Tragedia na Masherbrumie – po 30 latach
Niedawno minęło 30 lat od wyprawy Polskiego Klubu Górskiego, która zdobyła dziewiczy południowo-zachodni wierzchołek Masherbrumu (7806 m), ale zakończyła się jedną z większych tragedii w historii polskiego himalaizmu.

Masherbrum (7821 m) od północy, z lodowca Baltoro (fot. Janusz Kurczab)
Dokładny przebieg wyprawy nie był powszechnie znany. Jej uczestnicy wrócili do kraju na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego. Organ Polskiego Związku Alpinizmu – „Taternik”, zaczął wówczas ukazywać się tylko dwa razy w roku. O wyprawie na Masherbrum można w nim znaleźć tylko jedną krótką wzmiankę w artykule Zbigniewa Kowalewskiego „Góry najwyższe 1980-1981” (Nr 2/1982), omawiającym działalność w Himalajach i Karakorum.

Masherbrum z przełęczy Gondokhoro. Z prawej wierzchołek główny, z lewej wierzchołek SW
(fot. summitpost.org)
Kierownikiem wyprawy był Piotr Młotecki, a w jej składzie znaleźli się ponadto: Marek Malatyński (zastępca kierownika), Józef Białobrodzki (lekarz), Marek Fijałkowski, Zygmunt A. Heinrich, Janusz Lewandowski, Przemysław Nowacki, Grzegorz Siekierski i Jacek Szczygieł.
Bazę (4300 m) założono w dniu 13 sierpnia na lodowcu Serac, w pobliżu miejsca, w którym lodowiec ten łączy się z lodowcem Masherbrum. Polacy zaatakowali szczyt szlakiem pierwszych zdobywców głównego wierzchołka (7821 m, Amerykanie w 1960 r.).

Przemysław Nowacki w bazie pod Masherbrumem (fot. arch. Krzysztofa Nowackiego)
15 sierpnia założono obóz I (5300 m), gdzie ustawiono 3 dwuosobowe namioty typu „Turnia”, a 25 sierpnia na grani Dome stanął obóz II (6350 m), który również dysponował 6 miejscami do spania. W aklimatyzacyjnym wypadzie w dniu 2 września Heinrich, Lewandowski, Malatyński, Nowacki i Siekierski dotarli do wysokości 6900 m na stokach Yermanendu Kangri (7163 m).
Wkrótce po ich zejściu do bazy nastąpiło długotrwałe załamanie pogody. Dopiero 14 września Heinrich, Malatyński i Nowacki założyli obóz III (6550 m) i mimo braku dostatecznej aklimatyzacji, bez odpoczynku i zakładania wyższych obozów, od razu przystąpili do ataku szczytowego. „Z marszu” założyli obóz IV (6810 m), już u podstawy południowo-wschodniej flanki.

Marek Malatyński (fot. arch. Anny Malatyńskiej)
16 września wyruszyli z obozu IV w kierunku grani szczytowej i wieczorem osiągnęli przełączkę pomiędzy wierzchołkami (ok. 7800 m). Byli zmęczeni 1000-metrową wspinaczką i torowaniem w trudnym, sypkim śniegu, więc postanowili zabiwakować i następnego dnia wejść na dziewiczy wierzchołek południowo-zachodni, od którego oddzielała ich niemal pozioma, ale urwista grań.

Szczytowa grań Masherbrumu SW (fot. Zygmunt A. Heinrich)
Ranek 17 września przywitał ich piękną pogodą. Szczyt odległy był o kilkaset metrów, ale prowadząca do niego grań okazała się trudna i niebezpieczna. Heinrich oceniał później, że w górach wysokich nie pokonywał jeszcze podobnych trudności. Niedostateczna aklimatyzacja oraz ciężki biwak po całodziennej wspinaczce miały wpływ na wolne tempo poruszania się alpinistów. Konieczne było pokonywanie skalnych turni i śnieżnych nawisów, tak więc dopiero po 7 godzinach wspinaczki – przy dobrej pogodzie, ale silnym i mroźnym wietrze, o 15.30 Heinrich, Malatyński i Nowacki stanęli na dziewiczym wierzchołku.

Marek Malatyński i Przemysław Nowacki na wierzchołku Masherbrumu SW.
Za nimi K2 i główny wierzchołek Masherbrumu (fot. Zygmunt A. Heinrich)
W trakcie schodzenia granią szczytową (alpiniści szli związani liną) Malatyński zaczął odczuwać zaburzenia widzenia. Mogło to być spowodowane pośpieszną aklimatyzacją i w konsekwencji początkami obrzęku mózgu. Dało to początek dalszym nieszczęśliwym okolicznościom. Była godz. 18.30 i zapadał zmierzch.
W związku z wołaniem Nowackiego: – „Zyga, chodź do nas, bo Marek nie widzi” – Heinrich próbował cofnąć się do dwójki partnerów. W tym czasie Malatyński i Nowacki obsunęli się około 10 m, co spowodowało również kilkumetrowy upadek Heinricha. Napięta lina strąciła śnieżny nawis, który spadł na stronę lodowca Baltoro tj. na tę, gdzie znajdowali się Malatyński i Nowacki. Zdaniem Heinricha nawis nie spadł na alpinistów. Heinrich był w tym momencie po południowej stronie grani i dzięki temu, że lina nie pękła, alpiniści nie spadli w przepaść.
Lina była naprężona i Heinrich nie był w stanie dotrzeć do poszkodowanej dwójki. Wiatr wiejący z dużą siłą od lodowca Baltoro utrudniał mu kontakt głosowy z dwójką partnerów. Na jego wołanie, aby spróbowali przejść na drugą stronę grani na stok zawietrzny, zdołał wyłowić zaledwie kilka słów Nowackiego: – „Spada mi z buta rak. Nie rozumiem.”
Nadciągnęła mroźna noc i wkrótce Heinrich stracił kontakt głosowy z partnerami. Biwakował samotnie, bez namiotu, kurtki puchowej, czy nawet płachty. Na szczęście była to strona zawietrzna. Po przetrwaniu nocy, rankiem 18 września Heinrich podjął próbę dotarcia do Malatyńskiego i Nowackiego. Zamocował linę, tak by nie spadli. Wcześniej lina przechodziła przez karabinek zapięty na pętli zamocowanej na bloku skalnym i Heinrich tworzył rodzaj kotwicy asekurującej partnerów. Bez liny, tylko z czekanem, przeszedł na drugą stronę grani. Malatyński i Nowacki nie żyli już od dłuższego czasu, śmierć musiała nastąpić jeszcze przed północą. Bezpośrednią przyczyną było gwałtowne wyziębienie ich ciał.
Teraz rozpoczęła się walka o życie trzeciego zdobywcy szczytu. Zagrożeniem dla Heinricha było nie tylko jego wyczerpanie nocnymi przeżyciami i brak asekuracji podczas zejścia, ale również załamanie pogody, jakie nastąpiło 18 września. Mogło to się zakończyć tragicznie: na wysokości około 7500 m Heinrich stracił równowagę na lodowym stoku i spadł około 200-300 metrów. Szczęśliwie wyszedł z upadku bez poważniejszych obrażeń.

Zygmunt A. Heinrich (fot Bogdan Jankowski)
Zespół znajdujący się o obozie II wyruszył z tlenem do obozu IV, a zespół wspierający znajdujący się w obozie IV wyszedł Heinrichowi naprzeciw. O godz. 15.30 z obozu IV zgłosił się Jacek Szczygieł, który dotarł tam z tlenem. O godz. 16.25 również Heinrich dotarł do obozu IV.
Wobec nikłych sił wyprawy, fatalnej pogody i trudności na grani szczytowej, postanowiono zakończyć akcję, nie próbując wrócić do pozostawionych na górze ciał i 21 września zwinięto bazę.
Choć zdobycie Masherbrumu SW było znaczącym sukcesem, zostało przesłonięte przez ogrom tragedii. Taktyce wyprawy można było wiele zarzucić. Przede wszystkim opóźnienie. Połowa września to nie jest pora, w której można bezkarnie atakować wysokie szczyty Karakorum. Dzień jest krótszy, panują już zbyt niskie temperatury i wieją bardzo silne wiatry.
Po drugie, przy niedostatecznej aklimatyzacji alpiniści bardzo ryzykowali decydując się na szturm ze zbyt nisko położonego obozu. Wystarczy porównać: pierwsi zdobywcy głównego wierzchołka mieli do pokonania 220 metrów od ostatniego obozu, Polacy – 1000 metrów! W rezultacie za sukces zapłacili najwyższą cenę. Wysoko, na szczytowej grani Masherbrumu, pozostała na zawsze dwójka: Marek Malatyński i Przemysław Nowacki.
Źródła:
- Notatka sprawozdawcza kierownika wyprawy PKG Masherbrum SW (7806 m), W-wa 20.10.1981
- Notatka o okolicznościach śmiertelnego wypadku na grani Masherbrum SW, Islamabad, 4.10.1981
Janusz Kurczab
CIESZ SIĘ WSPINANIEM, CIESZ SIĘ CZYTANIEM
Mamy nadzieję, że ten tekst Ci się spodobał, że Cię zainspirował, zaciekawił, dostarczył Ci informacji. Jeśli tak to zachęcamy Cię do wsparcia serwisu. Dzięki Tobie będziemy mogli działać jeszcze lepiej. Wielkie dzięki! Do zobaczenia na ściance albo w skałach.
REKLAMA