7 lutego 2012 10:27

Nigdy nie odczuwałam niczyjej presji, prócz własnej… – wywiad z Olą Taistrą

Ciągle w drodze, na walizkach, większość roku spędza w skałach. A jeśli już jest tu, na miejscu, ostro trenuje. Dla Oli Taistry (Soya stream, Olimp, Salewa, Evolv, Sztuka Żywienia, Action Club, Listwan-Sport) wspinanie to pasja, ale i ciężka praca, a co za tym idzie ambitne cele. Wiele się w jej życiu przez ostatni rok się wydarzyło. Nie zawsze było kolorowo, były ciężkie momenty. Zapytaliśmy Olę między innymi o to, co działo się przez ostatnie kilkanaście miesięcy w jej życiu wspinaczkowym i jak ten jej świat wspinaczkowy teraz wygląda. Zapraszamy.

(fot V. Kirchner/www.veronikakirchner.com)

***

Dorota Dubicka (wspinanie.pl): Był taki moment, dłuższy moment w którym nie było o tobie słychać. Zastanawiałam się, co się u ciebie dzieje, w którą stronę poszłaś we wspinaniu. Potem zaczęłaś prowadzić  nowego bloga. Czytając twoje wpisy okazuje się, że zmieniłaś trochę, przynajmniej takie mam wrażenie, podejście do wspinania. Powiedz, co takiego wydarzyło się przez ten czas, nazwijmy to “ciszy medialnej”?

Ola Taistra: “Cisza medialna” spowodowana była wieloma sytuacjami. Historia jest bardzo długa, a wywiad nie jest chyba miejscem na spowiedź emocjonalną ;-) Tak więc pomijając aspekt kilkunastomiesięcznego pobytu w Hanowerze, nabytego tam nowego i świeżego podejścia do wielu aspektów życia (które zresztą mocno zostały poturbowane przez realia polskie) postaram się skrócie opowiedzieć o minionym bardzo ciężkim dla mnie roku.

Ok… 

Po rozstaniu się z moim sponsorem głównym zostałam na tzw. lodzie. Na domiar złego w tym samym czasie pojawiły się problemy zdrowotne. Był to chyba najgorszy okres mojego życia. Wydawało mi się wtedy, że wszyscy się ode mnie odwrócili, nie było wyników, nie było “kumpli”. Teraz interpretuję tę sytuację już nieco inaczej – po prostu “prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. Pomimo przeciwności, nie dawałam jednak za wygraną. Po doprowadzeniu swojego stanu zdrowia “do użytku”, eliminując dyskomfort mentalny, bardzo mocno trenowałam i starałam się wierzyć, że pojawi się jakaś alternatywa w postaci nowego sponsora. Bardzo ciężko jest mi opisać stan, w jakim znajduje się ambitna osoba mająca związane ręce. Aby to zrozumieć, trzeba to samemu przeżyć…

I nagle z nieba spadła Soya, dzięki której pod koniec kwietnia walczyłam na drogach, o których jeszcze kilka tygodni wcześniej mogłabym tylko pomarzyć. Zaczęło się bardzo dobrze – rozwspinaniem w Tres Ponts. Niestety z początkiem maja kończyły się warunki w Olianie, więc nie miałam zbyt wiele czasu (którego jak się okazało – zabrakło), aby uporać się z Fish eye 8c.

Po całej tej historii uświadomiłam sobie, jak bardzo kocham wspinanie i jak duża jest moja motywacja. Właściwie tylko ona trzymała mnie “w pionie” w  tym newralgicznym okresie. Pojawiła się też ważna osoba w moim życiu…

A wracając do Twojego pytania, owszem moje podejście do wspinania zmieniło się od tamtego czasu… Chce mi się dwa razy bardziej wspinać ;-)

Wtedy było jednak ciężko. W jaki sposób łączyłaś wspinanie, z tym, co działo się "obok". Wspinaczka była twoim azylem, formą oddechu od codziennych problemów? Dawało się to jakoś posklejać?

To, co działo się obok, miało naturalnie negatywny wpływ na moje wspinanie, co zresztą znalazło odzwierciedlenie w tabeli przejść. Nie da się realizować swoich najcięższych celów (zarówno mentalnych, jak i fizycznych) przy braku pewności siebie. Przez większą część sezonu realizowałam plan B, czym musiałam się zadowolić.

Powiedziałaś, że w tym trudnym okresie wszyscy przychylni nagle zniknęli. Powiedz, jak ważna jest dla ciebie akceptacja w środowisku wspinaczkowym?

Jest ważna. Jednak w tym wszystkim mam własne, bardzo konserwatywne podejście do wspinania, gram fair-play (co spotkało się niestety z silną krytyką).

Od momentu, kiedy postanowiłam poświęcić się w pełni wspinaniu, a co za tym idzie podchodzić do kwestii treningu i wspinania w skałach w bardzo profesjonalny sposób (plan, zegarek, odpowiednie odżywianie, regeneracja i suplementacja) stałam się nieco wyalienowana i nietolerowana przez ówczesne undergroundowe środowisko w Polsce. Na chwilę obecną “wiele osób” jest, bądź pragnie być, profesjonalistami, więc chyba etap alienacji minął samoistnie ;-)


(fot V. Kirchner/www.veronikakirchner.com)

Wspomniałaś o nawiązaniu współpracy z firmą Soya. Jak wyglądają teraz twoje kontakty ze sponsorami, jakie są efekty?

Tak, mój “nawias sponsoringowy” zmienił się w 90%. Firmy, z którymi podjęłam współpracę to: Soya stream, Olimp, Salewa, Sztuka Żywienia, Listwan-Sport i Action Club.

Wiadomo nie od dziś, że w Polsce bardzo ciężko o sponsora na potrzeby wspinaczkowe,  który będzie opiekował się zawodnikiem przez wiele lat i myślał o jego karierze bardzo perspektywicznie. Dlatego też żegnając się z moimi starymi sponsorami weszłam w układ z firmami, które – mam nadzieję – docenią mój zapał i potencjał.

Współpraca zapowiada się bardzo owocnie i wierzę, że nowi sponsorzy pomogą mi zrealizować mój plan na sezon 2012.

O planach porozmawiamy za moment. :) Tymczasem słyszałam, że zaczęłaś też współpracę z Marcinem Bończa-Tomaszewskim, psychodietetykiem i trenerem, założycielem Sztuki Żywienia. Po raz pierwszy współpracujesz z kimś takim?

Już kilka lat wcześniej podjęłam współpracę z dietetykiem, trenerem, zawodnikiem
– Evą Lopez. Dzięki jej wsparciu moje zdrowie i wyniki wspinaczkowe szły w parze. Dlatego bardzo cenię sobie współpracę z ludźmi z tej branży.

Natomiast na podjęcie współpracy z Marcinem zdecydowałam się pod koniec sezonu 2011. Będąc świadoma, jak ważne w sporcie wyczynowym jest odżywianie, oddałam się w ręce Sztuki Żywienia z silnym przekonaniem o bardzo pozytywnych efektach, jakie niesie za sobą stworzony na moje potrzeby indywidualne plan żywieniowy. To, co mocno skłoniło mnie do współpracy to profesjonalizm, "całościowe" podejście do osoby, uwzględnienie profilu zdrowotnego, psychicznego, sprawnościowego oraz innych elementów obejmujących niemal każdą sferę życia.

Jako zawodnik z dużym doświadczeniem bazuję na wieloletniej współpracy z trenerem, no  i własnej wiedzy, którą zdobyłam dzięki możliwości trenowania z najlepszymi zawodnikami polskimi i zachodnimi. Sama też  tworzę swój trening wspinaczkowy, a dodatkowo Marcin, który jest też instruktorem sportu w specjalności kulturystyka, wspomaga go planem na siłowni i aktywnością w dni odpoczynkowe.


Sesja treningowa na "Arenie Wspinaczkowej Wgórę"
(fot. Maciek Gąsienica Giewont)

Jak w skrócie wygląda twój tygodniowy trening?

Trenuję sześć razy w tygodniu (w tym stosuję trening dwufazowy).

Mój trening nastawiony jest przede wszystkim na budowaniu siły i wytrzymałości siłowej. Wspinanie na ścianie ogranicza się głównie do specjalistycznych ćwiczeń (większość z dociążeniem) szlifujących najsłabsze strony, czyli podobnie jak w minionych latach.

Jeśli chodzi o trening poza wspinaczkowy, zostałam przekonana przez Marcina Bończa-Tomaszewskiego do zastosowania nowych metod na siłowni, które tak jak dotychczas nie polegają na zwykłym przerzucaniu żelaza. W dni regeneracyjne stosuję również marsze z dociążeniem ;-)


Sesja treningowa na "Arenie Wspinaczkowej Wgórę" (fot. Maciek Gąsienica Giewont)

To może wyjdźmy z boulderowni, siłowni itp. Przejdźmy “do samego wspinania” i ludzi, z którymi realizujesz pasję. Właściwie ciągle jesteś na walizkach, ciągle w drodze. Masz nowego partnera, przeprowadziłaś się do Warszawy…

Zgadza się od kilkunastu lat jestem wciąż na walizkach. Nie jest to łatwe, jednak jeszcze trochę czasu minie do czasu, kiedy zamieszkam w moim wymarzonym miejscu :) Z newsów “pudelkowych” :) TAK! Mam fantastycznego partnera, z którym od półtora roku podróżuję i ambitnie realizuję plan wspinaczkowy. Nie ukrywam, że dla Michała to praktycznie wywrócenie życia do góry nogami, ale w końcu samo wspinanie nie było mu takie obce, co innego ciężki trening i poświęcenia z nim związane ;-) Na szczęście zaraził się… i to bardzo mocno :-)

Na chwilę obecną mieszkam Warszawie, gdzie wszystko mam na miejscu: bardzo dobre zaplecze treningowe w postaci “Areny Wspinaczkowej Wgórę”, “Action Clubu”, a także gabinetu odnowy biologicznej, jak również Michała, Katarzynę Buda (menager, Soya Stream), Duśkę Wacławik (Soya Stream) i Marcina Bończa-Tomaszewskiego (Sztuka Żywienia).

Wydaje mi się, że jest to najlepsze miejsce, w jakim mogłam się znaleźć w tym momencie, otoczona fantastycznymi ludźmi, pełnymi energii i zapału.

Jakie masz teraz podejście do trudnych dróg RP, których prowadzenie wiąże się z osiągnięciem tzw. wyniku. Jak ważny jest dla ciebie wynik? Zdarza ci się np. patentować długo jakąś drogę kosztem "fajnego", onsajtowego wspinania?

Jestem wspinaczem specjalizującym się w stylu RP i nie ukrywam, że jest to coś, w czym pragnę się realizować. Nie kieruję się zasadą “robienia wyniku”, ale podwyższania własnych możliwości/podnoszenia poprzeczki (zdecydowanie mniej agresywnej formy uzyskiwania wyniku), co automatycznie ciągnie za sobą wspinanie po trudniejszych drogach. Moje wspinanie w skałach jest bardzo metodyczne, dlatego też jest czas przeznaczony na wspinanie wyłącznie RP, jest czas na wspinanie bez znajomości, jak również jest czas na łączenie tych dwóch stylów.

Już dawno temu odeszłam od metody “zarzynania na śmierć jednej linii”. Staram się podwyższać swój poziom w każdym stylu z naciskiem na RP i jednocześnie cieszyć się wspinaniem.

Czujesz na sobie presję ludzi, mediów jeśli chodzi o wyniki w skałach?

Nie, nigdy nie odczuwałam na sobie niczyjej presji, prócz własnej ;-)

Jak oceniasz z dzisiejszej perspektywy miniony sezon? Zrobiłaś kilka fajnych, mocnych dróg. Któraś szczególnie zapadła ci w pamięć, jest szczególnie cenna?

Tak jak mówiłam na początku, mój sezon 2011 w większości polegał na “przetrwaniu”… i pogodzeniu tego z bardzo poważnymi ambicjami. Pomimo tego i tak zakończył się dobrze (choć zostały zrealizowane jedynie plany B) Tak czy inaczej jestem z siebie zadowolona, że się nie poddałam.

Co jest dla Ciebie w tym momencie wspinaczkowym priorytetem?

Podwyższenie własnych możliwości wspinaczkowych, umożliwiających mi zbliżenie się do marzenia wspinaczkowego.

Jakie to marzenie? Czy nie zapeszamy?

Oczywiście nie powiem, aby nie zapeszać :) Jedyne, co mogę zdradzić to to, że przy wsparciu ludzi, jakimi się otaczam i z jakimi mam możliwość aktualnie współpracować, jestem silnie zdeterminowana na podjęcie próby realizacji marzenia ;-)

W takim na koniec jeszcze zapowiadane plany na 2012 rok?

Są bardzo urozmaicone, w dużej mierze zależą od sponsoringu. Mam zamiar uporać się z zaległościami sezonu 2011, podjąć próbę pokonania bardzo trudnych dróg w nowo poznanych rejonach, zasmakować i sprawdzić się w boulderingu, jak również podnieść swój poziom w stylu OS. Chciałabym odwiedzić Rodellar, Archidona, Villanueva del Rosario, Rocklands/Magic Wood, Kalymnos.

Zatem udanego roku! I dziękuję za rozmowę.

O tym, co na bieżąco dzieje się u Oli możecie przeczytać na jej blogu www.aleksandrataistra.blogspot.com.

***

Dorota Dubicka




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    re [5]
    Ale ona ładna :)

    8-02-2012
    Fiodor