3 października 2008 08:01

Krakowska wyprawa Kirgizja 2008

Aussi Free Route (Droga Australijska) o wycenie VI 5.11d i długości 1200 metrów została poprowadzona najpierw hakowo, a zaraz potem uklasyczniona przez Juliana Bella, Dawida Gliddona, Kenta Jensena i Steve’a Andertona w 2006 roku. Prowadzi ona wybitnym, lewym filarem ograniczającym zachodnią ścianę Asana. Poza Drogą Alperina, która wiedzie prawym filarem, jest to jedyna uklasyczniona linia na całej ścianie.

Dwa lata temu będąc w Dolinie Kara Su mieliśmy możliwość zebrania rzetelnych informacji o tej wspinaczce od samych autorów, którzy właśnie ją przeszli. Zaraz po tym, jak Australijczycy pojechali do domu postanowiliśmy przystawić się do ich drogi. Razem z Łukaszem Deptą oraz kolegami ze Śląska; Janem Kuczerą, Arturem Magierą i Jurkiem Stefańskim udało nam się wtedy w ciągu trzech dni przejść jedenaście z dwudziestu pięciu wyciągów. Mieliśmy jednak świadomość, że najtrudniejsze zostało jeszcze przed nami, bowiem największy ciąg trudności przypada na drugą połowę ściany.

W tym roku raz jeszcze chcieliśmy spróbować naszych sił, tym razem w zespole czteroosobowym, do którego oprócz Łukasza i mnie dołączyli Piotrek i Andrzej (news).


Usen, Asan i Pik Piramidalny o wschodzie słońca (fot. Wojtek Kozub)

Przez pierwsze trzy dni pobytu w bazie padał deszcz. W kolejnych pogoda “ustabilizowała się”; codzienne kilkugodzinne burze z opadem deszczu i gradu nie dawały nadziei na jakąkolwiek działalność górską. Po upływie tygodnia, kiedy na realizację celu pozostało nam zaledwie dziesięć dni, zdecydowaliśmy bez względu na warunki spróbować wbić się w ścianę. Wiedzieliśmy, że w razie załamania pogody możemy liczyć na pewne zjazdy, gdyż na drodze znajdują się dobre stanowiska.

Przez pierwsze dni akcji “stabilna”, burzowa pogoda skutecznie spowalniała naszą działalność. W tych warunkach podczas dnia mieliśmy maksymalnie 5-6 godzin na wspinanie, resztę byliśmy zmuszeni przeczekiwać. Na szczęście ostatnie cztery dni były dość ciepłe i słoneczne, dzięki czemu istniała szansa na klasyczne przejście najtrudniejszych środkowych i górnych partii ściany, które po wcześniejszych wielodniowych opadach mogły w końcu przeschnąć.  


Przebieg "Aussi Free Route" na zachodniej ścianie Piku Asan 4230m (fot. Wojtek Kozub) 

Na lewym filarze zachodniej ściany mniej więcej, co 250 metrów znajdują się dobre półki biwakowe. Pierwsze po trzech wyciągach, drugie po kolejnych pięciu i trzecie półki po następnych sześciu długościach liny.

Spośród pierwszych trzech wyciągów doprowadzających do pierwszej półki, najtrudniejszym był rozpoczynający drogę. To kilkumetrowe podejście zaciątkiem do małego okapu, po czym korzystając z podchwytów i niewygodnych odciągów, wejście w prawo na połogą płytę. Po niej trawers w lewo do rysy. Ostatnie metry to również rajbung. Pierwotnie wyciąg ten przez autorów został wyceniony na 7a+. Podczas prowadzenia dodatkowym utrudnieniem był przelotnie padający deszcz.

W podobnych warunkach przeszliśmy dwie kolejne długości (6b, 6a). Były to głównie rysy i zacięcia. Po założeniu poręczówek i wyciągnięciu worów zjechaliśmy do podstawy ściany i ostatni raz udaliśmy się na nocleg do bazy.

Przez następne dwa dni spędzone w ścianie wspięliśmy się do drugiej półki. Sporo wysiłku kosztowało nas przetransportowanie ciężkich worów przez połogie partie terenu pomiędzy biwakami.


Codzienna ciężka praca (fot. Piotr Sztaba)

Bardzo ładne trzy wyciągi (6c, 6c+, 6a) biegnące systemami rys i doprowadzające do drugiej półki również z powodu opadów trzeba było prowadzić na dwie raty; pierwsza długość po opadzie, reszta następnego dnia rano przed burzą.


Piotrek i morze granitu – wyciąg ósmy 6c+ (fot. Wojtek Kozub)

Trzeciego dnia udało się pociągnąć dwie przepiękne i równocześnie trudne długości doprowadzające do kluczowego, dwunastego wyciągu. Pierwszy z nich to 55 metrowe odpęknięcie o trudnościach 6c, pokonywane techniką Dulfra. Pod koniec trzeba było jeszcze przejść słabo urzeźbioną płytę. Odcinek ten charakterem bardzo przypominał słynnego czterdziestometrowego Dulfra na Petit Dru.

Następny z pewnością należał do najpiękniejszych na całej drodze. Przez niemal pełne sześćdziesiąt metrów było to wspinanie w estetycznej, litej rysie (6c+).


Jedenasty wyciąg – Sztabowy pokonuje piękną rysę 6c+ (fot. Łukasz Depta)

Tego dnia chcieliśmy przystawić się jeszcze do kluczowego fragmentu drogi, jednak zanim podjęliśmy decyzję, burza z gradem zmyła nas do położonego ponad sto metrów niżej biwaku.

Cały kolejny dzień zajął nam kluczowy, dwunasty wyciąg. W wyniku losowania pierwszy przystawił się Łukasz. Będąc osłabionym chorobą, nie widząc szansy przejścia klasycznie, po przehaczeniu i założeniu wędki następny uderzył Piotrek. Niestety pechowo podczas patentowania urwał się ważny chwyt, który służył również jako stopień. Przyszła więc kolej na mnie. Było już późno, około dwie godziny do końca dnia, więc zostało mi niewiele czasu na zapoznanie się z terenem.

Po godzinie patentowania znalazłem sposób na zrobienie w ciągu ostatnich, najtrudniejszych dziesięciu metrów. Postanowiłem pójść z dołem.

Wyciąg ten rozpoczyna trawers z obniżeniem w prawo, a następnie typowy boulder przez lekko przewieszoną ściankę do rysy. Przez dalsze 35 metrów piękne wspinanie w rysie cechowało się całkiem rzetelnym ciągiem (6c+).


Kluczowy wyciąg 7b+ (fot. Piotr Sztaba) 

Do końca miałem już tylko dziesięć metrów zapatentowanego terenu. Wchodząc w przewieszającą się i zanikającą rysę, lewa stopa, którą postawiłem na tarcie w pewnym momencie wyjechała i ja razem z nią. Zaliczyłem kilkumetrowy lot. Robił się wieczór i nie mając zbyt wiele czasu na odpoczynek zaraz ruszyłem z powrotem do góry. Wyciąg zrobiłem, niestety w stylu 3xAf; na ostatnich metrach wziąłem blok dwa razy.

Piątego dnia zaczynałem bardzo ładny, rozpoczynający się rajbungiem wyciąg, który później prowadził wygodną do klinowania kciuków rysą (6c).

Czternastą długość o trudnościach 7b, po patentowaniu udało się zrobić Piotrowi, który w czasie przejścia raz wziął blok. Najpierw była to bardzo wąska ryska na robinhoodki, a później dużo szersza szczelina bez dobrych stopni o dużym ciągu.

Następna długość liny nazwana przez autorów, jako Ice Snake, doprowadzała do ostatniej, trzeciej półki biwakowej. “Lodowaty Wąż” to czterdziestometrowy odcinek o trudnościach 6b, utworzony przez dwie równolegle biegnące przerysy oddalone od siebie o około półtora metra. W górnej części jest do pokonania oryginalny komin – tunel o czterech ścianach.

Szósty dzień rozpoczął Piotrek prowadząc dwie kolejne długości. Niestety w opisie słownym Australijczyk zaznaczył, że nie pamięta dokładnie tego fragmentu ściany, przez co Piotr prawdopodobnie poszedł zbyt na prawo. Na odcinku trzydziestu metrów Sztabowy toczył walkę z kruszyną, a trudności całkiem spore, bo 6c. Po pięćdziesięciu metrach wrócił na właściwą drogę. Kolejny (6c+) bardzo ładny, również należał do Piotra, który na granicy odpadnięcia, pokonując cieknące wodą pęknięcie, doprowadził do następnego, bardzo trudnego odcinka zaznaczonego na schemacie jako offwidth.

Przystawiając się do tego wyciągu zamierzałem stoczyć walkę i dać z siebie wszystko. Jednak po kilku metrach przerysy musiałem wziąć blok, gdyż wewnątrz szczeliny, gdzie klinowałem pięści, skała była oblepiona jakimś straszliwie szorstkim i kaleczącym skórę osadem. Pozostało mi przehaczenie wyciągu i założenie wędki do patentowania. Po wyjściu z przerysy, około sześć metrów nad głową zobaczyłem w przedłużeniu zwężającej się formacji wbity punkt, który później okazał się być ruską riwetą. Na schemacie zaznaczony był spit, więc parłem do góry nieświadomy błędu. W miejscu, gdzie przerysa się zwęża należało strawersować w lewo. Mnie jednak zmyliła ta riweta. Teren był trudny, więc chłopaki radzili, abym zabrał od nich haki. Początkowo byłem pewien, że dam radę na kostkach i mikrofriendach, dopiero kiedy odpadłem wyrywając po drodze dwa przeloty, stwierdziłem, że bez jedynek może być ciężko. Środkową część tego wyciągu częściowo pokonałem klasycznie, częściowo podhaczając. Ostatnie dziesięć metrów, które tworzyło zacięcie biegnące skośnie w prawo było kolejnym bardzo wymagającym odcinkiem. Dno formacji było zupełnie zalane podobnym osadem, jak w przerysie poniżej. O asekuracji z kostek i friendów nie było mowy; znów niezastąpione okazały się być jedynki.

Wydaje mi się, że przejście klasyczne tego wyciągu byłoby możliwe po uprzednim wyczyszczeniu z nagromadzonych od cieknącej wody osadów. Niezbędne więc było posiadanie porządnej szczotki drucianej, której my nie mieliśmy. Oczywiście bardzo możliwe, że nawet po oczyszczeniu nie dalibyśmy rady, gdyż byliśmy już bardzo zmęczeni. W opisie słownym autorzy podpowiadają, że do asekuracji na końcowych metrach przydatne są małe friendy, co oznacza, że podczas ich przejścia istniały na tym odcinku niewielkie szczeliny. Ta długość liny znajduje się tuż pod przełamaniem ściany, wyżej są już tylko połogie płyty. Najprawdopodobniej podczas opadów wszystko spływa z góry w te formacje, którymi prowadzi omawiany wyciąg; stąd zalane osadami pęknięcia i rysy. Trudności tego fragmentu to 6a A2, klasycznie po oczyszczeniu około 7a.


Przerysa na dziewiętnastym wyciągu – 6a A2 (fot. Łukasz Depta)

Kolejną, ostatnią tego dnia długość liny przeszedł wracający powoli do formy Łukasz. Było to 55 metrów bardzo kruchego terenu (6a+). Na szczęście prowadzącemu udało się na nas nic nie zrzucić; trudniejsze, ale bezpieczniejsze warianty obejściowe luźnych i wiszących bloków w środkowych i górnych partiach wyciągu wiodły połogami płytami z lewej.


Totalny pion i totalna lampa (fot. Łukasz Depta)  

Siódmy dzień rozpoczął Łukasz od krótkiej przerysy (6b+), a następnie płyt już za przełamaniem głównej ściany. Ostatnie trzy nietrudne (piątkowe), ale bardzo kruche długości liny pociągnął Andrzej.

K
Łukasz na 21 wyciągu 6b+ (fot. Wojtek Kozub)   


Andrzej prowadzi ostatnie trzy bardzo kruche piątkowe wyciągi
     (fot. Wojtek Kozub)

Na szczycie Asana zameldowaliśmy się w południe, siódmego dnia od wejścia na stałe w ścianę. Cały ten dzień oraz część następnego zjeżdżaliśmy do podstawy ściany.

Podsumowanie

W ciągu dziewięciu dni ( w tym jeden dzień poręczowania i zjazdy) spośród 25 długich, do sześćdziesięciu metrów wyciągów, 22 udało się zrobić OS (do 7a). Pozostałe trzy nie do końca w tym stylu, jakim założyliśmy. Wyciąg dwunasty 7b+ 3xAf, czternasty 7b 1xAf oraz wyciąg dziewiętnasty 6a A2 (7a).

Idąc na tak trudną technicznie drogę w tych warunkach, przy niestabilnej i burzowej pogodzie, mieliśmy świadomość ryzyka “nieurobienia” klasycznie całości. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się zawalczyć i zrobić to w jak najlepszym stylu, na ile się da i na ile nas było stać. Mamy pewien niedosyt związany z tymi trzema wyciągami, jednak patrząc na całość przedsięwzięcia jesteśmy zadowoleni z tego przejścia. Oprócz niesprzyjającej pogody, drugim problemem, z którym przyszło nam się zmierzyć jako zespołowi to niedyspozycja Łukasza i Andrzeja z powodu złapanej grypy. Mimo choroby chłopaki robili co mogli, ażeby dociągnąć na pik.


Nasz zespół na szczycie Asana 4230m (fot. Wojtek Kozub)

Free Aussi Route to przepiękna linia, która oferuje dużo trudnego wspinania w litej skale (wyjątek stanowią ostatnie cztery wyciągi). Prawie na całej długości dominują rysy, czasami spotykamy zacięcia, odpęknięcia oraz trudne rajbungi. Wspinanie na tej drodze jest wymagające nie tylko ze względu na duży ciąg trudności, ale także z powodu położenia podstawy ściany na dużej wysokości nad poziomem morza.


Topo drogi "Free Aussi Route" (schemat: Wojtek Kozub)

  • Asekuracja, wyceny

Droga wyposażona jest w stanowiska ze spitów. Pomiędzy stanowiskami nie ma punktów przelotowych. Jedynie na płytach, gdzie nie ma możliwości założenia asekuracji autorzy wbili stałe punkty; na całej długości drogi jest 10 spitów. Sporadycznie można spotkać stare ruskie riwety, jednak ich jakość pozostawia wiele do życzenia.

Na schemacie zaznaczyłem dwie wyceny; amerykańską, podaną przez Juliana Bella oraz francuską, którą pierwotnie używali autorzy. Francuskie różnią się średnio o jeden stopień od amerykańskiej. Dlaczego pierwotnie Australijczycy podawali trudności 7b+, a potem o półtora stopnia niżej, tego nie wiemy. W każdym razie bliższe rzeczywistości są te francuskie.

***

Po zakończeniu działalności naszego czteroosobowego zespołu każdy pojechał w swoją stronę. Piotrek kilka dni później wrócił do Krakowa, Andrzej i Łukasz wraz z żonami pozostali w Karavshinie. Zrobili dodatkowo przejścia:

  • Diagonalna (Żółta Ściana/Dol. Kara su) – 700m/6b,
  • Missing Mountain (Ortotiubek/Dol. Ak Su) – 580m/6b (A. Rogowska, J. Depta, Ł. Depta),
  • Andrzej w zespole z Magdą Drozd i Adamem Rysiem przeszli Crack Suty ( Point Nants/Dol. AK Su) – 250m/6b

Ja natomiast przez następny miesiąc razem z Łukaszem Heretykiem realizowaliśmy plan objazdu Kirgistanu na rowerach górskich.

***

Uczestnicy wyprawy chcieli bardzo serdecznie podziękować sponsorom:

Piotr Sztaba i Andrzej Głuszek składają podziękowania za wsparcie Polskiemu Związkowi Alpinizmu.

Wojciech Kozub

Tagi:



  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    pytanie o skalę [6]
    wyceny 6a, 6c+ czy 7a w jakiej są skali i…

    6-10-2008
    wawa