26 marca 2013 15:37

Almendudler, wariantem Amen Dudler – wspinaczka zespołu Rychlik-Marcisz

Publikujemy ciekawy opis wspinaczki na drodze Almendudler pióra Andrzeja Marcisza. Krakowski zespół Marcisz – Krzysztof Rychlik wspięli się tą poważną drogą 20 lutego br. Całość prowadził Krzysiek. Jak się okazało, zespół wytyczył swój własny wariant do drogi, proponując dla niego wycenę WI7. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na sportowe i stylowe okoliczności przejścia, o czym piszemy na końcu tekstu.

Krzysiek Rychlik, który monitoruje warunki na Almendudler od 2007 roku, zadzwonił do mnie z propozycją, abym pojechał z nim na tę drogę. Po zapoznaniu się z tekstem z przewodnika Hot Ice, który tak opisuje Almendudlera:

Absolutnie genialna linia! Długa i wymagająca. Ukoronowaniem było pokonanie przez Markusa Stofera i Nicolasa Jacqueta sopla, który dotychczas omijało się po skale za M9+. W 2010 roku wycenili go na WI6. Jest jasne, że tak pokonana droga jest jedną z najpiękniejszych i najbardziej wymagających linii w Szwajcarii.

szybko zapadła decyzja, że jedziemy w poniedziałek.

Dojazd, 1500 km po autostradach zajęło nam 13 godzin i do Kanderstegu dotarliśmy przed północą. Nie nerwowo, nieco ścierpnięci po podróży, przed południem kolejnego dnia, w rakietach śnieżnych zaczęliśmy wolno zmierzać w kierunku naszego celu.


Pod drogą (fot. Andrzej Marcisz)

Rekonesans – 19 lutego

Nasz plan zakładał w tym dniu poznanie dwóch pierwszych mikstowych wyciągów M9 i M8. Patrząc na nie z boku, ściana robiła duże wrażenie.


Ściana widziana z boku (fot. Andrzej Marcisz)


Foto nr 1: Krzysiek zaczął wspinaczkę z dwoma Ergo, jednak było bardzo zimno, a lód tak twardy, że dziaby odbijały się jak od betonu (fot. Andrzej Marcisz) 


Foto nr 2: Po zmianie na Nomiki poszło już bez problemów
(fot. Andrzej Marcisz
)

Strzałka na zdjęciu powyżej pokazuje miejsce, na którym poniżej widać Roberta Jaspera, podczas jego przejścia w 2008 roku.


Robert Jasper na Almendudler
(fot. Klaus Fengler)


Foto nr 3: Krzysiek Rychlik wchodzi pod lewy wiszący sopel. Drugie stanowisko znajduje się na lodowym stopniu, w który wbija dziabkę. Powyższe zdjęcia pochodzą z próby we wtorek, 19 lutego
(fot. Andrzej Marcisz)

Podczas powrotu, tego dnia postanowiliśmy jeszcze przetuptać sobie ścieżkę podejściową tak, aby jutro dotrzeć tu jak najmniejszym nakładem sił. Przetrawersowaliśmy pod całą przewieszoną ścianą ok. 300 metrów w prawo. W dół zeszliśmy równolegle do wielkiego lawiniska, które musiało wyjechać z kotła ponad ścianą. Wiedzie tamtędy droga WI5, opięczętowana ikonką trupiej czaszki. Patrząc na rozmiar tego lawiniska i drogę ponad nią wnioskowałem, że nie jest to popularna linia.


Ściana Almen z drogą naszego podejścia i zejścia (fot. Andrzej Marcisz)

Zejście tamtędy miało taką zaletę, że lawinisko było twarde i nie musieliśmy brnąć po pas w śniegu, jak kilka godzin wcześniej. Sądziliśmy, że co miało zejść, to zeszło i ta droga jest już bezpieczna. Nic podobnego…

Przejście – 20 lutego

Rankiem prószył śnieg i kiedy doszedłem do lawińska odkryłem, że naszych śladów nie ma. Poprzednie lawinisko pokryło nowe, znacznie szersze i wchodzące ok. 50 metrów w głąb lasu. Było jeszcze niezamarznięte i doskonale się po nim wychodziło. Jednak nie chciałem się już licytować z losem i poszedłem grzecznie samym jego skrajem.


Schemat dwóch pierwszych wyciągów (fot. Andrzej Marcisz)

Około 9 rano po małej rozgrzewce, Rychły w swoich Capoeirach i dwoma Nomikami zaczął prowadzić. Widać było, że nie jest rozgrzany, ale startowe M9 wciągnął jak poranną kawę ze świeżą bułeczką. Mnie nie przyszło to tak łatwo. Trochę zmarzłem przy asekuracji, a Batury z Dartami na nogach nie są sprzętem na M9. W sumie i tak szybko doszedłem do stanowiska.

Kolejny wyciąg M8 miał paskudny start, Rychły wymachiwał rakami nade mną przed pierwszą wpinką. Ten wyciąg jest bardzo krótki i chyba lepiej było go poprowadzić w ciągu z pierwszym, aby uniknąć właśnie tego niebezpieczeństwa wbicia się rakami w partnera na stanowisku. Spory okap nie sprawia Krzyśkowi żadnych problemów, natomiast wejście pod wiszący sopel wymaga delikatnego skradania się po kępkach lodu. Ale jest sukces – patrz zdjęcie poniżej.


Foto nr 4: Krzysiek na drugim stanowisku, pomiędzy dwoma wiszącymi soplami. Zdjęcie wykonane ze stanowiska poniżej podczas przejścia w środę 20 lutego (fot. Andrzej Marcisz)


Foto nr 4: Chwilę później jesteśmy razem na drugim stanowisku (w dziurze pomiędzy dwoma wiszącymi soplami) z jednego starego nita i ruszającego się haka. Stoję bez trzymania oparty plecami o solidną lodową kurtynę. Ze względu na lejącą się wodę Krzysiek zmienia buty na ciężkie Zamberlany Eiger i zakłada Grivele Rambo. Ubiera kurtkę Goretexa, gdyż musi przejść przez strefę cieknącego wodospadu (fot. Andrzej Marcisz)


Foto nr 5: W trudnościach trzeciego wyciągu. Bardzo kruchy, pionowy lód WI6. Wpięcie do jedynego
na tym wyciągu nita, bardzo ratuje asekurację (fot. Andrzej Marcisz)


Schemat trzeciego wyciągu (fot. Andrzej Marcisz)

Trzecie stanowisko Krzysiek założył ze śrub, na których wisiał. Ze względu na lodowy prysznic, nie udało się dojść do miejsca, w którym jest oryginalne stanowisko (z jednego nita). Po moim dojściu okazało się, że śruby w dużej mierze zdążyły się wytopić. Dlatego zawisnąłem na dziabkach nieco po prawej, wybijając sobie dwa stopnie w zmrożonym śniegu, co można zobaczyć na topo powyżej.


Foto nr 6: Czwarty wyciąg to dojście do małej kurtynki, która akurat była bardzo dobrze wylana. Krzysiek wkręcił pod nią dwie śruby (ze względu na słabe stanowisko) i ocenił ją na WI4/5, w oryginale widniało WI5. (fot. Andrzej Marcisz)


Schemat czwartego i piątego wyciągu, zaznaczone są też miejsca zjazdowe (fot. A.Marcisz)

Kolejny, piąty wyciąg WI5 okazał się trudniejszy, mimo, że na zdjęciach wygląda na dobrze wylany. Lód był bardzo kiepskiej jakości, dodatkowo polewany zimnym prysznicem, przez co nie udało mi się nawet wyciągnąć aparatu. Krzysiek odczuł go jako solidne WI5+.

Po około 5,5 godzinach wspinania byliśmy pod kluczowym, szóstym wyciągiem. Robimy sobie mały popas – żele i BCAA dla mobilizacji organizmu do dalszego działania. Sopel wydawał się być dobrze wylany i dość stabilny. Krzysiek zmienia ostrza na lodowe z ciężarkami. Byliśmy dobrej myśli. W końcu żartobliwie powiedziałem do Krzyśka:

– Idź, zrób ten sopel i będziesz legendą człowieku.
– Obaj będziemy, odpowiedział Krzysiek.
– No dobrze, tylko zrób ten sopelek.
– Jak wszystko będzie szło dobrze, to nie zajmie mi to więcej niż 20-30 minut…

Po oględzinach z bliska okazało się, że sopel składa się z trzech mniejszych sopli z pustką w środku. Krzysiek zaczął się wspinać, doszedł do miejsca oznaczonego na zdjęciu strzałką, wkręcił śrubę i musiał zejść. Problemem był ciągły prysznic, który uniemożliwiał podniesienie głowy do góry. Na przejście tamtędy nie było szans.


Sopel, strzałka wskazuje miejsce wycofu (fot. Andrzej Marcisz)

Zacząłem namawiać Krzyśka, aby poszedł zobaczyć od lewej strony, tak aby wspinał się po stronie wewnętrznej, między ścianą a soplem. Wtedy byłby chroniony od wody i dopiero powyżej sopla przewinąłby się na zewnątrz. Oględziny sopla po lewej zaczęły się od wiązanki przekleństw na setki wiszących firanek oraz spore wywieszenie.

Długo zastanawialiśmy się jak prowadzić linę, aby było najmniejsze tarcie i lina była chroniona od spadającego lodu. Po wkręceniu śruby w “fundament” sopla, zdecydowaliśmy przepiąć przez nią obie żyły, tak aby Krzysiek ponad nią asekurował się tylko z jednej. W razie lotu z soplem miałby asekurację z drugiej żyły.


Sopel widziany od wewnętrznej strony (fot. Andrzej Marcisz)


Warunki w tym miejscu w 2010 roku podczas pierwszego przejścia drogi wariantem przez sopel. Wycena zespołu Markus Stofer – Nicolas Jacquet to trudności do WI6 (fot. arch. Markus Stofer)

Muszę wspomnieć tu o bardzo istotnym szczególe. Podczas trzynaście poprzednich pobytów w Kanderstegu, Krzysiek wielokrotnie widział, jak ten sopel spadał. Co więcej, raz był nawet pod ścianą i chciał wówczas próbować pierwsze wyciągi. Dlatego podświadomie zakładał, że coś takiego może się stać, szczególnie podczas obciążania i wbijania w niego dziabki. Żartowałem sobie nawet, że teraz jest ten czternasty raz, trzynasty ma już za sobą, więc nic złego nie powinno się przydarzyć. Dodatkowo przekonywałem go, że jego wspinaczkowe oddziaływanie na ten sopel można porównać do chodzenia mrówki po słoniu.

Z drugiej jednak strony tydzień wcześniej byliśmy w Białej Wodzie na Utoku. Sporo rozmawialiśmy o wypadku Pawła Zioło, który spadł tam z soplem, mając wkręcone w niego dwie śruby. Jak mówił Marcin Szczotka, który go asekurował, szczęście, że ruskie tytany wyrwało z lodu, a nie urwało liny.

Na Fb zamieściłem zdjęcie, gdzie Rychły wisi na tle Sopla na Utoku (z prawej). Marcin Szczotka odniósł się do tego zdjęcia i jego przygody na tej drodze: Oj nie było to miłe, oj nie!

Wypadek Słowaka (jednego z autorów przejścia zimowo-klasycznego Galerii Gankowej) na Utoku, o którym dowiedzieliśmy się, po przyjeździe do Polski potwierdza tylko, że w praktyce takie rzeczy się zdarzają.

Poniżej można coś takiego zobaczyć na filmie:

W końcu Krzysiek ruszył w górę, jakby nigdy nic. Niestety, nie widziałem jak się wspina, jedynie ciągle spadające kawałki lodu. Później mogłem się zorientować gdzie jest, gdy zza kantu, który mi zasłaniał Krzyśka, wyłaniały się Nomiki podczas zamachu. Narzekał, że śruby siedzą słabiutko, tak dla poprawienia samopoczucia i że ma już blisko do nitów. Mówił, że może założy na nich stanowisko, bo obawia się, że będzie miał zbyt duże przegięcie i nie będziemy się słyszeć.

Nagle przestrzeń rozdarło sakramentalne przekleństwo, które towarzyszy zazwyczaj odpadnięciu. Odruchowo wybrałem linę i przykucnąłem gotowy na łapanie lotu. Zobaczyłem tylko spadający sopel wielkości worka bokserskiego. Nie poczułem najmniejszego szarpnięcia. Przeszył mnie dreszcz i zacząłem się drzeć: Krzysiek! Krzysiek!

Odpowiedział równie przerażony głos: Kurwa cicho bądź, nic nie mów, sopel pękł.

W pewnym sensie mi ulżyło, bo przez moment umysł przeszyła myśl, że razem z tym lodem poleciał mój partner…

Krzysiek nie stracił głowy i działał szybko. Nit z oryginalnej linii drogi był o “dziabnięcie”.
Za chwilę był do niego wpięty, później do drugiego. Krzyczał do mnie, abym go przestał asekurować, bo jak się sopel urwie to cztery śruby wkręcone w sopel mogą go ściągnąć w dół. Zorientowałem się, że to nic nie da i muszę się rozwiązać z tej liny, na której go asekurowałem, a trzymać tylko na drugiej, która nie jest wpięta w śruby na soplu.

Wytrenowana automatyka szybkiego działania i adrenalina przyszły z pomocą. W mgnieniu oka zawiązałem węzeł na drugiej żyle poniżej przyrządu, zamieniłem auto z liny, z której musiałem się uwolnić na pętlę i rozwiązując się krzyczałem do Krzyśka, aby szybko wybierał i wyciągał linę z przelotów wkręconych w sopel.

Sytuacja wydała się być opanowana. Krzysiek wisiał jednak na dwóch nitach 25 metrów wyżej i z 10 metrów w prawo. Udało mu się rzucić z powrotem linę tak, że ją złapałem. Zapytałem go, jak wyglądają te nity – odpowiedział, że te akurat wyglądają na nowe, bo mają pewnie pięć lat.

Widziałem tylko, że dynda w powietrzu, więc zapytałem, jak są wbite te nity, czy aby nie w dach i działają na wyrywanie. – Ten pierwszy jest w dachu, drugi jest wbity poziomo i w solidną skałę – brzmiała odpowiedź. To nie najgorzej, pomyślałem.

Długi czas rozmawialiśmy, co zrobić. Krzysiek proponował, abym wymałpował wzdłuż sopla i nie dotykając go wykręcił śruby. Na tych nitach chciał zrobić stanowisko i iść dalej.

Patrząc z dołu proponowałem, aby te dwa nity spiął w jeden przelot na zakręcanych karabinkach i poszedł dalej.

Żaden z tych pomysłów nie był bezpieczny. Miał swoje zalety, ale i wady. Zakładały, że jeśli sopel teraz się urwie, nie przewróci się na stronę ściany. Wówczas lina, na której się wspinałby Krzysiek byłaby narażona na uderzenie soplem. To samo dotyczyło mnie przy małpowaniu.

Zastanawiałem się później, dlaczego nie wzięliśmy pod uwagę najprostszego i chyba najbezpieczniejszego rozwiązania polegającego na opuszczeniu Krzyśka w dół do mnie i wycofaniu się. Choć i tu musielibyśmy zjeżdżać pod odpękniętym soplem, a gdyby spadł, to trudno przewidzieć jego siłę rażenia i miejsce, gdzie wówczas byśmy się znajdowali. Była w nas jednak ogromna chęć przejścia tej drogi, sukces był zbyt blisko, aby nawet pomyśleć o poddaniu się.

Stanęło na tym, że wyjdę po linie, czyli będę małpował na tym cholernym nicie, wbitym w poziomy dach i działającym na wyrywanie. Powiem wprost, nie byłem szczęśliwy ;(.

Poprosiłem Krzyśka, by asekurował mnie dodatkowo na cienkiej żyle, bo przynajmniej lepiej się będę czuł psychicznie .

Założyłem małpy i zacząłem trawersować na miękkich nogach w stronę sopla. Tłumaczyłem sobie, że ten sopel jednak stoi, ma niezły fundament. Miałem nadzieję, że przez kolejne 5, 10, 15 minut nic się nie wydarzy. Teoretycznie w tym momencie logika nakazywała spieszyć się. Ale nie. Każdy ruch wykonywałem wypuszczając jak najmniej powietrza z płuc, jakbym chodził po cienkim lodzie.

Wyglądało to mniej więcej tak: małpa w górę – oczy na sopel, małpa w górę – oczy na sopel. Wahnięcie, złapanie śruby i szybkie wykręcenie – wzrok w górę i małpa itd.

W końcu wymięty psychicznie wpiąłem auto. Popatrzyłem, jak wbity jest ten nit i ogarnęła mnie bezsilność. Mogłem tylko wierzyć w to, że jestem w Szwajcarii i tu nie ma lipy – że jest to oryginalny nit z dobrego materiału, wbity przez doświadczonego Niemca lub Szwajcara.

Krzysiek zdążył wystygnąć i palił się, by iść dalej. Potrzebowałem chwili wytchnienia dla zorganizowania się na dość niecodziennym stanowisku. Stwierdziłem, że muszę to uwiecznić, bo kto wie, czy jeszcze kiedyś w życiu przyjdzie mi wisieć na takim stanowisku. Niestety, światło było słabe, a obiektyw chyba zaparowany i nie uchwycił istoty. Pęknięcie sopla, które biegło do jego zewnętrznej części, miało szerokość “na włożenie palca”. Szczelina dobrze była widoczna od strony Krzyśka, ja również ją widziałem, ale aparat zarejestrował to znacznie słabiej.


Foto nr 7 i 8: Stanowisko przy pękniętym Soplu (fot. Andrzej Marcisz)

Wydostanie się na zewnątrz kurtyny poszło wyjątkowo łatwo. Wkręciliśmy dodatkowo śrubę w lód powyżej pęknięcia i Krzysiek zniknął. Lina przesuwała się w płytce rytmicznie i to mnie cieszyło. Umówiliśmy się, że jak będzie miał stanowisko, to wybierze linę i za chwilę będę mógł iść, nawet jakbyśmy się nie słyszeli. Tak też się stało – luz miałem wybrany. Zaczął dzwonić mój telefon. Dzisiaj, w czasie naszego wspinania, telefon dzwonił wielokrotnie, ale nie odbierałem, tym razem miałem przeczucie że dzwoni Krzysiek. Tak było – Mam pancerne stanowisko, możesz być spokojny. Takiej wiadomości oczekiwałem.

Wydostanie się na zewnątrz lodu zajęło mi masę czasu. Nie mogłem sobie poradzić z wykręceniem śruby, urwały się pode mną resztki lodowej kurtynki, po której wyszedł Krzysiek i wpadłem pod okap. Dziabki zostały mi na lodzie metr wyżej. Cienka lina, na której się wspinaliśmy (Joker 9.1mm) zdawała się być z gumy. Miałem na sobie plecak, mokre rakobuty na uprzęży i podwieszoną do siebie 60-metrową połówkę liny, również mokrą i obrośniętą lodem. W butach z rakami i wszystkim co miałem do ubrania na sobie ważyłem sporo więcej niż zazwyczaj. Założyłem małpy, ale “zapalenie” do podchodzenia po linie z wiszącej pozycji, kiedy ma się na sobie tyle szpeju, na tak elastycznej linie, po tylu metrach wspinania było sporym wyzwaniem.

Podszedłem parę metrów, ale małpy zaczęły mi się ślizgać na linie. Stwierdziłem, że lepiej będzie, jak Krzysiek będzie mi wybierał, a ja będę się wspinał. Do stanowiska dotarłem zmasakrowany fizycznie, ale szczęśliwy, że najtrudniejsze mamy już za sobą. Zaczynało się robić ciemno i wyciągnęliśmy czołówki. Pocieszałem Krzyśka, że jak zapalę swoją Zebrę, to będzie tu jak w dzień. Krzysiek był pod wrażeniem światła, jakie emitowała maleńka latareczka. Teoretycznie miałem teraz prowadzić, ale musiałbym chwilę odpocząć, a Krzysiek by wówczas zmarzł, więc zmieniliśmy ten plan. Zostały nam trzy łatwe wyciągi WI3. Taki lód to bajka, był jednak mocno przysypany świeżym śniegiem.

Krzysiek rozprawił się z pierwszym z pozostałych wyciągów błyskawicznie, ja się zbułowałem na podawaniu zamarzniętej liny przez płytkę. Samo wspinanie było jakby odpoczynkiem, obaj stwierdziliśmy, że mimo dużego zmęczenia po takim lodzie moglibyśmy jeszcze iść “kilometrami”.

Na półkach pod kolejnym wyciągiem było masę śniegu, praktycznie po pas. Opis podawał, że po lewej istnieje możliwość zejścia. Poszedłem to rozeznać. Zacząłem się kopać półką w lewo. Niestety zrobiło się zupełnie ciemno, a na domiar złego napłynęła gęsta mgła. Moja czołówka stała się bezużyteczna, działała jak długie światła w samochodzie podczas jazdy we mgle. W końcu ją wyłączyłem i okazało się, że bez niej widzę więcej. Przede mną rozciągało się strome pole śnieżne, w którym brnąłem po pas. Oceniłem, że nie jesteśmy w stanie pokonać go jedną długością liny, tak aby przejść od drzewa do drzewa, zapewniając sobie asekurację w razie, gdyby pole wyjechało. Było zdecydowanie zbyt lawiniasto.

Wróciłem do Krzyśka. Staliśmy wpięci do małego świerczka, grubości może pięciu centymetrów. Krzysiek zrobił się nerwowy. Chciał szybko się stąd wydostać. Rozumiałem go doskonale, przygodę z pękniętym soplem zapamięta do końca życia. Jednak ciągle byliśmy w ścianie, a droga do ciepełka była jeszcze bardzo długa. Tłumaczyłem mu, że teraz kiedy jest ciemno, nie ma się już gdzie spieszyć, a wręcz musimy robić wszystko wolno, by nie popełnić jakiegoś głupiego błędu.

Trzeba było iść do góry. Na zdjęciu w schronisku widziałem, że tamtędy wiedzie ścieżka rokująca łatwe zejście w dół.

Byłem znów wykończony kopaniem się w śniegu i wypadało, żeby dalej poszedł Krzysiek. Zamieniliśmy się kaskami z czołówkami, bo jego czołówka zaczęła zdychać. Ruszył do góry. Panowała fatalna widoczność. Od mojej strony wyglądało, że jest to jednak trudny teren. Cały czas pokrzykiwałem do Krzyśka, aby się asekurował i jak tylko widzi miejsce na wkręcenie śruby, to niech ją wkręca. Lód nie był trudny, ale słaby do asekuracji.

Krzysiek parł do przodu, a ja znów nie mogłem nadążyć z podawaniem liny. Teraz, kiedy poleżała w śniegu, przypominała drut, na domiar złego wielokrotnie większej średnicy. W końcu zacząłem krzyczeć, że lina się kończy. Gdy po chwili się skończyła, przepiąłem się nawet na auto z pętli i wypiąłem przyrząd do asekuracji, ale to i tak było za mało. Słabo się słyszeliśmy. Podejrzewałem, że mamy iść równolegle. Nie podobało mi się to. Krzysiek ciągnął mocno linę. Miałem nadzieję, że jest już w łatwym terenie i potrzebuje luzu.

Zlikwidowałem stanowisko z drzewka i zacząłem podchodzić w stronę pierwszej wkręconej śruby, która była dość wysoko w stromym lodzie, przed małym, bardziej spionowanym prożkiem. Kiedy do niej doszedłem, lina ciągle była naciągnięta, tak jakby Krzysiek wciąż szedł do góry. Straciliśmy kontakt głosowy. Długo stałem, zanim postanowiłem wypiąć się ze śruby. W plecaku miałem zwiniętą i ciężką jak cholera linę, na uprzęży ważące teraz z tonę rakobuty Krzyśka i czułem się zmęczony. Bałem się, że ta przygoda może się źle skończyć. Nie było innego wyjścia, tylko iść dalej. Jedyne co mogłem zrobić to wbijać moje dziabki na przysłowiowe 200%. Wspinałem się wolno, Nomiki siadały jak marzenie. O dziwo, wspinaczka mnie nie męczyła. Po przejściu około 20 metrów, usłyszałem, że Krzysiek jest wpięty do grubego drzewa.

Na stanowisku zaczęliśmy dyskusję co dalej. Stanęło, ze pójdę do góry i zobaczę, może będzie widać coś więcej. Teren wyglądał mało przystępnie. Widoczność znów była fatalna do tego stopnia, że wspinając się po skale nie zauważyłem tuż po lewej resztek z ostatniego, praktycznie zasypanego wyciągu lodowego (odkryliśmy go dopiero na drugi dzień). Po około 25 metrach byłem przy ostatnim drzewie na skraju urwiska, ale nie widziałem dalszej drogi. Na torowanie w śniegu po pas i głębszym nie miałem już siły. Zjechałem do Krzyśka.

Było po dziewiątej. Sugerowałem, że rozsądnie byłoby przeczekać tu w lasku do rana i może wówczas zabaczymy jak schodzić. Do świtu pozostawało 9 godzin. Mieliśmy jeszcze sporo jedzenia i ok. 0.5 litra prawie zamarzniętej coli, ale dało się ją pić. Krzysiek był nieco lżej ubrany ode mnie, co było jakby wliczone w taktykę. Cienkie puchówki zostały pod ścianą, staraliśmy się odciążyć jak tylko się dało – musieliśmy wziąć dla Krzyśka drugie, cieżkie buty i raki. Mieliśmy przemoczone rękawice, a nasze kurtki były jak zbroje, pokryte warstwą lodu. Sprzęt przeszedł tu ciężki test, wszystko sprawowało się bez zarzutu. Co do rękawic, to myślę, że takiego wspinania w strugach marznącej wody nie przetrwa dłużej niż godzinę żaden goretex.

Zejście

Podjęliśmy decyzję, że zjeżdżamy. Wydostaliśmy się z tej ściany z wielkim trudem, teraz zostaliśmy zmuszeni do powrotu w nią. W świat wiszących sopli i lodu. Z linami jak kable oblepione warstwą śniegu i lodu. We mgle i po ciemku. Obawialiśmy się tego zjazdu, ale prognozowana na noc temperatura minus 14 stopni przeważyła w podjęciu tego wyzwania.

Baliśmy się, ale nie było tak źle, jak zapowiadało się po pierwszym zjeździe, na którym walczyłem chyba z godzinę, by przepchnąć linę przez płytkę. Liny wyczyściły się ze śniegu i lodu. To, że były zamarznięte, spowodowało niemal beztarciowe ich ściąganie. Przećwiczyliśmy sporo wariantów z wiązaniem prusików tak, aby działały właściwie na zalodzonych linach. W prawej rękawiczce co prawda wypaliłem dziurę, ale to szczegół, który odkryłem na drugi dzień. Szukanie właściwej drogi zjazdu, pomiędzy wiszącymi soplami w dzień byłoby trudne. Nam udało się wpasować między nie dokładnie co do metra. Nigdy nie zapomnę wybijania okienek w lodowych kurtynach, tak aby wjechać pod okapy. Sople, jak nie trzeba to spadają  same, kiedy potrzeba je utrącić wisząc w zjeździe na linie, okazuje się, że są jak żelbet.

Zmęczenie oraz ciemna i zamglona noc ograniczyły grozę zjazdu tą ścianą. Najgorszy był przedostatni zjazd wzdłuż największych wiszących sopli i w cieku wodnym. Lina była tak zalodzona, że z trudem ją trzymałem. Krzysiek, który zjeżdzał drugi, miał ją już zupełnie mokrą i zalodzoną – tak, że zaczął krzyczeć do mnie, abym mu pomógł ją trzymać, bo jedzie razem z prusem. Gdyby nie sople, które tu na mnie spadły na, można by powiedzieć, że zjechaliśmy bez zadraśnięcia.

Ukryci pod okapami byliśmy bezpieczni. Wróciliśmy drogą podejścia. Nie chcieliśmy już ryzykować zejścia wprost w dół, które jest znacznie krótsze, jednak narażone na spadające sople. Byliśmy zgodni, że limit szczęścia na dziś mamy wyczerpany. Ciągnąc za sobą liny, do schroniska dodarliśmy przed godziną drugą w nocy.

W lodówce mieliśmy zimne piwo, whiskacza i colę. Wysuszony na kość kabanos był smakowitą zagryską, Pink Floyd grał nam z telefonu i nie wiadomo kiedy zrobiła się czwarta. Były to piękne dwie godziny.


Po lewej sopel dzień wcześniej, po prawej po naszym przejściu. Z prawej strony sopla widać
wyraźnie wyrwę, przez którą wywinęliśmy się na zewnątrz sopla (fot. A. Marcisz)

Nasze przejście:

  • Autorzy: Krzysztof Rychlik i Andrzej Marcisz
  • Data: 20.02.2013
  • Czas: ok. 11h, 15/16h wraz ze zjazdem pod ścianę,
  • Sprzęt: 10 śrub Grivela, 12 ekspresów, 12 wolnych karabinków, 10 pętli, 4 Nomiki + dwa lodowe ostrza z ciężarkami
  • Asekuracja: na stanowiskach jest zazwyczaj jeden nit, dodatkowo cztery na pierwszym wyciągu, dwa na drugim, jeden na trzecim, z dwóch skorzystaliśmy na szóstym. Ich jakość jest bardzo wątpliwa. Trzecie stanowisko mieliśmy ze śrub, bo nie dało się dojść do oryginalnego stanowiska, ze względu na lejącą się wodę.

Almendudler

  • 350 metrów
  • oryginalnie M9+ WI6, wariantem przez sopel M9 WI6

Przejścia: 

  • Pierwsze przejście: Robert Jasper i Bernd Rathmayr, styczeń 2008,
  • Drugie przejście: Dani Arnold i Stephan Ruoss, 12 luty 2009
  • Przejście z ominięciem 6. wyciągu nowym wariantem po soplu – Markus Stofer i Nicolas Jacquet w 2010 (w tamtych warunkach trudności do WI6)

Nasze przejście jest czwartym, drugim po Soplu, choć w praktyce nowym wariantem po wewnętrznej stronie Sopla, który w tych warunkach oceniliśmy na WI7.

Topo przejścia – połączenie graficzne zdjęć Władek Vermessy,
zdjęcia i schemat Andrzej Marcisz:

***

Przebieg drogi Almendudler według przewodnika “Hot Ice” autorstwa Ursa Odermatta:

Od Redakcji

Almendudler dostarcza wielu znaczących wyzwań technicznych, jak i psychicznych. Zwłaszcza decyzja o wyborze wariantu lodowego na 6. wyciągu może okazać się brzemienna w skutkach. O konsekwencjach wspinaczki w kiepskiej jakości soplu zespół całe szczęście nie przekonał się na własnej skórze. Sopel spadł w kilkanaście dni po ich przejściu.

Oryginalnie Almendudler został poprowadzony przez Roberta Jaspera na 6. wyciągu terenem skalnym, który wycenił na M9+/10- (obecne “przewodnikowe” trudności skalne wynoszą M9+). Markus Stofer dzięki sprzyjającym warunkom przeszedł tę część ściany wariantem po soplu (trudności do WI6). Krzysiek i Andrzej zdecydowali się również na przejście 6. wyciągu po soplu.

Jak wiemy z relacji, sopel pękł a Krzysiek w tej niebezpiecznej sytuacji sięgnął do spitów z drogi skalnej, gdzie założył wiszące stanowisko w okapie. Tym samym kluczowy dla całej drogi wyciąg został podzielony stanowiskiem.

Według Andrzeja w tym miejscu udało mu się znaleźć miejsce no hand rest, dlatego uznaje on, że skoro poruszali się nowym terenem (a za taki uważają inną stronę sopla), to ich przejście zostało przeprowadzone zgodnie z regułami. Swój wariant nazwali Amen Dudler.

Taka deklaracja zespołu, o ustanowieniu wariantu i 4. przejściu drogi Almendudler, jest w jakimś stopniu dyskusyjna. Otwarte pozostaje pytanie czy można to przejście uznać za pełnowartościowe RP? Na tak wybitnych drogach o sportowo-górskim charakterze, kluczowym staje się pokonanie linii w stylu nie gorszym niż autor pierwszego przejścia – w wypadku wyboru wariantu przez sopel mowa o Stoferze. Styl OS lub RP wyklucza bowiem dowolne dzielenie wyciągów, zwłaszcza wtedy gdy obniża to ciąg trudności. Stylowe wspinanie wymaga pokonania drogi zgodnie z oryginalnymi stanowiskami.

Andrzej Marcisz




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    Taktyka [1]
    Jak z perspektywy tego pęknięcia patrzycie na wkręcanie śrób w…

    26-03-2013
    szczepan2

    zadziwiająca dociekliwość [22]
    jak w tytule zadziwiająca jest dla mnie dociekliwość Redakcji w…

    27-03-2013
    kozi