2 października 2016 09:19

Pojubileuszowe fajerwerki – Beata Słama o XXI Festiwalu Górskim im. Andrzeja Zawady

W zeszłym roku odbyła się XX, jubileuszowa edycja lądeckich spotkań z filmami górskimi i ludźmi gór.  Wszyscy spodziewali się fajerwerków oraz niezwykłych atrakcji. Było miło, szczególnie zapadła mi w pamięć prelekcja Leo Houldinga, lecz organizatorzy niczym nas jubileuszowo nie zaskoczyli. Zupełnie jakby zbierali siły na edycję XXI. W tym roku zjechały gwiazdy (głównie hiszpańskie), a prelekcji, spotkań i warsztatów było mnóstwo. Plus dwa koncerty, zawody drwali i dyskoteka z Alexem Txikonem jako didżejem. Były też oczywiście filmy, lecz te jakby zginęły w natłoku wydarzeń.

Alex Txikon i wielbiciele (fot. Beata Słama)

Alex Txikon i wielbiciele (fot. Beata Słama)

***

Na początek (i na koniec) teatr

Wydarzeń było mnóstwo, ułożone jednak zostały prawie bezkolizyjnie i jeśli ktoś się zaparł, mógł zobaczyć naprawdę sporo. Ja jednak na wariant ekstremalny się nie zdecydowałam, bo przecież jeszcze ludzie, pogawędki, stare znajomości, nowe znajomości… Zdecydowałam się natomiast przyjechać już w czwartek, by obejrzeć przedstawienie jeleniogórskiego Teatru im. Norwida „Każdemu Everest” (autor: Radosław Paczocha). Sądziłam, że w czwartek – dzień, było nie było, roboczy – snuć się będą nie tyle niedobitki, ile nieliczne „przybitki”, a tu pełna kinowa sala, w namiocie też nie było pusto. Okazało się, że start w czwartek to bardzo dobry pomysł.

„Każdemu Everest” to sztuka dziwna i nierówna. Cytaty i zapożyczenia, połączone z doskonałymi tekstami Paczochy, tworzą z jednej strony obraz polskiego himalaizmu czasów wielkości, z drugiej mały traktat, w którym autor próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ludzie chodzą w góry, przy czym najbardziej znana odpowiedź świata („Bo są”) już na samym początku zostaje wykpiona. Autor krąży i meandruje wokół tematu, raz wpadając w groteskę, czasem w niepotrzebny wygłup, a czasem w patos, odpowiedzi nie znajduje, bo po prostu jej nie ma. Zadrażnia tylko i zmusza do myślenia.

Wiele jest odniesień do konkretnych sytuacji i historii – praca na kominach i partyjny prostacki aparatczyk, przemyt, szum wokół Kukuczki, ale też rozmowa z wdową i zupełnie niepasujący do konwencji skecz z jakiem w roli głównej, doskonale zresztą zagrany. Ulotna metafora przeplata się z dosłownością, a sceny urzekające pięknem z komediową szarżą. Niestety, obawiam się, że to przedstawienie nieuniwersalne i hermetyczne – osoby „spoza środowiska” niewiele z niego zrozumieją, bo zbyt dużo w nim kodów i środowiskowych aluzji.

Mocną stroną „Everestu” jest aktorstwo – dzięki niezwykle sprawnemu i wszechstronnemu zespołowi (Małgorzata Osiej-Gadzina, Bogusław Kudełek, Robert Mania, Bogusław Siwko i Sebastian Świerszcz) sztuka wciąga, śmieszy i cieszy. Autorem oszczędniej i funkcjonalnej scenografii (Anna Milewska powiedziała, że przypomina jej ona scenografię z Teatru Studio za czasów Szajny) jest Jan Kozikowski: na linie zwisa kamień, pod nim tak dobrze znany wyprawowy niebieski bęben, na nim bryła lodu, w tle coś na kształt ścianki wspinaczkowej. Rekwizyty: liny, magnezja, chorągiewki modlitewne, mikrofony, karabinki… A na koniec wyświetlone na ścianie nazwiska tych, którzy na zawsze zostali w Himalajach. I twarz Jerzego Kukuczki.

Drugim spektaklem był zamykający imprezę „Chiński Maharadża” według książki Wojciecha Kurtyki. To monodram, który wyreżyserowała Klaudyna Rozhin, Polka prowadząca w Spiskiej Nowej Wsi na Słowacji teatr Kontra. Aktorem jest Peter Cizmar.

Można by powiedzieć, że Wojciech Kurtyka ma w niej twarz Petera, lecz ten wszechstronny aktor nadał tekstowi nowy wymiar i osobisty rys, pokazał bowiem – inteligentnie, autoironicznie i z poczuciem humoru – człowiecze zmagania nie tylko z cyfrą, ale i z życiem. To sztuka skromna, prosta, blisko widza, lecz jednocześnie wielka. Warto zajrzeć na Słowację i ją zobaczyć.

Filmy

Ponieważ wciąż mam w pamięci zakopiańskie Spotkania z Filmem Górskim, trudno mi uniknąć porównań. Choć to imprezy o zupełnie różnym charakterze, tu i tu są filmy. W tym roku Zakopane zdeklasowało Lądek – pod Giewontem zaproponowano nam filmy interesujące, poważne, artystyczne, niektóre kontrowersyjne, w Lądku rządziła dokumentalna przeciętność, a film moim zdaniem najbardziej oryginalny i niezwykły (doceniony w Zakopanem) nie zyskał uznania jurorów i publiczności. To obraz Anki Damian „Czarodziejska góra”. Można go nazwać animowanym, lecz użyto w nim najrozmaitszych technik, a animacja, w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, była tylko jedną z nich.

To film historyczny, biograficzny, a jednocześnie poetycki i urzekający formą. Jego bohaterem jest Jacek Winkler, alpinista, w Paryżu malarz pokojowy, człowiek, który postanowił walczyć z komunistami w Afganistanie. Wraz z mudżahedinami, pod wodzą legendarnego Masuda, przemierzał dzikie afgańskie góry, dzielił z nimi niedolę, narażał życie, a gdy na dobre wrócił do Francji (w Afganistanie był dwukrotnie) stał się orędownikiem afgańskiej sprawy, organizując odczyty i wystawy. Zmarł w ukochanych Alpach.

Drugim niedocenionym (nie do końca: II miejsce w głosowaniu publiczności) filmem był „Mój czas” Jana Wierzejskiego, opowiadający o startującej w ultramaratonach górskich Magdzie Łączak.

Kadr z filmu "Mój czas" Jana Wierzejskiego

Kadr z filmu “Mój czas” Jana Wierzejskiego

Janek podążał za nią (niekiedy dosłownie) z kamerą, towarzyszył podczas treningów i startów, uważnie jej się przyglądał. Film ten nie wyróżnia się może na tle produkcji zagranicznych, kręconych „na bogato”, w których widać możliwości i pieniądze, jednak na filmowej górskiej scenie krajowej, na której wciąż dominują samoróbki, jest ewenementem. Choć scenariusz należałoby skonstruować nieco inaczej, ponieważ brakowało trochę dramaturgii i kulminacji, to film przemyślany, z doskonałymi zdjęciami. Jan Wierzejski dobrze wie, czego chce, jest twórcą świadomym, o doskonałym guście – z niecierpliwością czekam na kolejne jego filmy. Ten był jego pełnometrażowym dokumentalnym debiutem.

Jan Wierzejski (z prawej), obok Wioletta Godek - Lyo Food i Piotr Drożdż - “Góry” (fot. Beata Słama)

Jan Wierzejski (z prawej), obok Wioletta Godek – Lyo Food i Piotr Drożdż – “Góry” (fot. Beata Słama)

O nagrodzonych filmach przeczytać można na stronie Festiwalu, więc nie będę ich wymieniała i omawiała. Generalnie porządzili starzy wyjadacze, którzy nigdy nie zawodzą: Peter Mortimer, Nick Rosen, Alastair Lee. Nie dziwi też Nagroda Publiczności, bo wesoła ekipa z harmoszką i ukulele, pod wodzą Seana Villanuevy O’Driscolla, zawsze rozgrzewa serca i wprawia w podziw (film „Dodo’s Delight” – pokazywany był na ostatnim festiwalu w Krakowie).

Dziwi natomiast kategoria „film niegórski” na festiwalu filmów górskich (w której najlepszy był obraz Korona Warszawy – prawdziwa historia”, reż. Jan Mencwel i Szczepan Żurek), a także dziwne rozdrobnienie kategorii: najlepszy film wspinaczkowy, o górach wysokich, o ludziach gór, o biegach górskich, o jaskiniach, o sportach zimowych, o sportach ekstremalnych, film polski i krótkometrażowy. Wydawać by się mogło, że dobry film to dobry film, niezależnie od kategorii.

Pełne wyniki konkursu filmowego TUTAJ.

Książki

W tym roku odbyła się już trzecia edycja konkursu książkowego, powinno być więc coraz lepiej, a jest coraz gorzej. Do chwili ogłoszenia zwycięzców nie wiadomo było, jakie będą w tym roku kategorie, a każdego roku są jakby inne. Do nagród nominowane są książki, które nadsyłają wydawcy. Sugerowano mi, że dokonywana jest jakaś ich selekcja, lecz trudno w to uwierzyć, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie dopuściłby do jakiejkolwiek kompetycji „Trawersu” Remigiusza Mroza, chyba że na najgorszą książkę roku. A przecież już sama nominacja jest nobilitacją, listę książek nominowanych (a potem short listę) powinno tworzyć specjalnie powołane do tego grono, penetrować rynek wydawniczy, szukać, proponować, a przede wszystkim czytać, odniosłam bowiem wrażenie, że niektórzy jurorzy nie mieli pojęcia, o czym są nominowane i nagrodzone pozycje.

Tak jak i w zeszłym roku w gronie nominowanych książek znalazły się wznowienia (w tym książka Martyny Wojciechowskiej, która to postać najwyraźniej fascynuje dyrektorkę konkursu, panią Jagodę Mytych), co jest nie w porządku w stosunku do innych wydawców i autorów.

Nagrodę pieniężną otrzymuje tylko laureat nagrody publiczności, reszta nagrodzonych zadowolić się musi niechlujnie wypisanym dokumentem zatytułowanym „Dyplom”. Jestem współautorką jednej z nagrodzonych książek, więc zaraz powiecie: „No tak, jest zazdrosna o kasę”. No pewnie! Kasy nigdy za dużo. A poważnie: taka dysproporcja to dowód braku klasy i wyczucia. To po prostu nietaktowne.

Grand Prix zdobył album „Sztuki piękne pod Tatrami” Teresy Jabłońskiej, wydany przez Tatrzański Park Narodowy, pozycja monumentalna, pierwsza i wspaniała. Bardzo się z tego cieszę, bo przyłożyłam do niego rękę, jednak taka decyzja jury wielu zaskoczyła. Argumentowali, że to przecież festiwal filmów górskich i książek górskich. Poświęcony ludziom przed ścianami, sytuacjom ekstremalnym, wyczynowi, wyzwaniom, cierpieniu, zwycięstwom i porażkom. I chyba pozycje o tym właśnie traktujące powinny być brane pod uwagę. Też jestem tego zdania i gdybym to ja miała przyznać główną nagrodę, zaproponowałbym książę Beaty Sabały-Zielińskiej „Jak wysoko sięga miłość”, wywiad-rzekę z Ewą Berbeką (Prószyński). Mam do niej sporo zastrzeżeń, jednak to rzecz wielowymiarowa i mądra, wyważona, lecz jednocześnie pełna emocji.

Beata Sabała-Zielińska i Ewa Berbeka (fot. Beata Słama)

Beata Sabała-Zielińska i Ewa Berbeka (fot. Beata Słama)

Drugą moją propozycją byłaby „Tęsknota i przeznaczenie” Diny Šterbovej (STAPIS) – monografia poświęcona pierwszym kobietom na ośmiotysięcznikach. Dina, czeska himalaistka, materiał do niej zbierała przez wiele lat i napisała książkę rzetelną i nieegzaltowaną, za to dokumentującą skrupulatnie wyczyny pań w górach wysokich. Autorka przywraca pamięć o wielu z nich, prostuje przekłamania, weryfikuje fakty. To jedyne takie opracowanie, co smuci w obliczu tego, że o wyczynach męskich napisano książek setki, jeśli nie tysiące.

Aby było sprawiedliwie i rozsądnie, wystarczyłoby wprowadzić cztery kategorie: najlepsza książka górska, najlepszy poradnik i przewodnik, książka poświęcona kulturze „okołogórskiej” i nagroda publiczności. Proste i logiczne. Lecz prostota i logika nie są w stylu dyrektorki tego przedsięwzięcia, pani Jagody Mytych.

Festiwal Górski w Lądku Zdroju to wspaniała impreza na (nie bójmy się tego słowa) światowym poziomie, a konkurs książkowy zwyczajnie ją deprecjonuje. Sprawia wrażenie niepotrzebnego dodatku, a powinien być jej integralną częścią. Niestety, dopóki będzie go organizowała pani Jagoda, szans na to nie ma. Są za to szanse na kolejny obciach.

Werdykt konkursu książkowego TUTAJ.

Również po raz trzeci przyznano w Lądku nagrodę za popularyzację kultury górskiej. Trafiła ona w ręce Apoloniusza Rajwy, Jerzego Surdela, Barbary Morawskiej i Zbigniewa Piotrowicza. Pośmiertnie przyznano ją również Michałowi Jagielle.

Polacy i Himalaje

Spotkania poświęcone temu tematowi były dwa: „Nanga na trzy sposoby” i „Wejdą, nie wejdą – rzecz o K2”. Pierwsze prowadził Piotr Pustelnik, a zaprosił na scenę trzech ludzi, którzy potykali się zimą z Nangą. Zbigniew Trzmiel pojechał na Nangę jako uczestnik wyprawy kierowanej przez Andrzeja Zawadę i długo to on był tym, który zimą na tej górze zaszedł najwyżej. Jacek Czech przybył pod Nangę wraz z Adamem Bieleckim i podzwaniając szabelką, oznajmił, że zdobędą ją w stylu alpejskim, rach-ciach, lecz nie zdobyli. Alex Txikon stanął zimą na jej wierzchołku. Każdy miał swoją opowieść, lecz za sprawą prowadzącego spotkanie nie należało do najbardziej interesujących, jakie widziałam.

Adam Bielecki i Jacek Czech (fot. Beata Słama)

Adam Bielecki i Jacek Czech (fot. Beata Słama)

Spotkanie poświęcone zdobywaniu przez Polaków K2 prowadzili Renata Wcisło i Paweł Michalski. Byli przygotowani, mieli plan. Na krzesłach zasiedli Przemysław Piasecki, Piotr Tomala, Adam Bielecki, Bogumił Słama, Jerzy Natkański, Krzysztof Wielicki, Janusz Majer i Krystyna Palmowska. Rozmawiano (przekrzykując wrzaski niemowląt towarzyszących rodzicom na widowni) o tym, jaki powinien być dobry kierownik wyprawy, o specyfice wyprawowych stosunków (tu zaczynało się robić ciekawie, ale prowadzący przeszli do kolejnego punktu programu) i jakie są szanse na to, by to Polacy zdobyli zimą K2. No i oczywiście o tzw. pehazecie, czyli programie Polski Himalaizm Zimowy.

Krzysztof Wielicki, Janusz Majer, Krystyna Palmowska, Paweł Michalski, Renata Wcisło (fot. Beata Słama)

Krzysztof Wielicki, Janusz Majer, Krystyna Palmowska, Paweł Michalski, Renata Wcisło (fot. Beata Słama)

Kubeł zimnej wody na głowy zwolenników koncepcji szybkiego wyszkolenia himalaistów wylał Bogumił Słama, zwracając uwagę na to, że himalaistą nie zostaje się poprzez udział w unifikacjach organizowanych pod K2, i że aby sprawdzić się w górach wysokich, trzeba mieć za sobą lata przewspinane na honornych ścianach i w trudnych pasmach. A tak doświadczonych wspinaczy jego zdaniem na razie nie ma. Janusz Majer, broniąc się niezbyt energicznie, wymienił kilka osób, spośród których najbardziej doświadczony, wszechstronny i po prostu najlepszy był Janusz Gołąb, ale, jak zauważył Bogumił Słama już w kuluarach: „Jeden Gołąb wiosny nie czyni”.

Ludzie

Dwudziesty pierwszy Lądek to prawdziwy najazd wspinaczy hiszpańskich. O wszystkich szczegółowo napisały „Góry”, ja więc mogłabym poinformować Was jedynie, czy byli ładnie ubrani i czy ciekawie mówili. Z tym bywało różnie, a największa i najbardziej wyczekiwana gwiazda, Chris Sharma, chyba zawiodła. Choć to młodzian miły i zdolny, mówił bez polotu i trochę za bardzo reklamował swoją osobę. Mnie najbardziej interesowało dwóch panów. I się nie zawiodłam.

Chris Sharma (fot. lucyna-lewandowska.pl)

Chris Sharma (fot. lucyna-lewandowska.pl)

Wyobraźcie sobie, że jesteście nastolatkiem uwielbiającym się wspinać. I tracicie w wypadku nogę. Nie stopę, nie od kolana w dół, a całą. Zostaje tylko krótki kikut uda. Świat się wali i nic nie jest już takie samo. Urko Carmona Barandiaran się nie poddał. Jest doskonałym wspinaczem, inspiruje innych, pokazuje, że wszystko rozgrywa się w głowie, a tylko trochę w nogach. Lądeckiej publiczności zaprezentował film o sobie – poznaliśmy jego rodziców, przyjaciół, bez których nie osiągnąłby tak wiele.

Urko Carmona (fot. Beata Słama)

Urko Carmona (fot. Beata Słama)

Wyobraźcie sobie, że macie 77 lat, wiele za Wami, przed Wami nieco mniej. Nic Wam się nie chce, tu strzyka, tam strzyka, forma już nie ta… Te słowa nie pasują jednak do Carlosa Sorii. Zdobył Koronę Ziemi, Korona Himalajów tuż, tuż. Dodajmy do tego pomaganie nepalskim dzieciakom, a mamy życie pełne, przeżywane z pasją i sensem.  Słuchanie Carlosa było ogromną przyjemnością – skromny, z dystansem do siebie i poczuciem humoru. Też inspiruje i uczy – żeby się nie poddawać i nie zdziadzieć. Czego i Wam życzę.

Beata Słama

Galeria zdjęć z Festiwalu między innymi na FOTO Kamper.




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    Jak zwykle w wykonaniu Beaty Słamy... [7]
    ...czyli: 1. Koniecznie (i najlepiej więcej niż raz) trzeba dowalić…

    3-10-2016
    krzysztof.pasternak1961