Radosne uczucie spełnienia – Marcin Księżak o przejściu drogi Colton-Macintyre
12 marca polski zespół w składzie: Marcin Księżak, Wojtek Ryczer i Rafał Waldorf Zając przeszedł drogę Colton-Macintyre na północnej ścianie Grandes Jorasses. Przejście zajęło chłopakom około 24 godzin. Poniżej relacja Marcina.

***
Nadszedł marzec, koniec sezonu zbliżał się wielkimi krokami. Styczeń i luty minął niepostrzeżenie, a planowany wyjazd do Norwegii się rozsypał. Tymczasem prognozy na drugi tydzień marca w Alpach wspaniałe. Trzeba gdzieś naprzeć!
Parę szybkich telefonów i zapada decyzja. Jedziemy razem z Wojtkiem Ryczerem i Rafałem Zającem do Chamonix. Cel – Grandes Jorasses i droga Colton-Macintyre, 1000 m deniwelacji, lód do WI5 a trudności skalne M4, w niektórych źródłach M6.
Z Wojtkiem nie posiadamy w ogóle aklimatyzacji, więc na początek wyjeżdżamy na Midi i zjeżdżamy na nartach do Chamonix. Efekty aklimatyzacyjne pewnie nie są za wielkie, ale przygoda fajna, trasa ma około 20 km długości. Wypadamy na rozległe pola śnieżne w Vallee Blanche. Po paru skrętach nogi odmawiają posłuszeństwa, nie opanowuję nart w trudnym terenie i wykonuję pierwszego fikołka. Śmiech, na początku śmieję się sam z siebie – z tego, jak szybko wysokość koryguje moje możliwości narciarskie. Później jednak rosnący ból nóg przestaje być śmieszny.
Kolejnego dnia napieramy do Leschaux objuczeni ciężkimi worami z zapasami jedzenia na parę dni. Warunki śniegowe na podejściu są wyśmienite. Powodują, że szybko udaje nam się dostać do celu. W schronie spotykamy kolegę Toma Ballarda, który odprowadził go pod ścianę i filmował jego solówkę na Coltonie-Macintyre.
Z wielką precyzją realizujemy plan. Następnego dnia podchodzimy pod ścianę z namiotem i lustrujemy dolną szczelinę brzeżną.

Jest 10 marca. Nocna pobudka i około 2.30 próbujemy wbić się w ścianę. Choć szczelina, dokładniej przewieszony parometrowy śnieżny uskok, był zlustrowany i wstępnie podkopany, to jednak dzielnie bronił się przed Waldorfem, którego raz nawet z siebie zrzucił. Nasze powolne ruchy na starcie spowodowały, że dogonił nas zespół kanadyjski, z którym na dolnych polach lodowych minimalnie przegraliśmy bój o pierwszeństwo na starcie w pierwsze spiętrzenie lodowe.
W momencie, kiedy ruszyłem w trudniejszy lód na pierwszym spiętrzeniu, nastał świt. Warunki były dobre, przyjemne, tylko miejsc pod śruby trzeba było szukać w trudnościach, ponieważ cały lód był już dziurawy od śrub niczym szwajcarski ser.

Drugie spiętrzenie przejmuje Waldorf. Pierwszy wyciąg na tym spiętrzeniu jest najtrudniejszy. Cienka warstwa słabego firnu z fragmentami lodu nie daje pewności ruchów, nie mówiąc o pewnej asekuracji. Czas płynie, Waldorf macha dziabami w poszukiwaniu miejsca zaczepienia. W połowie wyciągu widać, że dojrzewa. Próbuje strzepywać ręce, trochę rozluźnić mięśnie. Oznajmia, że może zaraz polecieć. Na szczęście udaje mu się dotrzeć bezpiecznie do stanowiska. Dalej jest już dużo łatwiej. My natomiast myślimy o Tomie Ballardzie, który parę dni wcześniej przeszedł to na żywca!

Na skalnych wyciągach w kopule prowadzenie przejmuje Wojtek. Pierwszy wyciąg jest całkowicie pozbawiony lodu. Sprawia mi frajdę zadawanie z krawądek idąc na drugiego. Czar pryska, gdy nagle odpada mi od raków frontalny, pojedynczy ząb. Zdałem sobie sprawę, że dalsze wspinanie będzie już dużo trudniejsze. W tym pechowym zdarzeniu cieszyłem się jedynie z tego, że wyciągi lodowe mamy już za sobą, bo gdyby to wydarzyło się akurat tam, być może musielibyśmy się wycofać. A propos… Od dwóch lat wspinam się w sprzęcie Edelrida i jestem z niego zadowolony. Uważam, że dziaby model Rage są do lodu lepsze niż np. Nomic. Natomiast raki Edelrida model Beast są fajnie odchudzone, ale patent polegający na mocowaniu przedniego zęba jedną małą śrubką, bez zabezpieczenia jej przed samoczynnym odkręceniem, okazał się beznadziejny.

Chwilę potem mijają nas Kanadyjczycy, którzy po osiągnięciu wierzchołka zamiast schodzić na włoską stronę zaczynają zjeżdżać drogą. Obecnie chyba stało się to popularne. Choć patrząc na wielkość kręconych Abałakowów nie wiem, czy wystarczająco bezpieczne.
Na kolejnym wyciągu nie dość, że złapała nas noc, to nadciągnęły chmury i zaczął wiać silny wiatr. Po osiągnięciu ostrza filara Walkera do pogarszających się warunków dołączył opad śniegu. Pokonując ostatnie metry ściany walczyliśmy z przejmującym, zimnym wiatrem, brakiem widoczności i, jak to powiedzieli koledzy, patagońską szadzią zaklejającą wszystko wokół oraz śniegiem bijącym w oczy, dławiącym oddech.

Na wierzchołku stanęliśmy po około 24 godzinach. Próbowaliśmy od razu kawałek zejść, ale brak widoczności oraz znaczna ilość lawiniastego śniegu odstręczyła nas od tego pomysłu. Rozłożyliśmy śpiwory na śniegu tuż pod wierzchołkiem i tak dotrwaliśmy do rana.

Dzień nie przypominał nocy. Chmury ustąpiły miejsca słońcu, temperatura wzrosła. Schodziliśmy / zjeżdżaliśmy żebrem Whympera. To bezpieczny sposób, lecz powolny. Lepiej schodzić bezpośrednio w dół z Walkera. Na lodowcu przeżywaliśmy męki, zapadając się co chwilę po „jaja” w śniegu. Wieczorem w schronisku Bocallate brzemię napięcia ustąpiło miejsca radosnemu uczuciu spełnienia.

Podziękowania za wsparcie dla Himountain i Monkeys Grip.
Marcin Księżak
Galeria zdjęć autorstwa Wojtka Ryczera:
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA





























