Polacy w Patrolu Lodowcowym – kultowych zawodach skialpinistycznych
Patrol Lodowcowy (Patrouille des Glaciers) to kultowe zawody, jedyne w swoim rodzaju. Składają się z dwóch równoległych wyścigów odbywających się w dwóch różnych dniach. Pierwszy z nich rozpoczyna się nocą z wtorku na środę, a drugi z piątku na sobotę. Zawodnicy rywalizują na dwóch trasach: długiej: Zermatt- Verbier (dł. 53 km; +3994 m; -4090m), oraz krótkiej: Arolla- Verbier (dł. 27 km; +1881 m.; -2341 m.). Startują o różnych godzinach: od 21.00 do 3.00 nad ranem.
Po raz pierwszy zawody zostały rozegrane w kwietniu 1943 roku. Startowało 18 zespołów, a tylko 2 doszły do mety. Na trzeciej edycji w 1949 roku doszło do wypadku. Jeden z zespołów wpadł do szczeliny. To wywołało wiele kontrowersji w całej Szwajcarii. W tej sytuacji armia szwajcarska zrezygnowała z organizacji następnych edycji zawodów. Reaktywowano je dopiero w 1984 roku. Uczestnikami byli już nie tylko żołnierze szwajcarskiej armii, ale również przedstawiciele innych armii i cywile.
Patrol Lodowcowy jest bardzo trudny z kilku powodów: dużej wysokości (najwyższy punkt Tete Blanche 3650m.n.p.m.), pory zawodów – zawodnicy startują nocą i bardzo długiego dystansu – 53 km. Żeby osiągnąć sukces, czyli ukończyć zawody, potrzebna jest solidarność zespołu i wzajemna pomoc (fizyczna i psychiczna). Elementy te niestety powoli znikają ze skialpinizmu w związku z wprowadzaniem krótkich, indywidualnych wyścigów.
Rekord całej trasy został ustanowiony w 2010 roku przez szwajcarski zespół Florent Troillet, Martin Anthamaten, Yannick Ecoeur i wynosi 5 godzin 52 minuty i 20 sekund.
Po raz pierwszy próbę przejścia trasy podjąłem w 2008 roku wraz z Jackiem Czechem i Tomkiem Brzeskim. Żaden z polskich zespołów nie brał do tej pory udziału w Patrolu. Na edycji 2008, która była jednocześnie MŚ na długim dystansie w skialpinizmie, oprócz nas były jeszcze dwa inne teamy z Polski (Jacek Żebracki – Szymon Zachwieja – Mariusz Wargocki oraz Grzegorz Bargiel – Jakub Brzosko – Andrzej Mikler).
Brak wcześniejszych doświadczeń sprawił, że popełniliśmy błąd taktyczny zgłaszając się na start o godz. 3.00. Konsekwencją tego było przekroczenie limitu czasu pod Przełęczą Col de Riedmatten. Nasz los podzieliły także dwa pozostałe polskie zespoły. Była to ciężka lekcja pokory. To co nie udało się w 2008 roku, udało się dwa lata później, dwa polskie zespoły po raz pierwszy ukończyły Patrol. Byli to: Jacek Żebracki, Andrzej Bargiel, Mariusz Wargocki oraz Grzegorz Bargiel, Jakub Brzosko, Andrzej Mikler.
W 2014 roku zdecydowałem się na powrót do Zermatt i jeszcze jedną próbę ukończenia zawodów. Tym razem towarzyszyli mi Marek Kilarski i Paweł Kaszyca z Klubu Skialpinistycznego Kandahar. Wyciągając wnioski z poprzednich zawodów zapisaliśmy się na start na godz. 24.00. Jak się później okazało, to rozwiązanie także nie było idealne.
Wyścig rozpoczął się odprawą w kościele, która zakończyła się błogosławieństwem księdza i modlitwą o szczęśliwe ukończenie zawodów w Verbier. Atmosfera towarzysząca tym wydarzeniom sprawiła, że mieliśmy wrażenie, że bierzemy udział w czymś wyjątkowym.
Na trasie zawodnicy przeżywali najróżniejsze stany ducha i ciała. Jedni wymiotowali, inni łamali narty i kijki, ulegali wypadkom czy hipotermii, ale ciągle chcieli iść dalej. Nas też wyścig nie oszczędzał. Najpierw przenikliwe zimno pod Tete Blanche (-18°C), potem trudny zjazd w ciemnościach do Arolli. Bez dobrej czołówki był to nie lada wyczyn, tym bardziej, że śniegu było mało i wystawało mnóstwo kamieni.
W Arolli zagęszczenie startujących wzrosło dwukrotnie. Po podejściu pod Col de Riedmatten (2919 m n.p.m.) staliśmy w kolejce do przełęczy prawie 1,5 godziny. Wyminięcie innych zawodników nie wchodziło w grę, ponieważ kolejki pilnowała szwajcarska armia. Był to najsłabszy punkt całych zawodów. Tylko zawodnicy startujący o 2.00 i 3.00 w nocy mogli przejść przełęcz po specjalnie dla nich wytyczonej trasie. Na szczęście obok nas stali Słowacy, dzięki czemu czas płynął nam trochę szybciej.
Po sforsowaniu przełęczy rozpoczął się niekończący trawers w kierunku La Barma (2458 m n.p.m.). Najlepsze zespoły pokonują ten odcinek łyżwą, my jednak jak większość zawodników skorzystaliśmy z pomocy fok . Z La Barma w pełnym słońcu czekało nas kolejne podejście tym razem na Rosablanche (3160m.n.p.m.). Wydawało się nam, że jesteśmy już naprawdę blisko mety, a tu kolejna niespodzianka. Ostatnie podejście na przełęcz Col de la Chaux miało mieć tylko 200 m, ale było tak daleko, że mogło człowieka psychicznie zabić. Na szczęście nas to nie zabiło i kilkadziesiąt minut później zjeżdżaliśmy już w kierunku mety w Verbier, którą osiągnęliśmy po 12 godzinach i 54 minutach od startu .

KS Kandahar Team finiszuje w Verbier. Od lewej: Marek Kilarski, Adam Gomola, Paweł Kaszyca (fot. Marcin Zwoliński / KS Kandahar)
Adam Gomola (KS Kandahar)
Filmową relację z tegorocznych zawodów możecie zobaczyć tutaj.
W zawodach zwyciężył włoski zespół Damiano Lenzi, Matteo Eydallin, Michele Boscacci z czasem 6:01.50,0. Polski zespół ostatecznie zajął 220. miejsce.
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA





