś kolekcjonerem szczytów (np. ośmiotysięcznych), ale w swoim czasie słynąłeś z szybkich przejść alpejskich ścian – to musi wymagać skupienia i ogromnej ilości treningu.

To rzeczywiście była duża część mojego wspinania. Miałem zawsze szczęście wspinać się ze świetnymi alpinistami. Z Dougiem Scottem czy Reinholdem Messnerem – oni byli piekielnie szybcy. Lubiłem się tak wspinać – szybko i elegancko. Nadal lubię. Oczywiście ważne jest dobre przygotowanie, na które trzeba zapracować. Jestem niski, moje nogi zawsze były silne, tak jak i moje płuca. Musiałem być szybki. Ale nie dlatego, żeby bić rekordy prędkości. To działo się przy okazji. Jeśli jesteś w stanie przejść Eiger w ciągu jednego dnia to znaczy, że nie musisz ciągnąć ze sobą ciężkich worów, zakładać biwaku. Spędzasz w ścianie mniej czasu, więc mniej jest obiektywnych zagrożeń, takich jak np. zmiana pogody. To też prostsze rozwiązanie, a ja nie lubię skomplikowanych rzeczy. Staram się być prostym człowiekiem. Porozumiewać się w prosty sposób z moimi partnerami. Żyć prosto, jeść prosto. I bez tego życie jest dość skomplikowane – nie komplikujmy go bardziej.

Jak oceniasz dzisiejsze bicie rekordów w górach?

Widzieliśmy niestety wielu ludzi, którzy zginęli w górach. Stosunkowo niedawno spotkało to Ueli Stecka. Wydaje mi się, że niektórzy z nich nie boją się śmierci. Bo jeśli ktoś nieustanie balansuje na tej granicy ryzyka lub nawet ją przekracza – wspinając się szybko i bez asekuracji – to wcześniej czy później pojawi się problem.

Czyli uważasz, że to granica, której nie powinno się przekraczać? Przynajmniej nie cały czas?

Trochę tak. Weźmy na przykład Adama Ondrę. Fantastyczny wspinacz, spotkałem go niedawno w Pradze. Powiedział mi, że nie lubi wspinać się bez asekuracji. Bo są tysiące rzeczy, które mogą pójść nie tak. Widzisz, nawet on uważa, że to jest bardzo, bardzo niebezpieczne. Walter Bonatti wiele swoich przejść zrobił solo, ja również często wspinałem się sam. W Austrii, we Włoszech, w Himalajach.  Bo to bardzo przyjemne. Ale zawsze starałem się znaleźć sposób, aby asekurować się w trudnych fragmentach. Może nie zawsze ta asekuracja by zadziałała – nie wiem. Ale nigdy nie ryzykowałem bardziej niż było to konieczne.

Peter Habeler i Reinhold-Messner pod Gasherbrumami w 1975 r. (fot. himalaya-club.sk)

A jednak ambicje często skłaniają ludzi do przekraczania tych granic.

Może Cię to zdziwi, ale nigdy nie byłem zbyt ambitnym wspinaczem. Nigdy nie walczyłem. A często widzisz takich ludzi, którzy walczą z górą. Dla mnie to jest głupota.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że wyjście w góry to nie jest wyjście na wojnę…

To bardzo ważne! Czasami ludzie atakują górę, tak jakby szli na wojnę. Może to trochę dziwnie zabrzmi, ale wierzę, że jeśli ja lubię góry, to one mnie też. Gdybym je atakował, byłoby zupełnie odwrotnie. Nie wolno tego robić, bo góra jest Twoim przyjacielem. Jeśli pozwoli Ci wejść na szczyt – wchodzisz, jeśli nie – wracasz do domu. Dlatego nie mam żadnych odmrożeń ani ran. Nie jestem już przecież najmłodszy, a nadal czuję się świetnie!

Czyli nie postrzegasz niezdobycia szczytu jako porażki?

Nie. Porażką w górach byłaby śmierć. Ale oczywiście jest wiele rzeczy, na które nie mamy wpływu. Dlatego też szczęście jest niezmiernie ważne. I muszę powiedzieć, że przez te wszystkie lata szczęście zawsze było po mojej stronie. Nigdy też nie dałem się ponieść fali sukcesów. Zawsze twardo stąpałem po ziemi. Niezależnie od tego, czy wracałem ze szczytem w kieszeni, czy bez – zawsze cieszyłem się po prostu z tego, że wracam cały.

Czuję, że Twoja relacja z górami ma duże znaczenie.

Dorastałem od dziecka w górach i mam taką przewagę, że dobrze je rozumiem. Miałem też duże szczęście do ludzi, którzy uczyli mnie podejścia do gór i do życia. Góry nie są dla mnie czymś martwym. Nie są kawałkiem skały i lodu. To trochę dziwne, ale zawsze potrafiłem wyczuć, czy danego dnia są nastawione przyjaźnie. Myślę, że dzisiaj wiele osób boi się gór. Ja nie boję się życia i nie boję się gór – po prostu je lubię!

Powiedziałeś kiedyś, że góry to lustro. Co się w nim obija?

Ty sam, to kim jesteś, jak reagujesz na różne sytuacje. Tak to właśnie odbieram. Oczywiście boję się czasem podczas wspinaczki. Ale odsuwam ten strach, żeby czerpać przyjemność. Wspinając się odbierasz niesamowitą ilość bodźców. Ale to nie jest gra. Czasem balansujesz pomiędzy życiem, a śmiercią. Jeśli masz doświadczenie, ta sytuacja może wydobyć z Ciebie najlepsze cechy. Musisz tylko w siebie wierzyć. Jeśli się czujesz słabo, nie idź w góry.

Co w takim razie robisz, gdy czujesz się słabo?

Idę w góry (śmiech). Ale nie wspinam się. Siadam na kamieniu i nie robię kompletnie nic. Natura przychodzi do mnie i wpływa na mnie kojąco. Wiem, że czasem brzmię trochę jak wariat, ale tak właśnie czuję. Natura pomaga się nam wyciszyć. Żyjemy w bardzo głośnym i szybkim świecie. Media zalewają nas ze wszystkich stron. To chyba plaga dzisiejszych czasów. Oczywiście nie można się na to obrażać – mam telefon, komputer, i też w tym uczestniczę. Ale tym bardziej doceniam ucieczki – wycieczki do cichego, niezmąconego świata natury. Warto czasem posiedzieć na kamieniu i podumać o niczym.

To może być recepta dla wielu ludzi.

Może to nie recepta dla wszystkich, ale u mnie się sprawdziła. Miałem fantastyczne życie – nie sądzę, żebym cokolwiek chciał w nim zmienił. I zobacz, ciągle żyję!

Peter Habeler (fot. woerthersee.ws)

Nieustannie napawasz mnie optymizmem. Wróćmy jeszcze na chwilę do Twoich planów. Wydaje mi się, że w przyszłym roku wybierasz się na jakąś dalszą eskapadę?

Tak, w przyszłym roku będzie 30. rocznica wejścia na Everest bez tlenu. Wszyscy alpiniści z tamtego okresu, którzy jeszcze żyją, spotkają się w Nepalu, aby uczcić to wydarzenie. Zrobimy sobie trekking do bazy. No i może zerkniemy trochę w górę – zobaczyć, jak się tam dzisiaj sprawy mają.

Wiem, że nie była to najtrudniejsza z Twoich wspinaczek – na myśl przychodzi chociażby Kanczendzonga, ale jednak to pierwsze wejście bez tlenu z butli na najwyższy szczyt Ziemi to chyba najgłośniejsze z Twoich dokonań?

Everest był oczywiście największym osiągnięciem w mojej górskiej karierze, chociaż nie chciałbym nazywać w ten sposób mojej przygody z górami. Byliśmy wtedy w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Wtedy, w 1978 roku, ktoś musiał to zrobić. Jeśli nie my, to pewnie któryś z polskich, czeskich lub włoskich alpinistów (śmiech). Nie rozpiera mnie duma –  po prostu się cieszę z tego, jak wyglądało do tej pory moje życie. Nie patrzę wstecz – przede wszystkim dalej szukam nowych wyzwań, wyznaczam sobie zadania.

Powitanie na lotnisku w Monachium po powrocie z Everestu, 22.05.1978

To miło, że wymieniłeś polskich alpinistów.

Oczywiście! Polaków spotykałem w górach niejednokrotnie. Pod K2 czy Nanga Parbat spotykałem polskie wyprawy. M.in. Wandę Rutkiewicz, którą bardzo dobrze wspominam. Poznałem wielu doskonałych polskich alpinistów i nasze relacje zawsze były świetne. Nawet muszę powiedzieć, że lepsze niż z innymi. Polacy, których poznałem w Himalajach, zawsze wiedzieli co robią. Wojtek, Krzysztof Wielicki, Wanda – doskonale znali topografię, sprawy związane z aklimatyzacją, zdrowiem, pogodą, strategią.

Skoro zahaczyliśmy o ten temat: co sądzisz o naszej zimowej wyprawy na K2?

Na pewno będzie bardzo ciężko. Polacy zdobyli pierwszy ośmiotysięcznik zimą i później wielokrotnie prowadzili swoje wyprawy właśnie zimą. Są twardzi, silni i dobrze przygotowani. Mają również olbrzymie doświadczenie. Dobry sprzęt. Ale dobry sprzęt mieliśmy już w latach 70. Był puch, była bielizna z wełny z angory i plastikowe buty (mam nadal swoje buty z ekspedycji na Everest z 1978 r.), które były tak samo lekkie jak te dzisiejsze. Mieliśmy też fantastyczne ochraniacze ze skóry fok. Dzięki temu nie mieliśmy żadnych odmrożeń. Ale wracając do Twojego pytania, K2 jest trudną górą. A zimą wiatry oraz temperatury w okolicach szczytu, a nawet dużo poniżej, potrafią być zabójcze. Dlatego niezależnie od czasów – w jakich żyjemy i całego sprzętu – jaki jest do dyspozycji, to nadal bardzo duże wyzwanie. Życzę im dużo szczęścia i mam nadzieję, że dadzą radę. To byli i są profesjonaliści. Jedyne czego potrzebują to szczęście. Trzymam kciuki!

Ty chyba nigdy nie lubiłeś dużych wypraw?

Nie mogę powiedzieć, że nie lubię dużych wypraw. Od tego przecież wszystko się zaczęło. I oczywiście są sytuacje, w których duża drużyna daje przewagę. Ale dla mnie – nie wiem, może to głupie – ale jeśli z tej dużej grupy weźmiesz dwóch najlepszych alpinistów, to oni sami będą bardziej bezpieczni. Tak jak ja z Messnerem – mogliśmy liczyć tylko na siebie. Duży zespół stwarza iluzję bezpieczeństwa. W grupie czujesz się raźniej i to jest błąd. Jeśli jesteś sam, boisz się, jesteś czujny, odczuwasz zagrożenia jeden do jednego. Dla mnie zawsze te różne przeczucia były bardzo ważne i wolałem się wspinać z jednym partnerem, któremu ufałem, i który miał podobne podejście do gór. Duży zespół zawsze stwarza też więcej problemów. 10 osób może nie będzie miało 10 różnych zdań, ale 5 na pewno. Małe wyprawy są też tańsze i mniej skomplikowane – znowu prostota! Dla mnie nie ma nic lepszego niż mały zespół.

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę, która sama w sobie była fascynującą i inspirującą podróżą. 

***

Sylwetkę Petera Habelera przybliżył kilka lat temu na łamach wspinanie.pl śp. Janusz Kurczab.




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum