Tatry były jego namiętnością i przeznaczeniem – wspomnienie o Władysławie Cywińskim (1939-2013)
12 października br. w tatrzańskiej Dolinie Złomisk zginął Władysław Cywiński, ratownik TOPR, przewodnik tatrzańskim, taternik, uważany za jednego z największych znawców Tatr.
***
Władysław Cywiński
12 sierpnia 1939 (Wilno) – 12 października 2013 (Dolina Złomisk)
Jestem zadowolony z życia, gdybym miał je jeszcze raz przeżywać – zmieniłbym bardzo niewiele – zwykł mawiać Włodek, z perspektywy upływających lat. Życie zaplanował sobie już w wieku młodzieńczym, kiedy po raz pierwszy ze szczytu Babiej Góry zobaczył Tatry. Był wtedy studentem Politechniki Gdańskiej. Na tej samej uczelni studiował Andrzej Nowacki, który wprowadził go w arkana wspinaczki i taternictwa.

Po studiach odrobił w ciągu dwóch lat fundowane stypendium w krakowskiej geofizyce – z Krakowa znacznie bliżej było w Tatry. W 1965 roku zamieszkał w wynajętym pokoiku w Kościelisku – Kirach i zatrudnił się w ZURiT w Zakopanem, naprawiając radia i telewizory. To wtedy poznałem Władysława Cywińskiego, do którego zwracaliśmy się po prostu – Włodek, w późniejszych latach miał też ksywkę „Bubon”. W tych pierwszych latach pobytu pod Tatrami wrósł w zakopiańskie środowisko górskie, bywał u nas w domu na Skibówkach, a wieczorami graliśmy w brydża popijając Vermouth. Z Kir do pracy w Zakopanem chodził często pieszo, wybierając przeróżne trasy. Kiedyś w ciągu trzech godzin, przez Czerwone Wierchy, dotarł już o godz. 8 do warsztatu ZURiT przy ul. Nowotarskiej.
W 1966 roku rozpoczynał się kurs przewodnicki, który prowadził Witold Paryski. To była dla Włodka szansa, by lepiej poznać Tatry. Zapisaliśmy się: Włodek, ja, Piotrek Malinowski, który po ukończeniu szkoły w Warszawie powrócił do Zakopanego oraz Józek Olszewski, posiadający już pokaźny dorobek taternicki, uczestnik przejścia Głównej Grani Tatr w 1960 roku. Kurs trwał niespełna rok. Włodek, który lubił geografię, łatwo zapamiętywał szczegóły topografii tatrzańskiej i od razu zyskał sympatię Mistrza Paryskiego. Podtatrze i inne pasma górskie go nie interesowały. Na egzaminie z Podtatrza, Paryski, który znał jego zainteresowania wyłącznie Tatrami, zadał mu tylko jedno pytanie: „Wymieńcie kolego, gdzie znajdują się w najbliższej okolicy przekaźniki radiowo-telewizyjne”, co oczywiście Włodkowi nie sprawiło trudności – chodziło o Gubałówkę, Kralovom hole i Luboń Wielki. Egzamin zdał, a blachę przewodnicką odebrał z dumą z rąk samego Mistrza, na Gerlachu.
W tym samym roku, po okresie kandydackim, złożył również przysięgę ratowniczą i został ratownikiem Grupy Tatrzańskiej GOPR. Ucieszył się, kiedy zaproponowano mu pracę kierownika zmiany w Stacji Linii Radiowej na Luboniu Wielkim koło Rabki. Co prawda było dalej od Tatr, ale za to co za praca! Tydzień pracy non stop, potem dwa tygodnie wolnego. Był czas na realizowanie swoich tatrzańskich planów. Poza tym Włodek dostał mieszkanie bliżej centrum Zakopanego, na Krzeptówkach załatwił mu je „Ujek” Józef Krzeptowski, słynny kurier tatrzański, ratownik i przewodnik.
Włodek w tych pierwszych latach dorabiał sobie przewodnictwem, ale prowadzenie wycieczek utartymi szlakami szybko mu się znudziło. Kiedy tylko mógł, to wyrywał się w Tatry na wspinaczki – z partnerem albo często samotnie. Już wtedy przeszedł wiele dróg wspinaczkowych „na żywca”, nie przekraczając V stopnia trudności. W czasie tygodniowych dyżurów na Luboniu również dbał o kondycję – biegał po lesie, a kiedy były dni deszczowe, to po schodach 7-piętrowego obiektu, zaliczając nawet deniwelację taką jak z Morskiego Oka na Rysy.
W Tatrach uprawiałem trzy poletka – pisał w swej biografii – taternictwo, ratownictwo, przewodnictwo i taka też była hierarchia spraw tatrzańskich a w ostatnich latach również praca nad przewodnikiem. Ponadto jego pasją były: polityka, filozofia, fizyka, muzyka i brydż ale treścią życia były Tatr.
***
Taternictwo
Górski życiorys Włodka rozpoczął się od taternictwa. Kiedy zamieszkał pod Tatrami, był już członkiem zwyczajnym Klubu Wysokogórskiego, a w zakopiańskim środowisku taterników szybko się asymilował. Jego partnerami górskimi byli wtedy Andrzej Nowacki, Józek Olszewski i Zdzisiek Czarniak, a po kilku latach m. in. Włodek Stoiński i Ewa Harasimowicz, Andrzej Osika oraz wielu innych. Jednak najczęściej wyruszał w Tatry na samotne tury. Uważał, że istotą taternictwa jest element ryzyka, stąd jego wspinaczki „na żywca”. Na swój użytek wprowadził nawet taką skalę: S0 – bez asekuracji, ale z partnerem i sprzętem w plecaku, S1 – z autoasekuracją, S2 – bez autoasekuracji, ze sprzętem w plecaku i S3 – bez asekuracji, bez sprzętu; prawdziwy „żywiec”. Do tego można jeszcze dodać: bez asekuracji, bez sprzętu, ale z partnerem, a partnerami na takie wspinanie byli najczęściej Piotrek Malinowski, a potem Jacek Bilski.
Bez partnera zaliczał często drogi w skali S2 i S3. W okresie swojej znakomitej formy zaliczył z Piotrem Malinowskim łańcuchówkę na północno-zachodniej ścianie Granatów, pokonując w duecie „na żywca” w stylu S3 – 8 dróg w ciągu 4 godzin: „Staszel” w górę, „Rzepeccy” w dół, „Drege” w górę, „środkowe żebro” w dół, „Stanisławski” w górę, szlakiem w dół, „Staniszewski” w górę, „Rzepeccy” w dół, „prawe żebro w górę”, szlakiem w dół, Wójcik – Brach” w górę i szlakiem w dół. Na wszystkich tych drogach pierwszy szedł Włodek. To tylko jeden z takich wyczynów taternickich Włodka, a miał ich sporo.
W pierwszej połowie lat 70. zaliczał w Tatrach kolejne szczyty, wytyczał nowe drogi lub warianty, przechodził fragmenty Głównej Grani Tatr, przygotowując się do jej solowego przejścia. Dwa lata wspinał się wyłącznie na szczytach leżących w Głównej Grani Tatr, by zapamiętać każdy szczegół rzeźby. Potem podjął dwie próby, jedną w 1973, drugą w następnym roku, ale obie zostały przerwane z powodu załamania pogody. Kiedy wreszcie nadszedł czas na spełnienie marzenia, okazało się, że ubiegł go w realizacji tego projektu Krzysiek Żurek, który pokonał samotnie grań w niewiarygodnym czasie trzech dni (48 godz. wspinania). Krzysiek miał jednak na grani założone składy i grupę wspierającą. Włodek postanowił to zrobić w stylu czysto sportowym. Wszystko, co było mu potrzebne, zabrał z sobą. Przeszedł grań w 3,5 dnia (54,5 godz. wspinania), co również było dużym wyczynem. Przejście to uważał za swoje największe osiągnięcie tatrzańskie. Oba przejścia grani, mimo upływu 38 lat, nie zostały poprawione.

W drugiej połowie lat 70. wspinał się intensywnie w Tatrach Słowackich (m. in. z Jaśkiem Rojem, Maćkiem Pawlikowskim, partnerami klubowymi), które w tym czasie poznał lepiej niż rejon Morskiego Oka. Po przejściu Głównej Grani Tatr opanowała go następna mania. Szczyty w Tatrach miał już wszystkie zaliczone, teraz przyszła kolej na turniczki, nazwane skałki i obiekty w całych Tatrach. Sporządził sobie spis nazwanych obiektów, z map i przewodników, a była tego ogromna ilość. Potem wchodził na nie, sam albo z partnerem, najczęściej z Jackiem Bilskim i kolejno wykreślał z listy. Wiele takich turni było nie tylko w Grani Hrubego, ale także w Kapałkowej i Sobkowej Grani oraz wielu innych.
Kiedy w latach późniejszych, pisząc kolejne tomy przewodnika szczegółowego, zaczął nadawać nazwy opisywanym obiektom w Tatrach, to przy tej okazji również na nie wchodził. W 1990 roku uznał, że był na wszystkich wynotowanych obiektach i wtedy stwierdził, że dla niego najtrudniej dostępnymi szczytami w Tatrach wcale nie był Ostry Szczyt czy Żabi Koń, jak powszechnie się uważa, ale Mnich na Skupniowym Upłazie, Smytniański Mnich, Podufały Mnich, V Apostoł, Anielska Igła i Zawieszona Skała. Na żadnej z tych trudno dostępnych turni trudno nie znalazł śladu poprzedników.
W okresie stanu wojennego, kiedy Tatry w większości były zamknięte, odkrył walory wspinaczkowe masywu Giewontu, do którego miał blisko, gdyż w tym czasie zamieszkał na Małym Żywczańskim. W zimie przeszedł na Giewoncie kilkanaście dróg, przeważnie z Jackiem Bilskim i Piotrem Konopką, a potem także zainteresował się tym masywem latem, co zaowocowało artykułem w Taterniku w 1984 roku: „Masyw Giewontu od północy”. Był to pierwszy jego artykuł o topograficznych szczegółach w Tatrach.
Na wielu szczytach był nie jeden raz, niektóre drogi lub ich warianty przebył wielokrotnie, a po perciach, jemu tylko znanych, „pomykał” uchodząc nieraz przed słowackimi leśnikami. Gdyby zliczyć deniwelację, jaką pokonał w ciągu tych kilkudziesięciu lat chodzenia po Tatrach, to jest to z pewnością tatrzański rekord świata, bo jak sam przyznał: średnio chodzę po Tatrach 200 dni w roku.
W ostatnim dziesięcioleciu większość jego tatrzańskich tur oraz wspinaczek związana była z rejonami, które opisywał w ramach przewodnika. Chociaż teren znał znakomicie, to jeszcze wielokrotnie sprawdzał szczegóły, gdyż w opisach topograficznych był bardzo dokładny. Tak było aż do końca. Przed czterema laty ukończył 70 lat, ale w znakomitej kondycji. Wielu znacznie od niego młodszych mogło mu pozazdrościć. Włodek nie był tatrologiem, był jedynie – jak przyznał – najlepszym znawcą topografii Tatr. Wyższe góry lodowcowe go nie interesowały. Był tylko kilka razy poza Tatrami – w Alpach, Kaukazie oraz w Hindukuszu, gdzie dobrze znosił wysokość tylko do 5000 metrów. W górach tych cudem uniknął wypadku w lawinie, a po powrocie do kraju stwierdził, że interesują go tylko Tatry.
Ratownictwo
Kiedy zamieszkał pod Tatrami złożył podanie do Pogotowia Tatrzańskiego, a w październiku 1967 roku złożył przyrzeczenie ratownicze. Wypowiedziane wówczas słowa motywowały go przez 45 lat do działań ratowniczych, w każdych warunkach, niejednokrotnie z narażeniem życia. Początkowo przez 14 lat był ratownikiem ochotnikiem, przez następne 14 – ratownikiem zawodowym, a po przejściu na emeryturę nadal pełnił dyżury w swoim ulubionym schronisku przy Morskim Oku.
Pochodził z nizin, więc na początku miał problem z nartami. W czasie pierwszego zjazdu z Kasprowego przez Goryczkową – jak przyznał – miał ponad 30 upadków, ale potem uparcie trenował. Nogi miał silne, kondycję też, gorzej było z techniką. Miałem kiedyś z Włodkiem, na początku lat 70., obstawę treningu supergiganta na Goryczkowej. Po zakończonym przejeździe zawodników, zaczęliśmy zjeżdżać z pustą akią z Przełęczy Goryczkowej do Kuźnic. Włodek z przodu przy dyszelkach, ja z tyłu. Pojechał ostro po bramkach, a z Buli nad Polakiem, po muldach prosto do nartostrady. Myślałem wtedy, że już po nas, ale jakoś się udało.
Kiedy pracował na Luboniu, miał dużo czasu wolnego, pełnił w tym okresie dyżury jako ochotnik, w zimie na Kasprowym, a latem głównie w schronisku przy Morskim Oku. Brał także udział w akcjach ratunkowych i często chodził na patrole ratunkowe, zaliczając przy okazji szczyt lub drogę.
Po wprowadzeniu stanu wojennego zwolniono go z pracy na Luboniu Wielkim, gdyż był niepewny politycznie. Był już wtedy dobrze znany w środowisku górskim i zatrudniono go w 1982 roku w Grupie Tatrzańskiej GOPR, w charakterze ratownika zawodowego. Od tego czasu objął regularne dyżury w schronisku przy Morskim Oku. Praca również świetna na realizowanie swoich górskich planów – tydzień dyżuru i tydzień wolnego. Tydzień pracy na ratowniczym dyżurze – jak mówił Włodek – to była czysta przyjemność; poranne przebieżki o urozmaiconym charakterze, ciekawe wyprawy i nieustanne doszkalanie się w topografii tego terenu.
Jedna z takich „przebieżek” wyglądała tak: przed rozpoczęciem dyżuru ratowniczego zrobił na Żabim Niżnim – Świerza, Komin Orłowskiego, Filar Stanisławskiego i Sokołowskiego, po czym wrócił do schroniska na godz. 11. Innym razem, kombinacje dróg Świerza na Żabim Niżnim, Żabim Mnichu i Żabim Wyżnim. W tamtych latach dokładnie poznał szczegółową topografie ścian zamykających tę dolinę. Swoją wiedzę wykorzystywał potem w czasie wypraw ratunkowych, prowadzonych nieraz w trudnych warunkach nocnych i pogodowych.
Morskie Oko to był jego drugi dom, w którym spędził znaczną część swojego życia, przez wiele lat był tam rezydentem, a dyżury pełnił jeszcze przez wiele lat po przejściu na emeryturę. Z tego okresu miał też wiele wspomnień, nie tylko z akcji ratowniczych, o których można przeczytać w książce jego autorstwa: „Góral z Wilna – Tatry, seks, polityka”. O wyprawach ratunkowych, w których uczestniczył, pisał również w „Wołaniu w górach” Michał Jagiełło. Włodek awansował do stopnia instruktora ratownictwa, uczestniczył w ponad 500 wyprawach ratunkowych, a rocznie przepracowywał średnio 1500 godzin. Wielokrotnie był nagrodzony w Dniu Ratownika za największą ilość godzin przepracowanych społecznie w TOPR.
Do jaskiń nie miał przekonania, ale pod okiem Romka Kubina zaczął ćwiczyć zjazdy na linie i wchodzenie na przyrządach. Kiedy zwiedził Litworowy Dzwon, Ptasią Studnię, Wielką Litworową i część Śnieżnej, był oczarowany i docenił wtedy grotołazów. Był też przewodniczącym komisji zakładowej „Solidarność” w TOPR oraz jednym z inicjatorów reaktywowania TOPR w 1991 roku. Jego zaangażowanie w ratownictwo tatrzańskie doceniły najwyższe władze, a za wybitne zasługi dla rozwoju ratownictwa górskiego, za wykazaną odwagę i poświęcenie w ratowaniu zdrowia i życia ludzkiego, za działalność w TOPR został odznaczony Krzyżem Oficerskim OOP, zaś na 100-lecie TOPR – Krzyżem Komandorskim OOP.
Przewodnictwo
Po uzyskaniu uprawnień przewodnika tatrzańskiego III klasy w 1967 roku Włodek sądził, że będzie prowadził wycieczki na tatrzańskie szczyty, ale rzeczywistość okazała się inna – stale te same trasy: Morskie Oko, Gubałówka, Dolina Kościeliska. Ponieważ zależało mu na awansie przewodnickim, postanowił jak najszybciej zdać egzamin na II, a potem na I klasę. W Kole Przewodników Tatrzańskich obowiązywał wówczas regulamin, że wyższą klasę można uzyskać po przeprowadzeniu co najmniej 20 wycieczek w ciągu dwóch lat. Włodek szybko awansował.
Już w 1969 roku został przewodnikiem II klasy, a w następnym I klasy. Potem zaprzestał prowadzenia grup wycieczkowych, zajął się szkoleniem nowych kadr przewodnickich – dwa lata później został instruktorem przewodnictwa. Zastąpił Witolda Paryskiego i na kolejnych kursach przewodnickich przejął po nim wykłady z topografii Tatr, które cieszyły się dużym zainteresowaniem, a jeszcze większym cieszyły się wycieczki szkoleniowe w terenie, które prowadził na tatrzańskie szczyty.

W ciągu niespełna 40 lat wyszkolił wielu przewodników, z których kilku kontynuuje kierunek wytyczony przez Włodka w kształceniu kadr przewodnickich. Jako przewodnik I klasy został w 1974 roku członkiem Komisji Egzaminacyjnej dla przewodników tatrzańskich, a od 1985 jej przewodniczącym. Uznał wtedy, że spośród 21 przedmiotów egzaminacyjnych, ważnych jest tylko 8, a tak naprawdę dla przewodnika tatrzańskiego tylko 3 – topografia, pierwsza pomoc i przyroda. Ostatecznie pozostało 8, które kandydaci na przewodników zdawali przez te kilkanaście lat, kiedy Włodek był przewodniczącym komisji.
Potem wprowadzono rozporządzenie wyższej rangi i ponownie zwiększono ilość przedmiotów, według Włodka zbędnych. Określono również sposób egzaminowania. Wtedy zrezygnował z funkcji przewodniczącego komisji oraz prac w tej komisji, chociaż szkolił jeszcze przez wiele lat nowych kandydatów i przewodników na wyższe klasy. Tak było aż do tego roku, kiedy w lipcu poprowadził wycieczkę szkoleniową dla przewodników na Granaty, czyli masyw, który opisał w 18. tomie swojego przewodnika. Wiedzę topograficzną miał uporządkowaną, a sposób jej przekazywania przejrzysty, w czym znacznie prześcignął swego Mistrza Paryskiego.
W latach 70. i 80. kiedy był przewodniczącym komisji szkoleniowej KPT im. Klimka Bachledy w Zakopanem, szkolił przewodników w Tatrach Słowackich – na obozach wiosennych i jesiennych, które cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Włodek organizował atrakcyjne tury, a spośród uczestników dobierał sobie partnerów na wspinaczkowe drogi. Wieczory w schronisku spędzał na dyskusjach przy piwie lub przy brydżu. Wygrać z Włodkiem w brydża to był sukces, gdyż swego czasu był wicemistrzem Zakopanego, a przez wiele lat w siedzibie Klubu Wysokogórskiego, godzinami grał z Ewą Harasimowicz, która potem odnosiła sukcesy w brydżu sportowym na Mistrzostwach Europy i Świata. Te obozy na Słowacji do dziś wspominają z dużym sentymentem ich uczestnicy. Przekazywaniu swojej wiedzy górskiej młodszemu pokoleniu Włodek poświęcił sporą część swojego życia. To było trzecie, ale jakże ważne poletko jego działalności tatrzańskiej.
Niedokończony przewodnik szczegółowy
Współpracę z Witoldem Paryskim nawiązał już w latach 70. Miał – jak mówił – swój skromny udział w opracowaniu pięciu ostatnich tomów przewodnika taternickiego WHP „Tatry Wysokie”. Włodek proponował, by w podobny sposób napisać przewodniki po Tatrach Bielskich i Zachodnich, ale Mistrz się nie kwapił, w końcu się jednak zgodził. Włodek miał mu dostarczać materiały topograficzne z terenu i opisy dróg wspinaczkowych. Główne autorstwo będzie Paryskiego, a Cywiński będzie współautorem. Na taką współpracę Włodek się nie zgodził i ich drogi się rozeszły.
Włodek miał już wtedy dużo większą znajomość topograficzną Tatr i kilkakrotnie większą ilość przebytych dróg wspinaczkowych, w tym ponad 100 nowych, jednak długo dojrzewał do pisania przewodnika. W końcu zdecydował się i w 1994 roku ukazał się pierwszy tom przewodnika szczegółowego Tatry – „Giewont”, nakładem Wydawnictwa Górskiego Miłosza Martynowicza, z którym rozpoczął wieloletnią współpracę wydawniczą.

Już w opisie szczegółów topograficznych tego masywu pojawiło się wiele nowych nazw. Tak było również z następnymi tomami. Praca była zakrojona na wiele lat – wstępnie wyliczył że może to być nawet 60 tomów. W następnych opisywał masywy, które znał już bardzo dobrze – Czerwone Wierchy i Tatry Bielskie. Potem zabrał się za masyw Młynarza i chociaż również znał go dobrze, to w trakcie pisania tego tomu, jeszcze 50 razy odwiedził ten rejon, by sprawdzić szczegóły. Przy opracowywaniu Grani Żabiego, będąc na dyżurach w Morskim Oku, przez cały rok chodził tylko w ten rejon. Potem były opisy masywów szczytów nad Morskim Okiem. Tom VII WHP liczył 208 stron i zawierał opis 200 dróg wspinaczkowych. Ten sam teren u Włodka opisany jest w trzech tomach: Młynarz, Grań Żabiego, Rysy – razem 745 stron i 517 dróg.
Zaczął z rozmachem, potem w miarę upływu lat, a również sił (do czego się nie przyznawał), tempo spadło do 2 tomów w ciągu roku, ale również dostęp do masywów był trudniejszy – Grań Hrubego, Baszt, następnie Ganek, Rumanowy i Żłobisty. Ostatnio powrócił znowu w Tatry Polskie – masyw Granatów – to ten tom ukazał się w tym roku. Przygotował jeszcze do druku Główną Grań Tatr. Tak intensywnym chodzeniem po górach i równocześnie pracą umysłową był prawdopodobnie zmęczony fizycznie i psychicznie, ale był twardy, nie przyznawał się do tego, chociaż gdzieś tam w podświadomości zdawał sobie tego sprawę. Największym jego tatrzańskim osiągnięciem było solowe, rekordowe, przejście Głównej Grani Tatr i na tomie poświęconym tej grani zakończył swój przewodnik. Czy to tylko zbieg okoliczności?

Te 19 tomów przewodnika znacznie posunęło wiedzę o szczegółach topografii Tatr oraz dróg wspinaczkowych opisanych masywów i przejdzie do historii taternictwa. Włodek wprowadził do toponomastyki tatrzańskiej wiele nowych nazw, zwykle wcześniej konsultowanych w szerszym gronie i to po nim zostanie a niedokończone dzieło czeka na kontynuatora, a raczej kontynuatorów, gdyż jest to praca na lata dla większego zespołu.
***
Włodek nie wybaczyłby mi, gdybym nie wspomniał o jego radykalnym stanowisku w sprawie ochrony przyrody tatrzańskiej, co podkreślał na każdym kroku, zarówno w swoich publikacjach, jak i wystąpieniach. Pisał: Nie ma ważniejszej sprawy niż ochrona przyrody Tatr, Polski, Ziemi. Był zdecydowanym zwolennikiem, podobnie jak Stefan Chałubiński, ochrony ścisłej. W dyskusjach bronił nie tylko idei ochrony Tatr, ale krytykował nieraz również jej wykonawców, czyli instytucje obu Tatrzańskich Parków Narodowych. Jego poglądy w tej materii są prezentowane prawie w każdym tomie przewodnika. Uważał też, że do każdego miejsca w Tatrach można w ciągu jednego dnia dotrzeć i powrócić, a więc cała infrastruktura turystyczna w Tatrach jest zbędna.
Jeszcze o jednym warto w górskim życiorysie Włodka wspomnieć. Pod koniec lat 70. przedstawiciele Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela zwrócili się do Włodka, jako znawcy topografii Tatr, z prośbą o zorganizowanie regularnego przerzutu na Słowację, głównie literatury kościelnej. Podjął współpracę, którą kontynuował przez 10 lat. Przerzuty odbywały się, z wyjątkiem zimy, zwykle raz na dwa tygodnie. Takim punktem kontaktowym były kosówkowe łany pomiędzy Grzesiem a Łuczniańską Przełęczą. A potem Gaborowa Przełęcz, gdzie wymieniali się ze Słowakami plecakami lub też przepakowywali plecaki.
W niebezpiecznym okresie stanu wojennego działał sam. Schowek był wybrany na wierzchołku Kamienistej. W rejonie schroniska na Ornaku, z wyładowanym plecakiem, wchodził w gęsty las, gdzie czekał do zmierzchu a potem w nocy, bez czołówki, wchodził na szczyt, zostawiał „bibułę” i wracał nocą przez Pyszną do domu. Działania przerzutowe zakończył po zmianie ustroju w obu krajach.
O innych pasjach i zainteresowaniach Włodka, o jego poglądach, o tym, jakim był człowiekiem, można by jeszcze wiele pisać. Starałem się przybliżyć w skrócie tylko życiorys górski.
Z Włodkiem po raz ostatni rozmawiałem 9 października, w Księgarni Górskiej u Miłosza Martynowicza. Dwa dni wcześniej, na Żłobistym przeszedł łatwy wariant, udowadniając, że istnieje taka możliwość – wbrew tym, którzy twierdzili, że takiej nie ma. Miał jeszcze do sprawdzenia jedno miejsce, w rejonie Rumanowej Przełęczy. W sobotę, trzy dni później pojechał na Słowację i udał się do Doliny Złomisk. Ciemne chmury zasłoniły szczytowe partie Tatr, wiał wiatr halny. Dlaczego Włodek zmienił plany i zrezygnował z dojścia do Rumanowej Przełęczy, a zaczął się wspinać lewą połacią północno-zachodniej ściany Tępej? Pytanie to pozostawiam bez odpowiedzi.
Apoloniusz Rajwa
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA
Włodek na Grani Tatr
We wspomnieniu o Włodku, opisującym jego przejście GGT niestety wkradł się istotny błąd Jest napisane: ... Włodek postanowił to zrobić…
Odpowiedzi: 1