O Mistrzostwach w Toruniu, wspinaniu i życiu w Izraelu – rozmawiamy z Agatą Wiśniewską

Pretekstem do rozmowy z Agatą Wiśniewską (KW Toruń, DMM, Five Ten, Camper, Gatowalls) był wywalczony niedawno tytuł mistrzyni Polski w prowadzeniu, drugi z rzędu. Agatę rzadko można oglądać na zawodach, od 3 lat mieszka poza Polską (na swoje miejsce wybrała Jerozolimę) i, jak mówi, ma już trochę inne wspinaczkowe priorytety. Świetnie czuje się w skałach, sporo jeździ po różnych europejskich rejonach, ma też swoje trudne projekty w samym Izraelu. 

Agata Wiśniewska (fot. Aleksandra Januszewska)

***

Dorota Dubicka: W niedzielę obroniłaś w Toruniu tytuł mistrzyni Polski w prowadzeniu. Duże gratulacje. Narzuca się jednak refleksja, smutna niestety –niska frekwencja, na jaką przecież zawody tej rangi nie zasługują. Jak sądzisz, dlaczego do Torunia znów przyjechało tak mało wspinaczy? Znów, bo w ubiegłym roku było podobnie…

Dziękuję za gratulacje. Ani tegoroczna, ani ubiegłoroczna frekwencja na Mistrzostwach Polski w Toruniu nie różniły się od frekwencji na innych zawodach mistrzowskich w prowadzeniu rozgrywanych w ostatnich kilkunastu latach. Podobną frekwencję pamiętam już w moich pierwszych zawodach seniorskich w 2003 roku. Moja pamięć nie jest aż tak dobra :), więc upewniły mnie tabele wyników zebrane na stronie internetowej PZA. Z ciekawości sprawdziłam też frekwencję na tegorocznych Mistrzostwach Wielkiej Brytanii w prowadzeniu, które odbyły się również w październiku: 15 kobiet i 25 mężczyzn. Biorąc pod uwagę, że liczba ludności Wielkiej Brytanii jest sporo ponad połowę wyższa niż liczba ludności w Polsce, to i tak wypadamy lepiej :).

Czyli nie jest tak źle…;) Niemniej start w tak niewielkiej grupie (startowało 10 dziewczyn) to chyba nie do końca komfortowa sytuacja także dla samych zawodników, którzy woleliby mieć – mimo wszystko – większą konkurencję w walce o medale?

Wyższa frekwencja nie musi wcale oznaczać większej konkurencji w walce o medale. Wiele zawodów towarzyskich przyciąga nawet trzycyfrowe liczby startujących, ale nie oznacza to, że poziom sportowy tych zawodów jest wysoki. Osobiście wolę zawody w „kameralnym” gronie. Startowanie wśród samych znajomych, niezależnie od tego, jak silną stanowią konkurencję, jest dużo mniej stresujące i po prostu przyjemniejsze.

Agata na Mistrzostwach Polski, Toruń 2017 (fot. Aleksandra Januszewska)

A może zawodnikom nie bardzo zależy, nie chce się po prostu? 

Zarówno w tym, jak i ubiegłym roku, w stawce męskiej Mistrzostw Polski w prowadzeniu zabrakło kilku bardzo dobrych wspinaczy z krakowskiej Korony, którzy reprezentują Polskę na zawodach międzynarodowych w tej konkurencji. Warto by było ich spytać o powód nieobecności.

Ja na zawodach pojawiam się od kilku lat bardzo rzadko. Nie mieszkam na stałe w Polsce i mam już trochę inne wspinaczkowe priorytety. Myślę, że w podobnej sytuacji jest wielu zawodników mojego pokolenia: wspinanie nie jest naszym zawodem, lecz pasją, pracujemy w pełnym wymiarze godzin i wolny czas wolimy spędzić wspinając się w naturze niż na panelu wspinaczkowym. Zwraca uwagę jednak znaczny wzrost popularności zawodów w boulderingu oraz wszystkich zawodów wspinaczkowych dla dzieci. Podczas gdy frekwencje na Pucharze Świata w boulderingu w Monachium czy na Pucharze Młodzików i Dzieci na warszawskim Murallu biją kolejne rekordy, frekwencja na seniorskim Pucharach Świata w prowadzeniu w 2017 roku prezentuje się bardzo podobnie do tej z lat 90.

Organizacja, sama ściana, zaplecze – jak oceniasz Mistrzostwa (te i ubiegłoroczne) rozgrywane na toruńskim obiekcie?

Obie imprezy wypadły bardzo dobrze, ale jestem osobą raczej stroniącą od jakiekolwiek krytyki w ocenie działań społecznych. Przy okazji każdych zawodów staram się doceniać często ogromny wkład pracy koleżanek i kolegów z danego środowiska. Myślę, że najbardziej oczekiwaną różnicą „na plus”, na jaką każdy organizator zawodów wspinaczkowych liczy planując kolejną imprezę, jest większe wsparcie sponsorskie. Uważam, że finały w prowadzeniu są najbardziej widowiskową rundą wśród wszystkich 3 wspinaczkowych konkurencji i wiem, że moje zdanie podziela bardzo liczna grupa osób niewspinających się.

Widownia za finałach seniorskich dopisała. Mamy w Toruniu bardzo dobre zaplecze do rozgrywania zawodów wysokiej rangi i aktywnie działający Klub Wysokogórski. Sama hala widowiskowo-sportowa jest imponującym obiektem, a tuż przy niej znajduje się Centrum Wspinaczkowe GATO, które stanowi świetną strefę rozgrzewkową. Podczas certyfikacji ściany do wspinania na czas IFSC zaproponowało rozegranie tu Mistrzostw Europy Seniorów we wszystkich trzech konkurencjach.

Na Mistrzostwach Polski, Toruń 2017 (fot. Aleksandra Januszewska)

Powiedz proszę kilka słów o drodze finałowej, trudnościach, charakterze.

Bardzo ładna droga :), jak zresztą wszystkie drogi, które w przeciągu kilku lat powstały na tej ścianie pod okiem i wkrętarką Marcina Wszołka. W moim odczuciu Marcin zazwyczaj łączy w miarę równomiernie intensywne wspinanie, wymuszające użycie wielu technik wspinaczkowych i różnorodnych ustawień, z dwoma, trzema trochę nieco bardziej boulderowymi miejscami. Czasem jest też niespodzianka :). Być może jedną z niespodzianek na finałowej „fioletowej” drodze damskiej był bardzo mały chwyt na wkręty, jako jedyny w kolorze żółtym, przykręcony na strukturze zaczynającej końcowy pionowy filarek. Okazało się, że już same przytrzymanie tego chwytu dawało zwycięstwo.

W poniedziałek po zawodach dowiedziałam się, że po eliminacjach, w których obie drogi damskie (chyba 7b+ i 7c) ukończyła Ida Kupś i ja, routesetterzy postanowili zmienić kilka chwytów na drodze finałowej, w tym zastąpić tym małym żółtym szpaksem fioletową klameczkę. Zobaczyłam ten fioletowy chwyt, gdy w poniedziałek dokręcałam łatwiejsze drogi na ścianie z zawodów i rozumiem obawy, o których słyszałam, że gdyby nie ta „żółta niespodzianka”, droga finałowa mogła by mieć 3 topy. O trudność drogi trzeba by spytać Marcina. Podczas zawodów nikt jej nie ukończył. Obstawiam, że jest to 7c+, może 8a?  Żółty szpaks był naprawdę bardzo mały, a wyjście z niego niełatwe.

Cieszę się, że znów pojawiłaś się na rodzimych zawodach, bo od dłuższego czasu jakby mniej Ciebie na polskim podwórku. Gdzie się najczęściej wspinasz, jakie drogi prowadzisz?

Kilka lat temu, kiedy przez ponad rok nie mogłam wyjść z kontuzji barku, przestałam regularnie startować w zawodach. Nowy, widowiskowy i mocno dynamiczny styl układania dróg i boulderów nie sprzyjał rehabilitacji. Od blisko 3 lat mieszkam w Jerozolimie i mam zdecydowanie bliżej do skał niż wtedy, gdy mieszkałam w Polsce. Największy rejon w Izraelu – Ein Fara – znajduje się pół godziny jazdy od mojego domu. Jest też kilka innych rejonów w odległości do 3 godzin jazdy, ale na wspinanie w Izraelu jest za ciepło między czerwcem a październikiem. Wtedy staram się odwiedzać inne kraje.

Zeszłą wiosną odwiedziłam po raz pierwszy rejon Saint Léger we Francji, a latem 2 tygodnie spędziłam w okolicach Briançon. Tego lata wybrałam się do Baile Herculane w Rumuni. Odwiedziłam też na kilka dni bliską Izraelowi Kretę, a na zawody w Toruniu przyleciałam niemal prosto z kilkudniowej wizyty z Cidtibi w Turcji.

Agata w tureckim rejonie Citdibi (fot. Sami Aziz)

W skale czuję się od kilku lat bardzo pewnie – coraz więcej dróg o trudnościach 7c-8a pokonuję w pierwszych próbach, a 8a+ i 8b nie zajmują mi wiele czasu. Na początku zeszłego roku poprowadziłam w Izraelu bardzo wymagające 8b może 8b+ i zaczęłam próby na bardzo ładnej linii o trudnościach 8c. Myślę, że tej zimy uda mi się ją poprowadzić.

Jerozolima, Ein Fara, sektor Jeramia:

Wpinanie w Izraelu jakościowo przypomina popularne rejony w Europie?

Rejon Ein Fara pod Jerozolimą przypomina trochę wspinanie w Siuranie – jest techniczne i w większości po małych chwytach w niewielkim przewieszeniu. Rejony na północy Izraela są bardziej przewieszone i mają więcej naciekowych formacji: Nezer Cave to taka dużo mniejsza wersja jaskini Luknja w Ospie lub włoskiej Sperlongi, a rejon Gita i kilka innych tzw. secret spotów to 15-30 metrowe drogi w pomarańczowej skale w zazwyczaj średnich przewieszaniach, podobne np. do tych w El Chorro.  Wszystko to rejony wapienne.

W najbardziej pustynnej, południowej części Izraela znajduje się niewielki, ale bardzo urokliwy, piaskowcowy rejon o nazwie Timna, ale niestety wspinanie tam, jak na większości skał w Izraelu, jest obecnie zabronione.

Jesteś już stałą mieszkanką Jerozolimy. Jak ci się tam żyje, czym się zajmujesz na co dzień?

Do Izraela przeprowadziłam się latem 2015 roku. Namówiłam wtedy mojego partnera, Amita (który jest Izraelczykiem), do otwarcia boulderowni w centrum Jerozolimy. Ścianka okazała się strzałem w dziesiątkę – wybudowało ją Gatowalls, nazywa się The Bloc.

Oprócz tego, że mam na co dzień więcej słońca i bliżej do skał, to moje życie niespecjalnie się zmieniło –  nadal zajmuję się sprzedażą i projektowaniem ścian wspinaczkowych i parków linowych dla Gatowalls. Pracy mamy bardzo dużo, ale kiedy tylko mogę to biegnę na The Bloc na cotygodniowe układanie nowych dróg. Routesetting sprawia mi sporą przyjemność, pomaga mi lepiej zrozumieć coraz bardziej skomplikowane wspinaczkowe ruchy, mogę się też wiele dowiedzieć o własnych, silnych i mocnych, stronach we wspinaniu.

Routesetting – praca i przyjemność (fot. arch. A. Wiśniewska)

Co planujesz w najbliższym czasie?

Za tydzień wracam do Izraela, gdzie właśnie zaczynają się dobre warunki do wspinania. Mam rozpoczętych kilka projektów. Już nie mogę się doczekać. Zimą będę się więc wspinać głównie w Izraelu, ale planuję też wybrać się na dłuższy weekend znów do Cidtibi i do Jordanii na wielowyciągowe drogi sportowe w Wadi Rum. A ponieważ odkąd mieszkam w Jerozolimie, na panelu wspinam się prawie tylko na boulderach, to poważnie myślę o odwiedzeniu kolejnego lata Rocklands.

Dzięki za rozmowę i życzę dokończenia projektów!

Brunka




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum