9 sierpnia 2013 06:02

AKGreenland, czyli chłodny lipiec w Fiordzie Tasermiut

Od 27 czerwca do 25 lipca w rejonie Fiordu Tasermiut na Grenlandii działała wyprawa Akademickiego Klubu Górskiego w Łodzi w składzie: Magalena Aksman-Mirowska, Łukasz Mirowski, Paweł Pustelnik, Paweł Wojdyga oraz Maciej Książczyk.


W drodze do Nanortalik (fot. arch. AKGreenland)

***

W dotarciu do Fiordu Tasemiut posłużyliśmy się prawie wszystkimi dostępnymi naszej cywilizacji środkami transportu. Wyruszyliśmy samochodem z Łodzi do Kopenhagi, następnie samolotem do Narsarsuaq na Grenlandii. Tam po dniu oczekiwania zapakowaliśmy się do helikoptera, który zabrał nas do Nanortalik – bardzo urokliwego miejsca na końcu świata, gdzie z ławeczki miejskiej podziwiać można przepływające obok góry lodowe i skąd wyrusza większość wypraw.

Po zrobieniu zakupów dla całej piątki na 3 tygodnie działalności, kolejnego dnia łódź kierowana przez dwóch symaptycznych braci Inuitów zawiozła nas w głąb fiordu. Tym sposobem po 4 dniach od wyruszenia z Polski znaleźliśmy się zupełnie sami w bazie w Tasermiut. Byliśmy w tym okresie jedyną wspinaczkową ekipą działającą w tym rejonie.


Pakujemy beczki… (fot. arch. AKGreenland)

Na miejscu przywitała nas dość chłodna, choć początkowo słoneczna aura i fantastyczne widoki – w wielu przypadkach piękne ściany przykryte były niestety śniegiem lub właśnie “otrząsały się” z niego po niedawnych opadach. Takie warunki miały towarzyszyć nam aż do końca wyprawy. Okna pogodowe, podczas których cieszyliśmy się słońcem, przeplatały się z załamaniami, podczas których wyżej położone zerwy lub ich partie pokrywał śnieg. W trakcie całego wyjazdu mieliśmy ok. 7-8 dni, które pozwalały na realizację naszych planów. Byliśmy nastawieni na wspinaczkę klasyczną – nie braliśmy pod uwagę i nie byliśmy przygotowani na wspinanie mikstowe ani ciężką hakówkę. Najbardziej oczywistym celem była zachodnia ściana Ulamertorsuaq – najbardziej nasłoneczniona i położona najniżej – tym samym najszybciej schnąca spośród okolicznych turni.


Nasza baza. W górach sporo śniegu (fot. arch. AKGreenland)

Choć nie miał być to pierwszoplanowy cel tego wyjadu, to właśnie piękna linia Geneva Diedre / War and Poetry rozwiązująca środek zachodniej ściany Ula przykuła naszą uwagę. Pierwszą próbę podjęliśmy tydzień po przyjeździe do Tasermiut w zespole trójkowym: Magda, Łukasz i ja. Plan był prosty – dzielimy się drogą na pół: ja prowadzę pierwszych 15 wyciągów w płytowych formacjach, których nie lubi Łukasz, biwakujemy na Black Heart, potem mój partner robi 15 kolejnych długości w swoim rysowym królestwie i jesteśmy na górze. Magda miała nas wspomagać poruszając się na małpach z plecakiem.

Podczas tej próby udało się nam pokonać 3/4 drogi. O godz 19.00 drugiego dnia Łukasz  skończył prawdopodobnie najtrudniejszy na drodze 24. wyciąg  (5.12b) – ale skumulowane zmęczenie i skurcze nie kwalifikowały go do dalszej działalności. Wiedząc, że mamy jeszcze pół dnia pogody postanowiliśmy zabiwakować, odpocząć i spróbować rano ruszyć dalej. Niestety, zimno i brak odpowiedniego rozwspinania dały się nam bardzo we znaki – obaj obudziliśmy się dobrze “porobieni” – jak mawiają bywalcy siłowni – i pomimo bohaterskiej postawy Magdy, która opiekowala się dwoma doprowadzonymi do stanu inwalidztwa facetami, jedyną mądrą opcją było związanie lin do zjazdu. Do szczytu brakowało nam tylko i zarazem aż 6 wyciągów. Z perspektywy czasu trzeba powiedzieć, że była to słuszna decyzja – byliśmy w tej próbie za słabi – choć niesmak związany z wycofywaniem się z miejsca porównywalnego z Camp V na Nosie będę wspominał jeszcze długo.


Płytowa pierwsza część “War and Poetry” (fot. arch. AKGreenland)


Biwak na Black Heart podczas pierwszej próby przejścia “War nad Poetry”
(fot. arch. AKGreenland)


Łukasz w swoim królestwie (fot. arch. AKGreenland)

Na drugą próbę przyszło nam czekać długich 8 dni, podczas których pogoda nie pozwalała na nic oprócz okazjonalnego boulderingu czy spacerów, łowienia ryb oraz zerowania zapasów ciasteczek i Nutelli. Czas uciekał, my nie wspięliśmy się jeszcze na nic, do końca wyjazdu pozostawał tydzień… Magda planowo ruszyła wcześniej w podróż powrotną, więc uderzyliśmy na drogę z Łukaszem. Ponadtygodniowy okres bezczynności w bazie sprawił, że fizycznie nie czuliśmy się ani trochę sprawniejsi. Ponadto pierwszego dnia słońce schowało się za grubymi chumarmi, było zimno i kropiło. Ale przewaga polegała na tym, że znaliśmy już drogę, byliśmy nastawieni na walkę do końca i wiedzieliśmy, że po prostu musimy ją zrobić. Ten wyjazd nie mógł okazał się po prostu najdroższą wycieczką turystyczną w naszym życiu…

Udało się nam sprawnie przejść 15 wyciągów do półki i zaporęczować 2 kolejne ponad nią. Drugiego dnia o godz. 16.00 osiągnęliśmy “high point” z poprzedniej próby. Łukasz co prawda przebąkiwał co jakiś czas, że: “chyba już potrzebuje zmiany”, ale zaraz potem dodawał: “po tym wyciągu”, a w zmęczonych oczach widziałem, że jest we wspinaczkowym  transie i prowadzenia nie odda już do szczytu. Obserwowałem więc imponujacy pokaz wspinania i odliczałem kolejne stanowiska. Droga trzymala do samego końca – częściowo mokry, wyceniony na 5.10d 27. wyciąg okazał się jednym z najpoważniejszych na drodze, a na deser czekała na nas jeszcze spionowana 50-metrowa rysa na ręce na 30. wyciągu.


Tymi rencami… O północy na szczycie Ula (fot. arch. AKGreenland)

O północy zameldowalismy się na szczycie, który przywitał nas zimową aurą. O 5.00 rano po rześkim biwaku (-5 st. C) zebraliśmy się do robienia zdjęć, topienia śniegu, nawadniania i pałaszowania ostatnich batonów. Potem już tylko 5 godzin zjazdów i tak zakończyla się ta mała wojenka.


Topo “War and Poetry”

  • Lewy Filar Nalu – czyli czasem trzeba odpuścić

Dzień po zejściu z Ula otrzymalismy z Polski prognozę, z której wynikało, że nazajutrz otwiera się 1,5-dniowe okno pogodowe. Była więc okazja na wspinaczkę ostatniej szansy – tuż przed samym opuszczeniem Fiordu Tasermiut. Choć od zakończenia akcji na War and Poetry nie minęły 2 pełne dni i zmęczenie nadal dawało o sobie znać, podeszliśmy z Łukaszem w sobotnie popołudnie na biwak pod Nalu z planem przejścia Drogi Brytyjskiej z 1995 roku (Left Pillar), uklasycznionej przez amerykański zespół Timmy O’Neal – Nathan Martin i wycenianej na 5.12+.

W grę wchodziła tylko wspinaczka non-stop, mieliśmy przed sobą mniej więcej dobę pogody. Od samego początku niewiele układało się po naszej myśli – nogi nie chciały iść, ręce nie chciały się zginać, powieki ciążyły bardziej niż zwykle. Zmieniając się na prowadzeniu dobrnęliśmy do 12. stanowiska, jeden z wyciągów pokonując 1xAF oraz na jednym azerując na zalanym fragmencie rysy. Czuliśmy, że nie zregenerowaliśmy się po poprzedniej przygodzie. Kiedy jednak w końcu udało nam się złapać rytm wspinaczki, okazało się, że wyciągi 13. i 14. są całe mokre i wymagają haczenia – nietrudnymi w innych warunkach rysami płynie szlam z topiącego się powyżej śniegu.

Na 14. stanowisku perspektywa otworzyła się i mogliśmy zobaczyć teren ponad nami. Wyglądał również na zalany i wymagający hakówki na długich odcinkach. To przechyliło czarę goryczy – obaj poczuliśmy, że zrobienie drogi w tym stylu nie sprawi nam radości. O godz. 19.00 z pewną ulgą rzuciliśmy liny w zjazd, a nasze myśli powędrowały w stronę kolegów, którzy walczyli w tym czasie na prawym filarze Nalu. Im ten szczyt należał się bardziej niż nam…


W drodze pod Nalu (fot. arch. AKGreenland)

  • Non ce Due Senza Tre – czyli do trzech razy sztuka

Dość dramatyczny przebieg miały zmagania zespołu Maciek Książczyk – Paweł Wojdyga z włoską drogą rozwiązującą tzw. trzeci filar Nalumasortoq. W pierwszym oknie pogodowym wyjazdu chłopcy próbowali wspiąć się linią Moby Dick na Ulamertorsuaq, ale przygodę zakończyli z przyczyn podobnych jak my na 22. wyciągu, z tą różnicą, że uroda drogi nie zrobiła na nich wrażenia.

Pod koniec wyjazdu śniegi zeszły z Nalu umożliwiając oddanie próby na tej ścianie. Czas tejże  wyznaczyło drugie okno pogodowe – to samo, które okazało się szczęśliwe na War and Poetry. Jeszcze w Polsce wybór padł na włoską drogę Non Ce Due Senza Tre uklasycznioną przez Amerykanów Micaha Dasha oraz Thada Friday’a i wycenianą na 5.11+. W pierwszym podejściu Maciek z Pawłem wrócili spod Nalu zostawijąc tam depozyt po tym, jak stwierdzili, że schowana w chmurach od wielu dni ściana nadal ocieka wodą. Powrócili następnego dnia, ale tym razem po kilku wyciągach padający śnieg przegonił ich z powrotem na dół do biwaku.

Naparli kolejnego poranka po zostawionych poręczach. Niestety, za tym podejściem kamień strącony przez linę podczas małpowania trafił Pawła w twarz. Po opatrzeniu rany, która na całe szczęście okazała się tylko otarciem, zdecydowali się wspinać dalej, wiedząc, że na tej wyprawie może już nie być okazji na kolejną próbę. Pechowo niektóre wyciągi były nadal mokre, a inne zabrały zbyt dużo czasu. Siły i psychy starczyło do 13. stanowiska, skąd wycofali się o godz. 21, nie widząc szans na dokończenie drogi tego dnia.


Paweł i Maciek pod prawym filarem Nalu (fot. arch. AKGreenland)


Rysowe formacje na “Non ce Due Senza Tre”(fot. arch. AKGreenland)

W końcu jednak szczęście się do nich uśmiechnęło – tuż przed naszym wyjazdem z Tasermiut otwierało się wspomniane wcześniej 1,5-dniowe okno pogodowe. Tę okazję udało się wykorzystać – chłopcy przeszli drogę Non Ce Du Senza Tre, wytyczając własny wariant z półek podszczytowych na szczyt. Niewiele zabrakło do przejścia czysto klasycznego, zadecydował lot prowadzącego z zapychu na 14. wyciągu, którego z uwagi na cenny czas nie powtarzali. Całość zajęła 28h akcji biwak-biwak, z czego 8h trwały same zjazdy w silnym wietrze i psującej się już pogodzie.


TopoNon Ce Due Senza Tre

  • Najzimniejszy lipiec od 21 lat

“It’s cold. Not normal for this time of year” – rozpoczął rozmowę nasz skipper w drodze powrotnej do Nanortalik. “To był nazimniejszy lipiec na Grenlandii od 21 lat” – dodał zaraz potem.


Jest pięknie! (fot. arch. AKGreenland)


AKGreenland 2013! (fot. arch. AKGreenland)

Plon naszego wyjazdu:

Ulamertorsuaq – Geneva Diedre / War and Poetry (VI, 1000 m, 5.12b RP), Łukasz Mirowski – Paweł Pustelnik; 17-19.07.2013, 2 dni + zjazdy 5h;

Nalumasortoq – Non Ce Due Senza Tre
(VI, 700 m, 5.11+ R RP, 1xAF), Maciej Książczyk – Paweł Wojdyga; 21.07.2013, 28h non-stop.

Podczas obu przejść drugi poruszał się na przyrządach samozaciskowych.

***

Podziękowania:

Organizatorem wyprawy był Akadmicki Klub Górski w Łodzi. Wyjazd doszedł do skutku dzięki grantowi Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki oraz wsparciu Polskiego Związku Alpinizmu i Urzędu Marszałkowskiego Województwa Łódzkiego.

Sponsorem odzieżowym wyprawy był adidas, sprzęt puchowy dostarczał nam Cumulus, a łączność satelitarną zapewniła firma TS2.

Wielkie podzękowania za pomoc w organizacji wyjazdu, grafiki i stały kontakt sms-owy należą się Dominice Wajberg. Prognozami pogody i dobrym słowem wspierali nas niezawodni Paweł Grenda oraz Maciek “Sercem z Łodzi” Ciesielski. Dzięki!

Paweł Pustelnik




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    graty! [3]
    no i pięknie! gratki i AKG rulez!!! a z tym…

    9-08-2013
    szynaaa