29 czerwca 2009 08:01

Klasycznie na alpejskich ścianach

Alpejskie ściany były w ostatnim czasie areną dwóch wartościowych przejść. Pierwsze z nich miało miejsce w Dolomitach na Torre Trieste, w masywie Civetty. Chodzi o pierwsze jednodniowe, klasyczne przejście drogi Donnafugata.

Droga została wytyczona w 2004 roku przez dwóch znakomitych szwajcarskich alpinistów Christopha Hainza i Rogera Schäli. Nie udało im się jednak pokonać klasycznie kluczowego 15 wyciągu, który puścił dopiero trzy lata później za sprawą znanego Mauro “Bubu” Bole. Bole po klasycznym przejściu zaproponował dla tej liczącej 750 metrów drogi ogólną wycenę 8a.

W tym sezonie pod drogą pojawił się Słoweniec Andrej Grmovsek, który w towarzystwie Luki Krajnca dokonał drugiego klasycznego, ale pierwszego jednodniowego powtórzenia linii (wspinaczkę rozpoczęli o 6.30 rano, a na szczycie zameldowali się o 23.00). Krajnc prowadził pierwsze pięć wyciągów i kilka pomiędzy 10 a 15. Andrej wziął na siebie poprowadzenie pozostałych wyciągów, w tym kluczowego.


Andrej Grmovsek z Torre Trieste za plecami
(fot. Tanja Grmovsek)

Przed wspinaczką Grmovsek rozmawiał z Bubu i Erikem Svabem (Svab przystawiał sie do drogi w ubiegłym sezonie), którzy potwierdzili, że kluczowy 15 wyciąg jest bardzo techniczny. Obaj Słoweńcy pojawili się pod drogą bardziej z zamiarem próby niż przejścia od razu. Wspinali się on-sight do kluczowej, 15 długości liny. Andrej spędził ponad dwie godziny próbując odszukać właściwą sekwencję ruchów na tym długim i technicznym odcinku. Po nim równie długo patentował Luka.

Andrej nie sądził, że możliwe będzie skompletowanie wszystkich ruchów w ciągu już za drugim podejściem, ale zdecydował się spróbować. Ku zaskoczeniu wyciąg puścił, pojawił się jednak inny problem – od szczytu dzieliło ich jeszcze dziewięć wyciągów, a była już 17.30. Luka nie dał rady przejść czysto kluczowego wyciągu i Andrej wziął na siebie ciężar prowadzenia pozostałej części drogi, połykając kolejne odcinki.

Wspinaczkę rozpoczęli o 6.30 rano, a na szczycie zameldowali się o 23.00. Szaleńcze tempo i zmęczenie dało o sobie znać na 17 wyciągu za 7b, na którym Andrej zaliczył lot – wyciąg ten przeszedł czysto resztką sił dopiero za trzecim podejściem. Tuż przed szczytem wspinacze stanęli przed kolejnym problemem – wyciągiem za 7a/a+ biegnącym płytą bez ewidentnych chwytów, który puścił za drugą próbą przy świetle czołówki. Ostatecznie wierzchołek osiągnęli o godz. 23.00, mając za sobą wszystkie długości liny przebyte klasycznie.

Zdaniem Andreja wycena drogi jest dość łagodna, biorąc pod uwagę jej wielowyciagowy charakter i fakt, że najtrudniejszy wyciąg jest naprawdę techniczny. Zwrócił też uwagę na różnicę pomiędzy klasycznym jednodniowym przejściem podczas pierwszej wizyty, a przejściem mającym miejsce po wielu próbach rozłożonych na kilka wizyt. Na marginesie Luka Krajnc przeszedł drogę klasycznie pięć dni później.


Luka Krajnc na pierwszym z wyciągów 7b+ na “Donnafugata”
(fot. Andrej Grmovsek)

***

Tymczasem w innej części Alp, na słynnej północnej ścianie Eigeru działał jeden ze specjalistów od tej ściany Stephan Siegrist. Siegrist wraz z Ralphem Weberem i Thomasem Theurillat przeszli jako pierwsi klasycznie drogę Magic Mushroom, teraz 7c+.


Siegrist uklasycznia “Magic Mushroom” 7c+ na Eigerze
(fot. Thomas Senf)

Co ciekawe, droga ta (podobnie jak wzmiankowana powyżej Donnafugata) jest autorstwa tego samego duetu Hainz-Schäli (2007). Trójka wspinaczy po osiągnięciu początku drogi spędziła noc w portaledgu i rankiem następnego dnia pokonała 21 wyciągów do 7c+, osiągając słynnego “grzyba”, na którym kończy się droga. Tam cała trójka zamieniła uprzęże wspinaczkowe na spadochrony B.A.S.E. i oddała skok z powodzeniem lądując w dolinie.


Stephan Siegrist podczas klasycznej wspinaczki na “grzyba” będącego zwieńczeniem drogi Magic Mushroom
(fot. Thomas Senf)

Siegrist tak wspomina swoją ostatnią wspinaczkę:

Kombinacja wspinaczki i B.A.S.E. jumpingu na Eigerze to coś, o czym zawsze marzyłem. Niemniej po śmierci mojego przyjaciela Xaviera Bongarda, który zginął podczas skoku B.A.S.E. (zaledwie kilka kilometrów od Eigeru) w Lauterbrunnen w 1994, skoki zaczęły być dla mnie tematem tabu. Nie sądzę, by była to jedna z form rozwoju alpinizmu, ale myślę, że to udana kombinacja trudnej drogi na Eigerze (jedynej, która kończy się na “grzybie” używanym właśnie przez skoczków) i skoków B.A.S.E., zwłaszcza jeśli się to robi w odpowiednim stylu.

Wilan

Źródła: planetmountain




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum