10 lipca 2013 18:59

Tragedia w Kuluarze Japońskim

Jeszcze za wcześnie na jakąkolwiek analizę przyczyn wypadku Artura Hajzera, jednak spróbujmy uporządkować to, co się wydarzyło.

Dwuosobowa wyprawa Artura Hajzera i Marcina Kaczkana miała na celu zdobycie dwóch ośmiotysięczników: Gasherbrum I (8080 m) i Gasherbrum II (8034 m) w jednym sezonie, w możliwie najlżejszym stylu oraz bez użycia tlenu z butli. Obydwa szczyty, należące do grupy tzw. niskich ośmiotysięczników, nieraz były zdobywane jeden po drugim, bez powrotu do bazy, a jedynie do obozu I. Nie dokonano natomiast pełnego trawersu masywów ze szczytu na szczyt łączącą je granią przez przełęcz Gasherbrum Saddle (6511 m).


Hajzer i Kaczkan w bazie pod Gasherbrumami
(fot. polskihimalaizmzimowy.pl)

Hajzer zakładał, że oba szczyty zdobywać będą drogami klasycznymi uznawanymi za normalne, a wykonanie planu maksimum, czyli trawersowanie, uzależniał od warunków i dyspozycji zespołu. Wyprawa nie korzystała ze wsparcia publicznego czy dotacji PZA – sfinansowana została ze środków własnych i sponsoringu.

Z kraju wylecieli 8 czerwca, a 19 czerwca z dwudniowym opóźnieniem dotarli do bazy na lodowcu Abruzzi (5000 m). Opóźnienie powstało na Karakoram Highway, gdyż samochód miał awarię. Ewentualne zdobycie miejsca w samolocie graniczyłoby z cudem, gdyż na trasie Islamabad – Skardu latają teraz małe 40-osobowe maszyny.

Okazało się, że Hajzer i Kaczkan w bazie byli pierwsi i na razie jedyni. Nieopodal znajdował się tylko posterunek wojskowy. Dopiero po kilku dniach dotarły inne wyprawy, m.in. niemiecka wyprawa Amical oraz Rosjanie. Nasza dwójka postanowiła zacząć od wejścia na Gasherbrum I, który mieli tylko dla siebie. Nawet na bardziej popularnym (i łatwiejszym) Gasherbrumie II zaczęła działalność jedynie wspomniana wyprawa niemiecka pod kierunkiem Thomasa Laemmle. Spodziewane były dalsze wyprawy, ale zazwyczaj GI bywa atakowany jako drugi po GII, także najprawdopodobniej Polacy byliby sami aż do końca działalności na tym szczycie.


Thomas Laemmle, Artur Hajzer i Marcin Kaczkan w bazie niemieckiej (fot. 4×8000.blogspot.com)

22 czerwca wytyczyli i oznaczyli traserami drogę przez lodospad oddzielający bazę od plateau obozu I (6000 m). Trzy dni później, po noclegu w obozie, udało się im przejść przez plateau i drugi lodospad na przełęcz Gasherbrum Saddle, gdzie spędzili kolejną noc. Tam stanął obóz II (6511 m), a 27 czerwca zaczęło się poręczowanie kuluaru, zwanego japońskim.


Plateau w okolicy obozu I (fot. 4×8000.blogspot.com)

Mieli 200 m własnej liny, 50 m znaleźli na przełęczy, a 100 m nowej, ładnie zdeponowanej – w kuluarze. Sporo starych wyrwali spod śniegu. Niektóre stare liny w dobrym stanie wisiały na swoich miejscach. Osiągnęli wysokość 7000 m i przed wieczorem wrócili do obozu II.

Cały następny dzień odpoczywali w namiocie, zresztą pogoda się popsuła – przyszła zadymka, więc i tak nie było możliwości zejścia. 29 czerwca było tylko nieco lepiej i trudno było znaleźć drogę przez obydwa icefalle. Hajzer wpadł do stawiku lodowcowego do połowy ud i był przemoczony. Zapadał zmrok i choć widzieli światła bazy, to zawisło nad nimi widmo biwaku. Poprosili więc o pomoc. Thomas Laemmle i trzej Pakistańczycy wyszli im naprzeciw, przetarli i wskazali drogę. O godz. 22 byli w bazie. Proces aklimatyzacji uznali za zakończony. Teraz potrzebna była dobra pogoda, żeby zaatakować szczyt.

5 lipca ponownie znaleźli się w obozie II, a 6 lipca przeszli Kuluar Japoński i założyli obóz III (7160 m). 7 lipca zaatakowali szczyt, jednak pogoda ponownie się popsuła i zmusiła ich do odwrotu z wysokości 7600 m. Przekazali wiadomość, że wszystko u nich w porządku i zaczęli schodzić.

Niedługo potem, około godz. 11, żona Artura, Izabela Hajzer dostała od niego SMS, że Marcin Kaczkan spadł do Kuluaru Japońskiego. Od tego czasu nie było kontaktu z Arturem Hajzerem. Na prośbę z Polski zorganizowano akcję poszukiwawczą, którą na miejscu koordynował Thomas Laemmle. We wtorek rano grupa rosyjskich wspinaczy znalazła Marcina Kaczkana, który był sprawny i poruszał się o własnych siłach. Marcin oświadczył, że Artur Hajzer nie żyje. Gdy dotarł do bazy, w rozmowie z Krzysztofem Wielickim podał szczegóły wypadku:

Zaczęliśmy schodzić. Ja pierwszy. Artur szedł za mną. W pewnym momencie, z niewiadomych przyczyn, zauważyłem że Artur nie schodzi, tylko po prostu spada. Poleciał 500 metrów do podstawy ściany. Kiedy doszedłem do niego, już nie żył.


GI z wierzchołka GII. Strzałka pokazuje ujście Kuluaru Japońskiego (fot. Krzysztof Wielicki, opisy Grzegorz Głazek)

Informacje o tym, że w kuluarze najpierw odpadł Kaczkan, okazały się nieprawdziwe. Marcin był zdziwiony treścią wiadomości, jaką otrzymała żona Artura. Powiedział, że nie spadł. Kiedy Hajzer minął go spadając, Marcin zszedł w dół, znalazł ciało Artura i tam czekał na pomoc.

Krzysztof Wielicki próbował tłumaczyć, co mogło się stać podczas zejścia:

Artur próbował dzwonić do żony, ale mocno wiało. Prawdopodobnie stracił z oczu zjeżdżającego Kaczkana i pomyślał, że tamten spadł. Była to jednak wina słabej widoczności. Później nie zdementował tej informacji, więc myślę, że wypadek zdarzył się niedługo po telefonie.

Przetransportowanie ciała jest bardzo skomplikowane, wymaga co najmniej ośmiu tragarzy, którzy muszą znieść ciało z gór. Nie sądzę, by udało się przetransportowanie ciała helikopterem, gdyż nie ma tam takich pilotów. Najbardziej prawdopodobna jest opcja, że Artur nie zostanie zniesiony i zostanie pochowany na miejscu, choć oczywiście ostateczna decyzja należy do rodziny.

Śmierć Artura Hajzera, jednego z najbardziej doświadczonych polskich himalaistów i kierownika programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, wywołała szok i wstrząsnęła całym środowiskiem alpinistycznym. Nietrudno zgadnąć, jaki będzie los programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, gdy zabrakło jego głównego orędownika.

Janusz Kurczab

Źródła: PZA, off.sport.pl




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    Tragedia w Kuluarze Japońskim [6]
    "Nietrudno zgadnąć, jaki będzie los programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015,…

    10-07-2013
    bodziu