Udane byłyby toruńskie zmagania, udane… Szkoda tylko niskiej frekwencji
Uff!.. ależ to były zawody – chciałoby się powiedzieć. Chwyciwszy za wkrętarkę, aby pomóc starszemu chwytowemu, a zarazem odebrać świetną lekcję routesettingu, albowiem sam Adam Pustelnik był w Toruniu moim “chiefem”, wystąpiłem w nie lada biegu.
20-metrowa, imponująca ściana w nowiutkiej toruńskiej hali sportowo-widowiskowej, a zarazem połączony Puchar Polski juniorów oraz seniorów i młodzieżowców (ci ostatni startują zawsze razem), to nie lada chwytowe wyzwanie. W sumie 14 dróg (z czego 10 adamowych, dodajmy!) i mnóstwo kamyków do przykręcania i odkręcania na bieżąco. Nieprzespane noce, podglądanie doświadczeń “Pustego” z zawodów IFSC, próba wstrzelenia się w zawsze enigmatyczny poziom młodzieży – wyzwanie jak marzenie.

***
„O, smutku!” – zabrakło zawodników
I proszę – drogi zagrały jak należy, podium każdej z kategorii wyłoniono w uczciwej walce, bez odwoływania się do czasu przejścia, w dodatku równolegle rozegrany Puchar na czas w każdej z kategorii; właściwie należy mówić o sukcesie. A jednak zabrakło jednego, bardzo ważnego elementu zawodów: zabrakło zawodników!
Nie żeby w Toruniu nikt nie wystartował. Niemniej sytuacja, w której eliminacje juniorów służą jedynie zdobyciu wyników liczących się przy ewentualnym eq aequo finałowym, albowiem w żadnej kategorii nie startuje więcej jak ósemka zawodników, w związku z czym do finału dostaje się każdy, jest mocno zasmucająca i rzuca cień nie tyle na toruńską edycję, co raczej na stan polskiego wspinania sportowego w ogóle. A jeśli dodamy do tego, że panów – seniorów pojawiło się na Kujawach 11 (w tym jeden startujący zarazem w juniorach), zaś pań 10; gdy zaznaczymy, że frekwencja wśród biegaczy nie była w żadnym wymiarze lepsza – przychodzi pochylić z zadumą i zacytować Jakuba Główkę: “O, smutku!”. Poświęcę tej sprawie kilka słów na blogu, tymczasem skupmy się na tym, co dobrze przygotowane i przeprowadzone toruńskie zawody przyniosły w kwestii sportowej.
Czasówki w Toruniu
Rozegrane w sobotę zmagania na czas miały licznych zwycięzców i jednego przegranego – był nim Marcin “Rambo” Dzieński, bezdyskusyjny faworyt wśród seniorów, który chyba zanadto uwierzył we własną supremację, ponadto przed zawodami nieco zaniemógł. Należy oddać sprawiedliwość – przegrany bieg z Tomaszem Sordylem był tyleż winą “Ramba”, co tryumfem Tomka, który dostrzegłszy kątem oka pomyłkę utytułowanego kolegi zaraz na początku półfinałowego wyścigu, nie przestraszył się sukcesu, zamiast nerwów prezentując przyspieszenie, które skutecznie skłoniło rywala do odpadnięcia. Marcina rzecz ta natomiast wytrąciła z równowagi i nie ukończył również biegu o trzecie miejsce, oddając brąz Michałowi Lewickiemu.

Wśród pań tryumfowała Aleksandra Rudzińska przed Klaudią Buczek – z dokładnością do kolejności, dwa najwyższe stopnie podium były do przewidzenia skoro nie startowała Edyta Ropek. Trzecia była Anna Brożek, po zwycięstwie nad Moniką Prokopiuk. Mikołaj Wróblewski i Barbara Szumlańska najlepsi wśród młodzieżowców (tę kategorię rozgrywa się bez osobnej rywalizacji, w ramach seniorów), złoto juniorek młodszych dla Natalii Woś, w juniorach i juniorach młodszych zwyciężają Mateusz Mydlarz i Jakub Widlarz.
Juniorskie eliminacje w prowadzeniu
Tego samego dnia rozegrano eliminacje juniorskich zawodów w prowadzeniu i wyraźnie było widać, że poziomu juniorek oraz juniorek młodszych chwytowi nie docenili (szczególnie to dziwne zważywszy, że juniorką jet obecnie Ida Kupś, która ma już na koncie seniorskie tryumfy w balderingu). W konsekwencji wszystkie (trzy!) juniorki zaliczyły w eliminacjach po dwa topy, co stało się również udziałem czterech juniorek młodszych. U młodszych juniorów lepiej, trzy komplety (Jakub Obracaj, Olaf Malinowski i Adrian Kieraga); Filip Chrapowicki oraz Wojciech Pełka wspólnie bezbłędni u juniorów, faworyci przed finałem. Pokłosiem nieco zbyt lekkich eliminacji były ciężkie prace, jakie dzierżyciele wkrętarek musieli włożyć w późno-nocne utrudnianie dróg finałowych.
Rozczarowująca frekwencja seniorów
Niedzielny poranek przyniósł rozczarowanie związane z frekwencją wśród seniorów. Szczególnie nieobecność Kamila Ferenca oraz Adriana Chmiały, którzy przedłożyli weekend w skałach nad rywalizację, popsuła humory oczekującym wielkiego widowiska. Rzeczywistość miała potwierdzić obawy. Pierwsza droga eliminacyjna panów nie była trudna (około 7b, może z plusem), tym samym pozwoliła większości zawodników wpiąć linę w ostatni ekspres.
Wszyscy potwierdzili finałową formę na drugiej drodze, która jednocześnie zabezpieczyła sędziów przed ewentualnymi wynikami ex aequo w finale – nie było dwóch zawodników, którzy spadliby w tym samym miejscu. Była to klasyczna linia w stylu “Puchar Świata”, ciąg równych ruchów, z których spadało się równo z końcem wytrzymałości, nie zezwalający na przestoje i hamletyzację. Popis Adama. Panie miały nieco prościej, chociaż tylko Karolina Ośka oraz Karina Mirosław ukończyły trudniejszą, drugą propozycję, przy czym tej pierwszej zabrakło topu na jedynce. Słowem – sytuacja przed wieczornymi finałami zadowalająca.
Finały „nieletnich”
Przed wieczorem jest wszakże z reguły popołudnie i właśnie popołudniem postanowiono rozegrać finały “nieletnich”. Wśród juniorek młodszych bezdyskusyjnie zwyciężyła Natalia Kałucka, jedyna która zdołała przebrnąć przez siłowy trawers w okapiku i zmierzyć się tym samym z 10-metrowym, technicznym pionem. Pomimo licznych technicznych błędów udało jej się oddać na nim swoją rundę honorową, dzięki czemu zwycięstwo było nie tylko przekonujące, ale też stylowe. Wśród juniorek Ida Kupś była lepsza jeszcze wyraźniej, po prostu dysponując o wiele większą siłą od koleżanek. Jedynie techniczny błąd nie pozwolił krakowiance cieszyć się topem.
Pierwotna postać drogi finałowej juniorów młodszych pozostawała znacznie poniżej ich poziomu; po obejrzeniu eliminacji wprowadzono poważne utrudnienia, wiem to z pewnego źródła. Być może nawet doszło do przesady, albowiem żadnemu z zawodników nie było dane zmierzyć się z wyjściową płytą, niemniej wyniki okazały się wyraźne. Jakub Obracaj doszedł zdecydowanie najdalej, Olaf Malinowski najdalej z pozostałych. Trzecie miejsce zajął Kajetan Kupś, lepszy o wypad do następnego chwytu nad kolejnymi trzema rywalami.
Z kolei finał juniorów to kolejny popis “Pustego”, długa ciągowa droga wymagająca w równych proporcjach siły, wytrzymałości i techniki. Wojciech Pełka topuje i wygrywa, kolejni zawodnicy spadają coraz to niżej, a każdy gdzie indziej. Przy okazji finał dostarczający najlepszym możliwości pomachania nogami w powietrzu na wyjściu z okapu pod koniec, a więc dający młodzieży przedsmak tego, co we wspinaniu najlepsze.
I finał seniorów – tam gdzie większość walczyła o życie Maciej Dobrzański biegł, zaś Piotr Schab spacerował
No i w końcu – finał seniorów. Ten męski przygotowany z myślą o trochę chyba mocniejszej stawce, większość zawodników zrzucił w dolnej swojej części. Balderowa droga pozwoliła zająć trzecie miejsce Michałowi Łodzińskiemu, zarazem wyraźnie pokazała różnicę pomiędzy dwójką najlepszych a resztą. Tam bowiem, gdzie większość walczyła o życie (pomimo wcale dobrych chwytów), Maciej Dobrzański biegł, zaś Piotr Schab spacerował. Gdy zaś przyszło do pierwszego trudniejszego miejsca (które zrzuciło “Marinesa” Łodzińskiego), Maciek miał siły na znalezienie właściwego patentu, zaś Piotrek był w stanie pokonać je patentem niemożliwym. Rywalizacja o zwycięstwo rozegrała się w wysoko położonym okapie (wyjściowa płytka czekała na nieobecnych), gdzie “Dobrzanowi” zabrakło sił na solidny strzał, zaś Piotrkowi dopiero na następujący po nim ruch.

U pań nieco równiej, granicę wyznaczała wytrzymałość
Przewieszoną część drogi bez szwanku dla rezerw siłowych pokonały Nina Gmiter, Karolina Ośka, Karina Mirosław, Katarzyna Ekwińska oraz Joanna “Niedźwiedź” Niechwiedowicz – pech chciał, że ta ostatnia zapomniała po drodze o wpince, co przedwcześnie zakończyło jej występ. Cztery dziewczyny zmierzyły się zatem z długim, technicznym pionem, na którym Kasia i Karolina doszły do płaskiej struktury tuż pod topem (nie starczyło sił, by się na nią wygramolić), Karina do niej sięgała, zaś Nina spadła trzy ruchy wcześniej. Tym samym, wynikiem z eliminacji, zawody wygrała torunianka (Kasia Ekwińska), dostarczając radości niezbyt licznej, ale żywo reagującej publiczności.
Nie obyło się w tym finale bez małej wpadki, albowiem zapracowanym chwytowym umknął podczas jej przywracania na ścianę dosyć kluczowy chwyt, o czym zorientowali się dopiero podczas startu pierwszej na liście Eleny Jarowej. Cóż, finał na chwilę przerwano, drogę naprawiono i nieco zmodyfikowano. Elena start powtórzyła (spadając skądinąd zaraz za rzeczoną klamą, co skwitowała, jak każde swoje odpadnięcie na tych zawodach, prześlicznym uśmiechem), dziewczyny obejrzały nową drogę i finał poszedł potem gładko.

***
Udane byłyby toruńskie zmagania, udane… Świetna ściana daje możliwości przygotowania dokładnie takich dróg, jakie na zawodach z liną są potrzebne, pozwala poczuć powiew zachodniej świeżości oraz powietrze pod stopami. Toruńskie środowisko nie pierwszy raz okazało się gościnne i sympatyczne. Jakże szkoda, że odwracają się proporcje: niegdyś nie mieliśmy kłopotu z zawodnikami, choć ściany pozostawiały wiele do życzenia. Teraz wspaniałych obiektów coraz więcej – tylko nie ma dla kogo robić na nich zawodów. Zatem dokąd zmierza linowe wspinanie w Polsce? – na to pytanie postaram się poszukać odpowiedzi na blogu.
Andrzej Mecherzyński-Wiktor

CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA